Będąc na prawie trzymiesięcznym detoksie od kina, w końcu
mogłam zaspokoić swój głód kinematograficzny. Podjęcie decyzji o wyjściu na
film zajęło mi dziesięć minut, a to tylko dlatego, że musiałam wybrać kino, w
którym dziś jest najtaniej. Na moje szczęście okazało się, że to to, które mam
pod domem. I w tym miejscu chciałabym napisać, że nie ma nic krępującego czy
żałosnego w samotnym chodzeniu do kina. Oczywiście z towarzystwem ogląda się
przyjemniej, ale jak człowiek idzie sam to przynajmniej może zdecydować na co
chce iść, o której, a w razie ewentualnej wtopy filmowej, może opuścić seans w
każdej chwili.
Oczywiście przed seansem był mój ulubiony moment, gdy na
ekranie pojawiały się trailery nadchodzących filmów. Zdecydowanie zobaczę
WSZYSTKIE filmy, które miały zapowiedź tego wieczora. Chociaż nie, jest jeden
wyjątek... To „Smoleńsk”. Choćby mnie wołami mieli zaciągnąć do kina to nie ma
szans. To będzie dno dna. A oprócz tego była Bryśka Jones (w sumie dobrze, że
nie będzie w trzeciej części Granta), „Światło między oceanami”, „Dziewczyna z
pociągu” (od razu mówię, że w zwiastunie dali rozwiązanie zagadki, czyli ktoś
spieprzył sprawę), „Ostatnia rodzina” (pozycja obowiązkowa!) i „Sługi Boże”
(może być przyzwoity thriller). Także czas polować na bilety i zażywać kultury,
głupcze!
A teraz nastąpi krótkie oświadczenie. Jeśli ktoś ma zamiar
oglądać poniżej przedstawiony film to ostrzegam, że możliwe spoilery.
Na „Boską Florence” (tytuł oryginału jak zwykle różni się od
polskiego – „Florence Foster Jenkis”) chciałam iść już wcześniej. Głównie ze
względu na Meryl Streep, która jest bezapelacyjnie moją aktorską królową. Tak
jak aktorów, których uwielbiam mogę wymieniać niczym litanię, tak z aktorkami
jest odwrotnie. Na palcach jednej ręki mogę wymienić te, które naprawdę kocham.
Oczywiście się nie rozczarowałam. Królowa rozszarpała mnie emocjonalnie. Ale o
tym za chwilę.
„Boska Florence” to opowieść o kobiecie, która mimo
fatalnego głosu, postanowiła zostać śpiewaczką operową. To bardzo powierzchowny
opis. Niezupełnie się z nim zgadzam. Dla mnie to tak naprawdę opowieść o tym,
że umierający człowiek za wszelką cenę stara się żyć pełnią życia i robić to co
podpowiada mu serce. Dodatkowo ma u swego boku osoby, które ją wspierają i
troszczą się, by złe strony życia nie istniały.
Pierwsze trzy sceny są naprawdę zabawne, ale potem
niespodziewanie dostajemy w twarz. Naszym oczom ukazuje się łysa, cierpiąca
kobieta, która spogląda na swojego męża zrozpaczonym wzrokiem. I w tym momencie
zrozumiałam, że to nie będzie śmieszny film. Ale pani, która siedziała obok
mnie ewidentnie tego nie dostrzegła. Momentami tak się śmiała, że mało
brakowała, a film oglądałaby z podłogi. Tak przy okazji ten, kto na wszelkich
opisach filmu zamieścił informację, że to komedia, powinien udać się do
okulisty. Uważam, że lepszym określeniem byłby komediodramat albo dramat z
elementami komediowymi. Zdecydowanie zakończenie filmu nie wskazuje na to, że
to komedia. Poza ofiarnym śpiewaniem Florence i zabawnymi minami jej muzyka,
nie było nic śmiesznego. Przynajmniej nie dla mnie. Z każdą kolejną minutą
filmu miałam wrażenie, że pętla się zaciska i nie ma z czego się śmiać.
Pod względem obsady film idealny. Trzy przodujące
postacie (w porywach do czterech), które w bardzo czysty i prosty sposób
przedstawiały relacje jakie je łączyły. Na pierwszym planie był oczywiście
związek Florence (Meryl Streep) i jej drugiego męża St Claira Bayfielda (Hugh
Grant). Gdy tylko na ekranie pojawia się Grant człowiek od razu się orientuje,
że właśnie tutaj kończy się epoka, w której Brytyjczyk grał podrywaczy i
przystojnych chłopców. Teraz to już po prostu pan, który może grać męża
dojrzałych kobiet, ewentualnie ojca rodziny. Doskonale podkreśla to pojawiająca
się siwizna i widoczne zmarszczki na twarzy (ale to dobrze, bo przynajmniej
wiadomo, że nie używa botoksu i nie chce być młodziakiem na siłę). Jeśli chodzi
o relację łączącą tych bohaterów to bardziej coś duchownego niż cielesnego. Ze
względu na chorobę Florence, jej mąż mieszka w osobnym mieszkaniu (jest to
właściwie mieszkanie jego kochanki, które opłaca właśnie Florence), co noc
układa ją do snu, recytuje jej wiersz, a potem wychodzi, by noce spędzać z inną
kobietą. W filmie nie jest to powiedziane wprost, ale pani Foster wydaje się o
wszystkim wiedzieć. A wtedy w jej
oczach pojawia się smutek i tęsknota, które potrafią rozerwać widza od środka.
Mimo wszystko Bayfield kocha swoją żonę i zrobi dla niej wszystko. Zawsze ją
wspiera i jako jedyny walczy o to, by świat jej nie zniszczył swoją krytyką.
Dostajemy także odrobinę dziwnego pianistę Cosmę McMoona (Simon Helberg – czyli
Howard z The Big Bang Theory), z którym Florence zaczyna pracować. Chłopak
początkowo jest przerażony umiejętnościami swojej pracodawczyni, potem trochę
się z niej naśmiewa, by w końcu zrozumieć, że ta kobieta stała się jego
przyjaciółką i należy za nią stać choćby miała się stać największa katastrofa.
Cosma ma też pewien układ z St Clairem. Wie o wszystkim o czym nie powinna
wiedzieć Florence, ale w zamian za to bierze na siebie (właściwie to Bayfield
go w to wrabia) grzeszki z pewnej imprezy, która miała miejsce w domu męża pani
Foster. Jest także kochanka Kathleen (Rebecca Ferguson), o której wiedzą
wszyscy, ale to ukrywają.
Meryl Streep zdecydowanie jest stworzona do takich ról. I można
mówić, że we wszystkich filmach gra tak samo i ma manierę, ale który aktor albo
aktorka tego nie ma? Ona jest po prostu mistrzynią i długo nie będzie nikogo,
kto zbliży się do niej charyzmą i talentem. Dodatkowo w tym filmie pokazała
piękny paradoks: idealnie zagrała postać, która nie umie w ogóle śpiewać, a
sama w rzeczywistości ma doskonały głos (polecam obejrzeć „Mamma Mia!”).
Film warty zobaczenia, ale nie jako kolejna komedia
do obejrzenia po pracy. Przynajmniej nie według mnie. Pośmiać się można, ale
nie aż tak, żeby leżeć na podłodze, bo to po prostu tutaj nie przystoi.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz