Mamy Nowy Rok (najlepszego, Kochani!), a ja właśnie piję herbatę
i jem kruche ciasteczka, które upiekła mama przed Bożym Narodzeniem. W zasadzie
to powinnam czytać jakąś filozofię albo lektury na kolokwium, ale mi się nie
chce. Pewnie potem będę tego żałować, ale trudno. Nie chce mi się o tym myśleć.
Wolę patrzeć na regał z książkami, które już przeczytałam albo dopiero
przeczytam, ale dla przyjemności. Zastanawiam się o czym mogłabym napisać tym
razem. Podczas świąt siedziałam do trzeciej albo do czwartej nad ranem i
czytałam kolejną książkę Moniki Szwai, ale o tym nie będę już pisać, bo kiedyś
to zrobiłam. Zdecydowałam się na coś innego...
Zapewne każdy z nas miał kiedyś w swoich rękach albo komiks
albo pamiętnik, o ile sam go nie pisał. A co jeśli połączymy te formy? Cóż,
powstaje coś uroczego i zabawnego. A zatem przedstawiam Wam... "Dziennik
Cwaniaczka". Pierwszy raz spotkałam się z tą serią w gimnazjum. Byliśmy
wtedy na jakiejś wycieczce szkolnej w Gdańsku i podczas czasu wolnego
poleciałam do Empiku (w moim wspaniałym mieście jeszcze tego cudownego sklepu
nie było). Koniecznie chciałam kupić jakąś książkę, którą mogłabym zacząć
czytać w pociągu do domu. Długo wahałam się między "Dziennikiem Cwaniaczka",
a pierwszą częścią książki "Bracia Hardy". Padło na Cwaniaczka,
jednak był mały problem. Na półce była tylko druga część, a pierwszej brak.
Stwierdziłam, że trudno, ale biorę to. Wydałam całe 24,90 zł i zadowolona
wróciłam do domu. Książka była tak wciągająca i zabawna, że przeczytałam ją w
30 minut.
A teraz najlepsze... Tej cudownej serii nie przeczytałam w
odpowiedniej kolejności, jednak jej zaletą jest to, że od obojętnie jakiej
części by się zaczęło lekturę, człowiek zawsze odnajdzie wątek. Na chwilę
obecną seria w Polsce doczekała się ośmiu części i jednego tworu, który jest
czymś w stylu Do It Yourself, czyli płacisz 25 zł za coś po czym samemu możesz
sobie pobazgrać i stworzyć to. Egzemplarz DIY sobie podarowałam, ale reszta
gości na moim regale. Jak mówiłam, rozpoczęłam czytanie od części drugiej.
Potem sięgnęłam po trzecią, czwartą, pierwszą, siódmą, piątą, szóstą i ósmą.
Trochę to pokręcone, ale zależało to od dostępności serii w sklepie.
Przykładowo cześć siódmą kupiłam w Lidlu za 17,99 zł. Ucieszyło mnie to bardzo.
Sama książka to forma pamiętnika, który pisze główny bohater
Greg Heffley. W każdym tomie opisuje on swoje zabawne przygody, w których
pojawia się jego zwariowana rodzina, najlepszy przyjaciel i ludzie ze szkoły,
których nie darzy zbyt wielką sympatią. Do każdej strony pamiętnika są
dołączone urocze obrazki stworzone prze Grega.
Seria jest generalnie przeznaczona dla dzieci, którym się
nie chce czytać. Podkreślam, przeznaczona dla dzieci, ale ja się z tym nie
zgodzę. W książce jestem zakochana od jakiś 6 lat. Ale śmieszniejszą rzeczą
jest to, że moja kuzynka, która jest ode mnie starsza o osiem lat również
uwielbia Grega i jego zapiski. Dlatego uważam, że książek nie powinno się
kategoryzować ze względu na wiek. Tę książkę będę polecać zarówno ośmioletnim
dzieciakom, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę ze światem literatury,
jaki i trzydziestoletniej dziewczynie, która ma po prostu ochotę się pośmiać i
zrelaksować.
Dodam jeszcze tylko to, że czekam na kolejną część przygód
Cwaniaczka, bo jedną książkę połyka się dosłownie w trzydzieści minut. Siadasz,
otwierasz "Dziennik..." na pierwszej stronie i nim się zorientujesz
dolatujesz do końca i z ogromną niecierpliwością czekasz aż na półce w sklepie
pojawi się kolejny tom. Jeśli macie pod ręką wolne 24, 90 zł (na empik.com jak
zawsze będzie trochę tańsze) i nie wiecie na co je wydać to śmiało zdecydujcie
się na zakup.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz