środa, 17 czerwca 2015

Po drugiej stronie ekranu

Współczesne seriale to nie opery mydlane, które oglądają tylko panie domu. Telewizyjne produkcje przeszły ogromną ewolucję, a ludzie podchodzą do nich zupełnie inaczej.

Z czym kojarzy się serial? Przeciętny Kowalski, który jest zapracowany i nie ma na nic czasu, zapewne by odpowiedział, że to jeden z tych tasiemców, które ogląda jego żona wieczorami. Taka produkcja ma tysiąc odcinków, aktorzy są wymieniani średnio co pół roku, a scenarzyści nie mają pomysłu na interesującą akcje i sprzedają widzom to, co zwyczajnej polskiej rodzinie się nie przytrafia. Bohaterki budzą się w pełnym makijażu, po domu chodzą w szpilkach, a do tego mieszkają w bogatej dzielnicy miasta i praktycznie nie wiadomo kiedy pracują, bo ciągle spotkają się z przyjaciółkami na kawie. Tylko czy tak naprawdę tego oczekuje "świadomy" widz?

Błogosławione narodziny

Pierwsze seriale pojawiły się w Stanach Zjednoczonych w latach 50. Na ekrany weszły takie tytuły jak "Dni naszego życia" lub "Szpital miejski". Produkcje te przez dekady gościły u amerykańskich rodziny. Opowiadały o codziennym życiu lub o instytucjach, które dotyczyły większości obywateli. Były traktowane na poważnie, ale ich budżet nie był bogaty. Dopiero w połowie lat 80. doszło do pewnej zmiany. Twórcy postanowili włączyć w produkcje widzów i zaczęły się pojawiać tzw. sitcomy, czyli seriale nagrywane z udziałem publiczności. Jednymi z pierwszych takich produkcji były "Pełna chata" i "Świat według Bundych". Jednak dopiero w 1994 roku na srebrnych ekranach zaprezentowano serię, która stała się światową ikoną i najdroższym serialem w historii telewizji - "Przyjaciele". Przez długie lata serial gromadził kilkadziesiąt milionów widzów przed odbiornikami. Do tej pory żadna inna produkcja nie odniosła tak wielkiego sukcesu.

Krok do przodu

Podczas triumfu sitcomów, producenci postanowili dać widzom coś co nie będzie bliskie ich realnemu życiu. Pojawiły się seriale akcji. Na ekranach zagościły takie produkcje jak "Gliniarz i prokurator", "Kojak, "Columbo", "Policjnci z Miami" czy "Z archiwum X" albo "Miasteczko Twin Peaks". Policjanci i przestępcy nagle stali się stałymi gośćmi w amerykańskich domach. Z roku na rok pojawiały się nowe tytuły, a stacje telewizyjne prześcigały się pomysłami, by pozyskać jak największą widownię. Zwykli "ludzie od zbrodni" nie wystarczali. Zapotrzebowanie na coraz to nowe idee rosło z dnia na dzień. Zaczęto wprowadzać science fiction, seriale wojenne, szpiegowskie czy po prostu zwyczajne obyczajówki. Telewizyjny biznes zmienił się w ogromną księgarnię, tyle że zamiast liter i słów, widz otrzymał wideo i fonię.

Już nie tylko pani domu czy górnik

Coraz częściej przed telewizory zaczęły zasiadać większe grona odbiorców. Byli w różnym wieku, z różnych warstw społecznych i z różną zawartością portfela. Na początku XXI wieku seriale ruszyły jeszcze bardziej do przodu. Przyczynił się do tego Internet, dzięki któremu dostęp do amerykańskich produkcji zyskał cały świat. Nastała możliwość jednoczesnego odbioru danej produkcji w Kanadzie, Francji czy Japonii. To stało się normą i większość osób (szczególnie młodych, nastolatków i studentów) nie wyobraża sobie, że nie mogliby za pomocą Internetu obejrzeć swojej ulubionej serii. Dla ludzkości to wielki krok, który sprawia, że zarobki twórców mogą się zwiększyć nawet trzykrotnie.

Łączymy style, mieszamy gatunki

Współczesne seriale to już nie tylko romans czy sensacja. To połączenie romansu i sensacji, medycyny i życia codziennego, fantastyki i thrillera. Obecnie ciężko określić czy dany serial to konkretny gatunek. Twórcy łączą tematykę produkcji w bardzo zgrabny sposób. Przyczynia się do tego ciągłe zapotrzebowanie na wielowymiarowość oferty oraz zdolni twórcy, którzy nie biorą się z przypadku. Bardzo znanym w Stanach Zjednoczonych "ojcem" telewizyjnych produkcji jest Bryan Fuller, który odpowiada m.in. za takie tytuły jak "Herosi", "Gdzie pachną stokrotki" czy obecnie podbijający serca fanów "Hannibal". Drugim twórcą jest Anthony E. Zuiker, który jest odpowiedzialny za trylogię CSI. W seriale angażują się również hollywoodzcy reżyserzy tacy jak David Fincher (House of Cards), David Lynch (Miasteczko Twin Peaks), Steven Spielberg (Pacyfik).

Już nie tylko w telewizji

W 1997 roku w Stanach Zjednoczonych pojawiła się platforma Netflix. Jest to internetowa wypożyczalnia filmów i seriali, dzięki której za niewielką opłatną można mieć dostęp do większości amerykańskich produkcji. Polska nie ma internetowego dostępu do strony, ale polscy widzowie mogą zamawiać produkcje Netfilxu i otrzymają je pocztą na płycie DVD. Od 2013 roku platforma sama realizuje seriale, które odnoszą ogromny sukces. Jednymi z największych są: polityczny serial "House of cards" oraz komediodramat "Orange is the new black" opowiadający o damskim więzieniu. Można by się pokusić o stwierdzenie, że serial zostaje pomału przejmowany przez Internet i niedługo to cyfrowa przestrzeń przejmie władzę nad telewizją.

Po polsku znaczy gorzej?

Nie da się ukryć, że wszelkie próby wzorowania się lub przejmowania pomysłów od amerykańskich twórców nie są najlepsze. W polskiej rzeczywistości wygląda to o wiele gorzej niż za oceanem. Ciężko powiedzieć czym to może być spowodowane. Może chodzi tu o zbyt niski budżet na telewizyjne seriale albo po prostu brak umiejętności. Sztandarowym przykładem "niewypału" może być nasz polski odpowiednik "Wszyscy kochają Raymonda", czyli "Wszyscy kochają Romana". Amerykański pierwowzór doczekał się aż dziewięciu sezonów, podczas gdy "nasz Roman" tylko dwunastu odcinków. Jednak nie można powiedzieć, że w swoich zbiorach polska telewizja nie posiada dobrych produkcji. Zaliczają się do nich m.in. "Glina", "Oficer", "Krew z krwi", "Bez tajemnic", "Zbrodnia", "Misja Afganistan" czy "Wataha". Jednak nadal pozostaje pytanie: w czym jest problem? Skoro możliwe jest zrobienie kilka naprawdę dobrych produkcji to dlaczego by nie poszerzyć tego grona? Cóż, to pytanie chyba na długo pozostanie bez odpowiedzi.

Wschodzące gwiazdy


Rynek seriali się nie zatrzymuje i ciągle pojawiają się nowe produkcje. Niektóre rokują już od początku bardzo dobrze, więc stacje telewizyjne przed zakończeniem premierowego sezonu zamawiają kolejne transze. Wśród takich seriali są m.in. "iZombie", "Daredevil", "Halt and catch fire", "Sense8" czy "Orphan Black". Wraz z kolejnym jesiennym sezonem widzowie będą mieli możliwość zapoznać się z nowymi serialami. Scenarzyści dobrze znanych produkcji nadal pracują na tym, by widzowie otrzymali dobrą rozrywkę na wysokim poziomie. 



P.S. Jak obiecałam tak jest. Dziś dostałam od pani doktor wiadomość zwrotną, że artykuł jest bardzo dobry. Dzięki niemu mam piątkę z retoryki dziennikarskiej. YAY! :) 

P.S.2. Obrazków nie wrzucam. Nie warto tego psuć. ;) 

wtorek, 16 czerwca 2015

Daj mi swój mózg, a powiem Ci kim jesteś! - Czyli (i)Zombie inaczej...

Znowu zrobiły mi się zaległości i bardzo za to przepraszam, ale mamy czerwiec i sesja wali drzwiami i oknami. Na szczęście pierwszy egzamin zdany i w nagrodę ode mnie dla Was napiszę tu co nieco. :)

Nie ma to jak odkryć nowy serial i wciągnąć się w niego całkowicie. Jak to zawsze ze mną bywa, kolejną nowość podsunęła mi moja kuzynka i radośnie oznajmiła: "Jest fajny, nowy serial, iZombie. W sumie to o zombie, ale to nie takie klasyczne zombie". Od razu mówię, że nie lubię takiej tematyki i kiedy powiedziała, że mi puści drugi odcinek (według niej pierwszy to nuda) byłam do tego nastawiona sceptycznie. Z niechęcią się zgodziłam, bo trzeba było jakoś zapełnić czas podczas porannego obijania się. No i tak sobie obejrzałam ten drugi odcinek, potem trzeci, czwarty i piąty. A gdy już wróciłam do domu to z każdym kolejnym tygodniem wyczekiwałam na nowy epizod.


No dobrze, ale o czym tak naprawdę jest to całe iZombie. Otóż, poznajemy młodą rezydentkę Olive, która rozpoczyna swoją karierę medyczną w miejscowym szpitalu. Ma przystojnego narzeczonego i spokojne, poukładane życie. Pewnego wieczora zostaje zaproszona przez koleżankę z pracy na imprezę na łodzi, na której dochodzi do zombie-masakry. Na drugi dzień nad ranem Liv się budzi jako... zombie i jej życie diametralnie się zmienia. Porzuca narzeczonego, zmienia pracę w szpitalu na posadę w kostnicy, a rodzina nie rozumie co się z nią dzieje. A jedyne czego tak naprawdę potrzebuje to dostęp do świeżych mózgów. Na szczęście jej nowy szef, Ravi, jest zafascynowany jej przypadłością i staje się jej całkowitym sojusznikiem. Do tego rozpoczyna badania nad lekarstwem dla swojej pracownicy.


Ale żeby Liv nie miała tak łatwo w swoim zombiowym życiu to jest pewien skutek uboczny. Jeżeli zje mózg jakiejś martwej osoby to ma wizje, które pokazują w jaki sposób dana ofiara została zamordowana. Dzięki temu pomaga miejscowemu detektywowi rozwiązywać zagadki osób, które wylądują u nich w kostnicy. Oczywiście on nie wie kim tak naprawdę jest młoda lekarka. Oficjalnie została nazwana przez Raviego medium, które dzięki niektórym czynnikom ze środowiska ofiary może pomóc w odkryciu prawdy o danym zabójstwie.


Generalnie serial jest bardzo przyjemny, można się przy nim pośmiać i zrelaksować, ale jest jedna rzecz, na którą warto zwrócić uwagę. Jak to przystało na prawdziwą fangirl (tak, tak, mowa tu o mnie) to musiałam sobie znaleźć jakiegoś ładnego bohatera do podziwiania i zachwycania się nad nim. I otóż mam tu pewien problem. Bo mamy tu do czynienia nie z jednym przystojnym, ale z co najmniej czterema. Ale po kolei:

1. Major Lilywhite

Narzeczony Liv, który pracuje w ośrodku z trudną młodzieżą. Jak zauważa matka Olive, takiego faceta chciałaby mieć każda dziewczyna. Nie dość, że przystojny to jeszcze uczynny, pomocny, opiekuńczy... No po prostu marzenie, nie facet.


2. Ravi Chakrabarti

Patomorfolog, który jako pierwszy odkrywa sekret Liv i jest nim całkowicie zafascynowany. Z miejsca staje się jej sojusznikiem. Przeuroczy, mądry i zabawny. I nawet mi nie przeszkadza, że jest Hindusem (czy kim tam jest). I tak jest milutki.


3. Blaine DeBeers

Facet, poznany na imprezie na łodzi i jak się potem okaże... Zombie. Może najprzystojniejszy to on nie jest, ale ma coś w sobie, bo przez pierwszych pięć odcinków uważałam, że jest mega fajny, Potem to się trochę zmieniło, ale nie będę zdradzać dlaczego.


4. Lowell Tracey

Muzyk, którego Liv poznaje podczas jednej ze spraw. Później okazuje się, że również jest zombie i dzięki temu między nim, a Olive rodzi się uczucie i zostają parą. Zabawny, zdolny i do tego bardzo przystojny.


5. Clive Babinaux

Cóż, może do przystojnych nie należy, ale kto wie, kto wie... Detektyw, który tak naprawdę dzięki Liv rozpoczyna swoją karierę. Gdyby nie ona koledzy nadal by z niego drwili, a szef odsyłałby go do najbardziej badziewnych spraw.


Cieszę się, że to nie jest serial, w którym zombie na każdym kroku atakują ludzi i wyżerają i mózg. Tutaj oni raczej się ukrywają i działają w podziemiu. A przynajmniej sprawiają takie wrażenie jakby wszystkie dziwne rzeczy, które mają miejsce nie były ich sprawką. Z niecierpliwością ciekam na drugi sezon, a wszystkim polecam, by w wolnej chwili zapoznali się z tytułem.

P.S. Egzamin goni egzamin, więc nie wiem kiedy będzie kolejny wpis, ale jeżeli moja pani doktor odda mi mój artykuł, który pisałam na zaliczenie i będzie w miarę dobry to może go tu wrzucę, bo w gruncie rzeczy dotyczył on seriali.

sobota, 23 maja 2015

Dziecko szczęścia, czyli mam wszystko...

Na wstępie muszę się wytłumaczyć, że zrobiły się tu zaległości. Niestety, sesja się zbliża, koła już są i czas jest ograniczony. Ale w miarę możliwości postaram się zrehabilitować i powrzucać trochę mojego smędzenia. A teraz przejdźmy do rzeczy. Dzisiejszy wpis z fandomem ma niewiele wspólnego. Dziś postanowiłam porozwodzić się nad swoim życiem. Dlatego, Czytelniku, jeśli nie masz ochoty na wynużenia psychologiczno-wspomnieniowo-jakiekolwiek one są to zamknij tą kartę w przeglądarce i idź pooglądać na You Tuba koty albo coś innego.

Przez ostatnie trzy dni ze wszystkich stron atakuje mnie sprawa rodzicielstwa. Oczywiście nie mojego tylko ogólnie. W każdej gazecie jaką miałam w ręku albo program jaki obejrzałam pojawiały się dwa słowa: mama i tata. Zainspirowało mnie to do zastanowienia się nad swoim losem. No i dodatkowo za cztery dni mamy Dzień Matki, a za miesiąc Dzień Ojca. Dlatego jadąc pociągiem i słuchając smutnych piosenek (dobrze, że nie padało, bo bym udawała, że gram w smutnym teledysku) postanowiłam stworzyć ten wpis.

Może wyjdę na maminsynka (zaraz, ja nie jestem chłopcem... ale odpowiedniego słowa mi brakuje), ale rodzice są najważniejsi. I nie obchodzi mnie co mówią o tym inni. Uwielbiam co tydzień, co weekend wracać do domu, do rodziców. Uwielbiam jak dzwonię w czartek wieczorem do domu i słyszę od taty: "O której jutro przyjedziesz?". Mimo iż nie mówią, że na mnie czekają to i tak wiem, że to robią. Dlatego na piątek czekam z utęsknieniem. Zawsze pada pytanie czy jest coś specjalnego co chciałabym zjeść. Oczywiście, że jest.

Cóż, muszę to powiedzieć, ale jestem cholernym szczęściarzem i umiem to docenić, chociaż może nie zawsze to widać. Jestem jedynakiem, mam wszystko czego potrzebuję, o nic nie muszę walczyć. Życie tak naprawdę jeszcze nie kopnęło mnie mocno w dupę. Póki jest pełna rodzina jest dobrze. Wiadomo spięcia się zdarzają, bo kto ich nie ma i czasem w złości rzucę, że jeszcze będą chcieli, żebym przyjechała, a ja zostanę w swoim smutnym akademiku i tyle mnie będą widzieli. Tak, wiem, to śmieszne i żałosne, ale tak bywa. Jednak po pewnym czasie uświadamiam sobie, że to nie ma sensu. Że chcę do domu, do mamy, do taty. Bo nie ma nic lepszego jak usiąść w piątkowy wieczór, wypić coś dobrego (albo i nie) i po prostu porozmawiać o całym minionym tygodniu. Do tego się pośmiać, powygłupiać i nawet poprzedrzeźniać. A późnym wieczorem po prostu się do nich przytulić i posiedzieć tak nic nie mówiąc.

I pomysleć, że jestem już "dorosła" (bicz plis, nie jestem i wiem o tym), a zachowuję się jak dziecko. Powtórzę to jeszcze raz, jestem cholernym szczęściarzem. Dlaczego? Bo mam ich oboje. Są, tutaj, zawsze. Teraz są za ścianą, ale wiem, że są. I mama i tata. Oboje równie ważni. Kiedy mam z czymś problem to nie szukam rozwiązania Bóg wie gdzie. Idę do mamy. Pamiętam jak kiedyś mi powiedziała, że po to są, że są moimi rodzicami, by zawsze mi pomóc, bo z każdego problemu jest wyjście, a razem możemy je znaleźć. I co z tego, że z tego korzystam. Wolę to zostawić w domu niż iść, rozpowiadać i szukać zrozumienia, którego i tak nie dostanę gdzieś u obcych. Co w domu to w domu. Najlepiej, najbezpieczniej.

Dlatego nie wyobrażam sobie, że mogłoby ich zabraknąć. Nie jestem na to gotowa. resztą chyba nikt nie jest. Ale wiem, że serce by mi pękło. Jednak wiem, że kiedyś nadejdzie taki dzień, że zostanę sama i będę musiała sobie z tym poradzić. Póki co nie chcę o tym mysleć. Jest dobrze jak jest.

Ostatnio śmiałam się z moją mamą, że będąc małym dzieckiem byłam "sterylna". Wiem, to dziwne, ale chodziło o to, że mama bardzo dbała, żebym sie przypadkiem nie ubrudziła, nie jadła czegoś co nie sprawdzone i takie tam. Po prostu dziecko czyścioch. Teraz mama wie, że to zabawne.

Jednym z lepszych wspomnień z dzieciństwa są sobotnie bądź niedzielne spacery z tatą. Zawsze po obiedzie spacerowaliśmy, a wracając do domu tata kupował mi Kinder Niespodziankę. Zabawne, bo figurki z jajek gdzieś zniknęły (a było ich mnóstwo), a wspomnienia zostały i tego nikt mi nie zabierze. Ostatnimi czasy zdarza się, że wracając do domu na weekend zastanę jakąś Kinder Niespodziankę gdzieś na półce. Radość z niwielkiej rzeczy jest wtedy wielka. Do tego stopnia, że moi rodzice mają ze mnie niezły ubaw.

Pewnie każde dziecko powie to o swoich rodzicach, ale moi są najlepsi na świecie. Mimo iż nie zawsze się zgadzamy to oni najbardziej wspierają mnie we wszelkich wyborach. Nawet teraz rozmyślam nad pewną rzeczą i widzę po mamie, że nie dokońca jest zachwycona tym pomysłem, ale powiedziała, że będzie ok i mi pomoże. A wiem, że niektórzy w swoim życiu nie mają tak kolorowo. I to co mam to naprawdę doceniam.

Pomijając rzeczy materialne to rodzice zaszczepili we mnie pewne idee i zachowania, które może są jakie są, ale są moje, w sumie nasze i wiem, że nie chcę ich zmieniać. Co więcej w przyszłości, jeśli sama się dorobię potomstwa to przekażę mu to co dostałam od moich rodziców. Uwielbiam też to, że tata ukształtował mój gust muzyczny. Gdyby nie on i nasze wspólne podróże samochodem to moja playlista w odtwarzaczu byłaby bardzo smutna. Oczywiście innej, własnej muzyki też słucham, ale taka bardzo mu za to dziękuję. Dziękuję mu też za to, że spełnił moje największe marzenie i zabrał mnie na koncert mojego idola. Tak po prostu kupił bilety, pojechał ze mną i bylismy tam razem. Mijają prawie cztery lata od tego wydarzenia, a mi ciągle wydaje się jakby to było tydzień temu.

I gdybym tak miała za wszystko dziękować z osobna to spędziłabym lata na opisywaniu tego. Wiem, że jestem ich kochanym dzieckiem, a oni moimi ukochanymi rodzicami. I mam to gdzieś, naprawdę, że nie mam chłopaka, setek przyjaciół czy co tam mają ci inni ludzie. Wystarczy mi, że oni są zawsze blisko.

Dlatego jeżeli możecie to rozmawiajcie z rodzicami, spędzajcie z nimi czas i po prostu bądźcie z nimi. Mimo, że nie zawsze się zgadacie czy dogadujecie to korzystajcie z tego póki możecie. I nie bójcie się mówić, że ich kochacie.

P.S. Żeby nie było, że jestem okropna to przyjaciele też są ważni, mimo że jest ich niewielu. :)

P.S. 2. Wyjdę na mazgaja, ale myśląc o tym wszystkim co rodzice dla mnie zrobili i ogólnie co jest między nami to się wzruszam. Mam mokre oczy i to silniejsze ode mnie. :)

P.S. 3. Brak obrazków, bo nie będę się dzielić archiwum prywatnym. :D

P.S. 4. Mama dostała dziś ode mnie prezent z okazji Dnia Matki. Z każdym rokiem mój prezent staje się coraz bardziej trafniejszy. Dzisiaj się o tym przekonałam i byłam naprawdę zadowolona z tego faktu. Myślę, że mama też się cieszyła. :)

czwartek, 7 maja 2015

Kasztany jeszcze nie kwitną, a już po maturach...

Idąc dziś na tramwaj na uczelnie minęłam staw, po którym pływał łabędź. Był sam, jeden. Nie robił praktycznie nic... Nurkował. Radośnie wystawił kuper do góry, a szyję trzymał w wodzie. I pomyślałam sobie wtedy jak on ma dobrze. Nie robi nic innego jak pływa po stawie i nurkuje. Za to ja zaczynam się zastanawiać ile będę mieć wrześniowych poprawek egzaminów. Szczerze, już mam dość czytania i nauki, a tak naprawdę jeszcze nic się na dobre nie rozkręciło. Dobijające...

Ale nie o to mi chodzi. Z dniem wczorajszym skończyły się podstawowe matury pisemne. Większości zostały już tylko ustne. Ale są też tacy ambitni, który męczą się z dodatkowymi przedmiotami. Też byłam taka ambitna. W sumie nie do końca, bo wybrałam jedno rozszerzenie i jedną podstawę. Ale nie to mnie śmieszy. Śmieszy mnie to ile z tych "okropnych dni" pamiętam.

Niby daty kojarzę i to co było w jakiej kolejności, ale za żadne skarby nie przypomnę sobie co robiłam po maturach czy od ostatniego egzaminu aż do momentu wyjazdu do pracy. Te półtorej miesiąca jakby w ogóle nie istniało. Czarna dziura. Nic.

Wróćmy jednak do samych egzaminów. Fakt, to było rok temu i doskonale pamiętam, że na polskim i na matmie siedziałam tuż przed komisją. To było okropne. Serio. Z kolei angielskiego nie pamiętam. Nie wiem co było i kto był ze mną na sali. Potem wiem, że w czwartek miałam rozszerzony polski, z którego pisałam na inny temat niż moje ziomki. Bo ja pisałam o obrazie miasta, a reszta o miłości. Miłość porzuciłam już w kwalifikacjach do kwalifikacji, bo tam był "Romeo i Julia", a ja tej książki nie znoszę. I chyba w sumie dobrze na tym wyszłam. O mieście dobrze mi się pisało. Po czwartku był piątek i był WOS na podstawie. Wzięłam to tylko dlatego, że WOS w miarę lubię, a do papierów na uczelnie, znaczy na kierunek, punkty się z tego liczyły (a kogo teraz obchodzą punkty na studiach?!). Później w następnym tygodniu były ustne, ale w jakie dni to sobie za żadne skarby świata nie przypomnę. Wiem tylko tyle, że z polskiego był czas wchodzenia przyspieszony o prawie godzinę. Przynajmniej szybciej w domu byliśmy. A z angielskiego pamiętam, że w jednym z zadań powinnam dostać pytanie, że opowiadam o jakiejś sytuacji z przeszłości (nasza nauczycielka zawsze nam powtarzała, żeby tam dużo mówić i w czasie przeszłym). Tylko, że ja zostałam zaskoczona i nie dość, że wylosowałam zestaw o kulturze szeroko rozumianej to jeszcze w tym pytaniu nie mówiłam o czymś w czasie przeszłym tylko "jaki jest mój ulubiony program TV/serial". Byłam tak spanikowana, że jedyne co przyszło mi do głowy to Sherlock i wiem, że coś ściemniałam, że oglądam to, bo jest tam świetna gra aktorska i ciekawe odcinki. Boże, co ja wtedy miałam za siano w głowie?

Na szczęście oba ustne zaliczyłam i to z niezłym wynikiem. Generalnie wyniki matur pamiętam i wciąż zastanawiam się po co. Przecież to do niczego mi już nie potrzebne. Ale i tak się liczy, że wszystko zdane. Pamiętam jak przyjechałam z roboty w czerwcu na jeden dzień po świadectwo maturalne i gdy urocza pani w sekretariacie sięgnęła po segregator ze zdanymi i okazało się, że tam jestem to zrobiło mi się czarno przed oczami. Nie wiem czy to ze szczęścia czy z wrażenia czy z jednego i drugiego. A potem moje byłe nauczycielki zaczęły mnie ściskać i gratulować i pytać o plany na przyszłość. Aha i tego dnia było bardzo gorąco. W sensie jeśli chodzi o temperaturę powietrza. To dokładnie pamiętam, bo wtedy koszula przylepiła mi się do pleców, a ja nie lubię tego uczucia.

Teraz to wszystko miło wspominam. Nawet ten stres przed matmą. I chętnie bym się cofnęła o ten rok, bo jak pomyślę co mnie teraz czeka to mi słabo. Nie to, że marudzę, bo sama chciałam iść na studia, ale wolałam jak był sprawdzian raz na dwa tygodnie niż teraz z każdego przedmiotu, wielkie koła w jednym tygodniu. Idź na studia mówili, będzie fajnie mówili.

A wracając do porannej obserwacji łabędzia. Tak na niego patrzyłam i doszłam do wniosku, że co by nie było to i tak zawsze będziemy marudzić. Bo jak byliśmy w przedszkolu to za wszelką cenę chcieliśmy iść do szkoły. Po podstawówce marzyło nam się gimnazjum, a po gimnazjum liceum. Z kolei jak już tam trafiliśmy to odliczaliśmy dni do tego pięknego momentu, gdy spakujemy walizki i urwiemy się spod kontroli rodziców ruszając na studia. Jednak z mojej perspektywy wygląda to teraz tak: Chcę być w przedszkolu, gdzie jest obowiązkowe leżakowanie (jaki człowiek był głupi, że wtedy tego nie doceniał) i można spać w dzień. Uczyć się tego co jest w podstawówce. Mieć podejście do życia i wywalone na wszystko jak w gimnazjum. Stan ducha i siano w głowie mieć jak w liceum. Ale wiedzę posiadać jak na studiach.

I w ogóle to bym chciała wrócić do domu i nie musieć się o nic martwić. Amen.

P.S. Obrazków nie ma, bo nie wiem co wstawić. Kasztany?

niedziela, 3 maja 2015

Chciałabym zostać Piernikiem!

Majówka, majóweczka i WFA trochę odpoczywał. Poprzednia majówka nie była fajna, bo czekała na mnie matura, ale teraz mogłam sobie poszaleć. Tym razem spakowałam torbę i pojechałam do Torunia do My Darling (pozdrawiam Cię, jeśli czytasz :P). I z miejsca mogę oznajmić, że jestem zakochana w tym mieście.

I nastał dzień pierwszy

Uroczo urwałam się z 20 minut zajęć na uczeni (ominęło mnie robienie przykładu na tablicy, YAY!) i pojechałam tramwajem na dworzec PKS, z którego o 12 odjeżdżał mój autobus. W autobusie żadnych szczególnych sytuacji nie było poza tym, że przyjechał szybciej i My Darling nie zdążyła mnie odebrać, więc wyszłam jej na pzeciw trochę jak sierota, ale się odnalazłyśmy. Ale wracając do autobusu jeszcze. Wjeżdżając do miasta można zobaczyć fabrykę pierników. I owszem, ukazała mi się, ale zdziwił mnie jeden fakt. Koło magazynu stała ciężarówka Lisnera i zaczęłam się zastanawiać czy przypadkiem nie rozpoczęli produkować pierników o smaku śledzia czy coś. Ale może, kto wie... Dodatkowo poziwiając miasto zza szyby zauważyłam, że trochę się zmieniło, bo na ulice miast ruszyły już tramwaje, których wcześniej nie było. Ten środek lokomocji nie jest mi obcy, bo codziennie nim jeżdżę, ale stwierdzam, że te toruńskie są ładniejsze. Cóż, może dlatego, że niebiesko-żółte, a u nas są w większości czerowne.

Gdy już spotkałam się z My Darling i dotarłyśmy do akademika trochę odpoczęłysmy i udałyśmy się na obiad do najlepszgo miejsca na świecie, a mianowicie do Widelca. Mimo iż kartę mają niewielką, bo są tam tylko burgery, grillowany kurczak i inne tego typu grillowane fruktuały to można umrzeć dla tego jedzenia. A szczególnie dla najlepszych frytek, które są posypywane papryką w proszku. No po prostu można umrzeć. I za niewielką kwotę można się najeść do upadłego. Niestety nie mam udokumentowanego mojego dania, ale mam zdjęcie radosnego rysunku z łazienki.


Po Widelcu poszłyśmy na małe zakupy do ulubionego sklepu Polaków, czyli Biedronki, a potem wróciłyśmy do akademika i znając My Darling i wiedząc, że ogladała większość filmów na świecie poprosiłam ją, żeby mi włączyła "Strażników Galaktyki" (oczywiście Lee tam gra i musiałam to obejrzeć). Niestety już na samym początku seansu zaliczyłam mega wstydliwą wpadkę, o której nie mam zamiaru więcej mówić, ale potem przez cały weekend nie miałam życia i prawie każdy z kim My Darling miała kontakt przez ten weekend dowiedział się o tym. A ja wolę o tym zapomnieć. Generalnie film mi się bardzo podobał i zapewne na drugą część pójdę do kina.

Późnym wieczorem postanowiłysmy iść na starówkę i do pewnego przyjemnego baru, do którego zawsze chozimy, gdy tam jestem. Ale najpierw My Darling postanowiła mnie zabrać na najlepsze lody na świecie. I wszelkie Grycany i inne się pzy nich chowają. Do tego gdy szłyśmy je zamawiać to przechodziłyśmy przez takie urocze przejście w kamienicy, które było uroczo oświetlone. Powiedziałam do My Darling, że jest niczym w filmie romantycznym (było nawet mega ciepło i można było poczuć już lato) tylko brakuje księcia na białym koniu (ewentualnie może być na jeleniu). Zamówiłyśmy lody i poszłyśmy pospacerować po mrocznych, klimatycznych uliczkach starówki. A lody prezentowały się tak (smak mojito i whisky):


Kiedy już zszamałyśmy nasze lody to udałyśmy się do Kadru, czyli naszego głównego celu wycieczki. Tym razem miałam wrażenie, że jakoś wszelkie trunki słabo mi wchodziły i nie poszło tego zbyt wiele. Do tego posunęłyśmy się do niecnego występku, który przemilczę, ale trochę adrenalinka podskoczyła. Ale standardowo został wypity drink Lśnienie i było ok. Bo muszę wytłumaczyć, że w Kadrze każdy drink czy shot ma nazwę jak film lub serial. A Lśnienie jest bardzo dobre, bo limonkowe. A tak się prezentuje okładka karty drinków i jedne z shotów, a właściwie już tylko jeden shot:



Po wyściu z Kadru w dobrym nastroju standardowo, co jest już tradycją, poszłyśmy na ulicę kebebową (naprawdę inaczej się nazywa) i zjadłyśmy kebsika. Niestety jakoś słabo nam wchodził. Potem zrobiłyśmy znowu małą rundkę po starówce i grzecznie, z kulturą wróciłyśmy do akademika.

I nastał dzień drugi

Drugi dzień nie zapowiadał się zbyt uroczo, bo za oknem padało i było ponuro. Ale jak to zwykle bywa u My Darling zapoznała mnie z nowym serialem. Trochę najpierw protestowałam, że jednak nie, że to nie moje klimaty, ale został mi przedstawiony uroczy serial "iZombie". Poznajemy dziewzynę, która na imprezie stała się zombie i żeby mieć dostęp do świeżych mózgów zaczyna pracę w prosektorium. Tak mi się spodobał, że obejrzałam pięć odcinków. Mimo iż nie moje klimaty to jest naprawdę bardzo fajny. Po serialu przyszedł czas na czeluści YouTube'a i wszelkie możliwe filmiki. Później się wypogodziło i poszłyśmy znowu na starówkę, gdzie zapragnęłam kupić pierniki. Ale zanim dotarłam do pierników to znalazłam się w miejscu, gdzie każdy staje się dzieckiem. Mowa tutaj o Fabryce Słodkości czy jakoś tak. Tam było tyle cukierków, że nie mogłam się zdecydować co wybrać. Jako, że portfel mnie ograniczał (ALLELUJA!) to kupiłam tylko to:


Gdy już udało mi się wyjść z tego cudownego miesjca to poszłyśmy po pierniczki. Bardzo dobre pierniczki. Tak dobre, że nie mogłam się zdecydować które wybrać. Na szczęście wzięłam pod uwagę, że to co sprawdzone to najlepsze i wybrałam standardowy zestaw. 


Kiedy wyszłam ze sklepu na drzwiach budki z pamiątkami zauważyłam napis: Pracownicę na stragam zatrudnię. Cóż, Mistrz Yoda jest wszędzie. Chyba mi się włącza zboczenie filologiczne. Po pierniczkach ruszyłyśmy znowu na pyszne lody i stwierdzam, że trudno, mogę się nie mieścić w spodnie, ale dla tych lodów można umrzeć. Serio. Dnia drugiego jadłam Raffaello i miks czekolda: gorzkiej i białej. Po słodkiej rozpuście stwierdziłyśmy, że można isć gdzieś na spacer. Przeszłyśmy się nad Wisłę i podziwiałyśmy widoki, a w międzyczasie ustalałyśmy co zjemy na kolację. Oczywiście miałysmy dylemat, jednak padło na McDonald's. A tymczasem widoki:





Idąc ulicą My Darling stwierdziła, że ma kupony zniżkowe i możemy z nich skorzystać. Po krótkiej naradzie postanowiłyśmy zaszaleć i wybrałyśmy Happy Meal. Gdybyście widzieli minę babki za kasą, która przyjmowała ode mnie zamówienie to byście padli. Szczególnie nie mogła wytrzymać, gdy powiedziałysmy jej jakie chcemy zabawki (przy okazji potem w domu My Darling miała taki ubaw, że turlałyśmy się ze śmiechu). Cóż, jak dzieci, jak dzieci...


Po Macu wróciłyśmy do akademika, wpadłyśmy znowu w wir You Tube'a oraz Quizów na BuzzFeed. My Darling stwierdziła, że jestem w nie beznadziejna, ale to nie prawda. Ja po prostu nie mam pamięci do niektórych rzeczy. A na wieczory seans został wybrany najgorszy film na świecie - Kingsman. Jakie to szczęście, że nie poszłam na to do kina, bo chyba bym umarła. No taka beznadzieja, że szok. Wyglądało to jak tania podróba Bonda. Nigdy więcej.

I nastał dzień trzeci, ostatni

W sobotę rano obudził mnie przyjemny dźwięk jednego z lepszych odcinków Friends, a mianowicie ten, w którym Phoebe ma obsesję na punkcie Stinga. Cóż, chyba bym się tak samo zachowywała. Zainteresowanych odsyłam do 10 odcinka 8 sezonu (chyba się nie mylę). Po kilku odcinkach Friends znowu zaczęłyśmy oglądać You Tube'a. To okropne miejsce, które strasznie uzależnia. Ale przynajmniej poprawia humor. Na obiad poszłyśmy do stałego punktu programu, czyli do Manekina. Strasznie przegięłam tym razem, ale było warto. Zamówiłam przepyszny koktail mleczny (tego dnia mieli malinowy) oraz naleśnika na słodko Ferrero Rocher. Od słodkości można było umrzeć i umarłam, ale było warto. Bardzo warto...


Ręce i telefon My Darling. :P

Na koniec poszłyśmy na szybkie spożywcze zakupy i Toruń postanowił mnie pożegnać w uroczy sposób. Właściwie zrobiła to Coca-Cola. Od razu rzuciło mi się to w oczy i musiałam ją kupić. Przynajmniej przez chwilę picie mnie zrozumiało. 


Na koniec zostało mi tylko jechać na dworzec i zapakować się do pociągu. Ogólnie weekend był mega udany i chciałabym, żeby w najbliższym czasie to powtórzyć, ale pewnie kolejna okazja trafi się dopiero koło listopada, co mnie smuci. Ale jeśli wy macie okazję i chęć jechac do Torunia to zróbcie to. Cudowne miasto... 

P.S. Miałam iść do knajpy zrobionej a'la Friends, ale My Darling stwierdziła, że za barem obsługują hipsterzy i to ją odtrąca. No cóż, wedle życzenia. :)

środa, 29 kwietnia 2015

Do Kornwalii, drodzy Państwo... Do Kornwalii...

Z zasady nie oglądam seriali/filmów kostiumowych. Nie rajcują mnie historyczne klimaty, ale zdarzają się wyjątki. Jednym takim wyjątkiem jest świeżutka produkcja BBC "Poldark". Dlaczego zaczęłam to oglądać? Odpowiedź jest bardzo prosta: Aidan Turner, czyli aktor grający głównego bohatera, Rossa Poldarka. Aidana uwielbiam odkąd pierwszy raz zobaczyłam Hobbita i bezapelacyjnie musiał on dołączyć do mojego WFA. Zdecydowanie jest zdolnym aktorem, a że w pakiecie natura nie pożydziła mu urody (co jak co, ale przystojny jest) to tylko na plus. Gdy tylko dowiedziałam się, że serial jest w przygotowaniu to nie mogłam się doczekać pierwszego odcinka. I prawidłowo, bo się nie zawiodłam.


UWAGA, może zawierać spoilery! :) 

No dobrze, to zacznijmy od początku. Wyobraźmy sobie, że udało nam się wrócić z wojny. Dowiadujemy się, że zmarł nasz ojciec i zostawił nam spadek. Przyjeżdżamy do rodzinnej miejscowości i okazuje się, że nic nie jest takie jak nam się wydaje. Spadek to rudera, która trochę przypomina dom i nieczynna kopalnia. Dodatkowo w domu zastajemy dwóch nierobów, którzy są małżeństwem i byli przyjaciółmi ojca. Ze względu na przeszłość nie mamy serca ich wyrzucić z domu i przygarniamy ich do pomocy. Przy czym mamy jeden podstawowy problem: nie mamy co jeść. Ale zajmiemy się tym potem. To poczeka. Nakazujemy naszym parobkom zabrać się za doprowadzenie domu do stanu użytku (sami też weźmiemy w tym udział, ale najpierw mamy inne sprawy do załatwienia). W tym czasie udajemy się do dawno niewidzianej rodziny. Wchodzimy do ich domu, witamy się, a oni oznajmiają nam, że nie spodziewali się nas, bo myśleli, że jesteśmy martwi. My się tym zbytnio nie przejmujemy, bo dostrzegamy naszą ukochaną. Witamy ją z radością i po chwili dowiadujemy się, że ona również myślała, że nie żyjemy i postanowiła się zaręczyć z naszym najbliższym kuzynem. Cóż, boli. Na szczęście z naszego powrotu szczerze cieszy się tylko jedna osoba - nasza kuzynka, która zawsze w nas wierzyła. 


Na odchodne prosimy wuja o jedną rzecz. O konia. W końcu potrzebujemy dobrego wierzchowca. Otrzymujemy go i wracamy do naszego gospodarstwa, w którym zabieramy się do pracy. Sami własnymi rękoma naprawiamy wszystko co tylko się da. I w przeciwieństwie do naszej służby robimy wszystko co w naszej mocy (oni wolą się obijać i pić napoje wysokoalkoholowe). Zmęczenie pracą stwierdzamy, że musimy udać się do miasta. Tam trafiamy na walki psów i pomagamy pewnemu dziecku, które usiłuje zabrać swojego psa z piekła. Niestety bezskutecznie. Ratujemy i psa i dziecko. Dziecko zabieramy do miejscowej tawerny i karmimy je. Jest tak wystraszone, że nie jest w stanie nic powiedzieć. Potem okazuje się, że dziecko to nie dziecko. To kobieta. I to piękna. Zabieramy ją ze sobą i angażujemy jako podkuchenną. Przyznała się, że w domu ojciec ją bije i jest prawdziwe piekło. 


Nasi parobkowie jej nie akceptują, bo twierdzą, że jest nie potrzebna i nie będzie miała co jeść. Ostatecznie jest bardziej przydatna niż oni oboje razem wzięci. Potem będzie chciała uciec i umożliwimy jej to, ale oboje zdamy sobie sprawę, że to nie ma sensu i tutaj będzie szczęśliwsza. Po powrocie zabiera się za pracę jeszcze mocniej niż wcześniej i zdobywa nasze zaufanie, a my jej. Podkuchenna przywiązuje się coraz bardziej i dochodzi do tego, że zakochuje się w nas, ale my tego jeszcze nie widzimy. Ciągle myślimy o naszej byłej ukochanej, która teraz już jest żoną innego. Naszego kuzyna. To nadal nas boli, ale musimy sobie z tym poradzić, ponieważ pojawiają się nowe kłopoty. Na horyzoncie pojawia się miejscowy bogacz, który jest bardzo przebiegły i nie pozwoli, by ktoś nowy wkroczył na jego finansowe terytorium. A nam udaje się odbudować kopalnie, którą dostaliśmy po ojcu i zatrudniamy wszystkich, którzy tego potrzebują. Jesteśmy takim miejscowym Świętym Mikołajem.


Coraz bardziej przywiązujemy się do naszej podkuchennej i zaczynamy zauważać, że coś jest na rzeczy. Do tego całe miasto zaczyna o nas plotkować, że jak to tak, mezalians? Że pan i podkuchenna? Nie wiemy do końca co o tym myśleć. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, że nasza służąca myszkuje w naszym pokoju, gdy nie ma nas na horyzoncie i grzebie w naszych rzeczach. Przyłapujemy ją na tym i jesteśmy źli. Bardzo źli... Ale dzięki tej złości przekonujemy się czego tak naprawdę chcemy. Dochodzi między nami do wybuchu namiętności i potwierdzamy, ale tylko sobie, że plotki, które można usłyszeć na mieście to chyba prawda. Jednak nie możemy żyć w nieżądzie. Postanawiamy, że nie ma innej możliwości jak tylko pojawienie się przed obliczem pana i złożenie przysięgi małżeńskiej. Tak też robimy. Podkuchenna stała się naszą żoną, co sprawia, że jesteśmy potępieni. Ale kogo to obchodzi, gdy my chyba rzeczywiście się zakochaliśmy?


Zaczyna nam się układać coraz lepiej. Miłość kwitnie, w kopalni też nie najgorzej. Ale dowiadujemy się, że wuj umiera, a nasza kuzynka się zakochuje co doprowadza jej brata, a naszego kuzyna do szewskiej pasji. Wybranek jej serca (według niego) to podły zabójca żony, a do tego pirat. Nasza kuzynka jednak w to nie wierzy. Oprócz tego, że jest zakochana to staje się przyjaciółką naszej żony i pierwsza, przed nami, dowiaduje się, że zostaniemy ojcem. Na chwilę przed tym, gdy żona nam mówi o owym fakcie my zdobywamy się na szczerość i wyznajemy ukochanej miłość. 


Czas szybko mija, a nasza luba jest już bliska rozwiązania. Gdy dziecko przychodzi na świat, my wprowadzamy naszego przyjaciela, lekarza na salony. A on w zamian za to informuje nas, że naszej ojcostwo stało się rzeczywistością. Pędzimy na złamanie karku na naszym koniu, wpadamy do domu i słyszymy płacz dziecka. Przyrzekamy żonie, że zrobimy wszystko dla naszej córki, by była bezpieczna. 


Później, jak to w życiu bywa, raz lepiej, a raz gorzej. Nasz dobry znajomy trafia do więzienia i tam umiera, mimo że próbowaliśmy mu pomóc. Między naszym przyjacielem, a nową żoną naszego znajomego (w sumie to też przyjaciela) dochodzi do romansu. Skutki są tragiczne. Do tego w mieście panuje głód, my zastanawiamy się jak przetrwać. Próbujemy zdobyć wspólników, bo z biznesem coraz gorzej. Do tego oddajemy się hazardowi i wpadamy w lekki alkoholizm, co zauważa nasza żona, ale nic nie mówi. Na szczęście sami odzyskujemy rozum. Niestety potem jest już tylko gorzej. Na miasto spada zaraza, która dotyka naszą rodzinę i nie ma ona szczęśliwego zakończenia. Płaczemy otwarcie i nie wstydzimy się tego, bo wiemy, że wszyscy to zrozumieją, mimo iż nie akceptują tego w jakiej rodzinie obecnie żyjemy. Ale to nas nie powinno obchodzi, to nasze życie. Teraz trochę bardziej smutniejsze. 


A żeby tego było mało dowiadujemy się, że przez pewną morską katastrofę i grabież jakiej dokonujemy (ale w słusznej sprawie) zostajemy aresztowani i otrzymujemy okropne zarzuty. W tym zarzut morderstwa... Zabiera nas straż i oczekujemy na drugi sezon naszych dalszych losów.


Tak w skrócie wygląda życie Rossa Poldarka na przestrzeni pierwszych ośmiu odcinków debiutanckiego sezonu. Oprócz tego, że serial przedstawia kolorowe przygody naszego bohatera to w pakiecie dostajemy piękne widoki na klify, łąki i domy. 


Nie mogę się doczekać drugiego sezonu, który już oficjalnie został zapowiedziany. Mam nadzieję, że będzie równie dobry jak pierwszy i nie straci na swoim uroku mimo iż ostatni odcinek sezonu przyniósł wiele niespodzianek. A jak tylko pierwszy sezon pojawi się na DVD to lecę do sklepu i kupuję bez zastanowienia. Nieważne ile to będzie kosztowało. Chcę to mieć! 

P.S. Nie wszystkie wątki z serialu tu poruszyłam także całkowitego spoileru nie zrobiłam. Ale w sporej części tak. :)

sobota, 25 kwietnia 2015

Maaaaaaaaamo, chcę zostać królową elfów! Albo panią hobbitową! Albo chcę wędrować z krasnoludami!

Poziom fangirlu w tym wpisie osiągnie najwyższy poziom i szczyt wszystkiego. Dlatego jeśli ktoś z Was stwierdzi, po przeczytaniu tego wpisu, że wymagam terapii u psychiatry to prawdopodobnie ma rację (chętnie przyjmę taki prezent, terapię oczywiście). No chyba, że kupicie mi wszystkie trzy części Hobbita na DVD (miło by było, gdyby to były wersje z dziewięciogodzinnymi dodatkami do każdej części) to wtedy się zamknę i będę całymi dniami i nocami siedziała przed komputerem i oglądała. Dość informacji wstępnej, czas zacząć zabawę.

To był mój drugi maraton z Hobbitem w kinie. Pierwszy odbył się w połowie grudnia i wtedy nie byłam tak bardzo świadoma mojego fangirlizmu jak miało to miejsce dzisiaj w nocy. Ale od początku. Na pierwszym maratonie byłam z moim Wilsonem i miałyśmy to dzisiaj powtórzyć, jednak wystąpiły małe komplikacje. Wilson mi się pochorował (ZDROWIEJ!) i musiała odpuścić wyjście. Niestety bilety zostały kupione tydzień temu i nie było opcji, żeby z tego zrezygnować. Więc na dziesięć godzin przed seansem szukałam jakiejś dobrej duszy, która przejęłaby wilsonowy bilet. Dopiero za czwartym zapytaniem się udało. I alleluja! Bo już byłam gotowa stanąć pod kinem i wręczyć komuś wejściówkę jako spóźniony prezent na Mikołaja. Na szczęście na moją propozycję przystała Daria (zapytałam pod jakim pseudonimem ma widnieć na wpisie i odpowiedziała, że może być po imieniu). Na początku w jej oczach zobaczyłam obawę, że nie da rady wysiedzieć w kinie prawie dziewięcu godzin, ale potem stwierdziła, że w sumie zawsze chciała obejrzeć Hobbita i najwyżej zaśnie.

Zaczęłyśmy się organizować do wyjścia. Oczywiście Polak Cebulak musi być i zamiast kupić popcorn w kinie zrobiłam go sama w mikrofali. Przynajmniej wyszło taniej (i nie tylko my miałyśmy swój popcorn). Pod Multikinem znalazłysmy się o 21:20 i weszłyśmy do środka. Ale najpierw postanowiłyśmy poszukać na zwenątrz plakatu reklamującego owy maraton. Niestety nic takiego nie było i musiałyśmy obejść się smakiem. Za to w środku usiadłyśmy sobie na tle ślicznej fototapety z Casablanki i musiałyśmy zrobić obowiązkowe selfie. Czekałyśmy na wejście do sali ok. trzydziestu minut, a gdy już otworzyli sale to ustawiła się taka kolejka, że ostatnio chyba na promocji w Lidlu taką widziałam. Kulturalnie czekałam na swoje okazanie biletu, a za mną była Daria. Ja wręczyłam kontrolerowi swoją wejściówkę i przeszłam dalej, a po chwili usłyszałam za swoimi plecami: "A zgoda od rodziców jest?". Spojrzałam na Darię, a ona zrobiła klasyczną minę "Are you fucking kidding me?" i podała wraz z biletem legitymację studencką. Dziewczyna od biletów wyraźnie się zmieszała i przepuściła ją dalej. Z kolei przy drzwiach stali dwaj ochroniarze (jeden młody, a drugi to uroczy starszy pan) i sprawdzali zawartość toreb i plecaków. Poszedłam do staszego pana i pytam: "Też mam otworzyć?", na co pan: "Tak, tak nam kazali to muszę sprawdzać". Wykonałam polecenie, pan zajrzał do plecaka, a z niego wysypało sie pięć batonów w paku, woda smakowa oraz 7Days. Uśmiechnęłam się szeroko na co pan mi powiedział: "Smacznego!". Ja podziękowałam i śmiejąc sie z tego z Darią weszłyśmy do sali.

Tym razem miałam szczęście, bo siedziałam w trzecim rzędzie od góry, a nie od dołu tak jak to miało miejsce za pierwszym razem. Przynajmniej nie dostałam skrętu szyi. Zajęłysmy swoje miejsca i czekałyśmy na seans. Pierwszym razem nie było żadnych zwiastunów, ale dziś organizatorzy postanowili nas zaskoczyć i puścili dziecięciominutowy (naprawdę tyle miał!) trailer Mad Maxa. Myślałam, że tego nie przezyję. Na pewno nie pójdę na ten film, bo to co tam zobaczyłam mnie nie zachwyciło. Ale szybko zapomniałam o tym epizodzie i z radością powitałam na ekranie wyczekiwany film.

Cóż, muszę się przyznać, że zdarzyło mi się raz zasnąć. Ale to i tak lepiej niż ostatnio, bo poprzednio przysnęłam cztery razy. Daria sobie spała, ale miała prawo, na ósmą rano była na zajęciach. Obie stwierdziłyśmy, że najładniejsza była pierwsza część. Ładne kolorki i dobrze połączona akcja. Jak to Daria stwierdziła: "Nie było czasu na spanie, bo zawsze coś się działo". Z kolei trzecia część była dla nas przepełniona walkami (dobra, tytuł sugeruje, że będzie bitwa, ale za duuuużo). Nasza maraton zakończył się w McDonald's na kawie i toście. A dla rozrywki rozwiązywałyśmy testy z serii "jakim bohaterem z Hobbita jesteś?". Generalnie wyszło, że jesteśmy Bilbo Bagginsem. Ale zdarzyła się też elfka i krasnolud. Ja jestem bardzo zadowolona z dzisiejszego wyjścia i mam nadzieję, że moja towarzyszka również.


A teraz druga część wpisu, która będzie zawierała moje fangirlowe przemyślenia. Możliwe spoilery, więc jeśli ktoś nie chce wiedzieć co było w filmie to niech w tym momencie wyłączy bloga i dziękuję za uwagę. :)

Podczas każdej przerwy między filmami zapisywałam momenty, o których chciałam napisać. Oczywiście o bohaterach nie zapomniałam i w tej kwestii bardzo popłynę.

1. Język starokrasnoludzki

Jako studentki filologii polskiej mamy przedmiot zwany literaturą staropolską i jak tylko usłyszałyśmy, że w filmie padła nazwa język staropolski to wybuchnęłysmy śmiechem. W sumie to fajnie byłoby się nauczyć starokrasnoludzkiego. Siedzisz sobie w tramwaju i nagle ktoś do ciebie dzwoni, a ty nawijasz w nikomu nie znanym języku. Jestem ZA!


2. Hobbit jako smark

Jakkolwiek to brzmi scena była fajna. Kompani Krasnoludów złe trolle ukradły konie i Bilbo został wypchnięty przez Kiliego i Filiego na ratunek zwierzętom. A że trolle były ślepe to nie zauważyły co łapią. Niestety Bilbo się podłożył, bo chciał ukraść trollowi nóż do odcięcia liny, na której uwiązane były wierzchowce. Troll dostał w swoje ręce hobbita i kichnął, po czym z przerażeniem stwierdził, że wykichał takie coś i to na dodatek się rusza. A biedny pan Baggins był cały ubrudzony wydzieliną z nosa wielkoluda.


3. Rozmowa z Gollumem

W pierwszej części filmu Bilbo trafia do przeuroczego Golluma (nie wiem dlaczego lubie mówia, że on jest okropny jak ma takie sliczne oczka), któremu kradnie magiczny pierścień i aby się uwolnić z groty potworka zaczynają grać w zgadywanki. Stwierdziłyśmy z Darią, że tak właśnie będzie wyglądał nasz egzamin ustny ze staropolskiej. Tylko w pewnym momencie już przestałam rozróżniać kim będę podczas egzaminu. Czy Gollumem, który zadawał ładne zagadki, ale ostatecznie przegrał z Bilbem czy może jednak Bagginsem, który dzielnie walczył i jakoś wywalczył to co chciał. Cóż, przekonam sie w czerwcu. Obie się przekonamy.


4. Orki to zło

Daria jednoznacznie stwierdziła, że orki to największe paskudztwa jakie istnieją. I nie dość, że są wredne i brzykie to jeszcze są w każdej części filmu. Zdecydowanie nie chciałybyśmy mieć z nimi doczynienia, szczególnie z takim jedneym ich przywódcą co to kiedyś stracił łapsko dzięki Thorinowi i teraz w jej miejsce nosi takie różne metalowe dźgacze. O dziwo, wymienne,


Jeśli Lee byłby orkiem to może bym się zastanowiła czy to najwieksze paskudztwo...

5. Thranduil

Skoro jestem już przy Lee, właściwie przy Thranduilu, to wybaczcie, ale jestem jeszcze bardziej zakochana niż przed dzisiejszym seansem. Pierwszym razem będąc na maratonie jakoś szczególnie nie zwracałam na niego uwagi, bo wtedy gapiłam się cały czas na Bilbo i na Kiliego. Uwielbiam Lee w innych filmach czy serialach, ale jako król elfów po prostu wymiata. Stwierdzam oficjalnie, że chcę zostać królową elfów i mieszkać sobie z Thranduilem w jego zamku. Do tego moglibyśmy farbować włosy tą samą farbą i spełniłabym swoje największe marzenie, czyli jeździłabym na jeleniu. Powiedziałam dzis Darii, że zamiast samochodu wolałabym jazdę na jeleniu. Ekologiczniej i taniej. No i mój facet byłby zawsze dobrze ubrany, bo te wdzianka w jakich on chodzi to chyba są od jakichś najlepszych elfowych projektantów. Jeśli chodzi o jego charakter to przynajmniej zawsze wszyscy by sie jego słuchali i nie ma sprzeciwu (dobra, Legolas się wyłamał, ale dzieci zawsze się sprzeciwiają rodzicom). No i te oczy i to jak mówi po elficku. Bo on generalnie ładnie mówi i mogę go słuchać godzinami, ale mowa elficka... Ech, jestem zakochana, wybaczcie. 


6. Legolas

Z kolei Daria stwierdziła, że ona jest totalnie Legolas, bo Orlando. Najpierw jej się nie podobały jego niebieskie oczy, ale później widziałam, że już tylko na niego czekała. No i na napisach końcowych też wyczekiwała nazwiska Orlando. No cóż, muszę przyznać, że jaki ojciec taki syn (w tym przypadku chodzi mi o wygląd) idealnie pasuje. Obaj sa przeuroczy. I pochwalę się, ale nad łóżkiem mam plakat Legolasa. Z nim też mogłabym dzielić farbę do włosów i chciałabym, żeby nauczył mnie strzelać z łuku. Całkiem fajne zajęcie. Tylko szkoda mi, bo on biedny zakochany, a elfka trzyma go w friendzone i musi patrzeć na to jak do niej startuje, a jej się to podoba. 


7. Bilbo Baggins

Tak naprawdę to od tego powinnam zacząć, bo to o niego w tej historii chodzi. Uwielbiam Hobbita za to, że gra go Martin Freeman, który idealnie pasuje do tej roli. Jego mimika, ruch i zachowania rozwalają na łopatki praktycznie w każdej scenie. I gdyby nie to, że on jest Bilbem to chyba bym w ogóle fimu nie obejrzała. Bilbio w sumie jest jak ja. Lubi odpoczywać, jeść, czytać książki i przebywać w samotności. Do tego ładnie się ubiera i ważne są dla niego pamiątki rodzine. Znaczy ja się tak średnio ubieram, ale lubię pozostałe rzeczy z wyżej wymienionych. No i ten jego piękny domek w Shire. Marzy mi się taka wioska i taka norka. 


8. Smaug

Dowiedziałam się, że mam dziwny gust (żadna nowość), bo podoba mi się smok. Ale jak słyszę jego głos (podziękujmy niebiosom i rodzicom Benedicta Cumberbatcha, że istenieje) to mam ciarki na plecach. Do tego smok jest bardzo ładny pod względem wizualnym. Nie jest maszkarą tylko skrzydlatym stworem, którego da się lubić mimo iż jest mendą. No i nie powiem, było mi smutno jak go zabili. I trudno, że siał spustoszenie i niszczył wszystko co było na jego drodze. I tak go uwielbiam. 


9. Krasnoludy

W tej kategorii mam dwóch ulubieńców na trzynastu możliwych. Oczywiście Kili, który jest tak piękny, że no nie. Po prostu jest piękny. Nawet Daria przyznała, że jest. A jeszcze jak się uśmiechnie to już w ogóle, miękkie kolana. I człowiek ma serce złamane jak musi patrzeć na to jak on umiera. Nie powiem, łezka się w oku kręci. Drugim krasnoludem jest Thorin, o którym mozna by było napisać pracę magisterska z psychologii i zatytułować "jak zamek ze złotem sprawia, że odbija ci palma". Jego postać piękni ewoluuje przez całą trylogię i ma się momenty, że najpierw można się go bać, potem zaczyna się go lubić, by za chwilę go znienawidzić, a na końcu wybacza mu się wszystko i płacze, że podzielił los Kiliego. 

Taki piękny Kili

A to Thorin

10. Gandalf

Dziadek czarodziej, który jest całkiem sympatyczny, ale jak się wkurzy to uuuu... Potrafi strzelić focha i zniknąć nic nie mówiąc. Ale zawsze wierzy w Bilbo, w końcu sam go wybrał. I ma taki fajny kij, który może się świecic. Daria stwierdziła, że to taki starokrasnoludzki smartphone, bo przy aparatach są latarki i Gandalf też może sobie poświecić w razie potrzeby. A potrzeba była. 


11. Związek zakazany

Oczywiście nie mogło zabraknąć wątku miłosnego i nasz piękny Kili zakochał się w ślicznej elfce Tauriel. Ona też zapałała uczuciem do niego i po prostu ciągnęło ich do siebie, ale jak to bywa wszelkie przeciwności losu sprawiły, że nie mogli ze sobą być. Dopiero gdy Kili zmarł Tauriel przyznała, że go kocha i skoro miłośc taka jest to ona jej nie chce. Ale Kiliego też bym w ciemno brała, więc ją rozumiem. 



12. "I see fire"

Jak to Daria stwierdziła "nie lubie tej piosenki, ale przyszłam jej posłuchać". Po czym przyznała, że odkąd obejrzała film i wie o co chodzi to znaczenie tekstu trochę się zmieniło. Ja piosenke uwielbiam od początku i mogę ją słuchać wciąż i wciąż. Nawet mój odtwarzacz dziś chyba się zorientował, że byłam na Hobbicie, bo aż trzy razy losował mi piosenkę do posłuchania. Ot, taka niespodzianka. 


A bonusem jest to, że we wiosce ludzi pojawiły się dwa, małe spacerujące buldożki. Buldożki są słodkie i jestem ciekawa czy Smaug jest spalił czy jakiśm cudem ocalały? 

Założę się, że jak trzeci raz się trafi maraton z Hobbitem w kinie to pójdę na niego, bo mimo że to ponad osiem godzin i sen czasem łapie to warto. To jest piękna historia, żeby się oderwać od rzeczywistości i popatrzeć na ładnych boahterów. 

A wracając do początku wpisu, teraz już zdecydowanie potwierdziłam, że potrzebuję psychiarty. Także jakby ktos chciał ta terapię dla mnie to dajcie znać. :)

P.S. Sorry za błędy, ale miałam iść spać, jednak tego nie zrobiłam (zapewne z emocji i po kawie). Chyba jeszcze jestem w fangirlowym amoku...