Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sherlock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sherlock. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 maja 2017

Fandom uzależnia, czyli Sherlockon Polska 2017

Prawda jest taka, że wpis miał być z całego wyjazdu do Warszawy, ale doszłam do wniosku, że to miasto za bardzo mnie nienawidzi (z wzajemnością), że postanowiłam się skupić na tym co było najlepsze. Mam tu na myśli konwent Sherlocka, który był głównym powodem wyjazdu do stolicy.

Po piątkowych atrakcjach (głównie pogoni po mieście w deszczu) w sobotę postanowiłyśmy (wraz z moją szanowną towarzyszką podróży) odciąć się od dnia poprzedniego i zaprzyjaźnić się z miastem na nowo. Oczywiście wszystko ze względu na konwent. Niestety już podczas docierania do klubu "Hybrydy" miasto postanowiło nas pokopać. Jak się okazało szłyśmy w zupełnie inną stronę niż powinnyśmy. Na szczęście dzięki nawigacji i telefonicznemu nawigatorowi udało nam się dotrzeć na miejsce z niewielkim spóźnieniem. Nie mogę pominąć jakże ważnego faktu, że tego dnia po raz pierwszy spotkałam się z moją bardzo dobrą internetową koleżanką. Po ponad trzech latach znajomości udało nam się w końcu poznać osobiście. Czyli można powiedzieć, że konwent i Sherlock łączy ludzi.

Kartonbacz był bardzo przyjazny,
chociaż po minie tego nie widać ;)

Po przybyciu do "Hybryd" dość niepewnym krokiem weszliśmy w tłum pozytywnie zakręconych ludzi. Już na wejściu było widać cosplayerów, którzy byli tak świetnie poprzebierani, że aż żałowałam, że nie zabrałam mojego płaszcza i niebieskiego szaliczka, żeby móc wmieszać się w tłum. Pewnie był się w tym zagotowała, ale byłoby warto. Stanęłyśmy sobie za krzesełkami, które były tuż przed sceną główną (nazwałyśmy to nieoficjalnie naszymi numerowanymi miejscami stojącymi) i zaczęłyśmy obserwować jak urocza pani na scenie robi modelowi makijaż a'la Cumberbatch. Niestety nie dotrwałyśmy do końca i nie zobaczyłyśmy finalnego efektu, bo po pierwsze wciągnął nas wir stoisk z fandomowymi gadżetami, a po drugie zrobiłyśmy się głodne i wyszłyśmy na szamkę. Co do stoisk to absolutnie cudowne i piękne rzeczy się na nich znajdowały tylko trzeba było się szybko decydować i brać od razu, bo za plecami stali już inni i czekali na swoją szansę. Przyznaję się, że mimo iż to był konwent Sherlocka to więcej gadżetów przywiozłam z Doctorem Who, ale trzeba mi to wybaczyć, bo na tą chwilę jestem bardziej zachłyśnięta właścicielem Tardisa niż genialnym detektywem. 


Po jedzonku kulturalnie wróciłyśmy na najważniejszy, a przynajmniej na najbardziej wyczekiwany moment konwentu, czyli Bingo. Zabawa była genialna, do tego stopnia, że jak ludzie zaczęli hurtowo wygrywać i biec na scenę to zabrakło nagród i prowadząca musiała je wydobywać z różnych tajemniczych miejsc. Fajną sprawą było to, że jak ludzie nie wiedzieli o co chodzi w grze to po prostu podchodzili do innych, którzy to ogarniali i się pytali co i jak. Żeby nie było, wygrałam, udało się. Zdobyłam przypinkę konwentową z czego się bardzo cieszę. Bo nie chodziło tu o nagrody, a o dobrą zabawę. Gdybyście tylko słyszeli jakie reakcje wywoływało wyczytanie danego hasła. 


Po Bingo postanowiłyśmy pójść posłuchać prelekcji i tak jakoś wyszło, że zostałyśmy na aż trzech z rzędu. Wszystkie były świetne, ale jedna przypadła mi szczególnie do gustu. Mam tu na myśli pokazanie słuchaczom, że niekoniecznie ten Sherlock, którego wszyscy uważają za klasyk i kanon jest tym właściwym. Kto by pomyślał, że bliższy ideału jest ten współcześniejszy niż ten z lat 80. Po uroczych prelekcjach miałyśmy trochę luzu w harmonogramie, więc udałyśmy się na kawę i integrację. Przy okazji zaliczyłam pierwszą poważną sesję zdjęciową, która uświadomiła mi jedną rzecz, ale tego to już nie zdradzę. Za to pani z pewnej sieciówki z kawusią zabłysnęła w rozmowie z jedną z moich towarzyszek:

Towarzyszka: Poproszę mrożoną kawę.
Pani: Z lodem?


Po takich uroczych żarcikach wróciłyśmy do "Hybryd", bo szykował się konkurs cosplaya. Jak już wcześniej wspominałam ludzie mają niesamowite pomysły i są bardzo kreatywni. Był wysyp Watsonów i Molly, ale trafił się także Sherlock, Moriarty czy mój zdecydowany faworyt, 10 Doctor z Tardisem na sznurku. Jakież to było urocze. Także mam postanowienie na przyszły rok, że choćbym miała brać dodatkową walizkę na cosplay, przebiorę się. Tylko będę musiała coś zrobić z włosami, ale wszystko jest do załatwienia. Bo póki co stanęło na dwóch postaciach, w które mogłabym się wcielić, ale to tajemnica (he, he, he).


Po cosplayach poszłyśmy jeszcze na dwie prelekcje, a potem trzeba było uciekać, bo czas konwentu dobiegł do końca. Generalnie uważam, że to było świetne wydarzenie, które jeśli w przyszłym roku się powtórzy to na pewno się wybiorę. Pojawiły się też plany, żeby wybrać się na inny konwent, ale zobaczymy jak to będzie. Póki co bawiłam się genialnie, poza małymi nie dociągnięciami jakimi była mała przestrzeń klubu na takie wydarzenie i słabe zaplecze gastronomiczne (niestety, jestem żarłokiem, a żeby coś zjeść konkretnego trzeba było się ulotnić). Ale jako że to była pierwsza edycja Sherlockonu w Polsce to wybaczam. Jak na pierwszy raz było fantastycznie. Ludzie pozytywni, atmosfera przyjazna i nic, tylko czekać aż za roku spotkamy się znowu!


piątek, 8 stycznia 2016

To wszystko jest w twoim Mind Palace

To aż nie wypada się przyznawać, ale tyle razy próbowałam zabrać się do napisania wpisu o Sherlocku. Jednak za każdym razem mi nie wychodziło. A to nie mogłam zebrać myśli o czym konkretnie miałam pisać, a to nie chciało mi się szukać jakiś tam informacji, no zawsze coś. Ale dziś natrafiła się idealna okazja. Wczoraj miałam przyjemność znaleźć się w kinie na seansie specjalnego odcinka. A skoro jest okazja to i wpis musi być.


Jeżeli ktoś kiedyś zapyta mnie jaki serial kocham najbardziej to bez wahania odpowiem, że jest to Sherlock. Mój poziom fangirlizmu w tej dziedzinie przekracza wszelkie granice. Gdyby nie My Darling to prawdopodobnie tkwiłabym w niewiedzy, że takie coś istnieje (serial BBC oczywiście). No dobra, może bym jakoś do tego dotarła, ale pewnie pod długim czasie. Uwielbiam opowiadania Conan Doyle'a, nawet mam takie wielkie wydanie ze wszystkimi opowiadaniami o Sherlocku, które najpierw otrzymałam na przetrzymanie, a potem usłyszałam: "Zatrzymaj. Ja tego nigdy nie przeczytam, a tobie na pewno się przyda". Jestem w tej kwestii takim świrem, że pisałam pracę zaliczeniową na jeden z przedmiotów o "Studium w szkarłacie" (dziś był termin jej oddania), czyli pierwszym opowiadaniu o Holmesie i robiłam prezentację na angielskim o serialu. Nawet o słynnym detektywie mówiłam podczas mojej prezentacji maturalnej. A jeśli chodzi o sam serial to z gadżetów fanowskich mam koszulki (dziś zamówiłam kolejną), kubek, skórkę na telefon, wszystkie sezony na DVD, plakaty, a także szalik, który wyglądem jest zbliżony do tego, który nosi Sherlock. Nie wspomnę już o mojej tapecie na komputerze, gdzie pośród 190 zdjęć puszczonych jako pokaz slajdów, to połowa dotyczy albo Sherlocka albo aktorów grających głównych bohaterów. Nadal wielką miłością darzę zarówno Benedict Cumberbatcha (czyli Holmesa) i Martina Freemana (Watson). Po prostu bez tej produkcji moje życie byłoby smutniejsze. Udało mi się także wkręcić trochę mojego tatę, co uważam za osobisty sukces.

Naprawdę potrafię o tym gadać godzinami i uwierzcie mi, to się nigdy nie nudzi. Ale jak pisałam wcześniej, wczoraj w kinach był odcinek specjalny. Na dobrą sprawę mogłam zdobyć odcinek na dzień po premierze z nielegalnych źródeł, ale nie zrobiłam tego. Po prostu nie chciałam sobie psuć elementu zaskoczenia, na który wybierałam się do kina. Nawet poświęciłam się tak bardzo, że przez 10 dni nie logowałam się na Tumblrze, żeby nie oglądać gifów, screenów i zdjęć z planu. I całe szczęście, że tego nie uczyniłam, bo wchodząc tam wczoraj wieczorem dashboard był tak bardzo zawalony, że już nie odróżniałam czy to reblogowałam czy nie. To co w takim razie musiało się dziać dzień albo dwa po premierze w Anglii? Wolę nie wiedzieć...


Wczorajszy seans był na 20. Kulturalnie, jak to ja, biegłam na SKM w przekonaniu, że jestem spóźniona, a się okazało, że moja kolejka przyjeżdża dopiero za 12 minut. Gdy już zapakowałam się do tego uroczego środka transportu, przejechałam trzy przystanki i wysiadłam w pobliżu kina. Nie sądziłam, że tuż za mną wysypie się armia sherlockowych fanów. Takie tłumy jakie ruszyły na kino, to ostatnio widziałam na Środach z Orange. Chociaż możliwe, że te były nawet większe. Wchodząc do środka odnalazłam w tłumie mojego Wilsonka (to jest złoty człowiek, bo już tyle lat znosi moje obsesje i nigdy się nie skarżyła, że aż mi czasem głupio), który już na mnie czekał. W międzyczasie spotkałam także nie dawno poznaną znajomą, która również zameldowała się na specjalnym pokazie. Gdy już zajęłyśmy swoje miejsca na jednej z większych (o ile nie największej) sal, to zaprezentowano nam zwiastun nowego Pitbulla (swoją drogą to może być naprawdę dobry film). A potem to już było z górki. Steven Moffat, współtwórca i scenarzysta serialu, oprowadził widzów po mieszkaniu Sherlocka, które ze swojej współczesnej wersji, zostało w pewnym stopniu przekształcone na takie, by pasowało do XIX wieku. Później otrzymaliśmy komunikat, że po projekcji odcinka zostaną pokazane wywiady, z aktorami i proszą nas o pozostanie. No mi dwa razy nie trzeba powtarzać. Zgasły światła i zaczęła się zabawa...

Pomysł z XIX - wiecznym Sherlockiem, jako odcinkiem specjalnym, początkowo trochę mnie zaskoczył i nie bardzo wiedziałam co mam na ten temat myśleć. Przecież to współczesność przyciągnęła wielu widzów do tego serialu. Jednak z każdym kolejnym dniem i następną pojawiającą się informacją zaczęłam się przekonywać. Przecież trzeba brać co dają, skoro kolejny sezon ma się pojawić dopiero w 2017 roku. Kto to widział, żeby na trzy nowe odcinki sezonu serialu czekać trzy lata?


Od tego momentu mogą pojawić się możliwe spoilery, więc jeśli nie chcesz wiedzieć co było bezpośrednio w odcinku, Drogi Czytelniku, to opuść to miejsce właśnie w tym momencie! 

Dostaliśmy bardzo uroczy, trochę mroczny, ale pełen specyficznego dla Sherlocka humoru, odcinek, który przez pierwsze trzydzieści minut śmieszył tak bardzo, że cała sala ryczała ze śmiechu. Potem już zrobiło się nieco poważniej, ale nadal miało się wrażenie, że wciąż jest dobrze. Pierwsze dwie lub trzy sceny z nowego odcinka były skondensowanym kąskiem, który dostaliśmy bardzo dawno temu, gd nasi bohaterowie poznali się w pierwszym epizodzie. Z każdą kolejną minutą było coraz więcej nawiązań do poprzednich odcinków i sezonów. W pewnym momencie zorientowałam się, a raczej w mojej głowie zaczęły krążyć takie myśli, że może to wszystko co właśnie widzimy, to po prostu sen Sherlocka, który będąc na wygnaniu przysnął sobie w samolocie. Szybko odgoniłam te myśli i... Kaboom! Pojawia się współczesny Sherlock, który drzemie sobie w samolocie (właściwie to był w swoim Mind Palace). Otrzymujemy do tego obraz Watsona w zwykłej kurtce i Mary w ciąży. Potem szybko znowu trafiamy do XIX wieku i za chwilę raz jeszcze wracamy do współczesności. Miałam wrażenie, że zaczyna mi się kręcić w głowie i nie bardzo wiem co się dzieje, bo na ekranie ponownie pojawia się Holmes nie z naszej epoki, który leży zaćpany na dywanie i mówi Johnowi o odrzutowcach i telefonach komórkowych (nie pamiętam czy dobrze zapamiętałam). Człowiek już miał wrażenie, że nie wie czy XXI wiek i to wszystko co było do tej pory, to był po prostu narkotyczny sen detektywa czy może po prostu poprzez sen Sherlock przeniósł się z teraźniejszości  w czasy wiktoriańskie.


Jeśli chodzi o zagadkę, którą rozwiązywał Sherlock wraz z Watsonem, to no cóż... Już po czterdziestu minutach seansu zorientowałam się, że Panną Młodą jest Moriarty i to co męczy Holmesa od tak dawna: Jak to możliwe, że jego arcywróg powrócił? Tylko czekałam aż odsłoni się twarz truposzki i zobaczę tam Jima. Długo się naczekałam, ale się doczekałam. Bardzo dobrą sceną było pojawienie się Moriarty'ego u Sherlocka w mieszkaniu. Był tu ewidentnie duch wcześniejszych scen pomiędzy bohaterami. No i plus wielka dziura w głowie złoczyńcy, która rozwaliła czaszkę na pół. Piękny widok!

Jeśli chodzi o samych bohaterów w tym odcinku to zdecydowanie na plus i z wieloma zaskoczeniami. Po pierwsze John i jego "nowa" błyskotliwość. Wydawał się być mądrzejszy. No i te jego rozmowy z Sherlockiem. Warte wszystkiego. No i mistrzowską sceną była rozmowa Watsona na migi. Zdecydowanie powinien poprawić swoje umiejętności w tej kwestii. Sam Sherlock, czyli Benedict, bez kręconych włosów jeszcze parę miesięcy temu nie miał prawa bytu w moim wyobrażeniu. No cóż, jednak można. Przez te ulizane włosy Cumberbatch wydawał się być wyższy. Generalnie, fajka i szlafroczek idealnie do niego pasowały. Bardzo dobrze pokazali wątek walki o prawa kobiet i Molly Hooper, która w kostnicy była całkiem przystojnym, choć bardzo chłopięcym mężczyzną. Na dokładkę mieliśmy Lestrade'a z bokobrodami i Mycrofta tak grubego, że ledwo co się mieścił w fotelu.


Pięknym podsumowaniem całego specjalnego odcinka była ostatnia scena, w której przy oknie stoi wiktoriański Sherlock, wypowiadający słowa, że zdecydowanie wyprzedza on swoje czasy, a za oknem mamy Londyn z XXI wieku, po którym poruszają się samochody i autobusy, a nie dorożki.


Jeśli chodzi o wywiady z aktorami, które mogliśmy obejrzeć po odcinku, to to była idealna wisienka na torcie. Zdecydowanie moje serce skradł Andrew Scott, czyli Moriarty, który w przeciągu kilku sekund z siebie samego potrafi się zmienić w swojego bohatera. W życiu nie słyszałam, żeby ktoś w taki niesamowity sposób wypowiedział swój adres mailowy.


Czy uważam odcinek za udany? Jak najbardziej. Rozrywka doskonała, a fandom nie powinien narzekać. Dostaliśmy wspaniałą przystawkę przed daniem głównym, które prawdopodobnie pojawi się już, a może raczej aż za rok.


P.S. Bardzo możliwe, że jutro pojawi się kolejny wpis, bo dziś przede mną po raz kolejny wizyta w kinie. Zbankrutuje...

wtorek, 14 kwietnia 2015

5 powodów, dla których człowiek zaczyna oglądać seriale

Niech ktoś mi pokaże osobę, która wcale nie ogląda żadnego serialu. Każdy coś ogląda. Nawet Klan albo Na Wspólnej. Niestety (a może i stety) ja tych tytułów nie oglądam, ale są tacy co uwielbiają. Właśnie skończyłam oglądać kolejny odcinek Poldark i po raz kolejny zwoje w moim mózgu nie funkcjonują prawidłowo, ale postaram się pisać w miarę rzeczowo. Ale wracając do tematu. Jak to się dzieje, że zaczynamy coś oglądać? Przecież chyba nie z powietrza? Oto pięć powodów dzięki którym ja zaczęłam oglądać seriale, które oglądam.

1. Bo rodzina/znajomi polecili

Mam tutaj kilka przykładów. Przynajmniej tak zaczęła się moja przygoda z Friends, Grey's Anatomy (z polecenia jednej kuzynki), z Sherlockiem (z polecenia drugiej kuzynki) oraz z Bones (z polecenia koleżanki). Każdy z tych seriali początkowo dość ostrożnie traktowałam. Niby jeden odcinek, tak żeby nie było, a potem to już wyszło nałogowo. Potrafiłam przesiedzieć cały dzień (tak było w przypadku Friends) w Internecie i oglądać on-line, a potem jeszcze trafić w telewizji i oglądać dalej. Nie miało znaczenia, że nie robię nic innego jak siedzę przed ekranem i marnuję czas, Jedyne co mnie wtedy odciągało od komputera to potrzeba wyjścia do sklepu po zakupy i skorzystania z toilet. 

Z pierwszymi trzema serialami związałam się mocno i nadal je namiętnie oglądam (w przypadku Sherlocka to już usycham z oczekiwania na nowy sezon... 2017 rok jest tak daleko...). Z kolei na Bones jakoś zapotrzebowanie mi przeszło. Jak trafiłam gdzieś w telewizji to owszem, oglądałam (albo oglądam), ale żeby teraz śledzić co się dzieje to już mniej. Wiem tylko tyle, że u głównym bohaterów dużo się zmieniło, ale nie będę pisać co, bo nie chcę robić spoilera. 


2. Bo ładny aktor tam gra

W tej kategorii zdecydowanie mam najwięcej pozycji. Zaczynając od najwcześniejszego, czyli CSI NY, potem był House M.D., później GA (ale jest ono już w pierwszym punkcie, więc tego się trzymajmy), Rome, Journeyman, potem długo, długo nic, a teraz Sherlock (to samo co z GA, więc pominę), Fargo, Pushing Daisies, Halt and Catch Fire (cóż, tak to jest jak postanawia się obejrzeć wszystkie filmy i seriale z Lee Pacem) oraz wspomniany na samym początku Poldark. Chcą, nie chcą wiąże się to silnie z popadaniem w fanatyzm, ale kto tego zabroni? Zapewne pominęłam w tym punkcie jakiś serial (co jest normalne, bo wielu aktorów już przemaglowałam), ale trudno.

Generalnie do wszystkich seriali z tej listy mam sentyment i gdy tylko nadarza się okazja, by coś obejrzeć to się nie zastanawiam i zatapiam się w seansie. Teraz mam silne ciśnienie na Poldark (zostały jeszcze tylko dwa odcinki tego sezonu *płacze w kącie*, ale na szczęście dostali drugi sezon) oraz na Halt and Catch Fire, które z drugim sezonem startuje już 31 maja (serial się zaczyna, ale sesja też nie odpuszcza i przychodzi wraz z czerwcem). Nic, tylko czekać. 


3. Bo nuda

Tak miałam w przypadku The Big Bang Theory (chociaż moje kuzynki też mi mówiły, że to świetny serial) albo Sex and The City. Łączyło się to najczęściej z bezsennością. Bo co człowiek może robić o 1 w nocy, gdy nie chce mu się spać, a jedyne co zostało mu do roboty to oglądanie telewizji? I tak wtedy włącza się Comedy Central albo Comedy Central Family i tłucze się do 3 w nocy maratony, które puszczają, by przy siódmym tym samy maratonie człowiek znał dialogi na pamięć. 

Takie nocne maratony zdarzają się też w przypadku Friends, ale to nie ta kategoria. Co do
Sex and The City to oglądam za każdym razem i każdy sezon widziałam już chyba z dziesięć razy. Ale ciągle oglądam, gdy trafię w TV. Z kolei The Big Bang Theory dopiero "uczę się" oglądać i jeszcze nie wszystkie odcinki widziałam, ale mam zamiar to nadrobić.


4. Bo wszyscy oglądają

W tej kategorii jest jak na razie tylko jeden serial: House of Cards. Zaczęłam dopiero wczoraj, ale już się zakochałam i mam zamiar oglądać dalej. Prawdę mówiąc wcześniej miałam się za to zabrać, ale zawsze coś stawało mi na drodze. W końcu się udało. Generalnie nie mam czegoś takiego, że podążam za modą, ale to polecają wszyscy. Zaczynając od zwykłego zapaleńca serialowego po celebrytów z naszego rodzimego szołbiznesowego podwórka. Stwierdziłam, że ok, czemu nie? No i dobrze zrobiłam.

Póki co przede mną jeszcze jakieś 30 odcinków, ale ostatnio przeczytałam, że powstanie sezon czwarty, więc będzie więcej szczęścia. Jeżeli będziecie się zastanawiać czy dobrze, że oni wszyscy tak to chwalą i polecają to tak. Jak będziecie mieli okazję pooglądać to śmiało. No chyba, że nie lubicie polityki i nie interesuje was jak działa branie tych wszystkich brudów. To wtedy nie,


5. Bo przypadek

A ta kategoria została zarezerwowana dla polskich seriali. Przez przypadek zaczęłam oglądać większość TVN-owskich produkcji, typu Prawo Agaty czy Lekarze. Jednak prym tutaj wiedzie jedyny polski serial, który kocham miłością bezgraniczną i ubolewam, że powstały tylko dwa sezony. Tym serialem jest Glina. Jedne z najlepszych polskich seriali kryminalnych, z doskonałą obsadą i świetnie skrojoną fabułą. Każdy odcinek znam na wylot i gdyby ktoś mnie obudził o trzeciej w nocy i zapytał co było w jakim odcinku to nie miałabym problemu z odpowiedzią. 

Jak to się stało, że zaczęłam oglądać. Siedzieliśmy z tatą w domu i nie mieliśmy co robić, więc odpaliliśmy VOD na telewizorze i wybraliśmy pierwszy lepszy serial na liście. Zdecydowanie to nie był błąd. Dwa sezony pochłonęliśmy w cztery dni. Tylko szkoda, że więcej nie planują...


Mam nadzieję, że większość z was miała podobnie i nie jestem w tym sama. A teraz idę oglądać dalej House of Cards. Chociaż jeden odcinek...

P.S. Wszystkie tytuły seriali są po angielsku, ale to tylko dlatego, że nie znoszę polskich tłumaczeń. Po prostu... Nie. :D

piątek, 3 października 2014

Gdzie z tym fanfickiem do ludzi?

Pisanie powieści to prawdziwa frajda, jednak co się dzieje, jeśli bohater bądź bohaterowie zaczynają żyć własnym życiem poza kartami książki autora? Otóż wtedy to się zaczyna prawdziwy popis fanów. Powstaje coś co jest nazywane fanfickiem. Dla tych co nie do końca orientują się co to takiego to pokrótce wyjaśnie. Fanfick to opowiadanie, w którym fani wykorzystują bohaterów filmu, książki lub serialu do tego, by osadzić go w zupełnie innej rzeczywistości niż został stworzony. Bardzo często jest to spotykane na wszelkiego rodzaju forach lub blogach internetowych. Muszę się przyznać, ale również zdarzyło mi się popełnić kilka takich opowiadań. Z zasady nie można wydawać tego typu książek, ponieważ jest to nielegalne korzystanie z praw autorskich. Tak gdzieś kiedyś przeczytałam, ale skoro jest to blog o książkach, a takich książek się nie wydaję to czemu o tym piszę? A no właśnie...

Kilka tygodni temu w moje ręce (oczywiście będąc w Empiku, bo gdzie indziej?) wpadła pewna książka, która miała bardzo interesujący tytuł "Pusty dom Sherlocka". Podczas gdy powinnam pomóc mojej mamie szukać książki na prezent dla jej znajomej (a mama nie znosi tego sklepu) ruszyłam na mój ulubiony dział z sensacją i natrafiłam na ten projekt. Jak wskazuje tytuł wiąże się ona z wspaniałym detektywem-konsultantem, jednak nie jest to jakieś nieznane opowiadanie Sir Conan Doyle'a. Jest to zbiór najciekawszych opowiadań napisanych przez fanów. Gdy przeczytamy informacje z okładki to dowiemy się, że całe przedsięwzięcie powstało w bardzo ważnym celu. Fundusze ze sprzedaży książki zostają przeznaczone na rzecz domu, w którym mieszkał autor opowiadań o Sherlocku. W obecnym stanie dom jest ruiną i fundacja, która powstała, aby ratować posiadłość zdecydowała, żeby zaangażować fanów i stworzyć coś wspaniałego. Udało się powstrzymać pewnego dewelopera przed wyburzeniem budynki, ale potrzeba wsparcia finansowego jest ogromna do tego, bo odrestaurować dom. Jednym z najbardziej przejętych losem Undershaw jest Mark Gatiss, czyli pomysłodawca i scenarzysta serialu BBC "Sherlock", a także odtwórca roli brata detektywa, Mycrofta. Napisał on kilka słów przedmowy do "Pustego domu...". To samo uczyniły inne znane osobistości, które w jakiś sposób mają związek z Holmesem.

Opowiadania to zbiór przeróżnych pomysłów fanów z całego świata, zaczynając od Stanów Zjednoczonych, poprzez Australię, Rosję i Europę. Akcja fanficków toczy się za równo w XIX wieku jak i współcześnie, a także podczas wojny. Głównym narratorem zazwyczaj jest Watson, ale zdarzają się rozdziały, gdzie nigdy nie pada ani nazwisko Johna ani Sherlocka i musimy się domyślać o kogo może chodzić. Pod koniec książki jest również opowiadanie, w którym Holmes i Watson stają twarzą w twarz z... Sir Conan Doylem.

Szczerze mówiąc (a raczej pisząc) trudno mi by było wybrać jedno jedyne opowiadanie, które podoba mi się najbardziej. Wszystkie osoby, które przyczyniły się do powstania tej książki mają prawdziwy dar pisania. Czasami miałam wrażenie, że sam twórca Holmesa mógł napisać któreś z opowiadań. Muszę też wspomnieć o dwóch ważnych rzeczach w tej książce. Po pierwsze wciąga do tego stopnia, że czytałam ją w każdym możliwym miejscu i gdy tylko miałam czas. Potrafiłam ją czytać o trzeciej w nocy w samochodzie stojąc w kolejce do przejazdu, w łazience podczas kąpieli, a nawet teraz w akademiku, w którym egzystuję, gdy za drzwiami była impreza. Otwierając pierwszą stronę rozpoczyna się piękna i zupełnie nowa podróż, która trwa aż do ostatniego słowa. Drugą sprawą jest cena książki. Gdy tylko wzięłam ją do ręki byłam przekonana, że będzie kosztować więcej niż 30 zł. Ku mojej radości jej wartość to 19,90, a na empik.com (mówiłam już, że kocham ten sklep? :D) tylko 16,49 zł, więc po powrocie z miasta szybko zamówiłam książkę i dwa dni później leżała już na moim biurku.

Także jeżeli macie wielką ochotę poznać trochę innego Sherlocka albo zobaczyć jak widzą go inni to śmiało szukajcie książki w sklepach lub Internecie. Ja się zakochałam na nowo po raz setny i na pewno wrócę jeszcze do tej książki nie raz. A może jeśli bardziej dorosnę to sama się skuszę na napisanie czegoś o Holmesie, bo póki co kryminały to nie moja dziedzina twórczości.


P.S. Przepraszam za tak długą zwłokę, ale cóż... Nie miałam czasu, a teraz będę mieć go jeszcze mniej, bo studia filologiczne to czytanie książek, ale zupełnie innych niż tutaj mogłabym opisać. ;) Jednak obiecuję, że w miarę możliwości będę wrzucać coś nowego. ;)