Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sting. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sting. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 listopada 2016

Powrót Króla, czyli 10 lat oczekiwania na nową płytę Stinga

W moim życiu jest kilka popkulturalnych rzeczy albo osób, które w jakiś sposób ukształtowały to kim jestem. Między innymi to Sting i jego muzyka. Historii mojej miłości do tego artysty nie będę opisywać, bo zrobiłam to już tutaj, jednak nadszedł długo wyczekiwany moment, którego nie mogę pozostawić bez żadnego komentarza. Po 10 latach Sting nagrał płytę z zupełnie nowym materiałem, który nie jest ani staroangielskimi pastorałkami ani utworami do musicalu o jego rodzinnych stronach. To po prostu czysty, studyjny album, który jest niby czymś nowym, a jednak wydawać by się mogło, że gdzieś już to słyszeliśmy. 

Z nową płytą Stinga jest też trochę jak z naszym ukochanym wujkiem z Ameryki (niestety nie mam takiego, ale załóżmy, że mogłabym mieć). Z wujkiem się dawno nie widzieliśmy, ale jesteśmy jego ulubieńcami, wie co lubimy, a my wiemy, że zawsze przywozi nam najfajniejsze prezenty, których prawdopodobnie nikt inny nie będzie miał. Do tego zawsze, gdy wiemy, że ma przyjechać to siedzimy z nosem w oknie i czekamy, by pierwsi wybiec na ulicę i przywitać go najgłośniejszym okrzykiem radości na jaki nas stać. Ja na ten album czekałam odkąd się dowiedziałam, że Sting szykuje nowy materiał, a gdy pojawił się singiel to byłam pewna, że warto czekać, że wujek znowu nas nie zawiedzie.

Długo zastanawiałam się w jaki sposób ugryźć ten wpis i doszłam do wniosku, że najlepiej będzie przedstawić każdą piosenkę po kolei. Już w tym miejscu zachęcam do przesłuchania płyty, co po części umożliwię.


1. I Can't Stop Thinking About You
Singiel promujący płytę. Pierwszy utwór, który można było usłyszeć w radio. Kawałek porywający, bardzo energetyczny i wiadomo, że na koncertach porwie tłumy. Zdecydowanie czuć tu Stinga z czasów The Police, kiedy to wraz z kolegami z zespołu szalał na scenie i w teledyskach, a jedyne co było widać w jego oczach to obłęd i całkowite oddanie dla muzyki. Tekst może nie jest jakiś szczególnie dający do myślenia, po prostu ma się rymować i wpadać w ucho. A do tego najsłynniejsza gitara na świecie, którą usłyszę nawet jak będzie przejeżdżał TIR z czołgiem, a nad głową będzie leciał samolot. Prolog taki jaki powinien być.


2. 50,000
To utwór z pięknym, mocnym gitarowym początkiem, ale gdy tylko Sting zaczyna śpiewać, wszystko się uspokaja i po prostu opowiada historię. Tekst ewidentnie dotyczący bycia na szczycie i tego, że mimo iż tabloidy i portale plotkarskie będą na artystów wylewać wiadra pomyj to tak naprawdę dla nich najważniejsi są ich fani i to oni decydują o tym czy coś jest dobre czy nie pojawiając się na koncertach i słuchając ich muzyki. Myślę, że ten tekst jest w dużym stopniu zaczerpnięty z przeżyć samego wokalisty.



3. Down, Down, Down
Utwór, który swoim brzmieniem trochę przenosi nas na pogranicze ostatnich ballad The Police, a początków solowej kariery Stinga. Smutek w tekście to poniekąd czasy płyt gdzieś pomiędzy The Soul Cages, a Mercury Falling. A może po prostu mi się tylko tak wydaje i to piękna ballada o samotności i tęsknocie?


4. One Fine Day
Pogodny utwór, który jest w dziwny sposób odprężający i motywujący jednocześnie. Tekst daje do zrozumienia, że życie to ciągłe wybory, a my czasami po prostu potrzebujemy jednego dnia dla siebie, gdzie nie będziemy musieli o niczym decydować i najzwyczajniej w świecie pozwolić, by czas biegł swoim torem, a nawet pozwolić mu, by pozamieniał niektóre sprawy w bardziej nierealne. Może kiedyś świat będzie wolny od wszystkiego i sam będzie decydował czego chce.


5. Pretty Young Soldier
Nie wiem czemu, ale ta piosenka w wyobraźni przenosi mnie na peron dworca ze starych filmów, na którym to stoją płaczące dziewczyny żołnierzy i machają swoim pięknym chłopcom chusteczkami szlochając, a panowie, gdzieś na twarzach mają szerokie uśmiechy, a w głębi duszy cierpią, że pozostawiają ukochane. Jednak melodia jest tak pogodna, że nie sposób przy niej płakać. Raczej daje ona nadzieję. 


6. Petrol Head
Zdecydowanie czuć tu The Police i to z tych wcześniejszych płyt (gdzieś z tyłu głowy słyszę tu Next To You), gdy panowie próbowali grać punk. Tekst też raczej nie oczywisty. Niby szaleństwo i jakaś długa, zwariowana podróż, a jednak wydaje mi się, że słychać tu podtekst. A może po prostu mam już spaczone myśli. Ale na pewno będę tego głośno słuchać w samochodzie. 


7. Heading South On The Great North Road
Pierwsza z dwóch najpiękniejszych piosenek na tej płycie. Nie ukrywam, że po pierwszym przesłuchaniu miałam takie ciarki, że nie mogłam uwierzyć, że taka piosenka istnieje. Dla mnie to arcydzieło. Przepiękne połączenie inspiracji czerpanych ze staroangielskich utworów, pastorałek i kolęd, które znalazły się na płycie zimowej z 2009 roku, a także z tego co Sting napisał na The Last Ship. Zamykam oczy i przenoszę się do pięknego kościoła podczas Pasterki, gdzie jest ciemno, a wszyscy oczekują na rozpoczęcie mszy. A jako fanka serialu Poldark, uważam, że powinni zapłacić Stingowi za możliwość wykorzystania utworu i dać to do zaśpiewania Demelzie. Wtedy to by wszyscy płakali ze wzruszenia. Tekst przepięknie porywający i mam nadzieję, że nie tylko ja mam takie odczuci słuchając tego utworu. Ile ja bym dała, żeby usłyszeć to na żywo...

NIESTETY NA YOUTUBE NIE MA TEJ PIOSENKI, WIĘC MUSICIE MI UWIERZYĆ NA SŁOWO ALBO POCZEKAĆ AŻ SIĘ POJAWI (chlip, chlip)

8. If You Can't Love Me
Nie wiem dlaczego, ale ten kawałek to dla mnie klasyczny balladowy Sting. Taki miłosny, trochę nieszczęśliwy, z wyrzutem, że ja cię kocham, a ty mnie nie chcesz i postaram się zrobić wszystko, byś jednak ze mną była. To emocjonalne połączenie gdzieś z lat 90-tych i utworami z Sacred Love. Czuć w jego głosie to błaganie. Z tyłu głowy dzwoni mi gdzieś ta melodia, ale nie potrafię sobie przypomnieć co to...


9. Inshallah
Druga najpiękniejsza piosenka na płycie. Nie ukrywam, że jak przeczytałam tekst to oczy zrobiły mi się mokre. Możliwe, że Sting inspirację zaczerpnął z bieżących wydarzeń na świecie, a mianowicie chodzi tu o problem uchodźców. Inshallah po arabsku oznacza "jeśli bóg pozwoli". Tekst dla mnie to swego rodzaju wiadomość, że tak naprawdę nie wszyscy ludzie z tamtych krajów są winni temu co się dzieje i nie można skazywać na śmierć dzieci i ich matek. Do tego melodia tak bardzo kojąca, która jest doskonałym połączeniem trzech wcześniejszych utworów Stinga: Desert Rose, Stolen Car i Coming Home. Ciary, ciary i jeszcze raz ciary...


10. The Empty Chair
Odnoszę dziwne wrażenie, że ta piosenka przygotowuje Stinga na pożegnanie z fanami. Oczywiście nie chcę, żeby to była prawda, ale to brzmi trochę jak skrzyżowanie kołysanki i pożegnalnego listu. Przyznaję się, że popłakałam się jak usłyszałam ten utwór po raz pierwszy. 

Some days I'm strong, some days I'm weak,
And days I'm so broken I can barely speak,
There’s a place in my head where my thoughts still roam,
Where somehow I've come home.

Przepiękny fragment, który pokazuje, że nie ważne jak jesteśmy silni, mamy czasami gorsze dni, a wtedy potrzebujemy miejsc albo osób, które dają nam siłę i poczucie, że nie wszystko jest beznadziejne. Tak jak prolog pasował do rozpoczęcia, tak epilog idealnie zamyka ten utwór. Z kolei Sting dedykuje tą piosenkę Jimmy'emu Foley'owi, fotoreporterowi, który został ścięty przez ISIS. 


Ta płyta to powrót do korzeni. W balladach Sting z najlepszych lat z solowej kariery, natomiast w rockowych numerach zdecydowanie czasy The Police. Do tego teksty bardzo na czasie, poruszające problemy współczesnego świata. Warto było tyle czekać i liczę, że jakimś cudem uda mi się pojechać na koncert do Warszawy, który odbędzie się 27 marca 2017 roku. Liczę, że to nie jest ostatnia płyta Stinga i kolejna będzie równie fantastyczna jak tak. Każdy utwór bardzo dobry, emocjonalny, obok którego nie da się przejść obojętnie. Dziękuję, Mistrzu!


P.S. Gdyby ktoś się zastanawiał co oznacza tytuł płyty to pędzę z wyjaśnieniem. Jest to skrzyżowanie ulic, przy którym mieści się studio nagraniowe. 

wtorek, 26 kwietnia 2016

Nie mogę znieść tego, że cię stracę...

Na pewno każdy w swoim życiu miał albo ma taki moment, w którym muzyka jest dla niego wszystkim. Znajduje sobie zespół lub wykonawcę i pochłania jego dyskografię w zatrważającym tempie. Ja takie totalne szaleństwo na punkcie jednego wokalisty miałam na przełomie gimnazjum i liceum. Nie jestem w stanie powiedzieć od czego to się zaczęło, ale z dumą mogę powiedzieć, że zostało do tej pory i prawdopodobnie zostanie już do końca życia. Mam tu na myśli Stinga. Jest on moim absolutnym muzycznym mistrzem i mogą sobie ludzie gadać o nim co chcą, a ja i tak będę największą fanką.

Gdy moja obsesja na jego punkcie się zaczęła w Poznaniu wybudowali stadion na Euro 2012, a Sting miał koncert na otwarcie obiektu. Pamiętam, że byłam totalnie nieszczęśliwa, że pula biletów się skończyła i nie pojadę na muzyczną ucztę. Jednak po czasie zrozumiałam, że dobrze, że się stało jak się stało. Skrupulatnie poznawałam kolejne płyty Stinga i na dokładkę odkryłam, że zanim Brytyjczyk rozpoczął karierę solową, to miał zespół. I to nie byle jaki zespół. Kapela była petardą. Potem nastał marzec 2011 roku, a ja po powrocie ze szkoły przeczytałam, że będzie kolejny koncert Stinga w Polsce. Tym razem w Gdańsku. To oznaczało, że trafiłam do nieba i mogę umierać za życia. Przez tydzień zastanawiałam się jak powiedzieć rodzicom, że chcę jechać i że najtańszy bilet kosztuje 250 zł. W końcu zebrałam się na odwagę i przy obiedzie oznajmiłam, że to życiowa szansa i nie można tego nie wykorzystać. Równocześnie była planowana tygodniowa wycieczka szkolna. Mama mi oznajmiła, że w sumie jeśli skoro bardzo chcę jechać to czemu nie. Jednak muszę zdecydować czy bardziej mi zależy na koncercie czy na wycieczce.

Odpowiedź była prosta: jadę na Stinga! Tylko, że tata powiedział, że mam jechać sama albo znaleźć jakąś koleżankę, która ze mną pojedzie. Wiedziałam, że nikt z moich znajomych nie będzie chętny, więc zostałam skazana sama na siebie. Ale dwa dni później, gdy wróciłam do domu ze szkoły, tata zawołał mnie do pokoju i powiedział, że mam nam wybrać miejsca, gdzie będziemy siedzieć podczas koncertu. Byłam w tak dużym szoku, że przez chwilę się zawiesiłam. Wspólnie podjęliśmy decyzję, a tata dodał: „Tylko na razie nic nie mów mamie”. Przez dwa tygodnie chodziłam jak nakręcona, a potem jakoś tak się stało, że zapomniałam o całej sprawie. Po miesiącu tata wręczył mi kopertę i powiedział, że bilety już są. Miałam ochotę ciągle je trzymać w ręku, a najlepiej to z nimi spać. Byłą to ostatnia klasa gimnazjum. Koncert miał być 18 czerwca, a dwa dni później, 20, miał się odbyć bal gimnazjalny. Jakie ja toczyłam z mamą walki, żeby na niego iść. Nie to mi było w głowie. Poza tym nie miałam ochoty wciskać się w sukienkę i udawać, że cieszę się na jakąś głupią imprezę w towarzystwie znajomych z klasy, z którymi praktycznie nic mnie nie łączy (ostatecznie na bal poszłam i byłam z tego nawet zadowolona).

Cały dzień przed koncertem mnie trzęsło z radości. Byłam w tak wielkim amoku, że w Ergo Arenie pojawiliśmy się już  o 18, czyli na dwie godziny przed całym wydarzeniem. Ale opłacało się. Po 20 dostaliśmy dwugodzinne show, które sprawiło, że gardło miałam zdarte i za żadne skarby świata nie chciałam, żeby to się skończyło. Mimo iż w tym roku minie pięć lat od tego wydarzenia to nadal czasem mam wrażenie jakby to było wczoraj, ewentualnie tydzień temu.



W piątek w przerwie od nauki natrafiłam na HBO2 dokument, do którego przymierzałam się od dłuższego czasu, ale nigdzie go nie mogłam znaleźć. Mam tu na myśli „Can’t stand losing you: Przetrwać z The Police”. Jest to film, który jest opowiedziany z perspektywy gitarzysty The Police, Andy’ego Summersa. Początkowo w filmie została przedstawiona wcześniejsza kariera muzyka, a potem jego losy w zespole. Fajną formułą produkcji było to, że wcześniejsze materiały (działalność zespołu to 1977-1983) z działalności grupy były przeplatane trasą koncertową z 2007 roku, w którą panowie wyruszyli, by raz jeszcze pokazać publiczności swój geniusz.

Zawsze żałowałam, że nie mogłam żyć w latach 80. i iść na ich koncert jako nastoletnia fanka. Na szczęście od czego mamy technologię i możliwość nagrywania. Mam na DVD koncert z trasy promującą ostatnią płytę zespołu „Synchronicity” z 1983 roku. Widziałam już ten koncert z pięćdziesiąt razy i z każdym kolejnym odtworzeniem mam ciary na rękach. Po prostu moc. Ale gdy oglądałam ten dokument i fragmenty z lat 80. to stwierdziłam, że wtedy chyba nie byłabym fanką zespołu, a tylko i wyłącznie muzyki. Sting wraz z perkusistą, Stewardem Copelandem, zachowywali się jak rozkapryszone dzieciaki. Wokalista miał tak olewający stosunek do dziennikarzy, z którymi rozmawiał, że gdybym to ja była na miejscu zadającego pytania to po prostu wyszłabym ze studia i się nie oglądała na to czy to gwiazdy czy nie. Jak to możliwe, że trzydziestoletni facet mówi do dziennikarki, że jej pytania są beznadziejne, on wymyśliłby lepsze, a po chwili rzuca w perkusistę butelką z wodą i zaczynają się ganiać jak dzieci. Teraz, jak oglądam wywiady ze Stingiem to widać, że mocno dorósł. Fakt, jest już dojrzałym człowiekiem, ale ta jego wyniosłość gdzieś zniknęła.

Ale film nie tylko pokazywał te kolorowe momenty z działalności zespołu. Andy Summers bez ogródek opowiadał o tym, że przez ciągłe trasy koncertowe rozpadło się jego małżeństwo (po zakończeniu działalności grupy żona wróciła do gitarzysty i są ze sobą po dziś dzień), że narkotyki były na porządku dziennym, a dilerzy tylko czekali, aż skończy się koncert, by dostarczyć chłopakom towar. Do tego z roku na rok relacje w zespole ulegały takiemu pogorszeniu, że ostatnia płyta (moim zdaniem najlepsza w dorobku zespołu) powstała w atmosferze bardzo burzliwej, a każdy walczył, by jak najwięcej jego materiału znalazło się na płycie. Cóż, widocznie kiedyś musiało do tego dojść i miało to właśnie miejsce w 1984 roku. Jednak całe trio po zakończeniu działalności zespołu, zostało na stopie przyjacielskiej i w 1992 roku, na ślubie Stinga zagrali mały koncert dla gości z największymi przebojami grupy.

Film polecam obejrzeć nie tylko fanom zespołu, ale także osobom, które w jakimś stopniu interesują się muzyką tamtych czasów. W bardzo dokładny i realistyczny sposób została pokazana rzeczywistość jaka miała miejsce na przełomie lat 70. i 80.




P.S. Bardzo prawdopodobne, że w najbliższym czasie nie pojawi się żaden wpis, bo wyjeżdżam w miejsce, gdzie nie ma Internetów, a ja będę odpoczywać. No chyba, że wejdę na dach i będę się łączyć z satelitą w kosmosie. :) 

poniedziałek, 8 lutego 2016

40 rzeczy, które chcę zrobić do śmierci

W moim tajnym kajeciku mam spisanych siedem innych tematów, z których mogłyby powstać wpisy. Jednak wczorajsza noc utwierdziła mnie w przekonaniu, że może czas trochę odpocząć od filmów i luźno pobujać się po świecie marzeń. Przez jakieś 22 godziny w mojej głowie rodziły się pomysły i marzenia, które w mniejszym lub większym (no dobrze, niektóre są niemożliwe) stopniu są do zrealizowania.

1. Zamieszkać zagranicą dłużej niż trzy miesiące
W sumie sztuka zamieszkania poza Polską już raz mi się udała, ale trwała ona niecałe dwa miesiące. To był fantastyczny czas w moim życiu, mimo iż pojechałam tam do pracy. Samo zderzenie z obcą kulturą i innymi ludźmi było świetnym doświadczeniem, które powinien przeżyć każdy. Pozwala to otworzyć oczy i spojrzeć na świat z zupełnie innej strony.

2. Kupić samochód marzeń
Obecnie samochód jaki podoba mi się najbardziej na świecie to BMW X1 w kolorze czarnym albo wiśniowym. Swego czasu Audi, BMW czy Mercedesy traktowałam jako samochody, które są zarezerwowane dla mafii (tak, głupia ja). Ale odkąd skończyłam 15 lat i moim głównym celem życiowym stało się zdobycie prawa jazdy, zmieniłam swój pogląd. Obecnie mam przyjemność (rzadko, bo rzadko, ale nie ma innego wyjścia) jeździć bardzo komfortowym autem i nie ukrywam, że uwielbiam je. A nie jest to wcale BMW.

3. Pojechać do Norwegii
W swojej głowie roztaczam piękną wizję: wschód słońca, parująca herbata z miodem, łosoś na stole na śniadanie i ja podziwiająca widoki w swetrze w skandynawskie wzory. Piękne marzenie, ale prawdopodobnie jest jedna przeszkoda, aby się spełniło. Ja nigdy w życiu nie wstanę na wschód słońca z własnej nieprzymuszonej woli. Ale cóż, kto wie, może kiedyś...

4. Skoczyć na bungee
Czasem potrzebuję adrenaliny. A to doskonała rozrywka. Podobno. Żeby tylko mi kręgosłup nie pękł w połowie.

5. Zrobić wielki maraton serialowy (filmowy)
Po prostu, najzwyczajniej w świecie, przez tydzień nie robić nic tylko oglądać filmy i seriale. Do tego mieć pełną lodówkę, wychodzić czasami za potrzebą i to tyle. Nic więcej. Po prostu siedzieć i gapić się w ekran komputera/telewizora. No i oczywiście robić sobie przerwę na sen, bo bez tego to ja nie mogę.

6. Wydać książkę
Jestem w trakcie pisania. Czy z tego coś będzie? Nie mam zielonego pojęcia. Ale jeśli by się udało to byłabym przeszczęśliwa. I nawet jeśli sprzedałabym tylko jeden egzemplarz i to mojej mamie to i tak byłabym zadowolona. W końcu każdego dnia w mojej głowie rodzą się dziwne pomysły, więc mogłoby powstać ze sto książek. Tylko, żebym miała motywację do pisania...

7. Spełnić marzenia moich rodziców
W sumie to nie za dużo wiadomo mi na ten temat, ale są dwie takie rzeczy. Moja mama chciałaby polecieć balonem i prawdopodobnie uda mi się to zrealizować. I to nawet nie długo. A jeśli chodzi o tatę to powiedział mi kiedyś, że jeśli miałby jechać w jakąś podróż to chciałby zobaczyć Nową Zelandię. Jeśli uda mi się kiedyś sprzedać moją książkę i odnieść niesamowity sukces finansowy to tata ma to jak w banku. A jeśli nie no to cóż... Będziemy musieli poczekać na tego mojego bogatego męża i od niego wziąć hajs na podróż.

8. Zakochać się na zabój
Czy to wymaga dodatkowego komentarza?

9. Poranny spacer po Gdańsku
Niby mam taką możliwość, ale powtórzę to co napisałam w punkcie 3: jestem leniwą bułą. A jak widzę ten spacer? O 6 rano przejść się po ul. Długiej, skręcić nad Motławę, a potem wskoczyć w tramwaj nr 8 i pojechać na plaże na Stogi. Ciekawe czy do końca studiów uda mi się tego dokonać?

10. Jechać na koncert The Police
Na koncercie Stinga już byłam i uważam, że był to najlepszy prezent jaki do tej pory dostałam. Nigdy nie zapomnę tego dnia i cieszę się, że mogłam usłyszeć i zobaczyć swojego największego muzycznego idola na żywo. Jednak The Police to trochę inna para kaloszy. Niby też Sting, ale nie do końca. Muzyka The Police daje inną energię. Wystarczy włączyć sobie koncert z 1984 roku z trasy Synchroronicity i trafia się do zupełnie innego świata. Ale to chyba niestety jedno z tych marzeń, które nigdy się nie spełni. Nie zapowiada się na reaktywację zespołu, a do 1984 roku się przecież nie przeniosę...

11. Znaleźć się na planie ulubionego serialu
To jest zdecydowanie jedno z tych większych marzeń. Obecnie miałabym wielki problem, żeby zdecydować się na ulubiony serial. Wahałabym się między trzema: Sherlock, Poldark i Halt and Catch Fire. Zdecydowanie wystarczyłoby mi stanie gdzieś koło barierki i zwyczajne obserwowanie jak powstają pojedyncze sceny. Nie więcej. No może jeszcze zdjęcia z aktorami też by były czaderskie.

12. Zagrać epizod w filmie/serialu
Jeszcze niedawno szczytem moich marzeń było zagranie twarzą do podłogi. Ale teraz mogłabym być jakimś statystą. Na przykład wypatrywać sardynek stojąc na klifie albo być umierającym pacjentem na stole operacyjnym. No chyba, że jakiś gwiazdor z Hollywood poprosiłby mnie, żeby mu partnerować w filmie. To wtedy lecę, pędzę i się nie zastanawiam nad niczym.

13. Zrobić zakupy życia w Empiku
Empik mógłby być moim trzecim domem. Tam jest tyle pięknych rzeczy, która aż wołają, żeby zabrać je do domu. Moje największe zakupy jakie zrobiłam tam do tej pory kosztowały ok. 200 zł, ale byłam wtedy bardzo szczęśliwa. Przepraszam, ma ktoś na zbyciu kartę kredytową z niekończącym się limitem?! Albo może jest na sali mój mąż z Hollywood?!

14. Pojechać do Nowego Jorku
To moje marzenie od 13. roku życia. Odkąd zobaczyłam pierwszy odcinek CSI NY. Piękne, wielkie miasto z ogromnymi możliwościami. Albo się wybijesz albo pójdziesz na dno. Dlatego pojechałabym tam tylko na dwa tygodnie, zwiedzić wszystkie miejsca warte uwagi, a potem latami bym to wspominała. Przecież nie chcę umrzeć w ciemnym zaułku.

15. Porozmawiać ze Stingiem
Zapytałabym go o tak dużo rzeczy, że teraz nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnej. A tak naprawdę, gdyby się do mnie odezwał to prawdopodobnie nie odpowiedziałabym nic, bo bym zemdlała z wrażenia.

16. Kupić czerwone buty na obcasie
Nie tam żadne Gucci czy inny Armani. Po prostu, zwykłe, czerwone, zamszowe, na ok. 10 centymetrowym obcasie, żebym się nie zabiła na najbliższym zakręcie. Raz w swoim życiu miałam okazję kupić takie buty i już szłam z nimi do kasy (nawet miałam sponsora!), ale padło podstawowe pytanie: A gdzie ty będziesz w nich chodzić? No i czar prysł, a buty zostały w sklepie.

17. Mieć w domu bibliotekę
Póki co mam regał wypchany po brzegi i szafkę od telewizora, z której wysypują się książki. Za rok kupię sobie regał, który zajmie mi pół ściany, a w przyszłości kto wie. Może będę miała tak wielkie mieszkanie/dom, że będę mogła poświęcić temu cały pokój...

18. Zamieszkać w apartamentowcu/lofcie
Apartament na 20. piętrze z widokiem na panoramę miasta albo loft, który jest jedną wielką przestrzenią, w której nic mi nie grozi. Najlepiej, żeby to było w jakimś fantastycznym mieście, które ma niesamowite możliwości do rozwoju. A potem pewnie wyprowadzę się na wieś, bo zwariuję i będą chcieli mnie zamknąć w psychiatryku.

19. Wrócić do czasów dzieciństwa
Tęsknie za czasami, gdy wracało się ze szkoły, odrabiało lekcje, zjadało obiad i pędziło na podwórko, bo już wszyscy czekali, a potem punkt 19 meldowało się w domu, bo zaczynała się wieczorynka. W po kolacji zostawał jeszcze czas, żeby poczytać książkę albo porobić cokolwiek innego. A teraz? Teraz oglądam seriale do nocy. Damn, gdzie popełniliśmy błąd?

20. Zostać żoną Hollywood
Zdecydowanie moje największe marzenie. No dobrze, mam już męża z tamtych kręgów, jednak jest z tym mały problem. To bardzo skomplikowana relacja, a poza tym on jeszcze nie wie, że jest moim mężem. Ciągle się zbieram, żebym mu to napisać na Twitterze i jakoś nie mogę tego zrobić. A w ogóle to jest jeszcze kilku innych kandydatów na mojego męża. Tylko, żeby oni się zdecydowali...

21. Zdobyć popularność na blogu
No dobrze, jestem wdzięczna WSZYSTKIM moim obecnym czytelnikom. Każdy z Was jest naprawdę cenny i cieszę się, że moje teksty są gdzieś tam czytane. Ale jak to każdy pazerny "twórca" chcę więcej i więcej. Ot, niespokojna ambicja. Ale i tak Wam dziękuję! Dzięki, że jesteście.

22. Udać się na spontaniczny wyjazd
Ostatnio z moją współlokatorką stwierdziłyśmy, że chciałybyśmy pojechać do Paryża. Paryż ładne miasto, tylko że my nie mamy kasy. No i po spontaniczności. Ale jeśli tylko trafią mi się jakieś tanie bilety np. do Norwegii albo nawet do Warszawy to jadę. Koniecznie!

23. Pójść na strzelnice
W poprzednim wpisie pisałam, że swego czasu interesowałam się bronią i wszystkim co z tym związane. Pamiętam jak maltretowałam tatę, żeby zabrał mnie kiedyś na strzelnice. Niestety nie chciał tego zrobić, więc jak znajdę towarzystwo i trochę więcej czasu (i pieniędzy) to się tam wybiorę. No chyba, że jakimś cudem zostanę policjantem albo żołnierzem, w co wątpię.

24. Mieć dziecko
Zostałam ostatnio zapytana czy chcę mieć dziecko. Chcę, pewnie. To świetna sprawa. Ale jeszcze nie teraz. Poza tym trzeba je jeszcze mieć z kim mieć. Także sobie jeszcze trochę poczekam, ale może w końcu się doczekam.

25. Jeść dużo i nie przytyć
To chyba marzenie każdego, prawda? Pączki, ciastka, pizza, kebab i wszystkie inne dobrocie jakie widział ten świat. Omomomom...

26. Nie utracić tych, których mam
Rodziny, przyjaciół, wszystkich istotnych. Jest dobrze jak jest i niech się to nie zmienia.

27. Przywalić tym, którzy mnie wkurzają
Zepnę się kiedyś w sobie i cały ten tłumiony gniew (a jest on ogromny jak widzę niektóre osoby) wypuszczę z siebie w najmniej oczekiwanym momencie. Tylko, żeby to się dla mnie źle nie skończyło... Ja nie chcę iść siedzieć.

28. Dostać darmowy karnet do kina do końca życia
Ostatnio kino i filmy stały się moją pasją numer 1. Potrafię być w kinie dwa razy w tygodniu i to dzień po dniu. Oczywiście najbardziej obstawiam wtorki i środy, bo w Heliosie są tanie wtorki, a w środy w Multikinie są "Środy z Orange", czyli dwa bilety w cenie dwóch, jeśli ma się kod z Orange. A ja mam to szczęście, że moi towarzysze, którzy chodzą ze mną do kina mają telefony w Orange. Czego chcieć więcej?

29. Mieć zawsze pieniądze na koszulki z othertees.com
Na tej stornie, za niewielkie pieniądze (jak na koszulki bardzo dobrej jakości) można kupić małe dzieła sztuki. Są to najlepsze fanowskie koszulki jakie świat widział. Obecnie jestem w posiadaniu sześciu takich koszulek i nadal poluję na kolejne wzory. Właśnie dzisiaj przepadł mi bardzo ładny wzór z Deadpoolem. Ale przecież moje konto nie jest bez dna. Haaaaalo, mężu z Hollywood, gdzie jesteś?!

30. Mieć kanały BBC w swoim telewizorze
Kiedyś miałam BBC Entertaiment, ale szanowna sieć kablowa postanowiła się pozbyć tego brytyjskiego daru i zostałam na lodzie. Na szczęście będąc w Anglii mogłam sobie oglądać BBC do woli. Nawet ich parlament, który miał osobny kanał. Jednak dla mnie największym szczęściem była możliwość obejrzenia mojego ukochanego odcinka Sherlocka w oryginale, bez żadnego słabego lektora. Tylko po prostu, tak jak go Pan Bóg (a raczej duet Gatiss&Moffat stworzył).

31. Nie być już nigdy więcej zranionym
Tak zwyczajnie, żeby nie płakać pół nocy w poduszkę, bo ludzie nagle znikają i nie tłumaczą dlaczego. Zakładam, że to niewykonalne, bo dużo takich sytuacji jeszcze przede mną. Ale marzeniem może być.

32. Mieć gramofon i płyty winylowe
Tata mi kiedyś obiecał, że jak zniknie pewna sterta pudeł w moim pokoju to naprawi nasz stary adapter i wstawi go do mnie do pokoju. Pudła zniknęły dawno temu, a obiecanego sprzętu jak nie było tak nie ma. A moje dwie pierwsze płyty winylowe kupiłam kilka lat temu z przekonaniem, że już nie długo będę mogła ich posłuchać. I co? Wiadro...

33. Zatańczyć na barze
Niesamowicie idiotyczny pomysł, ale bardzo mi się podoba. Jednak żebym to robiła musiałabym się porządnie upić i do tego trafić do baru, gdzie nikt mnie nie zna i nigdy tam nie wrócę. Toruń odpada, a Gdańsk tym bardziej. Może jak w końcu pojadę do tego Nowego Jorku to tak zrobię. W końcu żyje się tylko raz.

34. Mieć zwariowane wakacje
Myślę, że czas takich wakacji już minął, a właściwie nigdy się nie pojawił. Oczywiście kilkudniowe wyjazdy się zdarzały, ale mi się marzy takie totalne szaleństwo przez przynajmniej miesiąc. Robisz co chcesz, jesz co chcesz, śpisz gdzie chcesz i nie martwisz się o nic. Oczywiście pewnie rzeczy w granicach rozsądku, a pewne... Lećmy na całego!

35. Wyjść za mąż
Ślub to świetna sprawa. Może i pokazówka dla rodziny, ale przeżycie niesamowite. Nie raz śniło mi się fantastyczne wesele i zabawa do samego rana. Na razie w swoim życiu byłam tylko na jednym i to jako gość. Ale zaraz... Czy ja przypadkiem nie mam męża? Ach tak, on o tym nie wie.

36. Zostać elfem
Chciałabym być królową elfów, mieć dostojnego męża króla elfów i strzelać twarz pogardy kiedy tylko mi się podoba. A tak naprawdę to biegać ze strzałą i atakować krasnoludy. O kurczę, chyba za dużo Hobbita...

37. Mieć telefon, w którym bateria jest niezniszczalna
Kiedyś turboniezniszczalna Nokia wytrzymywała dwa tygodnie i uciekała jej tylko jedna kreska. A teraz, pół godziny posiedzisz na Internecie, zagrasz w Candy Cruch, posłuchasz muzyki i ups, zostało 20% baterii. Dlaczego tak się dzieje? To takie niesprawiedliwe.

38. Nauczyć się porządnie gotować
Nie mam na myśli tutaj ugotowania makaronu i usmażenia kurczaka. To już opanowałam. Ale chciałabym w przyszłości umieć gotować choć odrobinę tak dobrze jak Gordon Ramsay. Chciałabym te jego pół gwiazdki Michelin. A potem tworzyłabym wątróbkę w pomarańczach albo królika ze śliwkami. A może lepiej nie?

39. Pojechać do Kornwalii
Odkąd zobaczyłam po raz pierwszy Poldark to nie miałam wątpliwości, że się zakochałam (nie, nie mówię tu o Aidanie Turnerze). Klify, wzgórza, kopalnie, piękne wioski. W najgorsze w tym wszystkim jest to, że byłam blisko, aby tam trafić. Niestety, coś gdzieś po drodze nie wyszło. Ale żeby mnie dobić, nasłuchałam się o tym miejscu w pracy. Że to idealna miejscówka na wakacje albo nawet na weekend. To czyją podkuchenną mogę tam zostać?

40. Być szczęśliwym
Czy to aż takie nadzwyczajne? Czy to aż takie trudne? Cóż, się okaże.


Zapewne kiedyś stworzę dwa razy dłuższą listę i dodam pewne kwestie, o których teraz zapomniałam. Chyba, że coś z tej listy się spełni i będę mogła uzupełnić nim spis rzeczy, które już dokonałam.

P.S. 41 punktem mogłoby być to, że chcę zamieszkać w Bath, bo zakochałam się w tym mieście od pierwszego wejrzenia, ale nie lubię rzeczy nieparzystych, więc zaburzyłoby mi to koncepcję. :P

wtorek, 7 kwietnia 2015

5 wspaniałych, bez których nie istnieje moja playlista

Skoro wczoraj była mowa o filmach to dziś na tapetę w moim Wesołym Fandomowym Autobusie biorę muzykę. Jako, że zdecydowanie bardziej wolę panów (panie też są ok) to przedstawiam zestawienie najlepszych głosów na mojej playliście. I tym razem kolejność ma znaczenie. :)

1. Sting

Właściwie Gordon Matthew Sumner. Brytyjski muzyk, wokalista i kompozytor. Karierę rozpoczynał w The Police, a od połowy lat 80. stał się muzykiem solowym. Mogłabym rozpisać się na temat jego życia, ale jeśli ktoś ma ochotę o ty poczytać to odsyłam do czeluści Internetu. Ja wolałabym się skupić na twórczości. The Police powstało w 1977 roku w Londynie. Zespół został założony z inicjatywy perkusisty Stewarta Copelanda. Po kilku miesiącach dołączył do panów gitarzysta Andy Summers. Grupa nagrała pięć albumów: "Outlandos d'Amour" (1978), "Reggatta de Blanc" (1979), "Zenyatta Mondatta" (1980), "Ghost in the Machine" (1981), "Synchronicity" (1983). Oficjalnie zespół nigdy nie rozwiązał swojej działalności, jednak Sting rozpoczął solową karierę. Zawsze się mówi, że jest słaba szansa, by muzyk odchodzący z zespołu, który jest na szczycie odniósł podobny sukces samodzielnie. Jak widać w tym przypadku się udało. 

Solowo Sting wydał dziesięć albumów studyjnych. Moimi ulubionymi albumami są: "... Nothing like the Sun" (1987), "Ten Summoner's Tales" (1993) oraz "Sacred Love" (2003). Gdybym miała mówić dlaczego akurat te to miałabym problem. Wydaje mi się, że główną przyczyną jest to, że każda z tych płyt w jakiś sposób pokazuje ewolucję twórczości Stinga. Ale żeby nie było, że tylko tych trzech płyt słucham z jego dyskografii to od razu mówię, że mój telefon jest wypełniony jego piosenkami z każdej płyty.



Moim największym szczęściem jest to, że miałam okazję być na jego koncercie i zdecydowanie była to jedna z najlepszych rzeczy jaka mi się przytrafiła w życiu. Na drugi dzień moje gardło trochę dało mi odczuć, że za mocno się wydzierałam, ale było warto. 

2. Ed Sheeran

Właściwie Edward Christopher Sheeran. Brytyjski wokalista i autor tekstów. Już jako młody chłopak zaczął pisać piosenki, ale wydany dopiero w 2011 roku cały album zatytułowany "+" przyniósł mu ogromną popularność na całym świecie. Z kolei w 2014 roku ukazał się jego drugi album zatytułowany "X". 

Obie płyty stoją u mnie na półce, a także egzystują w moim telefonie. Nie potrafię powiedzieć, którą płytę bardziej wolę, bo obie znam na pamięć i każda daje coś innego. A jeśli miałabym decydować czy bardziej podobają mi sie jego ballady czy "szybsze" piosenki to wybrałabym tą drugą opcję. Nie mówię, że wolne kawałki są słabe, bo są genialne, a Ed potrafi pięknie przekazywać emocje, ale bardziej trafiają do mnie takie numery jak "Sing" czy "Don't". Jednak jako fanka Hobbita (oj, bójcie się jak przyjdzie mi o tym napisać, a to już niedługo) kocham go miłością bezgraniczną za "I see fire". Piosenka ta jest zmasakrowana przeze mnie, ma pierwsze miejsce w najczęściej odtwarzanych i gdyby ktoś mnie w środku nocy obudził i kazał recytować, bo śpiewać to nie umiem, nie miałabym z tym najmniejszego problemu. I do tego taki ładny klip video...



Niestety na jego koncercie nie byłam, ale mam nadzieję, że taka okazja się przytrafi i wtedy będę mogła go posłuchać na żywo.

3. Piotr Rogucki

A teraz polskie podwórko. Łódzki wokalista i autor tekstów oraz aktor. Znany głównie z tego, że jest liderem grupy Coma. Działalność muzyczną rozpoczął w 1998 r. Z zespołem nagrał sześć albumów. Zdecydowanie moimi ulubionymi jest ich debiutancki krążek "Pierwsze wyjście z mroku" (2004) oraz "Czerony album" (2011). Oczywiście obie płyty mam w swoim posiadaniu. 

Ale wracając do samego wokalisty. On również należy do tych twórców, którzy lubią pisać coś na własną rękę. Rogucki dorobił się dwóch solowych albumów (również je mam): "Loki - wizja dźwięku" (2011) oraz "95-2003" (2012). Pierwszy krążek to "ścieżka dźwiękowa do filmu, który nigdy nie powstał", a przynajmniej tak sam artysta o niej mówi. I rzeczywiście, jeśli słucha się piosene po kolei, tak jak są ułożone na płycie, usłyszymy historię Lokiego i jego alter ego (albo odwrotnie). Z kolei druga płyta to zbiór utworów, które napisał w latach 1995-2003, a nigdy nie znalazły się na żadnym wydawnictwie. Jest to zdecydowanie poezja śpiewana, która bardzo dobrze mu wychodzi. 



Oczywiście na koncercie Comy jak i na Roguckim solo miałam przyjemność być. Wydawać by się mogło, że skoro ten sam artysta to klimat również niczym się nie różni. Otóż nic bardziej mylnego. Coma to totalna miazga energetyczna, a akt solo to świetne wyciszenie i bliskie spotkanie z poruszającymi tekstami.

4. Hans

Właściwie Przemysław Frencel. Poznański raper, wokalista i autor tekstów. Współzałożyciel grupy 52 Dębiec, a obecnie również wokalista w zespole Luxtorpeda. Za co uwelbiam Hansa? Już tłumaczę. Po pierwsze 52 Dębiec, ale chyba jeszcze nie jestem na etapie całkowitego poznania dyskokrafii grupy. Po drugie kariera solowa i przy tym chcę się zatrzymać. W 2011 roku wydał solowy album, którego  (to niespodzianka!) niestety nie posiadam w formie płyty CD, ale mam na telefonie. Znam go od deski do deski, wzdłuż i wszerz. Tak naprawdę nie toleruję chyba tylko jednego utworu z tego wydanictwa, a resztę to biorę w ciemno. 

Ale chyba najważniejszym powodem jest Luxtorpeda. Tak naprawdę poznając Luxtorpedę poznałam Hansa, chociaż kiedyś dawno temu znałam kilka piosenek 52 i niestety nie byłam świadoma, że to on. W Luxach mamy doskonałe połączenie Hansowego flow i dobrej rockowej muzyki. Luxtorpeda nagrała trzy albumy, ale mam tylko jeden, najnowszy (oczywiście w postaci płyty CD) "A morał tej historii mógłby być taki mimo, że cukrowe to jednak buraki". Za to z autografami całego zespołu. 


Na koncercie Luxtorpedy się pojawiłam i było bardzo, bardzo energetycznie. Jak tylko natrafi się następna okazja to idę drugi raz.

5. Artur Rojek

No i ostatni z tych co muszą zawsze być w odtwarzaczu. Muzyk, kompozytor, wokalista i autor tekstów. Zaczynał karierę w Myslovitz, ale w 2012 roku, po 20 latach działalności w zespole, rozpoczął karierę solową. Z zespołem wydał dziesięć płyt studyjnych. Moją ulubioną jest zdecydowanie "Miłość w czasach popkultury" (1999). Niestety nie posiadam tej płyty, ale muszę ją gdzieś poszukać i zakupić. Chyba z pomocą przyjdzie mi tu mój ulubiony sklep. 

Jako solista wydał do tej pory jeden album "Składam się z ciągłych powtórzeń" (2014). Zdecydowanie piosenką z tej płyty, którą uwielbiam jest (czy raczej są?) "Syreny". Ostatnio ciągle jej słucham i nie mogę się od niej uwolnić. Ale że ma bardzo ładny tekst to wybaczam. 


Na koncercie Myslovitz byłam... W wieku sześciu lat na pikniku, gdzie sponsorem były wafelki Koziołek Matołek. Jedyne co pamiętam to zestaw dziesięciu wafelków i plastikowy kubek do herbaty, który kupili mi rodzice. Potem w dwa dni zjadłam wafelki, a kubek zaginął gdzieś w akcji po latach.