To był mój drugi maraton z Hobbitem w kinie. Pierwszy odbył się w połowie grudnia i wtedy nie byłam tak bardzo świadoma mojego fangirlizmu jak miało to miejsce dzisiaj w nocy. Ale od początku. Na pierwszym maratonie byłam z moim Wilsonem i miałyśmy to dzisiaj powtórzyć, jednak wystąpiły małe komplikacje. Wilson mi się pochorował (ZDROWIEJ!) i musiała odpuścić wyjście. Niestety bilety zostały kupione tydzień temu i nie było opcji, żeby z tego zrezygnować. Więc na dziesięć godzin przed seansem szukałam jakiejś dobrej duszy, która przejęłaby wilsonowy bilet. Dopiero za czwartym zapytaniem się udało. I alleluja! Bo już byłam gotowa stanąć pod kinem i wręczyć komuś wejściówkę jako spóźniony prezent na Mikołaja. Na szczęście na moją propozycję przystała Daria (zapytałam pod jakim pseudonimem ma widnieć na wpisie i odpowiedziała, że może być po imieniu). Na początku w jej oczach zobaczyłam obawę, że nie da rady wysiedzieć w kinie prawie dziewięcu godzin, ale potem stwierdziła, że w sumie zawsze chciała obejrzeć Hobbita i najwyżej zaśnie.
Zaczęłyśmy się organizować do wyjścia. Oczywiście Polak Cebulak musi być i zamiast kupić popcorn w kinie zrobiłam go sama w mikrofali. Przynajmniej wyszło taniej (i nie tylko my miałyśmy swój popcorn). Pod Multikinem znalazłysmy się o 21:20 i weszłyśmy do środka. Ale najpierw postanowiłyśmy poszukać na zwenątrz plakatu reklamującego owy maraton. Niestety nic takiego nie było i musiałyśmy obejść się smakiem. Za to w środku usiadłyśmy sobie na tle ślicznej fototapety z Casablanki i musiałyśmy zrobić obowiązkowe selfie. Czekałyśmy na wejście do sali ok. trzydziestu minut, a gdy już otworzyli sale to ustawiła się taka kolejka, że ostatnio chyba na promocji w Lidlu taką widziałam. Kulturalnie czekałam na swoje okazanie biletu, a za mną była Daria. Ja wręczyłam kontrolerowi swoją wejściówkę i przeszłam dalej, a po chwili usłyszałam za swoimi plecami: "A zgoda od rodziców jest?". Spojrzałam na Darię, a ona zrobiła klasyczną minę "Are you fucking kidding me?" i podała wraz z biletem legitymację studencką. Dziewczyna od biletów wyraźnie się zmieszała i przepuściła ją dalej. Z kolei przy drzwiach stali dwaj ochroniarze (jeden młody, a drugi to uroczy starszy pan) i sprawdzali zawartość toreb i plecaków. Poszedłam do staszego pana i pytam: "Też mam otworzyć?", na co pan: "Tak, tak nam kazali to muszę sprawdzać". Wykonałam polecenie, pan zajrzał do plecaka, a z niego wysypało sie pięć batonów w paku, woda smakowa oraz 7Days. Uśmiechnęłam się szeroko na co pan mi powiedział: "Smacznego!". Ja podziękowałam i śmiejąc sie z tego z Darią weszłyśmy do sali.
Tym razem miałam szczęście, bo siedziałam w trzecim rzędzie od góry, a nie od dołu tak jak to miało miejsce za pierwszym razem. Przynajmniej nie dostałam skrętu szyi. Zajęłysmy swoje miejsca i czekałyśmy na seans. Pierwszym razem nie było żadnych zwiastunów, ale dziś organizatorzy postanowili nas zaskoczyć i puścili dziecięciominutowy (naprawdę tyle miał!) trailer Mad Maxa. Myślałam, że tego nie przezyję. Na pewno nie pójdę na ten film, bo to co tam zobaczyłam mnie nie zachwyciło. Ale szybko zapomniałam o tym epizodzie i z radością powitałam na ekranie wyczekiwany film.
Cóż, muszę się przyznać, że zdarzyło mi się raz zasnąć. Ale to i tak lepiej niż ostatnio, bo poprzednio przysnęłam cztery razy. Daria sobie spała, ale miała prawo, na ósmą rano była na zajęciach. Obie stwierdziłyśmy, że najładniejsza była pierwsza część. Ładne kolorki i dobrze połączona akcja. Jak to Daria stwierdziła: "Nie było czasu na spanie, bo zawsze coś się działo". Z kolei trzecia część była dla nas przepełniona walkami (dobra, tytuł sugeruje, że będzie bitwa, ale za duuuużo). Nasza maraton zakończył się w McDonald's na kawie i toście. A dla rozrywki rozwiązywałyśmy testy z serii "jakim bohaterem z Hobbita jesteś?". Generalnie wyszło, że jesteśmy Bilbo Bagginsem. Ale zdarzyła się też elfka i krasnolud. Ja jestem bardzo zadowolona z dzisiejszego wyjścia i mam nadzieję, że moja towarzyszka również.
A teraz druga część wpisu, która będzie zawierała moje fangirlowe przemyślenia. Możliwe spoilery, więc jeśli ktoś nie chce wiedzieć co było w filmie to niech w tym momencie wyłączy bloga i dziękuję za uwagę. :)
Podczas każdej przerwy między filmami zapisywałam momenty, o których chciałam napisać. Oczywiście o bohaterach nie zapomniałam i w tej kwestii bardzo popłynę.
1. Język starokrasnoludzki
Jako studentki filologii polskiej mamy przedmiot zwany literaturą staropolską i jak tylko usłyszałyśmy, że w filmie padła nazwa język staropolski to wybuchnęłysmy śmiechem. W sumie to fajnie byłoby się nauczyć starokrasnoludzkiego. Siedzisz sobie w tramwaju i nagle ktoś do ciebie dzwoni, a ty nawijasz w nikomu nie znanym języku. Jestem ZA!
2. Hobbit jako smark
Jakkolwiek to brzmi scena była fajna. Kompani Krasnoludów złe trolle ukradły konie i Bilbo został wypchnięty przez Kiliego i Filiego na ratunek zwierzętom. A że trolle były ślepe to nie zauważyły co łapią. Niestety Bilbo się podłożył, bo chciał ukraść trollowi nóż do odcięcia liny, na której uwiązane były wierzchowce. Troll dostał w swoje ręce hobbita i kichnął, po czym z przerażeniem stwierdził, że wykichał takie coś i to na dodatek się rusza. A biedny pan Baggins był cały ubrudzony wydzieliną z nosa wielkoluda.
3. Rozmowa z Gollumem
W pierwszej części filmu Bilbo trafia do przeuroczego Golluma (nie wiem dlaczego lubie mówia, że on jest okropny jak ma takie sliczne oczka), któremu kradnie magiczny pierścień i aby się uwolnić z groty potworka zaczynają grać w zgadywanki. Stwierdziłyśmy z Darią, że tak właśnie będzie wyglądał nasz egzamin ustny ze staropolskiej. Tylko w pewnym momencie już przestałam rozróżniać kim będę podczas egzaminu. Czy Gollumem, który zadawał ładne zagadki, ale ostatecznie przegrał z Bilbem czy może jednak Bagginsem, który dzielnie walczył i jakoś wywalczył to co chciał. Cóż, przekonam sie w czerwcu. Obie się przekonamy.
4. Orki to zło
Daria jednoznacznie stwierdziła, że orki to największe paskudztwa jakie istnieją. I nie dość, że są wredne i brzykie to jeszcze są w każdej części filmu. Zdecydowanie nie chciałybyśmy mieć z nimi doczynienia, szczególnie z takim jedneym ich przywódcą co to kiedyś stracił łapsko dzięki Thorinowi i teraz w jej miejsce nosi takie różne metalowe dźgacze. O dziwo, wymienne,
Jeśli Lee byłby orkiem to może bym się zastanowiła czy to najwieksze paskudztwo...
5. Thranduil
Skoro jestem już przy Lee, właściwie przy Thranduilu, to wybaczcie, ale jestem jeszcze bardziej zakochana niż przed dzisiejszym seansem. Pierwszym razem będąc na maratonie jakoś szczególnie nie zwracałam na niego uwagi, bo wtedy gapiłam się cały czas na Bilbo i na Kiliego. Uwielbiam Lee w innych filmach czy serialach, ale jako król elfów po prostu wymiata. Stwierdzam oficjalnie, że chcę zostać królową elfów i mieszkać sobie z Thranduilem w jego zamku. Do tego moglibyśmy farbować włosy tą samą farbą i spełniłabym swoje największe marzenie, czyli jeździłabym na jeleniu. Powiedziałam dzis Darii, że zamiast samochodu wolałabym jazdę na jeleniu. Ekologiczniej i taniej. No i mój facet byłby zawsze dobrze ubrany, bo te wdzianka w jakich on chodzi to chyba są od jakichś najlepszych elfowych projektantów. Jeśli chodzi o jego charakter to przynajmniej zawsze wszyscy by sie jego słuchali i nie ma sprzeciwu (dobra, Legolas się wyłamał, ale dzieci zawsze się sprzeciwiają rodzicom). No i te oczy i to jak mówi po elficku. Bo on generalnie ładnie mówi i mogę go słuchać godzinami, ale mowa elficka... Ech, jestem zakochana, wybaczcie.
6. Legolas
Z kolei Daria stwierdziła, że ona jest totalnie Legolas, bo Orlando. Najpierw jej się nie podobały jego niebieskie oczy, ale później widziałam, że już tylko na niego czekała. No i na napisach końcowych też wyczekiwała nazwiska Orlando. No cóż, muszę przyznać, że jaki ojciec taki syn (w tym przypadku chodzi mi o wygląd) idealnie pasuje. Obaj sa przeuroczy. I pochwalę się, ale nad łóżkiem mam plakat Legolasa. Z nim też mogłabym dzielić farbę do włosów i chciałabym, żeby nauczył mnie strzelać z łuku. Całkiem fajne zajęcie. Tylko szkoda mi, bo on biedny zakochany, a elfka trzyma go w friendzone i musi patrzeć na to jak do niej startuje, a jej się to podoba.
7. Bilbo Baggins
Tak naprawdę to od tego powinnam zacząć, bo to o niego w tej historii chodzi. Uwielbiam Hobbita za to, że gra go Martin Freeman, który idealnie pasuje do tej roli. Jego mimika, ruch i zachowania rozwalają na łopatki praktycznie w każdej scenie. I gdyby nie to, że on jest Bilbem to chyba bym w ogóle fimu nie obejrzała. Bilbio w sumie jest jak ja. Lubi odpoczywać, jeść, czytać książki i przebywać w samotności. Do tego ładnie się ubiera i ważne są dla niego pamiątki rodzine. Znaczy ja się tak średnio ubieram, ale lubię pozostałe rzeczy z wyżej wymienionych. No i ten jego piękny domek w Shire. Marzy mi się taka wioska i taka norka.
8. Smaug
Dowiedziałam się, że mam dziwny gust (żadna nowość), bo podoba mi się smok. Ale jak słyszę jego głos (podziękujmy niebiosom i rodzicom Benedicta Cumberbatcha, że istenieje) to mam ciarki na plecach. Do tego smok jest bardzo ładny pod względem wizualnym. Nie jest maszkarą tylko skrzydlatym stworem, którego da się lubić mimo iż jest mendą. No i nie powiem, było mi smutno jak go zabili. I trudno, że siał spustoszenie i niszczył wszystko co było na jego drodze. I tak go uwielbiam.
9. Krasnoludy
W tej kategorii mam dwóch ulubieńców na trzynastu możliwych. Oczywiście Kili, który jest tak piękny, że no nie. Po prostu jest piękny. Nawet Daria przyznała, że jest. A jeszcze jak się uśmiechnie to już w ogóle, miękkie kolana. I człowiek ma serce złamane jak musi patrzeć na to jak on umiera. Nie powiem, łezka się w oku kręci. Drugim krasnoludem jest Thorin, o którym mozna by było napisać pracę magisterska z psychologii i zatytułować "jak zamek ze złotem sprawia, że odbija ci palma". Jego postać piękni ewoluuje przez całą trylogię i ma się momenty, że najpierw można się go bać, potem zaczyna się go lubić, by za chwilę go znienawidzić, a na końcu wybacza mu się wszystko i płacze, że podzielił los Kiliego.
Taki piękny Kili
A to Thorin
10. Gandalf
Dziadek czarodziej, który jest całkiem sympatyczny, ale jak się wkurzy to uuuu... Potrafi strzelić focha i zniknąć nic nie mówiąc. Ale zawsze wierzy w Bilbo, w końcu sam go wybrał. I ma taki fajny kij, który może się świecic. Daria stwierdziła, że to taki starokrasnoludzki smartphone, bo przy aparatach są latarki i Gandalf też może sobie poświecić w razie potrzeby. A potrzeba była.
11. Związek zakazany
Oczywiście nie mogło zabraknąć wątku miłosnego i nasz piękny Kili zakochał się w ślicznej elfce Tauriel. Ona też zapałała uczuciem do niego i po prostu ciągnęło ich do siebie, ale jak to bywa wszelkie przeciwności losu sprawiły, że nie mogli ze sobą być. Dopiero gdy Kili zmarł Tauriel przyznała, że go kocha i skoro miłośc taka jest to ona jej nie chce. Ale Kiliego też bym w ciemno brała, więc ją rozumiem.
12. "I see fire"
Jak to Daria stwierdziła "nie lubie tej piosenki, ale przyszłam jej posłuchać". Po czym przyznała, że odkąd obejrzała film i wie o co chodzi to znaczenie tekstu trochę się zmieniło. Ja piosenke uwielbiam od początku i mogę ją słuchać wciąż i wciąż. Nawet mój odtwarzacz dziś chyba się zorientował, że byłam na Hobbicie, bo aż trzy razy losował mi piosenkę do posłuchania. Ot, taka niespodzianka.
A bonusem jest to, że we wiosce ludzi pojawiły się dwa, małe spacerujące buldożki. Buldożki są słodkie i jestem ciekawa czy Smaug jest spalił czy jakiśm cudem ocalały?
Założę się, że jak trzeci raz się trafi maraton z Hobbitem w kinie to pójdę na niego, bo mimo że to ponad osiem godzin i sen czasem łapie to warto. To jest piękna historia, żeby się oderwać od rzeczywistości i popatrzeć na ładnych boahterów.
A wracając do początku wpisu, teraz już zdecydowanie potwierdziłam, że potrzebuję psychiarty. Także jakby ktos chciał ta terapię dla mnie to dajcie znać. :)
P.S. Sorry za błędy, ale miałam iść spać, jednak tego nie zrobiłam (zapewne z emocji i po kawie). Chyba jeszcze jestem w fangirlowym amoku...





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz