WFA jedzie dalej, a ja zamiast ogarniać się na zajęcia to chodzę po mieszkaniu i rozmyślam o czym by tu napisać. No i wymyśliłam. Każdy nas w życiu miał doczynienia z pewnymi sytuacjami. Nieważne ile wtedy mieliśmy lat, ale to zawsze się działo. Zapewne jest ich dużo więcej niż udało mi się wymyśleć, ale na więcej już mnie chyba dziś nie stać.
1. Kazanie wygłoszone przez rodziców (zwłaszcza przez mamę):
Pokażcie mi człowieka, który tego nie doświadczył, a postawię mu pół litra i chętnie spotkam się z jego rodzicielami. Odkąd chodzę po tym świecie i mniej więcej rozumiem o co chodzi w żywocie człowieka, to doświadczyłam tej sytuacji niezliczoną ilość razy. I nieważne czy coś ma znaczenie czy nie. Czy chodzi o niewyrzucone śmieci czy kolejną kiepską kartkę z ocenami ze szkoły. Czego człowiek by nie zrobił zawsze dostanie opierdziel. Zawsze.
Klasycznym przykładem jest: "No, ale mamo, [tu wastaw imię swojego kumpla/kumpeli] też dostała/dostał pałę", a w odpowiedzi zawsze usłyszymy to samo: "Nie porównuj się do innych! Co oni mnie obchodzą?". Za to jak będzie coś fajnego co twój kumpel/kumpela zrobi, a ty nie to wtedy jest: "[wstaw imię] to zrobiła/zrobił. Dlaczego ty nie?". No i gdzie tu logika? Nasuwa się wtedy tylko jedno: Rodzice, kto ich zrozumie?
2. Babcia wpychająca w ciebie jedzenie:
Skoro jesteśmy przy rodzinie to nie mogło zabraknąć tego. Nie znam babci, która by nie powiedziała: "Za mało jesz" albo "Marnie wyglądasz". Nie każdy zawsze ma apetyt i pała miłością do jedzenia. No dobrze, ja w 99% przypadków zawsze jestem głodna, ale nie o tym mowa. Z babcią po prostu nie ma dyskusji. Masz jeść i koniec. Ale nie trochę, jak cywilizowany człowiek... Tylko sterta, jak dla armii, która wraca z pola bitwy.
A co się stanie jeśli człowiek się sprzeciwi? No ja bym nie ryzykowała, ale jeśli już to... Obraza majestatu gwarantowana i zrujnowane rodzinne spotkanie. Może też wystąpić płacz i zgrzytanie zębów, że już nie kochasz babci, ale tego zdecydowanie wolelibyśmy uniknąć. Przecież my zawsze kochamy babcię. Dlatego zjadajcie wszystko i nie marudźcie.
3. Obcierające buty:
Czy jest coś gorszego, gdy kupujesz piękne, nowe buty, na specjalną okazję i je zakładasz, a potem zaczyna się piekło? Wtedy ma się ochotę spalić je, wyrzucić, zdeptać resztkami sił, a nawet zjeść. Do tego nie ma się siły na nic, a każdy kto się pojawi na naszej drodze jest potencjalną ofiarą naszej osoby. I nie ma tu znaczenia czy są to piękne szpilki od Louis Vuitton, trampki Converse, glany czy zwykłe baleriny. KAŻDE buty na początku obcierają. Bez wyjątku.
Jak temu zaradzić? Hmm... Okleić stopy plastrami czy napchać waty do środka? Według mnie tego po prostu nie da się uniknąć i trzeba to przetrwać. Trudno, będziemy krwawić i cierpieć, ale potem przyjemność chodzenia w naszych wymarzonych pantoflach będzie nieopisana. No chyba, że to będą drewniaki.
4. Spóźniająca się komunikacja miejska:
Styczeń, -20 stopni, godzina 19. Jesteś po całym dniu pełnym zajęć i jedyne o czym marzysz to koc i gorąca herbata. Ale nie... MZK, ZTM, SKM czy inny tego typu twór ma to gdzieś i jemu się nie spieszy. Ty masz sobie stać i czekać aż on łaskawie się pojawi na horyzoncie. A żeby tego było mało zazwyczaj jest zapchany pod sam sufit, że nie ma gdzie wcisnąć palca. Wtedy ty wypychasz się na siłę, jeszcze bardziej masz wszystkiego dość i nienawidzisz ludzi.
Dzięki takiej sytuacji ma się ochotę iść pieszo i wtedy nawet nie przeszkadza mróz, śnieg i inne anomalie pogodowe. Tylko nie zawsze jest to możliwe, bo co jeśli do domu masz osiem kilometrów? Wtedy trzeba zacisnąć zęby i modlić się, by dotrzeć do domu w jednym kawałku.
5. Stresujący egzamin/wystąpienie:
To jest obecne w naszym życiu zawsze. I nie ma znaczenia czy to matura, sesja, prawo jazdy czy prezentacja w pracy. Ten stres jest zawsze. I chwała tym, któzy potrafią nad nim zapanować, bo szczerze mówiąc ja mam z tym problem. Chociaż mówili, że matura to masakra, ale ja jakoś tego nie odczuwałam tak bardzo. Prawo jazdy? Tylko trochę. Za to sesja mnie przeraża i wolę o tym nie myśleć.
Czy jest sposób na pokonanie go? Zapewne najlepszym będzie upicie się (oczywiście tylko pełnoletni!), ale jeśli będziemy ograniczeni umysłowo to nic z nas nie będzie. Jedyne co mi przychodzi do głowy to po prostu spięcie pośladków i wyobrażenie sobie, że wszyscy są bez ubrań. albo jednak nie... Sama nie wiem. Za to wiem, że łatwo po mnie poznać, że się stresuje. Moje ręcę trzęsą się wtedy jak u alkoholika na odwyku. Pomocy!
6. Idiota w kinie:
Czy jest coś co może bardziej nas wkurzyć od tego? Chyba nie. Idziesz na pełnym relaksie do kina, na film, na który długo czekasz, kupujesz popcorn, zajmujesz swoje miejsce, za które zapłaciłeś grube pieniądze i czekasz aż zacznie się seans. I już masz nadzieję, że wszystko będzie jak być powinno dopóki nie pojawia się na horyzoncie on - typowy idiota. Widzisz to z jego twarzy i wiesz, że to on. Najczęściej siada przed tobą albo za tobą. Jeśli przed tobą to: zasłania ci swoją wielką głową ekran i je popcorn jak świnia, a do tego siorbie resztkę picia, której i tak już nie ma w kubku. Jeśli za tobą: to kopie cię w krzesło i wiesza sobie kurtkę na oparciu twojego fotela.
Ale bezwzględu na to, gdzie usiądzie on zawsze ma telefon albo kumpla, drugiego idiotę. Wtedy gadają, śmieją się i masz wrażenie, że oni nie przyszli oglądać filmu. Oni przyszli zrujnować ci dzień. A już w ogóle szczytem wszystkiego jest to, że on już widział ten film i postanawia podzielić się z całą salą fabułą i oczywiście zakończeniem. Wtedy albo masz ochotę zrobić to albo to po prostu robisz, odwracasz się i:
7. Upierdliwa sprzedawczyni:
Sobotnie popołudnie, pełen relaks, kupa pieniędzy w portfelu (hahahaha!) i twój ulubiony sklep. Wchodzisz z radością, zaczynasz się rozglądać, podchodzisz do wieszaka i wtedy z drugiego końca sklepu słyszysz radosne: "W czym mogę pomóc?!". Ty ostrożnie się rozglądasz czy to aby na pewno do ciebie. Niestety tak, jesteś jej ofiarą. Ostrożnie odpowiadasz, że niczego nie oczekujesz, że tylko się rozglądasz. I wydaje ci się, że to koniec, ale to tylko cisza przed burzą. Wtedy ona jest jak ninja. Wyskakuje zza twoich pleców i radośnie zaczyna doradzać, że w tym kolorze ci idealnie, że ta bluzka świetnie się prasuje, a twój tyłek wcale nie jest za duży do tych spodni.
Co wtedy zrobić? Albo próbować jej tłumaczyć, że serio nie potrzebujesz porady (nie polecam, nie skutkuje) albo dać się kobiecie wygadać, odwiesić to co trzymasz w ręku i zwiewać stamtąd ile sił w nogach i pamiętać, że trzeba unikać tego miejsca przez kolejne sto lat. No chyba, że ktoś lubi takie panie sprzedawczynie i chętnie poddaje się jej opinii, a potem trafia do przymierzalni i jest z panią szczęśliwy.
8. Gorszy dzień:
Amen, amen, amen, każdy to przechodzi. Budzisz się rano, leje za oknem, twoje ulubione ciuchy leżą w pralce, kawa/herbata się skończyła, w lodówce biegają pingwiny, a do wyjścia masz pięć minut. Wtedy co robisz? Wracasz do łózka i nie chcesz oglądać nikogo. Ale niestety, tak wygląda bardzo optymistyczny scenariusz. Zazwyczaj w biegu myjesz zęby i się czeszesz, a potem ubierasz w to co leży na krześle i wychodzisz stawić czoła światu. Jak tylko na twojej drodze pojawiają się ludzie, zaznaczasz, żeby bez kija do ciebie nie podchodzić i dać ci spokój. Pracujesz w ciszy i (nie)skupieniu. Jedyne o czym marzysz to własne łóżko i bycie człowiekiem burrito. A gdy już cudem przeżyjesz ten dzień zaczynasz się zastanawiać co z tobą jest nie tak. Wtedy twój najlepszy przyjaciel przechodzi piekło i najczęściej wyłącza telefon, bo ma cię już dość.
Czym to spowodowane? Jeśli jesteś dziewczyną to chyba nie muszę tłumaczyć. To oczywiste, że nawiedza cię takie wredne coś co jak się nie pojawi to jest tragedia, a jak już jest to cię szlag trafia i koło się zamyka. Jeśli z kolei jesteś facetem to nie mam pojęcia. Nie jestem nim i nie wiem co ci może być.
9. Znajomi, którzy są kretynami:
Umówmy się, każdy takich ma, ale otwarcie się nie przyzna. Po prostu są takie osoby, że jak je widzisz to otwiera ci się nóż w kieszeni i masz ochotę strzelic im w twarz. Ale niestety tego nie zrobisz, bo jesteś zbyt dobrze wychowanym obywatelem i mamie by sie to nie spodobało. Więc zaciskasz zęby i masz nadzieje, że się do ciebie nie będą odzywać ani nawet na ciebie patrzeć. Po prostu niech sobie egzystują z dala od ciebie. Niestety, życie nie jest takie piękne. Oni właśnie wtedy postanawiają ci opowiedzieć o swoich interesujących weekendowych przygodach albo historie rodzinne sprzed pięćdziesięciu lat, które masz głęboko w poważaniu.
W takich właśnie chwilach marzysz, by rozjechał ich tramwaj albo po prostu porwali ich kosmici. A najgorszą rzeczą jest jak im się wydaje, że jesteście ich przyjaciółmi. A wy po prostu nie macie wyjścia i jesteście na nch skazani. Dlatego znieście to dzielnie, bo ja naprawdę wiem coś o tym.
10. Brak pieniędzy:
I właśnie w tej chwili każdy zagląda do swojego portfela i co widzi? Stertę paragonów i ostatnie dziesięć złotych, które zostało mu z ostatnich zakupów. To taki smutny widok, że masz ochotę się rozpłakać. Jeśli masz możliwość otrzymywania regularnego wsparcia finansowego to jesteś szczęściarzem. Jeśli nie to pozwól, że poślę ci wirtualnego przytulasa. Ja na szczęście jestem w tej pierwszej grupie, ale i tak za każdym razem, gdy mnie zapytasz o pieniądze powiem, że ich nie mam. Bo nie mam! Bo one się rozchodzą cholernie szybko i nawet nie da się nad tym zapanować.
Jak temu zaradzić? Cóż, można iść do pracy, ale to nie zawsze jest takie proste. Można żebrać, ale to chyba też bym sobie odpuściła. Postarać się oszczędzać? Hmm... Ja próbowałam, ale chyba nie umiem. Wygląda na to, że zawsze będziemy mówić, ale nie mamy hajsu, nawet jeśli to nie prawda. Dlatego jak sprawdzamy stan konta to nie róbmy takiej o to miny, bo to nic nie da:
Zapewne, jak mówiłam wcześniej, jest więcej sytuacji, których doznajemy w życiu, ale nic innego mi nie przychodzi do głowy. Zawsze możecie się podzielić ze mną czymś o czym nie wspomniałam. :)
P.S. Dzisiejsze gify sponsoruje Lee Pace, który (zapewniam was) pojawi się jeszcze nie raz, bo on siedzi na samym początku szalonego WFA. :)
Moje serce jest jak autobus: ma 48 miejsc siedzących i pełno rurek do trzymania się podczas stania... Taka właśnie jestem!
środa, 8 kwietnia 2015
wtorek, 7 kwietnia 2015
5 wspaniałych, bez których nie istnieje moja playlista
Skoro wczoraj była mowa o filmach to dziś na tapetę w moim Wesołym
Fandomowym Autobusie biorę muzykę. Jako, że zdecydowanie bardziej wolę panów
(panie też są ok) to przedstawiam zestawienie najlepszych głosów na mojej
playliście. I tym razem kolejność ma znaczenie. :)
1. Sting
Właściwie Gordon Matthew Sumner. Brytyjski muzyk, wokalista i
kompozytor. Karierę rozpoczynał w The Police, a od połowy lat 80. stał się
muzykiem solowym. Mogłabym rozpisać się na temat jego życia, ale jeśli ktoś ma
ochotę o ty poczytać to odsyłam do czeluści Internetu. Ja wolałabym się skupić
na twórczości. The Police powstało w 1977 roku w Londynie. Zespół został
założony z inicjatywy perkusisty Stewarta Copelanda. Po kilku miesiącach
dołączył do panów gitarzysta Andy Summers. Grupa nagrała pięć
albumów: "Outlandos d'Amour" (1978), "Reggatta de Blanc"
(1979), "Zenyatta Mondatta" (1980), "Ghost in the Machine"
(1981), "Synchronicity" (1983). Oficjalnie zespół nigdy nie rozwiązał swojej działalności, jednak
Sting rozpoczął solową karierę. Zawsze się mówi, że jest słaba szansa, by muzyk
odchodzący z zespołu, który jest na szczycie odniósł podobny sukces
samodzielnie. Jak widać w tym przypadku się udało.
Solowo Sting wydał dziesięć albumów studyjnych. Moimi
ulubionymi albumami są: "... Nothing like the Sun" (1987), "Ten
Summoner's Tales" (1993) oraz "Sacred Love" (2003). Gdybym miała mówić dlaczego akurat te to
miałabym problem. Wydaje mi się, że główną przyczyną jest to, że każda z tych
płyt w jakiś sposób pokazuje ewolucję twórczości Stinga. Ale żeby nie było, że
tylko tych trzech płyt słucham z jego dyskografii to od razu mówię, że mój
telefon jest wypełniony jego piosenkami z każdej płyty.
Moim największym szczęściem jest to, że miałam okazję być na jego
koncercie i zdecydowanie była to jedna z najlepszych rzeczy jaka mi się
przytrafiła w życiu. Na drugi dzień moje gardło trochę dało mi odczuć, że za
mocno się wydzierałam, ale było warto.
2. Ed Sheeran
Właściwie Edward Christopher
Sheeran. Brytyjski wokalista
i autor tekstów. Już jako młody chłopak zaczął pisać piosenki, ale wydany
dopiero w 2011 roku cały album zatytułowany "+" przyniósł mu ogromną
popularność na całym świecie. Z kolei w 2014 roku ukazał się jego drugi album
zatytułowany "X".
Obie płyty stoją u mnie na półce, a także egzystują w moim
telefonie. Nie potrafię powiedzieć, którą płytę bardziej wolę, bo obie znam na
pamięć i każda daje coś innego. A jeśli miałabym decydować czy bardziej
podobają mi sie jego ballady czy "szybsze" piosenki to wybrałabym tą
drugą opcję. Nie mówię, że wolne kawałki są słabe, bo są genialne, a Ed potrafi
pięknie przekazywać emocje, ale bardziej trafiają do mnie takie numery jak
"Sing" czy "Don't". Jednak jako fanka Hobbita (oj, bójcie
się jak przyjdzie mi o tym napisać, a to już niedługo) kocham go miłością
bezgraniczną za "I see fire". Piosenka ta jest zmasakrowana przeze
mnie, ma pierwsze miejsce w najczęściej odtwarzanych i gdyby ktoś mnie w środku
nocy obudził i kazał recytować, bo śpiewać to nie umiem, nie miałabym z tym
najmniejszego problemu. I do tego taki ładny klip video...
Niestety na jego koncercie nie byłam, ale mam nadzieję, że taka
okazja się przytrafi i wtedy będę mogła go posłuchać na żywo.
3. Piotr Rogucki
A teraz polskie podwórko. Łódzki wokalista i autor tekstów oraz
aktor. Znany głównie z tego, że jest liderem grupy Coma. Działalność muzyczną
rozpoczął w 1998 r. Z zespołem nagrał sześć albumów. Zdecydowanie moimi
ulubionymi jest ich debiutancki krążek "Pierwsze wyjście z mroku"
(2004) oraz "Czerony album" (2011). Oczywiście obie płyty mam w swoim
posiadaniu.
Ale wracając do samego wokalisty. On również należy do tych
twórców, którzy lubią pisać coś na własną rękę. Rogucki dorobił się dwóch
solowych albumów (również je mam): "Loki - wizja dźwięku" (2011) oraz
"95-2003" (2012). Pierwszy krążek to "ścieżka dźwiękowa do
filmu, który nigdy nie powstał", a przynajmniej tak sam artysta o niej
mówi. I rzeczywiście, jeśli słucha się piosene po kolei, tak jak są ułożone na
płycie, usłyszymy historię Lokiego i jego alter ego (albo odwrotnie). Z kolei
druga płyta to zbiór utworów, które napisał w latach 1995-2003, a nigdy nie
znalazły się na żadnym wydawnictwie. Jest to zdecydowanie poezja śpiewana,
która bardzo dobrze mu wychodzi.
Oczywiście na koncercie Comy jak i na Roguckim solo miałam
przyjemność być. Wydawać by się mogło, że skoro ten sam artysta to klimat
również niczym się nie różni. Otóż nic bardziej mylnego. Coma to totalna miazga
energetyczna, a akt solo to świetne wyciszenie i bliskie spotkanie z
poruszającymi tekstami.
4. Hans
Właściwie Przemysław Frencel. Poznański raper, wokalista i autor tekstów. Współzałożyciel grupy 52 Dębiec, a obecnie również wokalista w zespole Luxtorpeda. Za co uwelbiam Hansa? Już tłumaczę. Po pierwsze 52 Dębiec, ale chyba jeszcze nie jestem na etapie całkowitego poznania dyskokrafii grupy. Po drugie kariera solowa i przy tym chcę się zatrzymać. W 2011 roku wydał solowy album, którego (to niespodzianka!) niestety nie posiadam w formie płyty CD, ale mam na telefonie. Znam go od deski do deski, wzdłuż i wszerz. Tak naprawdę nie toleruję chyba tylko jednego utworu z tego wydanictwa, a resztę to biorę w ciemno.
Ale chyba najważniejszym powodem jest Luxtorpeda. Tak naprawdę poznając Luxtorpedę poznałam Hansa, chociaż kiedyś dawno temu znałam kilka piosenek 52 i niestety nie byłam świadoma, że to on. W Luxach mamy doskonałe połączenie Hansowego flow i dobrej rockowej muzyki. Luxtorpeda nagrała trzy albumy, ale mam tylko jeden, najnowszy (oczywiście w postaci płyty CD) "A morał tej historii mógłby być taki mimo, że cukrowe to jednak buraki". Za to z autografami całego zespołu.
Na koncercie Luxtorpedy się pojawiłam i było bardzo, bardzo energetycznie. Jak tylko natrafi się następna okazja to idę drugi raz.
5. Artur Rojek
No i ostatni z tych co muszą zawsze być w odtwarzaczu. Muzyk, kompozytor, wokalista i autor tekstów. Zaczynał karierę w Myslovitz, ale w 2012 roku, po 20 latach działalności w zespole, rozpoczął karierę solową. Z zespołem wydał dziesięć płyt studyjnych. Moją ulubioną jest zdecydowanie "Miłość w czasach popkultury" (1999). Niestety nie posiadam tej płyty, ale muszę ją gdzieś poszukać i zakupić. Chyba z pomocą przyjdzie mi tu mój ulubiony sklep.
Jako solista wydał do tej pory jeden album "Składam się z ciągłych powtórzeń" (2014). Zdecydowanie piosenką z tej płyty, którą uwielbiam jest (czy raczej są?) "Syreny". Ostatnio ciągle jej słucham i nie mogę się od niej uwolnić. Ale że ma bardzo ładny tekst to wybaczam.
Na koncercie Myslovitz byłam... W wieku sześciu lat na pikniku, gdzie sponsorem były wafelki Koziołek Matołek. Jedyne co pamiętam to zestaw dziesięciu wafelków i plastikowy kubek do herbaty, który kupili mi rodzice. Potem w dwa dni zjadłam wafelki, a kubek zaginął gdzieś w akcji po latach.
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
7 filmów, które mogłabym ogladać przez cały czas
I tak oto rusza Wesoły Fandomowy Autobus (w skrócie FWA). Długo się wczoraj zastanawiałam jaki post napiszę jako pierwszy o "remoncie" i wymyśliłam. :)
Każdy ma zestaw swoich ulubionych i znienawidzonych filmów, a także takich, które bardzo by chciał obejrzeć, ale albo ludzie odradzają albo nie da się przez nie przebrnąć. Postanowiłam zająć się tymi, które uwielbiam i mogę oglądać przez cały dzień i całą noc, z malutkimi przerwami na wypad do toilet albo do lodówki. A teraz przedstawiam swoje zestawienie (kolejność numeryczna chyba nie ma znaczenia :P):
1. Mamma Mia! (2008 r, reż. Phyllida Lloyd):
Większość powie, że to najgorszy film jaki przyszło im oglądać i nie rozumieją jego fenomenu. Cóż, to nie ja. Ja kocham ten film całym sercem i nie obchodzi mnie, że zgarnął Złotą Mailnę (w sumie tylko Pierce Brosnan, ale to zawsze). Fabuła filmu jest bardzo prosta. Mamy piękną, młoda dziewczynę (w tej roli Amanda Seyfried), która mieszka wraz z matką (Meryl Streep!) na greckiej wyspie. Szykuje się do ślubu i chciałaby z tej okazji zaprosić na uroczystość swojego ojca, którego nigdy nie poznała. Dzięki pamiętnikowi matki odkrywa, że może mieć trzech potęcjalnych tatusiów i żeby było lepiej zaprasza ich wszystkich. Jak można się domyśleć dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa.
Film nie jest zwykłym filmem. To musical. 90% ludzkości nie znosi tego gatunku. Niestety nie ja. Ja uwielbiam jak śpiewają i tańczą, bo wtedy wszystko jeszcze bardziej jest kolorowe i radosne. Pewnie w ogóle bym nie zwróciła uwagi na ten film, gdyby nie to, że wszstkie piosenki jakie można usłyszeć pochodzą z repertuaru Abby. Czyli żyć, nie umierać. Uwielbiam Abbę i nie wstydzę się tego. :) A już w ogólę jestem w raju, jeśli połowę tych piosenek śpiewa Meryl Streep, która jest moją mistrzynią w kategorii: Najlepsza aktorka filmowa EVER! A na dokładkę jako potencjalnych protoplastów mamy Pierce'a Brosnana, Colina Firth'a i Stellana Skarsgårda.
Więc jeśli macie doła, jest wam smutno, pada deszcz albo cokolwiek innego ciąży wam na sercu i duszy to odpalcie "Mamma Mia!" i radujcie się greckimi krajobrazami połączonymi ze szwedzką muzyką.
2. Nietykalni (2011 r, reż. Olivier Nakache, Eric Toledano)
Pierwszy raz przyszło mi ten film oglądać w szkole i od razu się zakochałam. Zaczynał się niepozornie, ale z każdą minutą było coraz lepiej. Poznajemy historię sparaliżowanego milionera, który do opieki nad sobą zatrudnia ciemnoskórego młodzieńca, który szuka pracy. Z początku chłopak jest żółtodziobem i nie ma zielonego pojęcia o swoich obowiązkach, jednak z czasem przywiązuje się do swojego pracodawcy i rodzi się miedzy nimi wielka przyjaźń. Film jest oparty na faktach i pokazuje zderzenie dwóch różnych światów, które z czasem stopniowo się łączą.
Z każdą minutą filmu są przedstawione nie tylko zabawne sytuacje, ale i trudne wybory jakich muszą dokonywać bohaterowie. Codzienna walka z przeciwnościami losu i przywiązanie do drugiego człowieka sprawiają, że mamy ochotę przenieść się na druga stronę ekranu i zostać częścią tego pięknego obrazu.
Jeśli nie widzieliście tego filmu to czas to nadrobić. Dziś jest do tego idealna okazja, bo "Nietykalni" są do zobaczenia zaraz na TVP1.
Każdy ma zestaw swoich ulubionych i znienawidzonych filmów, a także takich, które bardzo by chciał obejrzeć, ale albo ludzie odradzają albo nie da się przez nie przebrnąć. Postanowiłam zająć się tymi, które uwielbiam i mogę oglądać przez cały dzień i całą noc, z malutkimi przerwami na wypad do toilet albo do lodówki. A teraz przedstawiam swoje zestawienie (kolejność numeryczna chyba nie ma znaczenia :P):
1. Mamma Mia! (2008 r, reż. Phyllida Lloyd):
Większość powie, że to najgorszy film jaki przyszło im oglądać i nie rozumieją jego fenomenu. Cóż, to nie ja. Ja kocham ten film całym sercem i nie obchodzi mnie, że zgarnął Złotą Mailnę (w sumie tylko Pierce Brosnan, ale to zawsze). Fabuła filmu jest bardzo prosta. Mamy piękną, młoda dziewczynę (w tej roli Amanda Seyfried), która mieszka wraz z matką (Meryl Streep!) na greckiej wyspie. Szykuje się do ślubu i chciałaby z tej okazji zaprosić na uroczystość swojego ojca, którego nigdy nie poznała. Dzięki pamiętnikowi matki odkrywa, że może mieć trzech potęcjalnych tatusiów i żeby było lepiej zaprasza ich wszystkich. Jak można się domyśleć dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa.
Film nie jest zwykłym filmem. To musical. 90% ludzkości nie znosi tego gatunku. Niestety nie ja. Ja uwielbiam jak śpiewają i tańczą, bo wtedy wszystko jeszcze bardziej jest kolorowe i radosne. Pewnie w ogóle bym nie zwróciła uwagi na ten film, gdyby nie to, że wszstkie piosenki jakie można usłyszeć pochodzą z repertuaru Abby. Czyli żyć, nie umierać. Uwielbiam Abbę i nie wstydzę się tego. :) A już w ogólę jestem w raju, jeśli połowę tych piosenek śpiewa Meryl Streep, która jest moją mistrzynią w kategorii: Najlepsza aktorka filmowa EVER! A na dokładkę jako potencjalnych protoplastów mamy Pierce'a Brosnana, Colina Firth'a i Stellana Skarsgårda.
Więc jeśli macie doła, jest wam smutno, pada deszcz albo cokolwiek innego ciąży wam na sercu i duszy to odpalcie "Mamma Mia!" i radujcie się greckimi krajobrazami połączonymi ze szwedzką muzyką.
2. Nietykalni (2011 r, reż. Olivier Nakache, Eric Toledano)
Pierwszy raz przyszło mi ten film oglądać w szkole i od razu się zakochałam. Zaczynał się niepozornie, ale z każdą minutą było coraz lepiej. Poznajemy historię sparaliżowanego milionera, który do opieki nad sobą zatrudnia ciemnoskórego młodzieńca, który szuka pracy. Z początku chłopak jest żółtodziobem i nie ma zielonego pojęcia o swoich obowiązkach, jednak z czasem przywiązuje się do swojego pracodawcy i rodzi się miedzy nimi wielka przyjaźń. Film jest oparty na faktach i pokazuje zderzenie dwóch różnych światów, które z czasem stopniowo się łączą.
Z każdą minutą filmu są przedstawione nie tylko zabawne sytuacje, ale i trudne wybory jakich muszą dokonywać bohaterowie. Codzienna walka z przeciwnościami losu i przywiązanie do drugiego człowieka sprawiają, że mamy ochotę przenieść się na druga stronę ekranu i zostać częścią tego pięknego obrazu.
Jeśli nie widzieliście tego filmu to czas to nadrobić. Dziś jest do tego idealna okazja, bo "Nietykalni" są do zobaczenia zaraz na TVP1.
3. Dziewczyna z tatuażem (2011 r, reż. David Fincher)
Jeżeli kochacie Daniela Craiga to powinniście zobaczyć ten film. Amerykańska produkcja jest ekranizacją głośniej powieści, a właściwie Trylogii autostwa Stiega Larssona. Mamy doczynienia z dziennikarzem śledczym, który zostaje oskarżony o zniesławienie i otrzymuje zlecenie rozwiązania mrocznego zaginięcia młodej dziewczyny. Sprawa miała miejsce 40 lat temu, jednak krewnemu nastolatki, bogatemu przedsiębiorcy Henrikowi Vagnerowi mocno na tym zależy. Zagadkę pomaga rozwiązać Mikaelowi Blomkvistowi aspołeczna i wycofana Lisabeth Salander, która jest genialną hakerką.
Miałam przyjemności przeczytać całą Trylogię (bo film to ekranizajca tylko pierwszej książki) i dodatkowo opowiedzieć o jej fenomenie na zajęcia z WOKu. Film niestety trochę mnie rozczarowywuje pod względem idealnego odwzorowania treści, ale jak na prawie trzygodzinny film to dobrze się ogląda. Trzyma w napięciu, bohaterowie są dobrze zbudowani, a relacja jaka pojawia się między dziennikarzem, a hakerką nie jest jak wyjęta z komedii romantycznej. W gruncie rzeczy to trudna relacja, ale oboje potrafią sobie zaufać i współpracować.
"Dziewczynę..." widziałam już chyba z czterdzieści razy i mogłabym to obejrzeć znowu i znowu, bo za każdym razem odkrywam coś nowego. No i można do woli patrzeć na pięknego Daniela.
4. Skyfall (2012 r, reż. Sam Mendes)
Skoro już jesteśmy przy Craigu to nie mogę nie wspomnieć o Bondzie. Jak wiadomo kolejny film o przygodach 007 pojawi się już jesienią, a póki co można podziwiać Skyfall. W tej części lojalność Bonda zostanie wystawiona na próbę przez M, kiedy z MI6 znikną najważniejsze informacje o największych w Wielkiej Brytanii. Jamesowi przyjdzie się zmierzyć z nieprzewidywalnym i groźnym przeciwnikiem (w tej roli Javier Bardem).
Ta część to powrót do przeszłości Bonda. Mamy okazję poznać miejsce, w którym przebywał zanim trafił pod skrzydła M i co sprawiło, że jego życie potoczyło się jak się potoczyło. Uwielbiam tą część ze względu na dwie rzeczy (no bo o Craigu chyba nie musze mówić). Po pierwsze cudowna czołówka i genialna piosenka Adele, która wywołuje u mnie ciarki za każdym razem, gdy ją słyszę. A po drugie w roli Q możemy oglądać Bena Whishawa. Uroczy i utalentowany młody brytyjski aktor, którego karierę i role warto śledzić.
Warto też zauważyć, że Bond w tej części nie tylko pije "wstrząśnięte, niezmieszane", ale także zwykłe piwo. Idzie ku nowoczesności.
5. Forrest Gump (1994 r, reż. Robert Zemeckis)
No któż nie zna tego filmu? Przepiękna opowieść o życiu pełnym przygód trochę przygłupiego Forresta Gumpa. Początkowo jest zagubionym chłopcem, który ledwo kończy szkołę, by potem stać się miliarderem i bohaterem wojny w Wietnamie. W filmie mamy okazję zobaczyć wizytę Forresta u prezydenta, spotkanie z Elvisem, szalone lata Hipisów, a także (co wydaje mi się najważniejsze) piękną historię przyjaźni i miłości, która miała początek w latach dzieciństwa i przetrwała wiele lat, nie zależnie czy bohaterowie byli blisko siebie czy nie.
Za każdym razem, gdy film leci w telewizji, robię z siebie człowieka burrito, parzę najlepszą herbatę jaką mam w domu i przez dwie i pół godziny oglądam śliczną historię trudnego życia. A miłość do tego filmu zaczęła się, gdy namiętnie oglądałam CSI:NY i byłam ciekawa, gdzie jeszcze gra Gary Sinise, który wcielał się w postać detektywa Maca Taylora. Ku mojemu zdziwieniu w obu tych produkcjach grał bohaterów z tym samym nazwiskiem (w "Forreście..." był porucznikiem Danem Taylorem). Ale żeby nie było, Toma Hanksa też uwielbiam, czy to w tym filmie czy przykładowo w "Filadelifii". Gra aktorska genialna i widać nie na darmo film otrzymał sześć Oscarów, trzy Złote Globy oraz inne nagrody.
Aha i dzięki temu filmowi mogliśmy się dowiedzieć czym tak naprawdę jest koncern Apple. :)
6. Sierpień w hrabstwie Osage (2013 r, reż. John Wells)
Jak to mówią: z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciu i ten film potwierdza to w stu procentach. Tajemnicze zniknięcie ojca staje się początkiem odkrywania przez jego córki i chorej na raka żonę rodzinnych sekretów. Wydawać by się mogło, że rodznna uroczystość zaciśni więzi między pokoleniami, ale pewnych sytuacji nie da się przebaczyć, zrozumieć i wytłumaczyć. Coś co początkowo wydawać by się mogło, że to tylko niewinna sytuacja, staje się kluczem do rozwiązania problemów.
Dlaczego obejrzałam ten film? Cóż, wydawać by się mogło, że dla Meryl Streep, która gra tu jedną z głównych ról. Otóż nie... Przyczyna jest inna. Dwa słowa: Benedict Cumberbatch. Odkąd zobaczyłam Sherlocka BBC (o tym będzie osobny wpis) włączyła mi się spirala poszukiwania innych filmów. Dobrze, nie oszukujmy się, jestem Cumberbitch (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi, a pozostałym wyjaśnie to jednym słowem: psychofanka). A że akurat film wchodził do kin to zaciągnęłam moją przyjaciółkę na seans (i nadal nie wiem dlaczego się zgodziła iść, bo ona go szczerze nie znosi i nie może na niego patrzeć, na Benedicta oczywiście). Po obejrzeniu filmu byłam wniebowzięta mimo, że Benedict nie gościł na ekranie nadzwyczaj często. Ale żeby nie było, że tylko jednego aktora dostrzegłam, to w filmie wystąpili również Julia Roberts, Ewan McGregor oraz Chris Cooper.
Nie byłabym sobą, gdybym nie dorzuciła tutaj drugiego gifu (no po prostu muszę, jako Cumberbitch)
Scenariusz filmu to adaptacja sztuki teatralnej. Marzy mi się, żeby móc to zobaczyć jako spektakl. A w ogóle byłoby cudownie, gdyby Polacy się za to zabrali, bo teatr to my umiemy robić.
7. Kogel-Mogel (1988 r, reż. Roman Załuski)
I teraz coś z polskiego podwórka. Jeden, jedyny polski film, który mogę oglądać codziennie w telewizji i nigdy mi się nie znudzi. Młoda dziewczyna Kasia, dostaje się na studia i sprzeciwiając się rodzicom, którzy organizują dla niej wesele z bogatym sąsiadem, ucieka do Warszawy. Tam przez przypadek zostaje zatrudniona jako niania dla niesfornego Piotrusia. Przezabawne zdarzenia prowadzą do kłopotliwych sytuacji.
Dla mnie era filmów komediowych w Polsce skończyła się wraz z "Komedią małżeńską". Wszystko co powstało potem to nie jest to co bym chciała oglądać. Oczywiście, zdarzają się wyjątki, ale mogłabym je policzyć na palcach jednej ręki. "Kogel-mogel" to zdecydowanie najlepszy film. Nie jest to może jakieś górnolotne kino, ale jak na tamte czasy i możlwości film jest całkiem przyjemny. Dodatkowo film jest kopalnią cytatów, które mogłabym wypowiadać obudzona w środku nocy.
I bardzo żałuję, że w te święta nie pojawił się ten film na żadnym kanale. Chyba trzeba będzie obejrzeć gdzieś w Internecie. :)
A Wy macie swoje ulubione filmy, które moglibyście oglądać przez cały czas? :)
P.S. Właśnie obejrzałam po raz drugi "Bogów". Chyba ten film też będzie należał do kategorii "mogę oglądać to cały czas".
Hmm...
Na wstępie życzę wszystkim wszystkiego dobrego na święta! :) A z tej okazji, że mamy dwa leniwe dni i czas spędzamy głównie na jedzeniu albo na odpoczynku od jedzenia to w mojej głowie rodzą się różne dziwne myśli. No i właśnie taka dziś powstała.
Ze smutkiem musze stwierdzić, że nie mam odpowiedniej ilości czasu na to, by czytać książki, które bym chciała, a co za tym idzie to oto miejsce byłoby totalnie uśpione. I tak siedząc sobie dzisiaj przy herbacie i serniku postanowiłam, że na blogu zajdą pewne zmiany. Od tej pory nie tylko będą się pojawiały tutaj wpisy o książkach (kończę czytać coś genialnego i na pewno o tym napiszę), ale również o filmach, serialach i wszystkim tym co mnie interesuje, denerwuje, fascynuje i wywołuje miliony innych emocji. To miejsce zamieni się w "śmietnik" moich myśli.
Mam nadzieję, że nie będziecie mieli mi tego za złe i nawet częściej i chętniej będziecie tu zaglądać. Jeśli dobrze pójdzie to jutro, a właściwie dziś po południu pojawi się wpis i tym razem będzie on na "nowe kopyto".
Ze smutkiem musze stwierdzić, że nie mam odpowiedniej ilości czasu na to, by czytać książki, które bym chciała, a co za tym idzie to oto miejsce byłoby totalnie uśpione. I tak siedząc sobie dzisiaj przy herbacie i serniku postanowiłam, że na blogu zajdą pewne zmiany. Od tej pory nie tylko będą się pojawiały tutaj wpisy o książkach (kończę czytać coś genialnego i na pewno o tym napiszę), ale również o filmach, serialach i wszystkim tym co mnie interesuje, denerwuje, fascynuje i wywołuje miliony innych emocji. To miejsce zamieni się w "śmietnik" moich myśli.
Mam nadzieję, że nie będziecie mieli mi tego za złe i nawet częściej i chętniej będziecie tu zaglądać. Jeśli dobrze pójdzie to jutro, a właściwie dziś po południu pojawi się wpis i tym razem będzie on na "nowe kopyto".
piątek, 20 marca 2015
Zaśpiewać czy lepiej przeczytać? - Czyli o muzyce w litaraturze i literaturze w muzyce...
Ostatnio dużo się działo dlatego zapadła tu cisza i zaczęły
rosnąć chwasty. Ale postanowiłam to zmienić i stworzyć coś co może nie będzie
miało bliskiego związku z jedną konkretną książką. Ale obiecuję, że wezmę się
za jakieś czytanie czegoś normalnego i w końcu coś napiszę.
Ostatnio w mojej głowie siedziała głównie łacina, ale
wygrałam z nią walkę i mogę spokojnie już spalić książkę do tego
znienawidzonego przeze mnie przedmiotu. Jednak dzięki niej przyszło mi ostatnio
dużo jeździć tramwajem. Żeby dostać się na zaliczenie z niej musiałam opuszczać
rodzimy kampus i jeździć do centrum. Zajmowało mi to jakieś pół godziny w jedną
stronę. A jako, że jestem muzykoholikiem to nie ruszam się bez moich słuchawek
do telefonu. Na szczęście playlistę mam bardzo rozwiniętą i goszczą na niej
same zacne utwory (ale że każdy ma inny gust to jest ona zacna tylko dla mnie).
Ostatnio pokochałam opcję "kolejność losowa" i tak jeżdżąc sobie
miejską komunikacją to przypadek kierował tym czego słuchałam. No prawie. I
coraz bardziej wsłuchując się w teksty utworów zaczęłam zauważać, że dużo
kawałków zawiera w sobie fragmenty bądź całe teksty literackie, głównie poezję.
Z tej okazji chciałabym się pochylić nad kilkoma z nimi:
1. Bardzo ważnym utworem jest dla mnie "Nic dwa razy"
w wykonaniu Maanamu. A dlaczego? Już tłumaczę. Po pierwsze autorką tekstu (właściwie
wiersza) jest moja ukochana polska poetka Wisława Szymborska. Ludzie mogą mówić
co chcą o jej poezji, ale dla mnie była, jest i będzie mistrzynią słowa. Po
drugie, gdy Kora zabierała się za ten utwór zwróciła się do Szymborskiej z
prośbą czy mogłaby wykorzystać tekst w utworze. Poetka się zgodziła, jednak
zaznaczyła, że każde słowo w piosence ma być dokładnie odwzorowane tak jak jest
w oryginale i nie zgadza się na modyfikacje. A że twórcom muzyki zdarza się, że
lubią kombinować to się nie dziwie. Ten tekst ma tylko prawo bytu w oryginale,
tak jak powstał. Kora się zgodziła i dzięki temu powstała piękna, energetyczna
piosenka z głębokim tekstem. No i po trzecie kocham tą piosenkę, bo Maanam to
jeden z ulubionych zespołów moich i mojego taty. Rodzinne wspomnienia górą!
2. Następną piosenką jest "To my Polacy" poznańskiej
grupy 52 Dębiec. Poza tym, że obnażają oni nasze cebulactwo i cechy narodowe to
wpletli bardzo sprytnie zdanie, które jest autorstwa Kazimierza
Przerwy-Tetmajera: "Wolę polskie gówno w polu niż fiołki w Neapolu".
Czyli totalny patriotyzm. Mówią, że raperzy to puste słoiki, a tu widać, że
Hans zna się na rzeczy i wie co dobre.
3. Kolejnym utworem jest "Jutro" Comy. Może nie ma
w tekście samego konkretnego cytatu z jakiegoś utworu, ale za to padają ważne
nazwiska dla polskiej literatury. Rogucki wiedział co dobre pisząc tekst: "Nagłe
objawienia: Bursa, Miłosz, Lem". Każdy kto kiedykolwiek miał do czynienia
z poezją wie kto to Miłosz czy Bursa. Z kolei Lem jest jednym z najważniejszym
pisarzy science-fiction na świecie i nie boję się tego powiedzieć.
4. Klasykę literatury polskiej w swojej twórczości zawarł
nawet Kazik w utworze Kultu "Baranek". Któż nie zna:
"Na głowie kwietny ma wianek,
W ręku zielony badylek,
A przed nią bieży baranek,
A nad nią lata motylek".
W ręku zielony badylek,
A przed nią bieży baranek,
A nad nią lata motylek".
Każdy w szkole (jeśli nie w gimnazjum to w liceum) omawiał
znane i lubiane "Dziady" Mickiewicza. Pamiętam jak czytaliśmy w
gimnazjum "Dziady" z podziałem na role. Jedyne o czym myślałam
podczas czytania przez kolegów i koleżanki z klasy tych fragmentów to to, żeby
nie zacząć śpiewać na głos właśnie "Baranka". Pominę już fakt, że uwielbiam
cały tekst tej piosenki i opis tej jego idealnej kobiety, która jest po prostu
zwykłą Roxanne, a on się łudzi, że biedaczka ciężko pracuje na jachtach. No ale
miłość już taka jest. Podobno.
5. Następnym przykładem wiersza w piosence jest "Niepewność"
już wcześniej wspomnianego Mickiewicza. Po ten tekst sięgnął Marek Grechuta i
powstał piękny utwór, przy którym człowiek zaczyna dochodzić do różnych
wniosków na temat swojego życia, a przynajmniej tej części uczuciowej (o ile ją
się ma). Przepiękny tekst: "Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę,
nie tracę zmysłów kiedy cię zobaczę...". Generalnie nie lubię Mickiewicza,
ale to mu się udało.
6. Skoro już jestem przy wielkich polskich twórcach, ale i
geniuszach wokalnych trzeba się zatrzymać nad Tuwimem i jego "Wspomnieniem",
z którego piosenkę stworzył Czesław Niemen. Muszę się przyznać, że o istnieniu
tej piosenki dowiedziałam się dopiero w gimnazjum, gdy nauczyciel od plastyki nakazał
nam stworzyć do teego utworu okładkę na naszą płytę. Pamiętam, że miałam z tym
trochę problem, ale pozwolił mi wtedy dołożyć jeszcze kilka innych piosenek do
mojej pracy, m.in. "Behind blue eyes" The Who czy "Highway to
hell" AC/DC i powstała piękna czerwono-pomarańczowo-żółta okładka, na
której była błękitna autostrada, po której płynęły jesienne liście, a nad wszystkim
górowały niebieskie oczy. I co, można? Można. Chociaż przyznam się, że jestem
plastycznym beztalenciem to z tego byłam dumna. A oprócz szóstki w dzienniku
powiększyła mi się playlista. I mimo, że mamy już praktycznie wiosnę to: "Mimozami
jesień się zaczyna...".
P.S. Tuwim jest także w wielu innych utworach np. u Ewy
Demarczyk, Grzegorza Turnaua czy Strachów na Lachy. Nic, tylko słuchać,
testować i się zachwycać.
7. Ostatnia piosenka, o której chciałabym wspomnieć to tym
razem wiersz mojego ukochanego polskiego poety, którego większość nie lubi,
czyli Edwarda Stachury. Po jego teksty bardzo często sięgał zespół Stare Dobre
Małżeństwo. I właśnie o jednej z takich piosenek sobie przypomniałam. "Jest
już za późno, nie jest za późno" to jeden z piękniejszych (oczywiście
według mnie) tekstów Stachury. Najchętniej zacytowałabym tu cały utwór, ale nie
zrobię tego. Pozostanę tylko przy tym:
"Zbiegną się wreszcie tory sieroce naszych dwu planet,
Cudnie spokrewnią się ciała nam".
Cudnie spokrewnią się ciała nam".
Pamiętam, że moi rodzice kiedyś bardzo często słuchali tego
zespołu, a ja nie mogłam pojąć co w nim takiego jest. Na szczęście po jakimś
czasie zrozumiałam, tylko, że chyba rodzice zapomnieli, że ten zespół istnieje.
Będę im musiała to przypomnieć.
Zapewne zapomniałam o jakiś
zespołach/wykonawcach/wokalistach i ich powiązaniach z literaturą, ale mam
nadzieję, że Wy też macie takie swoje perełki. Jak widać, muzyka ściśle łączy
się z literaturą, a literatura z muzyką. Wystarczy tylko słuchać i czytać.
piątek, 9 stycznia 2015
Little man in Gdańsk - Czyli historia pewnej miłości...
Moja metryka w urzędzie w jednej z rubryk ogłasza: "Miejsce
urodzenia - Gdańsk". Czy się z tego cieszę? Owszem. Czy jestem z tego
dumna? Jak najbardziej. Od zawsze miałam miłe skojarzenia z tym miastem, a w
moim sercu są piękne wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to człowiek przyjeżdżał
do dziadków przy każdej możliwej okazji. Dzielnica, którą najlepiej znam to
zdecydowanie Przymorze. Narobiło się tam mnóstwo kilometrów spacerując, jeżdżąc
na rowerze, bawiąc się na placu zabaw. Za każdym razem, gdy przejeżdżam tam
tramwajem lub samochodem to łezka się kręci w oku, więc naturalnym wyborem
uczelni do studiowania był Gdańsk. Ale tak naprawdę w tym mieście zakochałam
się dzisiaj i to dzięki banalnym doświadczeniom. Zajęcia na uniwersytecie
skończyłam dziś o 9:15 (pan doktor wypuścił nas szybciej) i radośnie
stwierdziłam, że do pociągu do domu zostało mi prawie dwie godziny. Wsiadłam w
najbliższy tramwaj i udałam się do centrum po ciepłe pączki, które są
przepyszne. Tym samym chciałam zrobić rodzince niespodziankę i przywieść coś na
osłodę po całym trudnym tygodniu. A gdy miałam już pączki w plecaku i czekałam
na przystanku na tramwaj, który miał mnie zabrać na dworzec w Gdańsku
Wrzeszczu, doznałam olśnienia. Dookoła mnie ludzie się spieszyli, samochody
pędziły, a ja po prostu stałam i gapiłam się na drzewa, przez które przebijało
się słońce. Poczułam się jakby była wiosna. Odpłynęłam gdzieś myślami. W uszach
sączyło się ukochane The Police, a potem sam Sting, już solo. Wsiadłam do
tramwaju, przejechałam z pięć przystanków i ruszyłam dzielnie w stronę dworca.
Przez cały czas rozglądałam się. Niby
byłam tu już wcześniej, ale wszystko wydawało mi się jakieś inne, nowe. Mijali
mnie dziwni ludzie, a ja mijałam dziwne budynki. W głowie zakiełkowała mi myśl:
"A może by tak opisać to miasto? Wymyślić bohatera, umieścić go w tych
ulicach i pozwolić mu ożyć?". Jednak potem mi się przypomniało: "Po
co? Przecież to już jest. Czytałaś to". No właśnie czytałam...
Otóż, Moi Drodzy, mam niezwykłe szczęście, że znam osobiście
(no dobra, widziałam ją tylko raz i zamieniłam z nią dwa zdania) pewną gdańską
pisarkę, Katarzynę Rogińską. Ale największym szczęściem jest to, że jest ona
koleżanką z podstawówki (z klasy) mojego taty. 26 maja 2011 roku dostaliśmy
zaproszenie do oliwskiej biblioteki na spotkanie autorskie. Cieszyłam się jak
dziecko. Ale wróćmy do początku. Pierwsza książka, a raczej opowiadanie pani
Kasi wpadło w moje ręce latem 2009 roku, gdy tata przywiózł do domu malutki
tomik "Tajemnica Neptuna", który otrzymał od współautorki książeczki
podczas spotkania po latach. Podprowadziłam książkę i zatopiłam się w
opowiadanie pt.: "Kocim szlakiem". Nawet nie wiedziałam kiedy, a
skończyłam lekturę. I wtedy pomyślałam: "Ja chyba też bym chciała pisać".
Akcja opowiadania rozpoczyna się od uroczego opisu nawiązującego do kotów (autorka
uwielbia koty i w każdej książce jest o nich bardzo dużo), jednak potem mamy do
czynienia z obciętą głową znalezioną na pętli w Oliwie. I wtedy zaczyna się
zabawa...
Rok później w 2010 roku ukazała się książka "Jeśli
czegoś pragnę" i tym razem pani Kasia jest jedyną autorką. W tej powieści
mamy do czynienia z tajemniczymi zgonami w domach pomocy społecznej. Wszędzie
niby jest ta sama przyczyna zgonu, ale to tylko napędza coraz więcej podejrzeń.
Rozpoczyna się śledztwo, a my poznajemy biegłą sądową Grażynę Król i sierżanta
Szolca, który jej pomaga. Jak dla mnie jest to dobry, zaskakujący kryminał.
Jeśli ktoś lubi ten gatunek to będzie się świetnie bawił.
Ale wróćmy do 26 maja 2011 roku. Wraz z rodzicami zajęłam
miejsce w bibliotece i słuchałam co autorka ma do powiedzenia na temat swojej
najnowszej książki "Wieża sokoła". Po zapoznaniu z fragmentami
powieści można było zakupić przedmiot owego spotkania i porozmawiać chwilę z
autorką oraz zdobyć autograf. Byłam nieco zawstydzona, ale tata zgarnął mnie z
krzesła i poszliśmy do pani Kasi. Zostałam przedstawiona jako córka mojego taty
i porozmawiałyśmy trochę, ale z tego stresu niestety nie pamiętam o czym.
Poprosiłam o autografy na książkach (mam imienne i do tego przy każdym podpisie
jest pyszczek kotka) i pożegnaliśmy się. Zadowolona, że będę miała nową książkę
do czytania, wróciłam do domu. Tylko, że pojawił się mały problem. Zaczęłam
czytać i... się rozczarowałam. Wiem, że jest napisane na okładce, że to mroczny
thriller, ale nie spodziewałam się, że aż tak. W książce poznajemy młodą
Greczynkę o imieniu Dymitra, która na swojej drodze spotyka przystojnego
Edwarda i jego matkę, Polaków. Zakochana dziewczyna przyjeżdża z nim do Polski
i zaczyna się dla niej prawdziwe piekło. Facet jest tak obrzydliwy, zboczony i
nienormalny, że wymiękłam. Książka ma 296 stron, a ja ją porzuciłam już na 102.
Po prostu dalej nie mogłam i póki co nie mogę się zmusić do lektury. Wierzę, że
to się kiedyś zmieni, ale jeszcze nie jestem na to gotowa.
Jednak ktoś lubi koty, greckie krajobrazy i dreszczyk emocji
to gorąco polecam książki pani Kasi. Za "Wieżę..." nie ręczę, ale
dwie pozostałe to świetna zabawa. Ale głównym powodem, dla których warto sięgnąć
po te powieści (i opowiadanie) to dokładne i piękne opisy Gdańska, a
szczególnie Oliwy.
czwartek, 1 stycznia 2015
Cwaniaczku, chodź tu do mnie! - Czyli miło być ciągle dzieckiem.
Mamy Nowy Rok (najlepszego, Kochani!), a ja właśnie piję herbatę
i jem kruche ciasteczka, które upiekła mama przed Bożym Narodzeniem. W zasadzie
to powinnam czytać jakąś filozofię albo lektury na kolokwium, ale mi się nie
chce. Pewnie potem będę tego żałować, ale trudno. Nie chce mi się o tym myśleć.
Wolę patrzeć na regał z książkami, które już przeczytałam albo dopiero
przeczytam, ale dla przyjemności. Zastanawiam się o czym mogłabym napisać tym
razem. Podczas świąt siedziałam do trzeciej albo do czwartej nad ranem i
czytałam kolejną książkę Moniki Szwai, ale o tym nie będę już pisać, bo kiedyś
to zrobiłam. Zdecydowałam się na coś innego...
Zapewne każdy z nas miał kiedyś w swoich rękach albo komiks
albo pamiętnik, o ile sam go nie pisał. A co jeśli połączymy te formy? Cóż,
powstaje coś uroczego i zabawnego. A zatem przedstawiam Wam... "Dziennik
Cwaniaczka". Pierwszy raz spotkałam się z tą serią w gimnazjum. Byliśmy
wtedy na jakiejś wycieczce szkolnej w Gdańsku i podczas czasu wolnego
poleciałam do Empiku (w moim wspaniałym mieście jeszcze tego cudownego sklepu
nie było). Koniecznie chciałam kupić jakąś książkę, którą mogłabym zacząć
czytać w pociągu do domu. Długo wahałam się między "Dziennikiem Cwaniaczka",
a pierwszą częścią książki "Bracia Hardy". Padło na Cwaniaczka,
jednak był mały problem. Na półce była tylko druga część, a pierwszej brak.
Stwierdziłam, że trudno, ale biorę to. Wydałam całe 24,90 zł i zadowolona
wróciłam do domu. Książka była tak wciągająca i zabawna, że przeczytałam ją w
30 minut.
A teraz najlepsze... Tej cudownej serii nie przeczytałam w
odpowiedniej kolejności, jednak jej zaletą jest to, że od obojętnie jakiej
części by się zaczęło lekturę, człowiek zawsze odnajdzie wątek. Na chwilę
obecną seria w Polsce doczekała się ośmiu części i jednego tworu, który jest
czymś w stylu Do It Yourself, czyli płacisz 25 zł za coś po czym samemu możesz
sobie pobazgrać i stworzyć to. Egzemplarz DIY sobie podarowałam, ale reszta
gości na moim regale. Jak mówiłam, rozpoczęłam czytanie od części drugiej.
Potem sięgnęłam po trzecią, czwartą, pierwszą, siódmą, piątą, szóstą i ósmą.
Trochę to pokręcone, ale zależało to od dostępności serii w sklepie.
Przykładowo cześć siódmą kupiłam w Lidlu za 17,99 zł. Ucieszyło mnie to bardzo.
Sama książka to forma pamiętnika, który pisze główny bohater
Greg Heffley. W każdym tomie opisuje on swoje zabawne przygody, w których
pojawia się jego zwariowana rodzina, najlepszy przyjaciel i ludzie ze szkoły,
których nie darzy zbyt wielką sympatią. Do każdej strony pamiętnika są
dołączone urocze obrazki stworzone prze Grega.
Seria jest generalnie przeznaczona dla dzieci, którym się
nie chce czytać. Podkreślam, przeznaczona dla dzieci, ale ja się z tym nie
zgodzę. W książce jestem zakochana od jakiś 6 lat. Ale śmieszniejszą rzeczą
jest to, że moja kuzynka, która jest ode mnie starsza o osiem lat również
uwielbia Grega i jego zapiski. Dlatego uważam, że książek nie powinno się
kategoryzować ze względu na wiek. Tę książkę będę polecać zarówno ośmioletnim
dzieciakom, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę ze światem literatury,
jaki i trzydziestoletniej dziewczynie, która ma po prostu ochotę się pośmiać i
zrelaksować.
Dodam jeszcze tylko to, że czekam na kolejną część przygód
Cwaniaczka, bo jedną książkę połyka się dosłownie w trzydzieści minut. Siadasz,
otwierasz "Dziennik..." na pierwszej stronie i nim się zorientujesz
dolatujesz do końca i z ogromną niecierpliwością czekasz aż na półce w sklepie
pojawi się kolejny tom. Jeśli macie pod ręką wolne 24, 90 zł (na empik.com jak
zawsze będzie trochę tańsze) i nie wiecie na co je wydać to śmiało zdecydujcie
się na zakup.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



