Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kornwalia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kornwalia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 sierpnia 2016

Jedziemy na wycieczkę, czyli Hunt - podróżnik cz. 3.2

Jest mi niesamowicie wstyd, że po dwóch tygodniach od wycieczki zabieram się za drugą część wpisu. To okropne, wiem. Ale lenistwo i ciągła potrzeba snu zmusiła mnie do tego. Postaram się to teraz naprawić.

Drugi dzień naszej wyprawy rozpoczął się moim zachwytem nad hotelowym łóżkiem. W życiu nie spałam na czymś tak wygodnym. Jak położyłam się w nocy tak obudził mnie dopiero brutalny dźwięk mojego budzika. Czułam się jak księżniczka, owinięta po czubek głowy kołdrą i obłożona poduszkami. Gdybym mogła to wyniosłabym je na plecach i zabrała ze sobą do domu. Po szybkim ogarnięciu postanowiłyśmy wykorzystać okazję, że od naszego hotelu do Primarka było jakieś dziesięć minut pieszo. Jak się okazało przyszlyśmy na dwadzieścia minut przed otwarciem, więc skorzystałyśmy z możliwości zjedzenia śniadania. Do 12 musialyśmy się wymeldować z hotelu, wiec na zakupy zostało niewiele czasu. W rekordowym tempie załatwiłyśmy wszystko co trzeba, wrociłyśmy do hotelu, żeby się wymeldować i ruszyłyśmy z tobołami metrem na Piccadely, bo ja chciałam trafić do raju. No i trafiłam. Po długich poszukiwaniach zameldowałam się w geekowskim sklepie, w którym spędziłam mnóstwo czasu chodząc z rozdziawioną buzią i podziwiając wszystko. Jakie to było wspaniałe uczucie, gdy moim oczom ukazały się setki popsów, o których w Polsce mogę tylko pomarzyć. Do tego wszystko pięknie podzielone na sekcje np. Marvel, Doctor Who czy Sherlock. No właśnie, Sherlock. To było moje wielkie rozczarowanie. Pojechałam tam z planem zakupu popsa mojego kochanego detektywa, a tu niespodzianka, wszystko wykupione. Mycrofta czy Irenki pod dostatkiem, a Holmesa nie uraczysz. Na szczęście w biegu szybko złapałam ostatniego Watsona. Zastanawiałam się jeszcze nad zakupem plakatu, ale stwierdziłam, że nie będę miała jak tego przewieźć do Polski, wiec wolałam zaopatrzyć się w drugiego popsa. I ponownie stanęłam przed trudnym wyborem. Brać Lokiego czy Hulka. Loki czy Hulk? Moja miłość do wielkiego zielonego potwora zwyciężyła i padło na Hulka. I już chciałam wychodzić ze sklepu, gdy okazało się, że w piwnicy jest drugi poziom. Dopiero tam mnie szczerze zatkało. Wszędzie, dosłownie wszędzie były książki, gry i komiksy. Długo się zastanawiałam czy brać komiks z Sherlockiem, ale oczywiście ostatecznie go wzięłam. Gdybym miała więcej pieniędzy i więcej miejsca to kupiłabym Monopoly z Avengersami i Cluedo (czy jak to tam) z Sherlockiem.





Ciężko mi było opuszczać sklep radości i miłości, ale czekała mnie jeszcze jedna atrakcja. Zanim tam jednak dotarłam to zwiedziłam trochę Soho, które bardzo mi się podoba i ciekawą chińską dzielnicę.


Następnie z radością ponownie trafiłam na Baker Street, tym razem pod dokładny adres 221B. A oznacza to, że byłam w domu Sherlocka Holmesa. Po odczekaniu ponad godziny w kolejce zwierdzilam bardzo urocze mieszkanie, a raczej cały dom. W środku było mnóstwo rzeczy, które przybliżały zarówno historię jak i sposoby pracy detektywa. Na ostatnim piętrze były nawet woskowe figury postaci, które odegrały znaczącą rolę w życiu Holmesa np. Moriarty czy Irene Adler.





Potem postałam sobie w jeszcze jednej kolejce, w sklepie koło muzeum, bo przecież musiałam kupić sobie niewielką pamiątkę z tamtego miejsca. Następnie udałyśmy się na szybki obiad w KFC i czas nam było wracać do domu. Trochę czekałyśmy na pociąg, ale potem się okazało, że gdyby nie fakt, że w portfelu zostało mi £5 i następnego dnia musiałam iść do pracy to pojechałabym na stację końcową, bo prowadziła prosto na sam koniec Kornwalii. A przecież chciałabym podziwiać piękne widoki z klifów i znaleźć swojego własnego Rossa Poldarka...

Oczywiście wszystkiego nie udało nam się zwiedzić, ale może za rok dam radę. Na pewno, jeśli wrócę tu znowu na wakacje do pracy, będę chciała jechać do Kornwalii. Po prostu muszę...

środa, 29 kwietnia 2015

Do Kornwalii, drodzy Państwo... Do Kornwalii...

Z zasady nie oglądam seriali/filmów kostiumowych. Nie rajcują mnie historyczne klimaty, ale zdarzają się wyjątki. Jednym takim wyjątkiem jest świeżutka produkcja BBC "Poldark". Dlaczego zaczęłam to oglądać? Odpowiedź jest bardzo prosta: Aidan Turner, czyli aktor grający głównego bohatera, Rossa Poldarka. Aidana uwielbiam odkąd pierwszy raz zobaczyłam Hobbita i bezapelacyjnie musiał on dołączyć do mojego WFA. Zdecydowanie jest zdolnym aktorem, a że w pakiecie natura nie pożydziła mu urody (co jak co, ale przystojny jest) to tylko na plus. Gdy tylko dowiedziałam się, że serial jest w przygotowaniu to nie mogłam się doczekać pierwszego odcinka. I prawidłowo, bo się nie zawiodłam.


UWAGA, może zawierać spoilery! :) 

No dobrze, to zacznijmy od początku. Wyobraźmy sobie, że udało nam się wrócić z wojny. Dowiadujemy się, że zmarł nasz ojciec i zostawił nam spadek. Przyjeżdżamy do rodzinnej miejscowości i okazuje się, że nic nie jest takie jak nam się wydaje. Spadek to rudera, która trochę przypomina dom i nieczynna kopalnia. Dodatkowo w domu zastajemy dwóch nierobów, którzy są małżeństwem i byli przyjaciółmi ojca. Ze względu na przeszłość nie mamy serca ich wyrzucić z domu i przygarniamy ich do pomocy. Przy czym mamy jeden podstawowy problem: nie mamy co jeść. Ale zajmiemy się tym potem. To poczeka. Nakazujemy naszym parobkom zabrać się za doprowadzenie domu do stanu użytku (sami też weźmiemy w tym udział, ale najpierw mamy inne sprawy do załatwienia). W tym czasie udajemy się do dawno niewidzianej rodziny. Wchodzimy do ich domu, witamy się, a oni oznajmiają nam, że nie spodziewali się nas, bo myśleli, że jesteśmy martwi. My się tym zbytnio nie przejmujemy, bo dostrzegamy naszą ukochaną. Witamy ją z radością i po chwili dowiadujemy się, że ona również myślała, że nie żyjemy i postanowiła się zaręczyć z naszym najbliższym kuzynem. Cóż, boli. Na szczęście z naszego powrotu szczerze cieszy się tylko jedna osoba - nasza kuzynka, która zawsze w nas wierzyła. 


Na odchodne prosimy wuja o jedną rzecz. O konia. W końcu potrzebujemy dobrego wierzchowca. Otrzymujemy go i wracamy do naszego gospodarstwa, w którym zabieramy się do pracy. Sami własnymi rękoma naprawiamy wszystko co tylko się da. I w przeciwieństwie do naszej służby robimy wszystko co w naszej mocy (oni wolą się obijać i pić napoje wysokoalkoholowe). Zmęczenie pracą stwierdzamy, że musimy udać się do miasta. Tam trafiamy na walki psów i pomagamy pewnemu dziecku, które usiłuje zabrać swojego psa z piekła. Niestety bezskutecznie. Ratujemy i psa i dziecko. Dziecko zabieramy do miejscowej tawerny i karmimy je. Jest tak wystraszone, że nie jest w stanie nic powiedzieć. Potem okazuje się, że dziecko to nie dziecko. To kobieta. I to piękna. Zabieramy ją ze sobą i angażujemy jako podkuchenną. Przyznała się, że w domu ojciec ją bije i jest prawdziwe piekło. 


Nasi parobkowie jej nie akceptują, bo twierdzą, że jest nie potrzebna i nie będzie miała co jeść. Ostatecznie jest bardziej przydatna niż oni oboje razem wzięci. Potem będzie chciała uciec i umożliwimy jej to, ale oboje zdamy sobie sprawę, że to nie ma sensu i tutaj będzie szczęśliwsza. Po powrocie zabiera się za pracę jeszcze mocniej niż wcześniej i zdobywa nasze zaufanie, a my jej. Podkuchenna przywiązuje się coraz bardziej i dochodzi do tego, że zakochuje się w nas, ale my tego jeszcze nie widzimy. Ciągle myślimy o naszej byłej ukochanej, która teraz już jest żoną innego. Naszego kuzyna. To nadal nas boli, ale musimy sobie z tym poradzić, ponieważ pojawiają się nowe kłopoty. Na horyzoncie pojawia się miejscowy bogacz, który jest bardzo przebiegły i nie pozwoli, by ktoś nowy wkroczył na jego finansowe terytorium. A nam udaje się odbudować kopalnie, którą dostaliśmy po ojcu i zatrudniamy wszystkich, którzy tego potrzebują. Jesteśmy takim miejscowym Świętym Mikołajem.


Coraz bardziej przywiązujemy się do naszej podkuchennej i zaczynamy zauważać, że coś jest na rzeczy. Do tego całe miasto zaczyna o nas plotkować, że jak to tak, mezalians? Że pan i podkuchenna? Nie wiemy do końca co o tym myśleć. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, że nasza służąca myszkuje w naszym pokoju, gdy nie ma nas na horyzoncie i grzebie w naszych rzeczach. Przyłapujemy ją na tym i jesteśmy źli. Bardzo źli... Ale dzięki tej złości przekonujemy się czego tak naprawdę chcemy. Dochodzi między nami do wybuchu namiętności i potwierdzamy, ale tylko sobie, że plotki, które można usłyszeć na mieście to chyba prawda. Jednak nie możemy żyć w nieżądzie. Postanawiamy, że nie ma innej możliwości jak tylko pojawienie się przed obliczem pana i złożenie przysięgi małżeńskiej. Tak też robimy. Podkuchenna stała się naszą żoną, co sprawia, że jesteśmy potępieni. Ale kogo to obchodzi, gdy my chyba rzeczywiście się zakochaliśmy?


Zaczyna nam się układać coraz lepiej. Miłość kwitnie, w kopalni też nie najgorzej. Ale dowiadujemy się, że wuj umiera, a nasza kuzynka się zakochuje co doprowadza jej brata, a naszego kuzyna do szewskiej pasji. Wybranek jej serca (według niego) to podły zabójca żony, a do tego pirat. Nasza kuzynka jednak w to nie wierzy. Oprócz tego, że jest zakochana to staje się przyjaciółką naszej żony i pierwsza, przed nami, dowiaduje się, że zostaniemy ojcem. Na chwilę przed tym, gdy żona nam mówi o owym fakcie my zdobywamy się na szczerość i wyznajemy ukochanej miłość. 


Czas szybko mija, a nasza luba jest już bliska rozwiązania. Gdy dziecko przychodzi na świat, my wprowadzamy naszego przyjaciela, lekarza na salony. A on w zamian za to informuje nas, że naszej ojcostwo stało się rzeczywistością. Pędzimy na złamanie karku na naszym koniu, wpadamy do domu i słyszymy płacz dziecka. Przyrzekamy żonie, że zrobimy wszystko dla naszej córki, by była bezpieczna. 


Później, jak to w życiu bywa, raz lepiej, a raz gorzej. Nasz dobry znajomy trafia do więzienia i tam umiera, mimo że próbowaliśmy mu pomóc. Między naszym przyjacielem, a nową żoną naszego znajomego (w sumie to też przyjaciela) dochodzi do romansu. Skutki są tragiczne. Do tego w mieście panuje głód, my zastanawiamy się jak przetrwać. Próbujemy zdobyć wspólników, bo z biznesem coraz gorzej. Do tego oddajemy się hazardowi i wpadamy w lekki alkoholizm, co zauważa nasza żona, ale nic nie mówi. Na szczęście sami odzyskujemy rozum. Niestety potem jest już tylko gorzej. Na miasto spada zaraza, która dotyka naszą rodzinę i nie ma ona szczęśliwego zakończenia. Płaczemy otwarcie i nie wstydzimy się tego, bo wiemy, że wszyscy to zrozumieją, mimo iż nie akceptują tego w jakiej rodzinie obecnie żyjemy. Ale to nas nie powinno obchodzi, to nasze życie. Teraz trochę bardziej smutniejsze. 


A żeby tego było mało dowiadujemy się, że przez pewną morską katastrofę i grabież jakiej dokonujemy (ale w słusznej sprawie) zostajemy aresztowani i otrzymujemy okropne zarzuty. W tym zarzut morderstwa... Zabiera nas straż i oczekujemy na drugi sezon naszych dalszych losów.


Tak w skrócie wygląda życie Rossa Poldarka na przestrzeni pierwszych ośmiu odcinków debiutanckiego sezonu. Oprócz tego, że serial przedstawia kolorowe przygody naszego bohatera to w pakiecie dostajemy piękne widoki na klify, łąki i domy. 


Nie mogę się doczekać drugiego sezonu, który już oficjalnie został zapowiedziany. Mam nadzieję, że będzie równie dobry jak pierwszy i nie straci na swoim uroku mimo iż ostatni odcinek sezonu przyniósł wiele niespodzianek. A jak tylko pierwszy sezon pojawi się na DVD to lecę do sklepu i kupuję bez zastanowienia. Nieważne ile to będzie kosztowało. Chcę to mieć! 

P.S. Nie wszystkie wątki z serialu tu poruszyłam także całkowitego spoileru nie zrobiłam. Ale w sporej części tak. :)