sobota, 14 listopada 2015

#PrayForParis

Wpis miał być dzisiaj o czymś innym, ale to coś inne nie doszło do skutku. Za to noc przyniosła straszne wydarzenia. Nie dość, że wczoraj był piątek 13-ego to jeszcze jadąc do domu pociągiem pomyślałam, że fajnie by było za rok pojechać do Paryża chociaż na tydzień. Jakoś nigdy szczególnie nie wielbiłam stolicy Francji, ale zmiana otoczenia byłaby czymś miłym. W końcu ktoś kiedyś powiedział, że trzeba podróżować, żeby być dobrym humanistą. A tuż po północy moje przyszłoroczne plany pękły jak bańka mydlana.

To, co się stało to okropna tragedia. Prawie do trzeciej w nocy śledziłam wiadomości w tv, na Facebooku, Twitterze i w NY Timesie. To nie do pomyślenia, że banda fanatyków rozwala pół miasta w imię nie wiadomo czego. Bo jeśli ktoś mi powie, że to w imię Boga to powiem mu, żeby poszedł do psychiatry.

Naprawdę nie wyobrażam sobie, że idę w piątkowy wieczór na koncert albo na kolację i nie wracam z niego/niej, bo ginę z rąk szaleńca. Dlaczego zabiera się życie niewinnych osób tylko po to, żeby zrobić światu na złość i się zemścić? Nie potrafię tego zrozumieć.

Usłyszałam dziś, że "dobrze tak Żabojadom, mają te swoje wolne granice i należy im się, że nam nie pomogli jak wojna się zaczęła". Uważam, że to nie ma teraz znaczenia kogo to spotkało. Człowiek to człowiek i niewinny nie zasługuje na śmierć. Ta cała sytuacja nie powinna mieć miejsca.

Ale najgorsze i tak dopiero przed nami. Za miesiąc, może dwa, wszyscy o tym zapomną i co będzie potem? Letarg, który potrwa do kolejnej takiej sytuacji? Czy może jednak ktoś coś z tym zrobi i przestanie myśleć zamkniętym umysłem?

czwartek, 5 listopada 2015

Wszystko ma się we krwi...

Wczoraj była środa, a co ja ostatnio robię w środowe wieczory? Chodzę do kina (God bless Środy z Orange i przyjaciół, którzy mają telefony w tej sieci). Wczoraj, według planu, poszłam z moim Wilsonkiem na "Strategię mistrza". Dlaczego akurat na to? No bo jedną z ról grał tam mój mąż (przypominam, Lee Pace). Czy było warto? Cóż...

Standardowo przed seansem poszłyśmy na jakąś szamę, potem zwiedzać przybytek Wilsona i kulturalnie, na dwadzieścia minut przed seansem udałyśmy się do kina. Po zdobyciu biletów ruszyłyśmy zająć miejsca. Miejscówka trafiła się w przedostatnim rzędzie i początkowo było fajnie, bo na pięć minut przed rozpoczęciem filmu na sali było pięć osób. Jednak chwilę później przyszła jakaś totalna cebulandia. Typ przede mną postanowił sobie postać, zdjąć kurtkę, drzeć ryja na całe kino i zupełnie nie przejmować się tym, że nie jest tu sam. Jeszcze jakaś idiotka dyskutowała z typem z dwóch rzędów wyżej od niej o jakimś spotkaniu czy coś. No kogo to obchodzi? Niech siada i nie przeszkadza innym. Tym bardziej, że byłam zainteresowana zwiastunami, które pokazują przed projekcją. Po prostu niektórzy nie powinni pokazywać się publicznie.

Co do samego filmu... Historia znana zapewne większości i to nie tylko tym, co interesują się sportem i kolarstwem. Film opowiada historię Lance'a Armstronga (w tej roli Ben Foster), siedmiokrotnego zwycięscy Tour de France, który wspiął się na szczyt dzięki niedozwolonym zabiegom. Sam film całkiem niezły, gra aktorska bardzo dobra, ale miałam pewien problem. Pierwsza scena w filmie pokazuje 21-letniego kolarza, który jeszcze nie osiągnął nic i jest po prostu zwykłym dzieciakiem, który ma marzenia. Natomiast w następnym ujęciu widzimy go już jako zawodowca i mistrza, który jeździ w żółtej koszulce. Pomiędzy jedną, a drugą sceną wyraźnie mi czegoś zabrakło. Wiem, że nie wszystko da się zmieścić w prawie dwugodzinnym filmie, ale powinni zawrzeć coś, co scali te dwa momenty. Za to dużo czasu poświęcono na pokazanie całej "maszynerii", która przyczyniła się do zwycięstw. Mam tu na myśli terapie EPO, przetaczanie krwi, tuszowanie złych substancji. Sceny gdzie byli podłączeni do kroplówek czy worków z krwią można porównać do spotkań towarzyskich przy piwie. Pobieranie płynów tyle, że na różne sposoby. Dodatkowo kłamstwo goniło kłamstwo i to na każdym kroku. Oszukiwani byli wszyscy. Kibice, dziennikarze, a nawet ludzie z komisji antydopingowej. W pewnym momencie człowiek miał wrażenie, że zatarła się granica pomiędzy prawdą, a kłamstwem.

No ale nie byłabym sobą, gdybym nie napisała o tym, dla którego poszłam do kina. Rola Lee Pace'a może nie była jedną z głównych, ale według mnie istotna. Grał wiernego menagera/prawnika sportowca. Robił to co Armstrong mu kazał. Towarzyszył mu podczas wizyt w szpitalu na "gościnnych występach" (Armstrong jest założycielem fundacji Livestrong, która powstała po tym jak wygrał walkę z rakiem) czy spotkaniach dotyczących spraw prawnych. Obecność Pace'a na ekranie odnotowałam osiem razy (musiałam liczyć, nie mogłam się powstrzymać). Do tego był bardzo ładnie ubrany (m.in. koszula w kratę lub szary sweter) i ślicznie się uśmiechał. Mój fangirlizm został zaspokojony, chociaż jakby zagrał główną rolę to tym bardziej bym nie pogardziła. Tak czy inaczej mogę odnotować kolejny obejrzany film z jego udziałem.

Ale nie mogę pominąć pewnej rzeczy. W jednej ze scen bohater Lee idzie w podziemnym garażu i jego sylwetka pokazana jest z profilu. Chyba jestem bardzo spaczona Hobbitem, bo gdy to zobaczyłam od razu pomyślałam, że wkradł się tu elficki król i pokazuje swój majestat. Tak samo się poruszał jako Thranduil (wiem, sposobu chodzenia nie da się pozbyć), tylko brakowało mu blond czupryny.

W filmie pojawił się również Dustin Hoffman. Jego nazwisko zauważyłam na początkowych napisach, jednak podczas seansu zupełnie zapomniałam, że ma się gdzieś pojawić. A gdy już do tego doszło byłam lekko zaskoczona. Pojawił się może w trzech scenach, ale to i tak dodaje filmowi +15 do prestiżu.

Kolejną rzeczą jak najbardziej na plus jest ścieżka dźwiękowa. W filmie można było usłyszeć m.in. "No surprises", "Mr Pharmacist" czy "Mrs. Robinson". Przynajmniej pośpiewałam (ale tak po cichu) sobie znane utwory.

Zaskoczyła mnie też jedna rzecz. Czytając wywiad z Benem Fosterem (zanim jeszcze poszłam na film) dowiedziałam się, że aby lepiej wczuć się w rolę i poczuć to co przeżywał Armstrong, poddał się programowi dopingowemu. Zażywał środki, które pobierał kolarz. Powiedział, że sporo czasu zajął mu powrót do równowagi zarówno fizycznej jak i psychicznej, a nawet do końca jeszcze jej nie odzyskał. Rzadko, który aktor, a nawet człowiek podjął by się takiego czynu. Patrząc po tym co jest zawarte w filmie to wyglądało to mało zachęcająco. Ilość strzykawek i płynów była naprawdę ogromna.

Generalnie film na plus. Zapewne, gdybym nie znała całej historii film trzymałby bardziej w napięciu, ale i tak niektóre momenty zaskakiwały. Jeśli nadarzy mi się okazja, by zobaczyć produkcję jeszcze raz to pewnie się zdecyduję, choćby dla gry aktorskiej Bena Fostera, ośmiu scen Lee Pace'a czy ścieżki dźwiękowej.


wtorek, 3 listopada 2015

Myśl pozytywnie!

No dobrze, nie ma się co oszukiwać, za każdym razem jak dostanę obsesji (nie bójmy się tego słowa) na punkcie jakiegoś aktora to włączam jego filmografię i przeglądam tytuł filmów/seriali jakie wypadałoby obejrzeć. I tak oto mamy Bradley'a Coopera. "Ugotowany" już odznaczony. Wcześniej widziałam "Kac Vegas" i "Strażników Galaktyki" (tak tylko podkładał głos, ale się liczy). Dzisiaj postanowiłam się zabrać za "Poradnik Pozytywnego Myślenia".

Siedziałam sobie dziś na romantyzmie (po drugiej godzinie zegarowej człowiek już wymięka) i zastanawiałam się co by tu porobić wieczorem. Pominę fakt, że powinnam się uczyć, ale no... I tak rozmyślając wpadłam na pomysł, by obejrzeć właśnie "Poradnik...". Ale na myśl przyszła mi jeszcze jedna rzecz: przecież to jest książka. Szybko sprawdziłam dostępność egzemplarzy w pobliskim Empiku i zaraz po zajęciach skierowałam swojego kroki do sklepu, a pół godziny później byłam szczęśliwym posiadaczem nowej książki. 

Przez chwilę się zastanawiałam w jakiej kolejności się za to zabrać. Czy najpierw przeczytać książkę i ewentualnie do niej porównywać film czy zaufać wszelkim jurorom od nagród i uwierzyć, że film samodzielnie jest świetny. Zdecydowałam się w pierwszej kolejności na książkę. Po przeczytaniu pierwszych trzech stron pomyślałam, że główny bohater, Pat, jest bardzo podobny do Forresta Gumpa, tylko że jakiś taki trochę bardziej współczesny. I z każdym kolejnym zdaniem to wrażenie mnie nie opuszczało. Zatrzymałam się po czterech rozdziałach i przeszłam do filmu. Cóż, zapewne film zdradził mi to czego, mogłam spodziewać się na końcu, ale to chyba tak działa. 

No dobrze, a o czym to właściwie jest? Mamy Pata, który właśnie wyszedł ze szpitala psychiatrycznego (w książce to nazywa "złym miejscem", co przyprawia mnie o wrażenie, że on jest jakiś niedorozwinięty). Jedyne co go motywuje to miłość do żony, z którą jest w separacji. Dla niej postanowił ćwiczyć (szkoda, że Bradley Cooper ani razu nie pojawił się bez koszulki) i pracować nad swoimi wybuchami. Na swojej drodze spotyka Tiffany (Jennifer Lawrence), która jest w podobnej sytuacji, tyle, że jej mąż nie żyje i każdy uważa, że dziewczyna ma coś z głową. 

Plusem produkcji jest oczywiście obsada. Oprócz Coopera i Lawrence można zobaczyć m.in. Roberta De Niro w roli ojca Pata. 

Oglądając ten film doszłam do wniosku, że na podstawie psychiki i zachowań bohaterów można by napisać bardzo ładną pracę magisterską. Z jednej strony dwoje "psychicznych" wariatów, którzy zaprzyjaźniają się ze sobą (dobra, od pierwszej ich wspólnej sceny widać, że z tego będzie coś więcej) i odkrywają wspólne pasje,a z drugiej rodzinka głównego bohatera. Mama starająca się zrozumieć syna, ojciec, który nie widzi świata poza miejscową drużyną sportową i brat, który jest totalnym przeciwieństwem swojego brata i człowiekiem sukcesu. 

A teraz czas na fangirlizm... Tak jak wyżej napisałam film obejrzałam dla Bradley'a Coopera, który był tu jeszcze przystojniejszy niż w "Ugotowanym". Ach ten zarost i niebieskie oczy. Nawet uroku dodawał mu worek na śmieci, który na sobie nosił dla lepszego efektu pocenia się podczas biegania. Ale najbardziej mnie urzekł tym jak tańczy. Mógłby mnie nauczyć, bo ja to do tańca, to się tak nadaję jak klej w sztyfcie do cegły. Nie umiem tańczyć. Chociaż mówią, że nie należy ufać facetowi, który umie tańczyć. I co teraz? 

Zdecydowanie jest to kolejny film, który trafia do kategorii "można oglądać milion razy i nigdy się nie znudzi". I popieram Oscara dla Jennifer Lawrence i osiem innych nominacji do tej nagrody. A już nie wspomnę o innych statuetkach za ten film. Jak najbardziej na plus. 

czwartek, 29 października 2015

Podano do stołu!

Jak powiedziałam tak uczyniłam i poszłam na "Ugotowanego". Czy było warto? Jak najbardziej! A dlaczego? To już mówię, a właściwie piszę.

Tym razem do kina wybrała się ze mną Magda. Prawdę mówiąc wyciągałam ją na inny film, ale że "Ugotowany" się napatoczył to decyzja była oczywista. Jako typowe Polaczki Cebulaczki poszłyśmy w środę, żeby kupić dwa bilety w cenie jednego. Stwierdzam z radością, że to właśnie tego dnia będę chodzić do kina na wszelkie seanse. Ale, ale... Kupując bilety w kasie spotkała nas miła niespodzianka. Czekały na nas ostatnie dwa wolne miejsca w rzędzie po środku sali. Tylko, że szanowna pani z kasy zapomniała mnie poinformować, że są to fotele VIP. No i grzecznie musiałam zapłacić 3 zł więcej (po 1,50 od fotela), ale stwierdziłam, że nie ma tego złego i przynajmniej będę miała więcej miejsca na nogi i skórzany fotel. A że zostało nam pół godziny do seansu to poszłyśmy do sklepu. Po powrocie gotowe w blokach startowych czekałyśmy aż zaczną wpuszczać na salę. Na pięć minut przed seansem otworzyli drzwi.

Po zajęciu miejsc nastąpiła jakże przyjemna część - reklamy i trailery. Oczywiście dzięki tym drugim moja lista filmów, które chcę obejrzeć znacznie się powiększyła (m.in. o "Steve'a Jobsa" i "Czerwonego pająka"). I tak sobie oglądaliśmy reklamy, a na ekranie pojawił się zwiastun "Strategii mistrza", na którą idę za tydzień. Jak wiadomo idę na ten film dla mojego męża (jeśli ktoś nadal nie wie kim on jest to oznajmiam - Lee Pace; tyle, że on jeszcze o tym nie wie :D) i będąc święcie przekonana, że nie zobaczę go w zwiastunie, bo podobno jest tylko w kilku scenach w filmie, oznajmiłam Magdzie, że nie ma szans, że go teraz zobaczymy. A tu nagle niespodzianka. Tadam! Pojawił się. Wymieniłyśmy spojrzenia i dodałyśmy "awwww". Po trzydziestu minutach reklamy dobiegły do końca i zaczął się główny seans. 

O czym film? Poznajemy Adama Jonesa (Bradley Cooper), który najlepsze lata swojej kariery kulinarnej ma już za sobą. Postanawia jednak to zmienić i powraca do Londynu, gdzie zamierza otworzyć najlepszą restaurację i zdobyć trzecią gwiazdkę Michelin. Odszukuje starych znajomych, z którymi wcześniej pracował w Paryżu i proponuje im współpracę. Ze skompletowaną ekipą rozpoczyna przygotowania do zdobycia upragnionego wyróżnienia. 

No dobrze, przyznaję się, poszłam na to do kina, bo tydzień temu zobaczyłam zwiastun i stwierdziłam, że Bradley Cooper tak pięknie wygląda i ma hipnotyzujący wzrok (o matko, te cudowne niebieskie oczy... Tak, mam słabość do niebieskich paczadełek). Pod tym względem się opłacało, bo przez prawie dwie godziny było na co popatrzeć. Ale żeby nie było, że on jest jedynym powodem to przyznam, że obsada została naprawdę dobrze dobrana. W filmie pojawili się m.in. Sienna Miller, Daniel Bruhl, Omar Sy czy Emma Thompson, która na sali wywołała zbiorowe "ooo". 

Gdyby ktoś z Was planował obejrzenie tego filmu to mam jedną, dobrą radę. Nie oglądajcie tego na pusty żołądek. Poszłam na film bez kolacji i mniej więcej w połowie seansu zaczęło mi burczeć w brzuchu. Potrawy, które można było zobaczyć wyglądały jak małe dzieła sztuki. I nawet pominę fakt, że w jednej ze scen pojawił się piękny tort, a za mną od miesiąca chodzi taki pyszny tort. Jednym słowem: tortury. 

Ogromnym plusem tego filmu było to, że nie zrobiono z niego komedii romantycznej, a była do tego okazja. Pomijając miłość do jedzenia były także uczucia między bohaterami (nie tylko na relacji kobieta - mężczyzna) i zostało to naprawdę dobrze pokazane. Bez zbytniej nachalności i scen łóżkowych. Kolejną świetną rzeczą było przedstawienie bohatera, który pomimo problemów z wszelkimi uzależnieniami, może wyjść na prostą i całkowicie oddać się temu, co kocha robić. Do tego pozwala uwierzyć, że nawet największy wróg potrafi okazać szacunek i uratować życie, gdy ma się wrażenie, że wszystko co było naprawdę ważne przepada.

Film polecam podpisując się obiema rękami i nogami. Nawet nosem i uszami. A tak serio to jest to bardzo przyjemny film, aby miło spędzić czas np. z przyjaciółką. Zdecydowanie należy do tej kategorii, że można go oglądać milion razy i nigdy się nie znudzi. Oczywiście od strony wizualnej również baaaaardzo dobry. 


czwartek, 22 października 2015

Halo, Panie Diabeł, jest Pan?

Powód, dla którego poszłam na "Pakt z diabłem" (Boże, kto tłumaczy te tytuły? Oryginalny to "Black Mass") jest jedyny i oczywisty. Nazywa się Benedict Cumberbatch. A moja miłość do niego jest tak silna, że zdecydowałam się na seans pomimo, że główną rolę gra Johnny Depp, którego szczerze nie lubię. Tak, wiem, zjedzcie mnie za to, no ale nie. Po prostu nie mogę na niego patrzeć. Nawet moje szanowne koleżanki z grupy usilnie próbowały ze mną negocjować, że to technicznie niemożliwe, żebym go nie uwielbiała. Cóż, o gustach się nie dyskutuje. Jednak odkąd szaleję za Cumberbatchem (to już będzie jakiś czas) to chodzę na wszystkie filmy w jakich gra. Tak też stało się i tym razem.
Na film wyciągnęłam mojego niezawodnego i kochanego Wilsonka. Zgodziła się tak jak poprzednio, gdy razem byłyśmy na "Grze tajemnic". I dodam jeszcze tylko, że przez najbliższy miesiąc udamy się do kina w swoim towarzystwie dwa razy. Chciałabym dorzucić jeszcze jeden film do tej listy, ale to musimy przedyskutować. Mam nadzieję, że się zgodzi.

Nasze spotkanie rozpoczęło się uroczym obiadem połączonym z kolacją, a potem udałyśmy się na krótkie przeczekanie na jej apartamenty. Z tej okazji, że do kina od jej miejsca zamieszkania mamy jakieś siedem minut z buta to wyszłyśmy sobie o 19:55 (seans zaczynał się o 20:20). I ku naszemu zaskoczeniu w kinie był tłum ludzi. Do każdej kasy była kilometrowa kolejka. Ustawiłyśmy się w jednej z nich i czekałyśmy na swoją kolej. Zaznaczę, że wczoraj były środy z Orange i dwa bilety były w cenie jednego. To mówi samo za siebie. A podobno ludzie nie chodzą do kina.
Nasze bilety kupiłyśmy o 20:25 i udałyśmy się na salę, gdzie już trwały reklamy. Większość miejsc była zajęta, ale nam udało się usiąść w trzecim rzędzie od końca (nie mogę zbyt blisko ekranu siedzieć, bo mam traumę). Oczywiście podczas reklam trafiło się kilka interesujących zwiastunów zbliżających się produkcji i zaczynam się głęboko zastanawiać czy nie wybrać się na "Ugotowanego" z Bradley'em Cooperem. Jaki on jest tam przyyyyystojny. Generalnie jest przystojny, ale tu to już wybitnie. Po 25 minutach reklam zaczęła się zabawa...

O czym film? A no mamy sobie gangstera (Johnny Depp), który trzęsie Bostonem. Do tego jest jego młodszy brat (Benedict Cumberbatch) piastujący stanowisko senatora i najważniejszej osoby w stanie. Pojawia się także agent FBI (Joel Edgerton), który jest kolegą z dzieciństwa dwóch braci. Ich drogi się krzyżują, a mafiozo i policjant zawierają przymierze, które ma im obojgu pomóc. Z minuty na minutę dochodzi do kolejnych morderstw (nie chciało mi się ich liczyć, ale z piętnaście na pewno było), bohater Deppa było coraz bardziej sfrustrowany i brutalny, a detektyw brnął w kłamstwa. Można by powiedzieć, że dużo się działo, czasem nawet za dużo, ale czegoś brakowało. Nudą nie wiało, ale były momenty, że patrzyłam na zegarek i liczyłam czas do końca.

W filmie przewinęło się wiele osób, które gdzieś już kiedyś widziałam (pomijając tych wymienionych powyżej) m.in. Kevin Bacon, Dakota Johnson (jak już napisałam na fanpage'u, nie była nawet bardzo drewniana), Corey Stoll czy Julianne Nicholson. Obsada niby dobra, ale sam film pośladów nie urywał. Do tego wygląd Deppa, który wyglądał jak Gollum z Hobbita. Szkła kontaktowe w nienaturalnie niebieskim kolorze, sterta silikonu na twarzy i dziwne blond włosy, których więcej nie było niż były. Gdzieś tam w środku próbowałam sobie wmówić, że ten film ma mnie do niego przekonać, jednak stało się zupełnie inaczej. Nie lubię go jeszcze bardziej.

Co do Cumberbatcha, to tuż przed seansem założyłam się (to chyba za dużo powiedziane) z moim Wilsonkiem ile dostanie czasu antenowego. Ona obstawiała pięć minut, ja koło dwudziestu pięciu. Starałam się liczyć sceny, w których się pojawiał, ale zgubiłam się przy siódmej, co oznacza, że ja byłam bliżej wygranej. Fajnie, że jego bohater był pozytywny i tak naprawdę nie miał bezpośredniego związku ze swoim bratem (poza więzami krwi oczywiście). Pan senator nie wtrącał się do brudnych interesów starszego braciszka,a ten drugi nie prosił polityka o przysługi. Jedyne co mi przeszkadzało to sposób w jaki mówił Benedict. Wiadomo, że do roli był potrzebny bostoński akcent, ale to jak mówił przypominało człowieka, który wpakował sobie pół bułki do ust i próbował coś tłumaczyć.

Jak na film gangsterski to całkiem nieźle, ale bez szału. To produkcja z kategorii tych raz obejrzanych i raczej do niech więcej nie wracamy.


poniedziałek, 12 października 2015

Ale że hę?

Właśnie na pewnej stronie zobaczyłam interesujący wpis: Dostaniesz dwa miliony dolarów jak zamieszkasz w domu na odludziu przez dwa lata bez telefonu, Internetu, rodziny i przyjaciół. Oczywiście to żart, ale jakby się nad tym głębiej zastanowić...

Bez telefonu i Internetu może i by dało radę, chociaż coraz bardziej te dwie rzeczy oddziałują na nasze życie. Niby z nimi fajnie, ale czasem bez nich jeszcze lepiej. Z kolei jeśli chodzi o rodzinę i przyjaciół... Bez przyjaciół da się wytrzymać (nie miejcie mnie za kogoś okropnego i bez serca, ale czasem są takie dni, że nie ma się ochoty ich widzieć), ale bez rodziny? Przynajmniej ja bym nie mogła. Bo kto mi da gwarancję, że przez te dwa lata nic się im nie stanie? Że nie zachorują albo co gorsza znikną z ziemskiego padołu? Miałabym wyrzuty sumienia, że przez moją głupotę i pogoń za pieniędzmi straciłam coś istotnego. Ale z drugiej strony, niektórzy nie mają rodziny i jakoś sobie radzą.

Nasuwa się też inne pytanie. Co robić w takiej dziczy bez Internetu, telefonu i wszelkiego "okna na świat". Za bym prawdopodobnie zapakowała do TIR-a książki i tak bym sobie spędzała miło czas. Do tego znalazłabym sobie jakiś las i chodziła na długie spacery. Albo całymi dniami robiła to na co obecnie brakuje mi czasu: napisałabym w końcu książkę. Co prawda już coś jest tam napisane, ale daleka droga do ideału.

Co jeszcze bym mogła tam robić? Obejrzeć wszystkie seriale świata. To by było coś. Może nie rzucałabym się na "Modę na sukces", ale zdecydowanie zabrałabym się za brytyjskie produkcje, które przecież są świetne.

Do książek dorzuciłabym miliardy świetnych piosenek, które już dawno powstały, a ja jeszcze nigdy w życiu ich nie słyszałam. Ciekawe czy przesłuchanie wszystkich piosenek na świecie zajęłoby mi więcej niż dwa lata czy może jednak bym się zmieściła w tym czasie?

Ale może jednak dobrze jest jak jest? Może jednak wolę mieć to co mam niż te miliony na koncie? Przecież podobno pieniądze szczęścia nie dają, a w życiu liczą się te chwile, które możemy z kimś dzielić.

P.S. A co z miłością? Bez niej można żyć?

P.S.2. Dziś krótko, ale obiecuję, że niedługo postaram się napisać coś więcej. Na pewno w najbliższym czasie pojawią się cztery wpisy, ale o czym i o kim to na razie tajemnica. ;)

P.S.3. Dzisiaj usłyszałam najpiękniejsze zdanie od mojej współlokatorki: "Jeśli skończą ci się wszystkie twoje wesołe fandomowe autobusy...". Czy to nie urocze? I czy to możliwe, że one kiedykolwiek się skończą? :D

środa, 7 października 2015

C'mon, baby, light my fire!

No dobrze, czas się przyznać: ten wpis powinien być napisany dwa miesiące temu. Ale że jestem leniwą bułą to jakoś się nie mogłam zebrać. Chyba nadal nie jestem pewna jak to zrobić, bo czy da się opowiedzieć o serialu nie zdradzając tego co się tam dzieje? Właśnie tak, dziś, w tym wpisie i w tym momencie zamieniam się w totalną fangirl i jeśli w co drugim zdaniu będę wyznawała miłość to wybaczcie. Ale zacznę od początku...



"Halt and catch fire", bo o tym mowa, to nie do końca taki oczywisty serial. Akcja toczy się w latach 80. XX w i skupia się na grupie ludzi, którzy chcą zbudować komputer osobisty, który będzie miał rozmiary walizki. Tak, mowa tutaj o laptopie. Ale tak naprawdę serial pokazuje relacje międzyludzkie, zachowania osób po przejściach i z przeszłością, a także o przedstawia trudną sztukę jaką jest współpraca osób o różnych, skrajnych charakterach. Na grupę konstruktorów składają się trzy osoby: Joe Macmillan, Cameron Howe i Gordon Clark. 










Joe MacMillan (Lee Pace) - zjawia się z pomysłem stworzenia komputera i szuka osób, którym będzie mógł zaufać i którzy pomogą mu zbudować jego wynalazek. Prawda jest jednak taka, że poszukuje łosi, którzy zrobią to za niego, a on to tylko wypromuje, sprzeda i zarobi kasę. Oczywiście udaje mu się to, ponieważ we wszystkim co sobie założył dąży za wszelką cenę. Jest przy tym cyniczny i bezduszny, ale jak się potem okazuje jego życiowe zawirowania zmuszają go do bycia socjopatą.



Oczywiście nie będę ukrywać, że zaczęłam oglądać ten serial dla Lee Pace'a, jestem totalną fangirl i jest on moim mężem, ale jeszcze o tym nie wie. A tak na poważnie to jest to właściwa osoba na właściwym miejscu. Jego bohater w doskonały sposób ewoluuje, a on potrafi świetnie to zagrać. W jednym momencie gra bezdusznego zarządce, by po chwili stanąć w drzwiach z miną zbitego psa i powiedzieć coś czego nigdy w życiu nikomu nie powiedział. Tak naprawdę po MacMillanie można się spodziewać wszystkiego i nie należy mu bezgranicznie ufać.



Cameron Howe (Mackenzie Davis) - młoda programistka, którą Joe spotka podczas wykładu i angażuje do pracy. Jest buntowniczką i wszelkie zasady nie mają dla niej znaczenia. Powierzchownie wydaje się być twardą skałą, jednak w miarę upływu czasu zaczyna się przywiązywać do Joe przez co niestety potem cierpi.



Uwielbiam jej bohaterkę i chociaż momentami jest denerwująca to jej relacja z Joe nie jest oczywista. Jej kreatywność i chęć zmieniania mocno męskiego świata sprawiają, że to nie jest jednowymiarowa, słodka postać, która robi co inni jej każą. Potrafi się przeciwstawić i nie raz udowadnia, że nie da sobą pomiatać.



Gordon Clark (Scoot McNairy) - inżynier, który w przeszłości samemu próbował zbudować komputer, jednak zakończyło się to klęską i późniejszymi konsekwencjami. Ta porażka tak mocno zakotwicza się w jego pamięci, że za wszelką cenę będzie chciał wykorzystać drugą taką szansę, którą daje mu Joe. Do tego jako jedyny z tej trójki ma życie prywatne - żona i dwie córki.



Nie należy do moich ulubieńców, bo żyje albo w stałym konflikcie z Cameron albo jak już z nią jest na neutralnej stopie to do sporu dołącza Joe. W pewnym momencie nabieram do niego jakby sympatii, by potem porzucić ją na dobre.



Do tej pory powstały dwa sezony "Halt..." i osobiście uważam, że pierwszy jest lepszy niż drugi, ale tylko minimalnie. Może dlatego, że w pierwszym mamy do czynienia z bliższą relacją pomiędzy Joe i Cameron. Natomiast w drugim sezonie każdy z trójki bohaterów znajduje się zupełnie w innym miejscu i z innymi ludźmi niż na początku ich wspólnej drogi. Dochodzi do totalnej metamorfozy Joe, który... spotyka kobietę swojego życia i staje się po prostu pantoflem. Ale tylko do czasu... Do momentu, gdy ponownie skrzyżuje swoje drogi  Gordonem i Cameron.




Jak już wcześniej napisałam, jestem fangirl i uwielbiam Joe (właściwie Lee, ale to tu nie ma znaczenia) to muszę stwierdzić, że jakim kretynem i palantem by nie był to i tak się będzie trzymało jego stronę i wierzylo, że wszystko co robi jest słuszne. Wszystko co sobą prezentuje ma sens i pokazuje, że nie tak łatwo być tym kim się chce mając za sobą burzliwą przeszłość i komplikacje rodzinne. Aha, i najważniejsze... Bardzo chętnie poznam jego stylistę z sezonu drugiego, bo o ile w pierwszym sezonie wciskali go praktycznie w same garnitury, tak w drugim poszaleli.




Niestety na razie nie wiadomo czy będzie trzeci sezon, bo podobno nadal trwają ustalenia czy wszystkie statystyki są in plus dla serialu. Ja jednak mam nadzieję na przedłużenie serii, ponieważ po raz kolejny (w przypadku pierwszego sezonu również tak było) finałowy odcinek transzy pozostawił otwartą furtkę dla ciągu dalszego. Jak dadzą kolejne dziesięć odcinków to pójdę do Częstochowy. Nie no, może nie aż tak... Ale będę mega szczęśliwa.


P.S. Oczywiście nie napisałam wszystkiego, żeby pozostał jakiś element zaskoczenia, o ile ktoś będzie chciał obejrzeć. ^^

P.S.2. Mam ochotę tu dołożyć jeszcze więcej gifów, ale już taka nie będę. :D