Pokazywanie postów oznaczonych etykietą meryl streep. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą meryl streep. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 września 2016

Śpiewać każdy może, czyli spełniać marzenia za wszelką cenę

Będąc na prawie trzymiesięcznym detoksie od kina, w końcu mogłam zaspokoić swój głód kinematograficzny. Podjęcie decyzji o wyjściu na film zajęło mi dziesięć minut, a to tylko dlatego, że musiałam wybrać kino, w którym dziś jest najtaniej. Na moje szczęście okazało się, że to to, które mam pod domem. I w tym miejscu chciałabym napisać, że nie ma nic krępującego czy żałosnego w samotnym chodzeniu do kina. Oczywiście z towarzystwem ogląda się przyjemniej, ale jak człowiek idzie sam to przynajmniej może zdecydować na co chce iść, o której, a w razie ewentualnej wtopy filmowej, może opuścić seans w każdej chwili.

Oczywiście przed seansem był mój ulubiony moment, gdy na ekranie pojawiały się trailery nadchodzących filmów. Zdecydowanie zobaczę WSZYSTKIE filmy, które miały zapowiedź tego wieczora. Chociaż nie, jest jeden wyjątek... To „Smoleńsk”. Choćby mnie wołami mieli zaciągnąć do kina to nie ma szans. To będzie dno dna. A oprócz tego była Bryśka Jones (w sumie dobrze, że nie będzie w trzeciej części Granta), „Światło między oceanami”, „Dziewczyna z pociągu” (od razu mówię, że w zwiastunie dali rozwiązanie zagadki, czyli ktoś spieprzył sprawę), „Ostatnia rodzina” (pozycja obowiązkowa!) i „Sługi Boże” (może być przyzwoity thriller). Także czas polować na bilety i zażywać kultury, głupcze!

A teraz nastąpi krótkie oświadczenie. Jeśli ktoś ma zamiar oglądać poniżej przedstawiony film to ostrzegam, że możliwe spoilery.


Na „Boską Florence” (tytuł oryginału jak zwykle różni się od polskiego – „Florence Foster Jenkis”) chciałam iść już wcześniej. Głównie ze względu na Meryl Streep, która jest bezapelacyjnie moją aktorską królową. Tak jak aktorów, których uwielbiam mogę wymieniać niczym litanię, tak z aktorkami jest odwrotnie. Na palcach jednej ręki mogę wymienić te, które naprawdę kocham. Oczywiście się nie rozczarowałam. Królowa rozszarpała mnie emocjonalnie. Ale o tym za chwilę.


„Boska Florence” to opowieść o kobiecie, która mimo fatalnego głosu, postanowiła zostać śpiewaczką operową. To bardzo powierzchowny opis. Niezupełnie się z nim zgadzam. Dla mnie to tak naprawdę opowieść o tym, że umierający człowiek za wszelką cenę stara się żyć pełnią życia i robić to co podpowiada mu serce. Dodatkowo ma u swego boku osoby, które ją wspierają i troszczą się, by złe strony życia nie istniały.

Pierwsze trzy sceny są naprawdę zabawne, ale potem niespodziewanie dostajemy w twarz. Naszym oczom ukazuje się łysa, cierpiąca kobieta, która spogląda na swojego męża zrozpaczonym wzrokiem. I w tym momencie zrozumiałam, że to nie będzie śmieszny film. Ale pani, która siedziała obok mnie ewidentnie tego nie dostrzegła. Momentami tak się śmiała, że mało brakowała, a film oglądałaby z podłogi. Tak przy okazji ten, kto na wszelkich opisach filmu zamieścił informację, że to komedia, powinien udać się do okulisty. Uważam, że lepszym określeniem byłby komediodramat albo dramat z elementami komediowymi. Zdecydowanie zakończenie filmu nie wskazuje na to, że to komedia. Poza ofiarnym śpiewaniem Florence i zabawnymi minami jej muzyka, nie było nic śmiesznego. Przynajmniej nie dla mnie. Z każdą kolejną minutą filmu miałam wrażenie, że pętla się zaciska i nie ma z czego się śmiać.


 Pod względem obsady film idealny. Trzy przodujące postacie (w porywach do czterech), które w bardzo czysty i prosty sposób przedstawiały relacje jakie je łączyły. Na pierwszym planie był oczywiście związek Florence (Meryl Streep) i jej drugiego męża St Claira Bayfielda (Hugh Grant). Gdy tylko na ekranie pojawia się Grant człowiek od razu się orientuje, że właśnie tutaj kończy się epoka, w której Brytyjczyk grał podrywaczy i przystojnych chłopców. Teraz to już po prostu pan, który może grać męża dojrzałych kobiet, ewentualnie ojca rodziny. Doskonale podkreśla to pojawiająca się siwizna i widoczne zmarszczki na twarzy (ale to dobrze, bo przynajmniej wiadomo, że nie używa botoksu i nie chce być młodziakiem na siłę). Jeśli chodzi o relację łączącą tych bohaterów to bardziej coś duchownego niż cielesnego. Ze względu na chorobę Florence, jej mąż mieszka w osobnym mieszkaniu (jest to właściwie mieszkanie jego kochanki, które opłaca właśnie Florence), co noc układa ją do snu, recytuje jej wiersz, a potem wychodzi, by noce spędzać z inną kobietą. W filmie nie jest to powiedziane wprost, ale pani Foster wydaje się o wszystkim wiedzieć.  A wtedy w jej oczach pojawia się smutek i tęsknota, które potrafią rozerwać widza od środka. Mimo wszystko Bayfield kocha swoją żonę i zrobi dla niej wszystko. Zawsze ją wspiera i jako jedyny walczy o to, by świat jej nie zniszczył swoją krytyką. Dostajemy także odrobinę dziwnego pianistę Cosmę McMoona (Simon Helberg – czyli Howard z The Big Bang Theory), z którym Florence zaczyna pracować. Chłopak początkowo jest przerażony umiejętnościami swojej pracodawczyni, potem trochę się z niej naśmiewa, by w końcu zrozumieć, że ta kobieta stała się jego przyjaciółką i należy za nią stać choćby miała się stać największa katastrofa. Cosma ma też pewien układ z St Clairem. Wie o wszystkim o czym nie powinna wiedzieć Florence, ale w zamian za to bierze na siebie (właściwie to Bayfield go w to wrabia) grzeszki z pewnej imprezy, która miała miejsce w domu męża pani Foster. Jest także kochanka Kathleen (Rebecca Ferguson), o której wiedzą wszyscy, ale to ukrywają.
 
Meryl Streep zdecydowanie jest stworzona do takich ról. I można mówić, że we wszystkich filmach gra tak samo i ma manierę, ale który aktor albo aktorka tego nie ma? Ona jest po prostu mistrzynią i długo nie będzie nikogo, kto zbliży się do niej charyzmą i talentem. Dodatkowo w tym filmie pokazała piękny paradoks: idealnie zagrała postać, która nie umie w ogóle śpiewać, a sama w rzeczywistości ma doskonały głos (polecam obejrzeć „Mamma Mia!”).


Film warty zobaczenia, ale nie jako kolejna komedia do obejrzenia po pracy. Przynajmniej nie według mnie. Pośmiać się można, ale nie aż tak, żeby leżeć na podłodze, bo to po prostu tutaj nie przystoi.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

7 filmów, które mogłabym ogladać przez cały czas

I tak oto rusza Wesoły Fandomowy Autobus (w skrócie FWA). Długo się wczoraj zastanawiałam jaki post napiszę jako pierwszy o "remoncie" i wymyśliłam. :)

Każdy ma zestaw swoich ulubionych i znienawidzonych filmów, a także takich, które bardzo by chciał obejrzeć, ale albo ludzie odradzają albo nie da się przez nie przebrnąć. Postanowiłam zająć się tymi, które uwielbiam i mogę oglądać przez cały dzień i całą noc, z malutkimi przerwami na wypad do toilet albo do lodówki. A teraz przedstawiam swoje zestawienie (kolejność numeryczna chyba nie ma znaczenia :P):

1. Mamma Mia! (2008 r, reż. Phyllida Lloyd):

Większość powie, że to najgorszy film jaki przyszło im oglądać i nie rozumieją jego fenomenu. Cóż, to nie ja. Ja kocham ten film całym sercem i nie obchodzi mnie, że zgarnął Złotą Mailnę (w sumie tylko Pierce Brosnan, ale to zawsze). Fabuła filmu jest bardzo prosta. Mamy piękną, młoda dziewczynę (w tej roli Amanda Seyfried), która mieszka wraz z matką (Meryl Streep!) na greckiej wyspie. Szykuje się do ślubu i chciałaby z tej okazji zaprosić na uroczystość swojego ojca, którego nigdy nie poznała. Dzięki pamiętnikowi matki odkrywa, że może mieć trzech potęcjalnych tatusiów i żeby było lepiej zaprasza ich wszystkich. Jak można się domyśleć dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa.

Film nie jest zwykłym filmem. To musical. 90% ludzkości nie znosi tego gatunku. Niestety nie ja. Ja uwielbiam jak śpiewają i tańczą, bo wtedy wszystko jeszcze bardziej jest kolorowe i radosne. Pewnie w ogóle bym nie zwróciła uwagi na ten film, gdyby nie to, że wszstkie piosenki jakie można usłyszeć pochodzą z repertuaru Abby. Czyli żyć, nie umierać. Uwielbiam Abbę i nie wstydzę się tego. :) A już w ogólę jestem w raju, jeśli połowę tych piosenek śpiewa Meryl Streep, która jest moją mistrzynią w kategorii: Najlepsza aktorka filmowa EVER! A na dokładkę jako potencjalnych protoplastów mamy Pierce'a Brosnana, Colina Firth'a i Stellana Skarsgårda.



Więc jeśli macie doła, jest wam smutno, pada deszcz albo cokolwiek innego ciąży wam na sercu i duszy to odpalcie "Mamma Mia!" i radujcie się greckimi krajobrazami połączonymi ze szwedzką muzyką.

2. Nietykalni (2011 r, reż. Olivier Nakache, Eric Toledano)

Pierwszy raz przyszło mi ten film oglądać w szkole i od razu się zakochałam. Zaczynał się niepozornie, ale z każdą minutą było coraz lepiej. Poznajemy historię sparaliżowanego milionera, który do opieki nad sobą zatrudnia ciemnoskórego młodzieńca, który szuka pracy. Z początku chłopak jest żółtodziobem i nie ma zielonego pojęcia o swoich obowiązkach, jednak z czasem przywiązuje się do swojego pracodawcy i rodzi się miedzy nimi wielka przyjaźń. Film jest oparty na faktach i pokazuje zderzenie dwóch różnych światów, które z czasem stopniowo się łączą.

Z każdą minutą filmu są przedstawione nie tylko zabawne sytuacje, ale i trudne wybory jakich muszą dokonywać bohaterowie. Codzienna walka z przeciwnościami losu i przywiązanie do drugiego człowieka sprawiają, że mamy ochotę przenieść się na druga stronę ekranu i zostać częścią tego pięknego obrazu.


Jeśli nie widzieliście tego filmu to czas to nadrobić. Dziś jest do tego idealna okazja, bo "Nietykalni" są do zobaczenia zaraz na TVP1.

3. Dziewczyna z tatuażem (2011 r, reż. David Fincher)

Jeżeli kochacie Daniela Craiga to powinniście zobaczyć ten film. Amerykańska produkcja jest ekranizacją głośniej powieści, a właściwie Trylogii autostwa Stiega Larssona. Mamy doczynienia z dziennikarzem śledczym, który zostaje oskarżony o zniesławienie i otrzymuje zlecenie rozwiązania mrocznego zaginięcia młodej dziewczyny. Sprawa miała miejsce 40 lat temu, jednak krewnemu nastolatki, bogatemu przedsiębiorcy Henrikowi Vagnerowi mocno na tym zależy. Zagadkę pomaga rozwiązać Mikaelowi Blomkvistowi aspołeczna i wycofana Lisabeth Salander, która jest genialną hakerką. 

Miałam przyjemności przeczytać całą Trylogię (bo film to ekranizajca tylko pierwszej książki) i dodatkowo opowiedzieć o jej fenomenie na zajęcia z WOKu. Film niestety trochę mnie rozczarowywuje pod względem idealnego odwzorowania treści, ale jak na prawie trzygodzinny film to dobrze się ogląda. Trzyma w napięciu, bohaterowie są dobrze zbudowani, a relacja jaka pojawia się między dziennikarzem, a hakerką nie jest jak wyjęta z komedii romantycznej. W gruncie rzeczy to trudna relacja, ale oboje potrafią sobie zaufać i współpracować.


"Dziewczynę..." widziałam już chyba z czterdzieści razy i mogłabym to obejrzeć znowu i znowu, bo za każdym razem odkrywam coś nowego. No i można do woli patrzeć na pięknego Daniela. 

4. Skyfall (2012 r, reż. Sam Mendes)

Skoro już jesteśmy przy Craigu to nie mogę nie wspomnieć o Bondzie. Jak wiadomo kolejny film o przygodach 007 pojawi się już jesienią, a póki co można podziwiać Skyfall. W tej części lojalność Bonda zostanie wystawiona na próbę przez M, kiedy z MI6 znikną najważniejsze informacje o największych w Wielkiej Brytanii. Jamesowi przyjdzie się zmierzyć z nieprzewidywalnym i groźnym przeciwnikiem (w tej roli Javier Bardem). 

Ta część to powrót do przeszłości Bonda. Mamy okazję poznać miejsce, w którym przebywał zanim trafił pod skrzydła M i co sprawiło, że jego życie potoczyło się jak się potoczyło. Uwielbiam tą część ze względu na dwie rzeczy (no bo o Craigu chyba nie musze mówić). Po pierwsze cudowna czołówka i genialna piosenka Adele, która wywołuje u mnie ciarki za każdym razem, gdy ją słyszę. A po drugie w roli Q możemy oglądać Bena Whishawa. Uroczy i utalentowany młody brytyjski aktor, którego karierę i role warto śledzić. 


Warto też zauważyć, że Bond w tej części nie tylko pije "wstrząśnięte, niezmieszane", ale także zwykłe piwo. Idzie ku nowoczesności.

5. Forrest Gump (1994 r, reż. Robert Zemeckis)

No któż nie zna tego filmu? Przepiękna opowieść o życiu pełnym przygód trochę przygłupiego Forresta Gumpa. Początkowo jest zagubionym chłopcem, który ledwo kończy szkołę, by potem stać się miliarderem i bohaterem wojny w Wietnamie. W filmie mamy okazję zobaczyć wizytę Forresta u prezydenta, spotkanie z Elvisem, szalone lata Hipisów, a także (co wydaje mi się najważniejsze) piękną historię przyjaźni i miłości, która miała początek w latach dzieciństwa i przetrwała wiele lat, nie zależnie czy bohaterowie byli blisko siebie czy nie.

Za każdym razem, gdy film leci w telewizji, robię z siebie człowieka burrito, parzę najlepszą herbatę jaką mam w domu i przez dwie i pół godziny oglądam śliczną historię trudnego życia. A miłość do tego filmu zaczęła się, gdy namiętnie oglądałam CSI:NY i byłam ciekawa, gdzie jeszcze gra Gary Sinise, który wcielał się w postać detektywa Maca Taylora. Ku mojemu zdziwieniu w obu tych produkcjach grał bohaterów z tym samym nazwiskiem (w "Forreście..." był porucznikiem Danem Taylorem). Ale żeby nie było, Toma Hanksa też uwielbiam, czy to w tym filmie czy przykładowo w "Filadelifii". Gra aktorska genialna i widać nie na darmo film otrzymał sześć Oscarów, trzy Złote Globy oraz inne nagrody. 


Aha i dzięki temu filmowi mogliśmy się dowiedzieć czym tak naprawdę jest koncern Apple. :) 

6. Sierpień w hrabstwie Osage (2013 r, reż. John Wells)

Jak to mówią: z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciu i ten film potwierdza to w stu procentach. Tajemnicze zniknięcie ojca staje się początkiem odkrywania przez jego córki i chorej na raka żonę rodzinnych sekretów. Wydawać by się mogło, że rodznna uroczystość zaciśni więzi między pokoleniami, ale pewnych sytuacji nie da się przebaczyć, zrozumieć i wytłumaczyć. Coś co początkowo wydawać by się mogło, że to tylko niewinna sytuacja, staje się kluczem do rozwiązania problemów.

Dlaczego obejrzałam ten film? Cóż, wydawać by się mogło, że dla Meryl Streep, która gra tu jedną z głównych ról. Otóż nie... Przyczyna jest inna. Dwa słowa: Benedict Cumberbatch. Odkąd zobaczyłam Sherlocka BBC (o tym będzie osobny wpis) włączyła mi się spirala poszukiwania innych filmów. Dobrze, nie oszukujmy się, jestem Cumberbitch (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi, a pozostałym wyjaśnie to jednym słowem: psychofanka). A że akurat film wchodził do kin to zaciągnęłam moją przyjaciółkę na seans (i nadal nie wiem dlaczego się zgodziła iść, bo ona go szczerze nie znosi i nie może na niego patrzeć, na Benedicta oczywiście). Po obejrzeniu filmu byłam wniebowzięta mimo, że Benedict nie gościł na ekranie nadzwyczaj często. Ale żeby nie było, że tylko jednego aktora dostrzegłam, to w filmie wystąpili również Julia Roberts, Ewan McGregor oraz Chris Cooper. 


Nie byłabym sobą, gdybym nie dorzuciła tutaj drugiego gifu (no po prostu muszę, jako Cumberbitch)


Scenariusz filmu to adaptacja sztuki teatralnej. Marzy mi się, żeby móc to zobaczyć jako spektakl. A w ogóle byłoby cudownie, gdyby Polacy się za to zabrali, bo teatr to my umiemy robić.

7. Kogel-Mogel (1988 r, reż. Roman Załuski)

I teraz coś z polskiego podwórka. Jeden, jedyny polski film, który mogę oglądać codziennie w telewizji i nigdy mi się nie znudzi. Młoda dziewczyna Kasia, dostaje się na studia i sprzeciwiając się rodzicom, którzy organizują dla niej wesele z bogatym sąsiadem, ucieka do Warszawy. Tam przez przypadek zostaje zatrudniona jako niania dla niesfornego Piotrusia. Przezabawne zdarzenia prowadzą do kłopotliwych sytuacji.

Dla mnie era filmów komediowych w Polsce skończyła się wraz z "Komedią małżeńską". Wszystko co powstało potem to nie jest to co bym chciała oglądać. Oczywiście, zdarzają się wyjątki, ale mogłabym je policzyć na palcach jednej ręki. "Kogel-mogel" to zdecydowanie najlepszy film. Nie jest to może jakieś górnolotne kino, ale jak na tamte czasy i możlwości film jest całkiem przyjemny. Dodatkowo film jest kopalnią cytatów, które mogłabym wypowiadać obudzona w środku nocy. 


I bardzo żałuję, że w te święta nie pojawił się ten film na żadnym kanale. Chyba trzeba będzie obejrzeć gdzieś w Internecie. :)

A Wy macie swoje ulubione filmy, które moglibyście oglądać przez cały czas? :)

P.S. Właśnie obejrzałam po raz drugi "Bogów". Chyba ten film też będzie należał do kategorii "mogę oglądać to cały czas".