Odkąd tylko się dowiedziałam, że będzie film "Moje córki krowy" to wiedziałam, że chcę go zobaczyć. Początkowo mama mi obiecała, że pójdziemy razem, ale jak to zwykle bywa porzuciłam ten pomysł i wybrałam się na niego z kumpelką z grupy. Teraz, po seansie zrozumiałam, że dobrze się stało, że nie poszłam z mamą.
Wszystkie możliwe media i strony internetowe krzyczą, że jest to komedia. Ja się nie mogę z tym zgodzić. Uważam, że to prawdziwy obyczajowy film z elementami komicznymi. Myślę, że tematyka, która jest poruszana w tym filmie nie jest zabawna, ale może być pokazana w pogodny sposób, co właśnie stało się w tym filmie. A o czym produkcja?
Mamy dwie siostry, jedna jest aktorką, zrównoważoną kobietą, wydającą się bez uczuć, która ma problem by być w jakimkolwiek związku (w tej roli Agata Kulesza). Druga siostra (Gabriela Muskała) jest nauczycielką, z zapędami alkoholowymi, która jest żoną kompletnego nieroba i nieudacznika (w tej roli genialny Marcin Dorociński). Między siostrami relacje nie są najlepsze, jednak gdy rodzice obu kobiet zaczynają poważnie chorować, starają się one polepszyć relacje między sobą.
Nie wiem dlaczego, ale ciężko mi pisać o tym filmie. Może dlatego, że uświadomił mi, że życie pędzi w niesamowitym tempie, a my, ludzie, nie stajemy się młodsi tylko coraz starsi. W każdej chwili możemy zostać sami, bo przecież świat jest tak zbudowany, że zazwyczaj to nasi rodzice jako pierwsi nas opuszczają. Oglądając ten film, momentami walczyłam sama ze sobą. Nie dlatego, że gdzieś pod powiekami czaiły się łzy smutku i rozpaczy, ale dlatego, że rzeczywistość zaczęła okładać mnie prosto w twarz. Jednak sióstr w filmie powiedziała: "Boże i co ja teraz zrobię bez rodziców?". Dokładnie, ja też się zaczęłam nad tym zastanawiać. Co ze mną wtedy będzie? Może zdążę dorosnąć do tego, bliżej nieokreślonego czasu, ale nie potrafię o tym teraz myśleć.
Oprócz tego, że w filmie temat śmierci wisi w powietrzu, to daje on także przesłanie, że nie należy wybiegać zbyt mocno w przyszłość i zastanawiać się nad tym co będzie potem, tylko korzystać ze wszystkich chwil, które są tu i teraz. Gdy już wiadomo, że czasu coraz mniej to nie należy go marnować.
Film naprawdę wywołuje silne emocje. Sama, żeby powstrzymać łzy, zacisnęłam szczękę tak mocno, że gdy już rozluźniłam uścisk poczułam, że zdrętwiała mi żuchwa. Z kolei wychodząc z sali po seansie, widziałam, że wiele osób przeciera oczy i szuka chusteczek, by doprowadzić się do stanu, w którym mogliby się publiczne pokazać, gdyż ich oczy i policzki były mokre od łez.
Nie chcę w tym wpisie spoilerować, bo wierzę, że wiele osób wybierze się na ten film i samemu będziecie mogli poczuć to co czuło większość widzów, ale muszę napisać, że więź, która nasila się pomiędzy córkami, a ojcem (niesamowity, nie tylko w tej roli, Marian Dziędziel) jest fantastyczna. Możliwe, że wiele osób ma świetny kontakt, że swoimi rodzicami, ale sporo ludzi może tylko pomarzyć o czymś takim. Pokazano tu całkowite wsparcie i próbę ratowania/ulżenia w cierpieniu rodzicom (doskonała scena z paleniem marihuany).
Nie wiem co bym mogła więcej napisać. Film doskonały, pokazuje walkę z tym co nieuniknione i co czeka każdego z nas. Pozostaje tylko zachęcić do udania się do kina i pozwolenie na emocjonalne rozszarpanie.
Moje serce jest jak autobus: ma 48 miejsc siedzących i pełno rurek do trzymania się podczas stania... Taka właśnie jestem!
niedziela, 10 stycznia 2016
piątek, 8 stycznia 2016
To wszystko jest w twoim Mind Palace
To aż nie wypada się przyznawać, ale tyle razy próbowałam zabrać się do napisania wpisu o Sherlocku. Jednak za każdym razem mi nie wychodziło. A to nie mogłam zebrać myśli o czym konkretnie miałam pisać, a to nie chciało mi się szukać jakiś tam informacji, no zawsze coś. Ale dziś natrafiła się idealna okazja. Wczoraj miałam przyjemność znaleźć się w kinie na seansie specjalnego odcinka. A skoro jest okazja to i wpis musi być.
Jeżeli ktoś kiedyś zapyta mnie jaki serial kocham najbardziej to bez wahania odpowiem, że jest to Sherlock. Mój poziom fangirlizmu w tej dziedzinie przekracza wszelkie granice. Gdyby nie My Darling to prawdopodobnie tkwiłabym w niewiedzy, że takie coś istnieje (serial BBC oczywiście). No dobra, może bym jakoś do tego dotarła, ale pewnie pod długim czasie. Uwielbiam opowiadania Conan Doyle'a, nawet mam takie wielkie wydanie ze wszystkimi opowiadaniami o Sherlocku, które najpierw otrzymałam na przetrzymanie, a potem usłyszałam: "Zatrzymaj. Ja tego nigdy nie przeczytam, a tobie na pewno się przyda". Jestem w tej kwestii takim świrem, że pisałam pracę zaliczeniową na jeden z przedmiotów o "Studium w szkarłacie" (dziś był termin jej oddania), czyli pierwszym opowiadaniu o Holmesie i robiłam prezentację na angielskim o serialu. Nawet o słynnym detektywie mówiłam podczas mojej prezentacji maturalnej. A jeśli chodzi o sam serial to z gadżetów fanowskich mam koszulki (dziś zamówiłam kolejną), kubek, skórkę na telefon, wszystkie sezony na DVD, plakaty, a także szalik, który wyglądem jest zbliżony do tego, który nosi Sherlock. Nie wspomnę już o mojej tapecie na komputerze, gdzie pośród 190 zdjęć puszczonych jako pokaz slajdów, to połowa dotyczy albo Sherlocka albo aktorów grających głównych bohaterów. Nadal wielką miłością darzę zarówno Benedict Cumberbatcha (czyli Holmesa) i Martina Freemana (Watson). Po prostu bez tej produkcji moje życie byłoby smutniejsze. Udało mi się także wkręcić trochę mojego tatę, co uważam za osobisty sukces.
Naprawdę potrafię o tym gadać godzinami i uwierzcie mi, to się nigdy nie nudzi. Ale jak pisałam wcześniej, wczoraj w kinach był odcinek specjalny. Na dobrą sprawę mogłam zdobyć odcinek na dzień po premierze z nielegalnych źródeł, ale nie zrobiłam tego. Po prostu nie chciałam sobie psuć elementu zaskoczenia, na który wybierałam się do kina. Nawet poświęciłam się tak bardzo, że przez 10 dni nie logowałam się na Tumblrze, żeby nie oglądać gifów, screenów i zdjęć z planu. I całe szczęście, że tego nie uczyniłam, bo wchodząc tam wczoraj wieczorem dashboard był tak bardzo zawalony, że już nie odróżniałam czy to reblogowałam czy nie. To co w takim razie musiało się dziać dzień albo dwa po premierze w Anglii? Wolę nie wiedzieć...
Wczorajszy seans był na 20. Kulturalnie, jak to ja, biegłam na SKM w przekonaniu, że jestem spóźniona, a się okazało, że moja kolejka przyjeżdża dopiero za 12 minut. Gdy już zapakowałam się do tego uroczego środka transportu, przejechałam trzy przystanki i wysiadłam w pobliżu kina. Nie sądziłam, że tuż za mną wysypie się armia sherlockowych fanów. Takie tłumy jakie ruszyły na kino, to ostatnio widziałam na Środach z Orange. Chociaż możliwe, że te były nawet większe. Wchodząc do środka odnalazłam w tłumie mojego Wilsonka (to jest złoty człowiek, bo już tyle lat znosi moje obsesje i nigdy się nie skarżyła, że aż mi czasem głupio), który już na mnie czekał. W międzyczasie spotkałam także nie dawno poznaną znajomą, która również zameldowała się na specjalnym pokazie. Gdy już zajęłyśmy swoje miejsca na jednej z większych (o ile nie największej) sal, to zaprezentowano nam zwiastun nowego Pitbulla (swoją drogą to może być naprawdę dobry film). A potem to już było z górki. Steven Moffat, współtwórca i scenarzysta serialu, oprowadził widzów po mieszkaniu Sherlocka, które ze swojej współczesnej wersji, zostało w pewnym stopniu przekształcone na takie, by pasowało do XIX wieku. Później otrzymaliśmy komunikat, że po projekcji odcinka zostaną pokazane wywiady, z aktorami i proszą nas o pozostanie. No mi dwa razy nie trzeba powtarzać. Zgasły światła i zaczęła się zabawa...
Pomysł z XIX - wiecznym Sherlockiem, jako odcinkiem specjalnym, początkowo trochę mnie zaskoczył i nie bardzo wiedziałam co mam na ten temat myśleć. Przecież to współczesność przyciągnęła wielu widzów do tego serialu. Jednak z każdym kolejnym dniem i następną pojawiającą się informacją zaczęłam się przekonywać. Przecież trzeba brać co dają, skoro kolejny sezon ma się pojawić dopiero w 2017 roku. Kto to widział, żeby na trzy nowe odcinki sezonu serialu czekać trzy lata?
Od tego momentu mogą pojawić się możliwe spoilery, więc jeśli nie chcesz wiedzieć co było bezpośrednio w odcinku, Drogi Czytelniku, to opuść to miejsce właśnie w tym momencie!
Dostaliśmy bardzo uroczy, trochę mroczny, ale pełen specyficznego dla Sherlocka humoru, odcinek, który przez pierwsze trzydzieści minut śmieszył tak bardzo, że cała sala ryczała ze śmiechu. Potem już zrobiło się nieco poważniej, ale nadal miało się wrażenie, że wciąż jest dobrze. Pierwsze dwie lub trzy sceny z nowego odcinka były skondensowanym kąskiem, który dostaliśmy bardzo dawno temu, gd nasi bohaterowie poznali się w pierwszym epizodzie. Z każdą kolejną minutą było coraz więcej nawiązań do poprzednich odcinków i sezonów. W pewnym momencie zorientowałam się, a raczej w mojej głowie zaczęły krążyć takie myśli, że może to wszystko co właśnie widzimy, to po prostu sen Sherlocka, który będąc na wygnaniu przysnął sobie w samolocie. Szybko odgoniłam te myśli i... Kaboom! Pojawia się współczesny Sherlock, który drzemie sobie w samolocie (właściwie to był w swoim Mind Palace). Otrzymujemy do tego obraz Watsona w zwykłej kurtce i Mary w ciąży. Potem szybko znowu trafiamy do XIX wieku i za chwilę raz jeszcze wracamy do współczesności. Miałam wrażenie, że zaczyna mi się kręcić w głowie i nie bardzo wiem co się dzieje, bo na ekranie ponownie pojawia się Holmes nie z naszej epoki, który leży zaćpany na dywanie i mówi Johnowi o odrzutowcach i telefonach komórkowych (nie pamiętam czy dobrze zapamiętałam). Człowiek już miał wrażenie, że nie wie czy XXI wiek i to wszystko co było do tej pory, to był po prostu narkotyczny sen detektywa czy może po prostu poprzez sen Sherlock przeniósł się z teraźniejszości w czasy wiktoriańskie.
Jeśli chodzi o zagadkę, którą rozwiązywał Sherlock wraz z Watsonem, to no cóż... Już po czterdziestu minutach seansu zorientowałam się, że Panną Młodą jest Moriarty i to co męczy Holmesa od tak dawna: Jak to możliwe, że jego arcywróg powrócił? Tylko czekałam aż odsłoni się twarz truposzki i zobaczę tam Jima. Długo się naczekałam, ale się doczekałam. Bardzo dobrą sceną było pojawienie się Moriarty'ego u Sherlocka w mieszkaniu. Był tu ewidentnie duch wcześniejszych scen pomiędzy bohaterami. No i plus wielka dziura w głowie złoczyńcy, która rozwaliła czaszkę na pół. Piękny widok!
Jeśli chodzi o samych bohaterów w tym odcinku to zdecydowanie na plus i z wieloma zaskoczeniami. Po pierwsze John i jego "nowa" błyskotliwość. Wydawał się być mądrzejszy. No i te jego rozmowy z Sherlockiem. Warte wszystkiego. No i mistrzowską sceną była rozmowa Watsona na migi. Zdecydowanie powinien poprawić swoje umiejętności w tej kwestii. Sam Sherlock, czyli Benedict, bez kręconych włosów jeszcze parę miesięcy temu nie miał prawa bytu w moim wyobrażeniu. No cóż, jednak można. Przez te ulizane włosy Cumberbatch wydawał się być wyższy. Generalnie, fajka i szlafroczek idealnie do niego pasowały. Bardzo dobrze pokazali wątek walki o prawa kobiet i Molly Hooper, która w kostnicy była całkiem przystojnym, choć bardzo chłopięcym mężczyzną. Na dokładkę mieliśmy Lestrade'a z bokobrodami i Mycrofta tak grubego, że ledwo co się mieścił w fotelu.
Pięknym podsumowaniem całego specjalnego odcinka była ostatnia scena, w której przy oknie stoi wiktoriański Sherlock, wypowiadający słowa, że zdecydowanie wyprzedza on swoje czasy, a za oknem mamy Londyn z XXI wieku, po którym poruszają się samochody i autobusy, a nie dorożki.
Jeśli chodzi o wywiady z aktorami, które mogliśmy obejrzeć po odcinku, to to była idealna wisienka na torcie. Zdecydowanie moje serce skradł Andrew Scott, czyli Moriarty, który w przeciągu kilku sekund z siebie samego potrafi się zmienić w swojego bohatera. W życiu nie słyszałam, żeby ktoś w taki niesamowity sposób wypowiedział swój adres mailowy.
Czy uważam odcinek za udany? Jak najbardziej. Rozrywka doskonała, a fandom nie powinien narzekać. Dostaliśmy wspaniałą przystawkę przed daniem głównym, które prawdopodobnie pojawi się już, a może raczej aż za rok.
P.S. Bardzo możliwe, że jutro pojawi się kolejny wpis, bo dziś przede mną po raz kolejny wizyta w kinie. Zbankrutuje...
Jeżeli ktoś kiedyś zapyta mnie jaki serial kocham najbardziej to bez wahania odpowiem, że jest to Sherlock. Mój poziom fangirlizmu w tej dziedzinie przekracza wszelkie granice. Gdyby nie My Darling to prawdopodobnie tkwiłabym w niewiedzy, że takie coś istnieje (serial BBC oczywiście). No dobra, może bym jakoś do tego dotarła, ale pewnie pod długim czasie. Uwielbiam opowiadania Conan Doyle'a, nawet mam takie wielkie wydanie ze wszystkimi opowiadaniami o Sherlocku, które najpierw otrzymałam na przetrzymanie, a potem usłyszałam: "Zatrzymaj. Ja tego nigdy nie przeczytam, a tobie na pewno się przyda". Jestem w tej kwestii takim świrem, że pisałam pracę zaliczeniową na jeden z przedmiotów o "Studium w szkarłacie" (dziś był termin jej oddania), czyli pierwszym opowiadaniu o Holmesie i robiłam prezentację na angielskim o serialu. Nawet o słynnym detektywie mówiłam podczas mojej prezentacji maturalnej. A jeśli chodzi o sam serial to z gadżetów fanowskich mam koszulki (dziś zamówiłam kolejną), kubek, skórkę na telefon, wszystkie sezony na DVD, plakaty, a także szalik, który wyglądem jest zbliżony do tego, który nosi Sherlock. Nie wspomnę już o mojej tapecie na komputerze, gdzie pośród 190 zdjęć puszczonych jako pokaz slajdów, to połowa dotyczy albo Sherlocka albo aktorów grających głównych bohaterów. Nadal wielką miłością darzę zarówno Benedict Cumberbatcha (czyli Holmesa) i Martina Freemana (Watson). Po prostu bez tej produkcji moje życie byłoby smutniejsze. Udało mi się także wkręcić trochę mojego tatę, co uważam za osobisty sukces.
Naprawdę potrafię o tym gadać godzinami i uwierzcie mi, to się nigdy nie nudzi. Ale jak pisałam wcześniej, wczoraj w kinach był odcinek specjalny. Na dobrą sprawę mogłam zdobyć odcinek na dzień po premierze z nielegalnych źródeł, ale nie zrobiłam tego. Po prostu nie chciałam sobie psuć elementu zaskoczenia, na który wybierałam się do kina. Nawet poświęciłam się tak bardzo, że przez 10 dni nie logowałam się na Tumblrze, żeby nie oglądać gifów, screenów i zdjęć z planu. I całe szczęście, że tego nie uczyniłam, bo wchodząc tam wczoraj wieczorem dashboard był tak bardzo zawalony, że już nie odróżniałam czy to reblogowałam czy nie. To co w takim razie musiało się dziać dzień albo dwa po premierze w Anglii? Wolę nie wiedzieć...
Wczorajszy seans był na 20. Kulturalnie, jak to ja, biegłam na SKM w przekonaniu, że jestem spóźniona, a się okazało, że moja kolejka przyjeżdża dopiero za 12 minut. Gdy już zapakowałam się do tego uroczego środka transportu, przejechałam trzy przystanki i wysiadłam w pobliżu kina. Nie sądziłam, że tuż za mną wysypie się armia sherlockowych fanów. Takie tłumy jakie ruszyły na kino, to ostatnio widziałam na Środach z Orange. Chociaż możliwe, że te były nawet większe. Wchodząc do środka odnalazłam w tłumie mojego Wilsonka (to jest złoty człowiek, bo już tyle lat znosi moje obsesje i nigdy się nie skarżyła, że aż mi czasem głupio), który już na mnie czekał. W międzyczasie spotkałam także nie dawno poznaną znajomą, która również zameldowała się na specjalnym pokazie. Gdy już zajęłyśmy swoje miejsca na jednej z większych (o ile nie największej) sal, to zaprezentowano nam zwiastun nowego Pitbulla (swoją drogą to może być naprawdę dobry film). A potem to już było z górki. Steven Moffat, współtwórca i scenarzysta serialu, oprowadził widzów po mieszkaniu Sherlocka, które ze swojej współczesnej wersji, zostało w pewnym stopniu przekształcone na takie, by pasowało do XIX wieku. Później otrzymaliśmy komunikat, że po projekcji odcinka zostaną pokazane wywiady, z aktorami i proszą nas o pozostanie. No mi dwa razy nie trzeba powtarzać. Zgasły światła i zaczęła się zabawa...
Pomysł z XIX - wiecznym Sherlockiem, jako odcinkiem specjalnym, początkowo trochę mnie zaskoczył i nie bardzo wiedziałam co mam na ten temat myśleć. Przecież to współczesność przyciągnęła wielu widzów do tego serialu. Jednak z każdym kolejnym dniem i następną pojawiającą się informacją zaczęłam się przekonywać. Przecież trzeba brać co dają, skoro kolejny sezon ma się pojawić dopiero w 2017 roku. Kto to widział, żeby na trzy nowe odcinki sezonu serialu czekać trzy lata?
Od tego momentu mogą pojawić się możliwe spoilery, więc jeśli nie chcesz wiedzieć co było bezpośrednio w odcinku, Drogi Czytelniku, to opuść to miejsce właśnie w tym momencie!
Dostaliśmy bardzo uroczy, trochę mroczny, ale pełen specyficznego dla Sherlocka humoru, odcinek, który przez pierwsze trzydzieści minut śmieszył tak bardzo, że cała sala ryczała ze śmiechu. Potem już zrobiło się nieco poważniej, ale nadal miało się wrażenie, że wciąż jest dobrze. Pierwsze dwie lub trzy sceny z nowego odcinka były skondensowanym kąskiem, który dostaliśmy bardzo dawno temu, gd nasi bohaterowie poznali się w pierwszym epizodzie. Z każdą kolejną minutą było coraz więcej nawiązań do poprzednich odcinków i sezonów. W pewnym momencie zorientowałam się, a raczej w mojej głowie zaczęły krążyć takie myśli, że może to wszystko co właśnie widzimy, to po prostu sen Sherlocka, który będąc na wygnaniu przysnął sobie w samolocie. Szybko odgoniłam te myśli i... Kaboom! Pojawia się współczesny Sherlock, który drzemie sobie w samolocie (właściwie to był w swoim Mind Palace). Otrzymujemy do tego obraz Watsona w zwykłej kurtce i Mary w ciąży. Potem szybko znowu trafiamy do XIX wieku i za chwilę raz jeszcze wracamy do współczesności. Miałam wrażenie, że zaczyna mi się kręcić w głowie i nie bardzo wiem co się dzieje, bo na ekranie ponownie pojawia się Holmes nie z naszej epoki, który leży zaćpany na dywanie i mówi Johnowi o odrzutowcach i telefonach komórkowych (nie pamiętam czy dobrze zapamiętałam). Człowiek już miał wrażenie, że nie wie czy XXI wiek i to wszystko co było do tej pory, to był po prostu narkotyczny sen detektywa czy może po prostu poprzez sen Sherlock przeniósł się z teraźniejszości w czasy wiktoriańskie.
Jeśli chodzi o zagadkę, którą rozwiązywał Sherlock wraz z Watsonem, to no cóż... Już po czterdziestu minutach seansu zorientowałam się, że Panną Młodą jest Moriarty i to co męczy Holmesa od tak dawna: Jak to możliwe, że jego arcywróg powrócił? Tylko czekałam aż odsłoni się twarz truposzki i zobaczę tam Jima. Długo się naczekałam, ale się doczekałam. Bardzo dobrą sceną było pojawienie się Moriarty'ego u Sherlocka w mieszkaniu. Był tu ewidentnie duch wcześniejszych scen pomiędzy bohaterami. No i plus wielka dziura w głowie złoczyńcy, która rozwaliła czaszkę na pół. Piękny widok!
Jeśli chodzi o samych bohaterów w tym odcinku to zdecydowanie na plus i z wieloma zaskoczeniami. Po pierwsze John i jego "nowa" błyskotliwość. Wydawał się być mądrzejszy. No i te jego rozmowy z Sherlockiem. Warte wszystkiego. No i mistrzowską sceną była rozmowa Watsona na migi. Zdecydowanie powinien poprawić swoje umiejętności w tej kwestii. Sam Sherlock, czyli Benedict, bez kręconych włosów jeszcze parę miesięcy temu nie miał prawa bytu w moim wyobrażeniu. No cóż, jednak można. Przez te ulizane włosy Cumberbatch wydawał się być wyższy. Generalnie, fajka i szlafroczek idealnie do niego pasowały. Bardzo dobrze pokazali wątek walki o prawa kobiet i Molly Hooper, która w kostnicy była całkiem przystojnym, choć bardzo chłopięcym mężczyzną. Na dokładkę mieliśmy Lestrade'a z bokobrodami i Mycrofta tak grubego, że ledwo co się mieścił w fotelu.
Pięknym podsumowaniem całego specjalnego odcinka była ostatnia scena, w której przy oknie stoi wiktoriański Sherlock, wypowiadający słowa, że zdecydowanie wyprzedza on swoje czasy, a za oknem mamy Londyn z XXI wieku, po którym poruszają się samochody i autobusy, a nie dorożki.
Jeśli chodzi o wywiady z aktorami, które mogliśmy obejrzeć po odcinku, to to była idealna wisienka na torcie. Zdecydowanie moje serce skradł Andrew Scott, czyli Moriarty, który w przeciągu kilku sekund z siebie samego potrafi się zmienić w swojego bohatera. W życiu nie słyszałam, żeby ktoś w taki niesamowity sposób wypowiedział swój adres mailowy.
Czy uważam odcinek za udany? Jak najbardziej. Rozrywka doskonała, a fandom nie powinien narzekać. Dostaliśmy wspaniałą przystawkę przed daniem głównym, które prawdopodobnie pojawi się już, a może raczej aż za rok.
P.S. Bardzo możliwe, że jutro pojawi się kolejny wpis, bo dziś przede mną po raz kolejny wizyta w kinie. Zbankrutuje...
poniedziałek, 4 stycznia 2016
Bye 2015, welcome 2016!
Mamy już trzeci dzień nowego roku, a ja na razie całkiem dobrze go zaczęłam. Zdążyłam mieć dobry melanż, wypoczywać, dokończyć czytać "Poradnik pozytywnego myślenia", obejrzeć mój ulubiony film, napisać jedną z trzech prac, odbyć szaloną wycieczkę po mieście i po prostu zmulać. Z kolei w najbliższym czasie będę mogła się oddać fangirlizmowi, ale także wpaść w wir pracy. Najpierw powinnam zająć się tym drugim (co częściowo uczynię), ale do tego pierwszego bardziej mnie ciągnie. Obiecuję, że podzielę się tym wszystkim tutaj z Wami, ale to w odpowiednim czasie.
Skoro skończył się 2015 rok to czas przedstawić pewne statystyki, które też będą dotyczyły nowego roku:
Liczba przeczytanych książek: nieskończenie wiele.
Liczba książek do przeczytania w przyszłym roku: dwa razy tyle co w punkcie powyżej.
Liczba obejrzanych filmów: nieskończenie wiele.
Liczba filmów do obejrzenia w przyszłym roku: dwa razy tyle co w punkcie powyżej.
Wizyty w teatrze: 1.
Najlepszy wypad do kina: "Hamlet".
Sukces roku: znalezienie się na drugim roku studiów.
Porażka roku: perturbacje studenckie.
Nowe znajomości: co najmniej 5.
Szczególne znajomości: co najmniej 3.
Utrata znajomości: co najmniej 1.
Nowe fangirlowskie miłości: 2 (pewnie jest ich więcej, ale dwie są bardzo, bardzo mocne).
Inne miłości: co najmniej 1.
Podróż w cudowne miejsce: 2 razy.
Podróż za granice: 1 raz.
Internetowe nowości: pojawienie się na Instagramie i Snapchacie.
Zmiany mieszkaniowe: 2 razy.
Najlepsze fangirlowskie prezenty: sztuk 3 (tort na urodziny, czyli chatka Hobbita, mikołajkowy - Groot i Secret Santa - notes z The Police)
Piosenka roku: Pidżama Porno - Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości.
Film roku: Ugotowany.
Najczęściej oglądany film w tym roku: Hobbit. Niezwykła Podróż.
Serial roku: drugi sezon Halt and Catch Fire.
Książka roku: Klub mało używanych dziewic (chociaż nie powstała w 2015 roku).
Coś z czego jestem dumna: rozpoczęcie nowego opowiadania, które jest oceniane przez profesjonalistę.
Zmiana wyglądu: blond włosy.
Żart roku: marzenie o zwierzaku.
Zakup roku: New Balance na Black Friday.
Dół roku: ciągłe oczekiwanie na nowy sezon Sherlocka.
Zawał roku: awaryjne lądowanie samolotu w Londynie.
Koncert roku: Luxtorpeda.
Ominęty koncert: Coma.
Szaleństwo roku: Minionki.
Najbardziej popularny wpis na blogu: Two be(ers) or not two be(ers), czyli krew, pot i dużo łez...
Zapewne zapomniałam o wielu rzeczach, które miały miejsce w tym roku, ale pamięć ludzka jest zawodna i nic się na to nie poradzi. Dziękuję Wam za to, że jesteście ze mną i czytacie to co tu wrzucam. Liczba tych wszystkich wyświetleń motywuje mnie do dalszego pisania. Obiecuję, że w tym nowym roku będę starała pisać się częściej i o ciekawszych rzeczach.
Skoro skończył się 2015 rok to czas przedstawić pewne statystyki, które też będą dotyczyły nowego roku:
Liczba przeczytanych książek: nieskończenie wiele.
Liczba książek do przeczytania w przyszłym roku: dwa razy tyle co w punkcie powyżej.
Liczba obejrzanych filmów: nieskończenie wiele.
Liczba filmów do obejrzenia w przyszłym roku: dwa razy tyle co w punkcie powyżej.
Wizyty w teatrze: 1.
Najlepszy wypad do kina: "Hamlet".
Sukces roku: znalezienie się na drugim roku studiów.
Porażka roku: perturbacje studenckie.
Nowe znajomości: co najmniej 5.
Szczególne znajomości: co najmniej 3.
Utrata znajomości: co najmniej 1.
Nowe fangirlowskie miłości: 2 (pewnie jest ich więcej, ale dwie są bardzo, bardzo mocne).
Inne miłości: co najmniej 1.
Podróż w cudowne miejsce: 2 razy.
Podróż za granice: 1 raz.
Internetowe nowości: pojawienie się na Instagramie i Snapchacie.
Zmiany mieszkaniowe: 2 razy.
Najlepsze fangirlowskie prezenty: sztuk 3 (tort na urodziny, czyli chatka Hobbita, mikołajkowy - Groot i Secret Santa - notes z The Police)
Piosenka roku: Pidżama Porno - Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości.
Film roku: Ugotowany.
Najczęściej oglądany film w tym roku: Hobbit. Niezwykła Podróż.
Serial roku: drugi sezon Halt and Catch Fire.
Książka roku: Klub mało używanych dziewic (chociaż nie powstała w 2015 roku).
Coś z czego jestem dumna: rozpoczęcie nowego opowiadania, które jest oceniane przez profesjonalistę.
Zmiana wyglądu: blond włosy.
Żart roku: marzenie o zwierzaku.
Zakup roku: New Balance na Black Friday.
Dół roku: ciągłe oczekiwanie na nowy sezon Sherlocka.
Zawał roku: awaryjne lądowanie samolotu w Londynie.
Koncert roku: Luxtorpeda.
Ominęty koncert: Coma.
Szaleństwo roku: Minionki.
Najbardziej popularny wpis na blogu: Two be(ers) or not two be(ers), czyli krew, pot i dużo łez...
Zapewne zapomniałam o wielu rzeczach, które miały miejsce w tym roku, ale pamięć ludzka jest zawodna i nic się na to nie poradzi. Dziękuję Wam za to, że jesteście ze mną i czytacie to co tu wrzucam. Liczba tych wszystkich wyświetleń motywuje mnie do dalszego pisania. Obiecuję, że w tym nowym roku będę starała pisać się częściej i o ciekawszych rzeczach.
poniedziałek, 21 grudnia 2015
Przyjdzie zły Mikołaj i wszystkich zje!
Cóż, zbliżają się Święta i nie da się tego ukryć. Niby atmosfera, niby prezenty i zakupy, ale jednak czegoś brakuje. Śniegu? Spokoju? Czasu? Wydaje mi się, że to raczej coś innego.
Boże Narodzenie kojarzy mi się z czasami, gdy byłam małą dziewczynką, wierzyłam, że prezenty przynosi Mikołaj i nie interesowało mnie nic innego jak szybkie pochłonięcie pięciu pierogów i nurkowanie pod choinkę. Doskonale pamiętam jak jechaliśmy do babci (o ironio, kilka ulic dalej niż obecnie przebywam w tygodniu) naszym samochodem, którego zresztą też już nie ma i czekało się jak na jakiś największe spełnienie marzeń. Rodzinna atmosfera, specyficzny zapach świąt i lepienie pierogów. Z tego wszystkiego zostało tylko to ostatnie... W Mikołaja już dawno nie wierzę, świąteczną atmosferą rzygam już w połowie listopada, a czas, który powinien służyć odpowiednim przygotowaniom, ucieka nie wiadomo gdzie.
Tydzień temu w sobotę byłam w kinie na Krampusie. Z zasady nie chodzę na horrory, bo nie lubię się bać w kinie. Na film idę, żeby się wyluzować albo pogapić na aktorów. Ale na ten film trafiłam z tej okazji, że byłam u My Darling na weekend i stwierdziła, że obecnie w kinie leci chłam, a to jako jedyne nadaje się do obejrzenia. Trochę nie uśmiechało mi się ruszyć na takie coś, ale co zrobić?
Ku mojemu zdziwieniu to było bardziej zabawne niż straszne. Przestraszyłam się w sumie dwa razy, a w kulminacyjnym momencie, gdzie powinnam siedzieć pod fotelem ze strachu, ryłam się najgłośniej na całej sali i tylko modliłam się, żeby nie dostać czkawki, bo nie mogłam złapać oddechu z rozbawienia. Chociaż przez pewną scenę, gdy tylko widzę piernikowe ciastka-ludziki to dostaję schizy i biorę nogi za pas. Niestety to się nazywa zryty baniak.
Ale, ale, kim jest Krampus? Krampus to zły duch Świętego Mikołaja. Wierzy się w niego w tradycji niemiecko-austryjackiej i straszy się nim dzieci, W Polsce jeśli potomstwo bądź wszelkie dziecięcia są niegrzeczne to albo nie dostają prezentów albo są uraczone rózgą. U naszych zachodnich sąsiadów wpaja się dzieciom, że jeśli będą niegrzeczne to przyjdzie po nie Krampus i je zabierze. Kojarzy mi się to z moją koleżanką z dzieciństwa i tym jak mama straszyła ją, że jak nie będzie się jej słuchała to przyjdzie po nią dziad i ją ukradnie. Czyżby to miało jakiś związek?
Do tego Krampus był kimś w rodzaju strażnika świąt. Jeśli jakaś rodzina zapominała co to magia świąt i co w tym czasie jest najważniejsze to ją odwiedzał i nie była to przyjemna wizyta. Takiego spotkania doczekali się bohaterowie filmu. Film polecam, jeżeli komuś się nudzi i chce się trochę pośmiać w małym napięciu.
Za to od tygodnia zaczynam się zastanawiać czy taki Krampus nie istnieje naprawdę. W tym roku dzieje się ze mną coś dziwnego. Wszyscy czekają na te Święta jak na zbawienie, ciągle powtarzają, że chcą już jechać do domu, do rodziców. A ja co? Najbardziej mam ochotę wyjechać gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie i całe to świąteczne szaleństwo mnie ominie. Powinnam się cieszyć, że nadszedł taki wyjątkowy czas, że rodzina, że prezenty, że to wszystko. Ale ja po prostu jestem z boku. Jakby to mnie nie dotyczyło. Może jest to spowodowane tym, że praktycznie przez Święta będę sama (no, pomijając Wigilię). A to przecież żadna radość być samym w ten czas. Co z tego, że lodówka będzie pełna, jak w domu nie będziemy mieli choinki, a moi rodzice będą 200 kilometrów ode mnie. Równie dobrze mogłabym nie wracać do domu na Święta, co było jedną z pierwszych moich myśli.
Skoro już tak będzie jak będzie to postanowiłam, że przez te dwa dni nie będę wykazywać żadnej aktywności z wyjątkiem zbudowania sobie fortecy na łóżku, zgarnięciu sałatki jarzynowej i łososia z lodówki i zanurzeniu się w jakiś dobrych filmach. Bo co innego mam robić? Udawać, że jest fajnie i całkowicie mi to odpowiada? Gówno prawda.
Dlatego, gdy z roku na rok zbliżają się Święta, ja mam ochotę znowu być tą małą dziewczynką, która pod choinką znalazła Teletubisia i wiadro klocków LEGO, które wtedy były szczytem moich marzeń. A teraz, nawet siedząc i pisząc ten wpis, obok mnie leżą moje prezenty, które sama sobie kupiłam i na które 24 grudnia będę musiała zareagować totalnym zaskoczeniem, bo przecież wolą dać mi kasę niż kupić coś co mi się nie spodoba. Tylko, że jeszcze parę lat temu to nie było problemem, bo ja naprawdę potrafię się cieszyć ze wszystkiego. Nawet jeśli miałby to być sweter z reniferem i para skarpet.
P.S. Planuję zrobić do Bożego Narodzenia jeszcze jeden wpis, ale nie wiem co z tego wyjdzie. Tak czy inaczej już teraz życzę Wam wszystkim wesołych, zdrowych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia! :) Na pewno życzenia pojawią się jeszcze na fanpage'u na Facebooku, ale człowiek przezorny to zawsze ubezpieczony czy jakoś tak.
Boże Narodzenie kojarzy mi się z czasami, gdy byłam małą dziewczynką, wierzyłam, że prezenty przynosi Mikołaj i nie interesowało mnie nic innego jak szybkie pochłonięcie pięciu pierogów i nurkowanie pod choinkę. Doskonale pamiętam jak jechaliśmy do babci (o ironio, kilka ulic dalej niż obecnie przebywam w tygodniu) naszym samochodem, którego zresztą też już nie ma i czekało się jak na jakiś największe spełnienie marzeń. Rodzinna atmosfera, specyficzny zapach świąt i lepienie pierogów. Z tego wszystkiego zostało tylko to ostatnie... W Mikołaja już dawno nie wierzę, świąteczną atmosferą rzygam już w połowie listopada, a czas, który powinien służyć odpowiednim przygotowaniom, ucieka nie wiadomo gdzie.
Tydzień temu w sobotę byłam w kinie na Krampusie. Z zasady nie chodzę na horrory, bo nie lubię się bać w kinie. Na film idę, żeby się wyluzować albo pogapić na aktorów. Ale na ten film trafiłam z tej okazji, że byłam u My Darling na weekend i stwierdziła, że obecnie w kinie leci chłam, a to jako jedyne nadaje się do obejrzenia. Trochę nie uśmiechało mi się ruszyć na takie coś, ale co zrobić?
Ku mojemu zdziwieniu to było bardziej zabawne niż straszne. Przestraszyłam się w sumie dwa razy, a w kulminacyjnym momencie, gdzie powinnam siedzieć pod fotelem ze strachu, ryłam się najgłośniej na całej sali i tylko modliłam się, żeby nie dostać czkawki, bo nie mogłam złapać oddechu z rozbawienia. Chociaż przez pewną scenę, gdy tylko widzę piernikowe ciastka-ludziki to dostaję schizy i biorę nogi za pas. Niestety to się nazywa zryty baniak.
Ale, ale, kim jest Krampus? Krampus to zły duch Świętego Mikołaja. Wierzy się w niego w tradycji niemiecko-austryjackiej i straszy się nim dzieci, W Polsce jeśli potomstwo bądź wszelkie dziecięcia są niegrzeczne to albo nie dostają prezentów albo są uraczone rózgą. U naszych zachodnich sąsiadów wpaja się dzieciom, że jeśli będą niegrzeczne to przyjdzie po nie Krampus i je zabierze. Kojarzy mi się to z moją koleżanką z dzieciństwa i tym jak mama straszyła ją, że jak nie będzie się jej słuchała to przyjdzie po nią dziad i ją ukradnie. Czyżby to miało jakiś związek?
Do tego Krampus był kimś w rodzaju strażnika świąt. Jeśli jakaś rodzina zapominała co to magia świąt i co w tym czasie jest najważniejsze to ją odwiedzał i nie była to przyjemna wizyta. Takiego spotkania doczekali się bohaterowie filmu. Film polecam, jeżeli komuś się nudzi i chce się trochę pośmiać w małym napięciu.
Za to od tygodnia zaczynam się zastanawiać czy taki Krampus nie istnieje naprawdę. W tym roku dzieje się ze mną coś dziwnego. Wszyscy czekają na te Święta jak na zbawienie, ciągle powtarzają, że chcą już jechać do domu, do rodziców. A ja co? Najbardziej mam ochotę wyjechać gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie i całe to świąteczne szaleństwo mnie ominie. Powinnam się cieszyć, że nadszedł taki wyjątkowy czas, że rodzina, że prezenty, że to wszystko. Ale ja po prostu jestem z boku. Jakby to mnie nie dotyczyło. Może jest to spowodowane tym, że praktycznie przez Święta będę sama (no, pomijając Wigilię). A to przecież żadna radość być samym w ten czas. Co z tego, że lodówka będzie pełna, jak w domu nie będziemy mieli choinki, a moi rodzice będą 200 kilometrów ode mnie. Równie dobrze mogłabym nie wracać do domu na Święta, co było jedną z pierwszych moich myśli.
Skoro już tak będzie jak będzie to postanowiłam, że przez te dwa dni nie będę wykazywać żadnej aktywności z wyjątkiem zbudowania sobie fortecy na łóżku, zgarnięciu sałatki jarzynowej i łososia z lodówki i zanurzeniu się w jakiś dobrych filmach. Bo co innego mam robić? Udawać, że jest fajnie i całkowicie mi to odpowiada? Gówno prawda.
Dlatego, gdy z roku na rok zbliżają się Święta, ja mam ochotę znowu być tą małą dziewczynką, która pod choinką znalazła Teletubisia i wiadro klocków LEGO, które wtedy były szczytem moich marzeń. A teraz, nawet siedząc i pisząc ten wpis, obok mnie leżą moje prezenty, które sama sobie kupiłam i na które 24 grudnia będę musiała zareagować totalnym zaskoczeniem, bo przecież wolą dać mi kasę niż kupić coś co mi się nie spodoba. Tylko, że jeszcze parę lat temu to nie było problemem, bo ja naprawdę potrafię się cieszyć ze wszystkiego. Nawet jeśli miałby to być sweter z reniferem i para skarpet.
P.S. Planuję zrobić do Bożego Narodzenia jeszcze jeden wpis, ale nie wiem co z tego wyjdzie. Tak czy inaczej już teraz życzę Wam wszystkim wesołych, zdrowych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia! :) Na pewno życzenia pojawią się jeszcze na fanpage'u na Facebooku, ale człowiek przezorny to zawsze ubezpieczony czy jakoś tak.
wtorek, 1 grudnia 2015
Two be(ers) or not to be(ers), czyli krew, pot i dużo łez...
Wczoraj miałam niesamowitą przyjemność zobaczyć transmisję National Theatre Live i spektakl "Hamlet". Nie powiem, oczekiwałam na ten dzień odkąd tylko pojawiła się informacja, że można już rezerwować bilety, ale im bliżej godziny zero, tym bardziej uchodziło ze mnie ciśnienie. A już w ogóle zwątpiłam w całe przedsięwzięcie, gdy dowiedziałam się, że spektakl potrwa cztery godziny (przedwczoraj informacja została zweryfikowana, że to jednak będzie 210 minut) i po prostu zasnę tam z nudów. Otóż... BŁĄD!
Po wejściu do kina poczułam jakąś dziwną fangirlową moc i zdałam sobie sprawę, że ja tu przecież nie jestem za karę tylko z miłości. Tytułowego Hamleta gra Benedict Cumberbatch i jakże by mogło to być torturą? Mimo iż kino było puste (w porównaniu ze Środami z Orange, oczywiście) to wszędzie widziałam tych oczekujących w napięciu ludzi. Na salę zaczęli wpuszczać na pięć minut przed rozpoczęciem transmisji. Gdy tłum zaczął zajmować miejsca, na naszych fotelach zauważyliśmy dwie kartki: ankietę dotyczącą naszych wrażeń odnośnie spektaklu i kupon konkursowy Fiata 500. Takie tam, lokowanie produktu. Przeurocza pani udzieliła nam kilku wskazówek dotyczących trwania pokazu i przerwy jaka miała się dobyć, a także co należy zrobić z ankietami. Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca zabawa się zaczęła.
Zanim dostaliśmy to po co przyszliśmy, mieliśmy okazję obejrzeć krótki wywiad z Benedictem Cumberbatchem oraz jego wizytę w jednej ze szkół, w których grupa teatralna przedstawiła własną interpretację sztuki. Niestety jestem tak bardzo spaczoną fangirl, że wiedziałam o czym Ben będzie mówił w wywiadzie, bo widziałam gify na Tumblrze. Tak to jest jak połowa blogów, które obserwujesz dotyczą właśnie Cumberbatcha.
Po takim krótkim wprowadzeniu otrzymaliśmy piękny pokaz, który wywoływał wszelkie możliwe emocje. Cumberbatchowi można zarzucić brak urody (przynajmniej tej szytej pod kanon typowego piękna), ale nie beztalencie. Aktorem jest obłędnym i sposób w jaki potrafi żonglować emocjami jest niesamowity. W jednej chwili potrafi wylewać morze łez, by za chwilę robić z siebie błazna i zachowywać się jak pięcioletnie dziecko. Komizm i dramatyzm przeplatają się w takim tempie, że nie można się choć przez chwilę nudzić. Do tego kto by się spodziewał, że Hamlet może biegać po scenie w jeansach, adidasach i koszulce z Davidem Bowiem? Otóż tak, to się właśnie wydarzyło. Ubiorem, wyglądem i zachowaniem główny bohater przypominał typowego 17-latka, który żyje w bogactwie, tylko trochę jest nieszczęśliwy. No dobra, trochę bardzo. A na dokładkę ma kumpla hipstera, który jest cały wytatuowany i chodzi w koszulach w kratę. W jednej ze scen, gdy grabarz kopał dół, a Hamlet i Horatio mu się przyglądają, panowie wyglądają jakby wybrali się na nocne zwiady dzielni. Jeszcze Ofelia ubiorem zahaczała o współczesność. Nosiła duży, rozciągnięty sweter albo piękną czarną suknię. Miało się wrażenie, że młodzi bohaterowie sztuki są nawiązaniem do współczesności. Z kolei "starszyzna" była odziana klasycznie, epokowo. Do tego pojawiały się rekwizyty naszych czasów. Ofelia biegała z aparatem i robiła zdjęcia, grabarz miał radio i termos.
O ciarki na całym ciele przyprawiała scenografia i muzyka. Każdy element dekoracji był bardzo realistyczny, co sprawiało, że widz czuł się jakby był w jakimś prawdziwym zamku i przyglądał się wszystkiemu z boku. Pięknym momentem był fragment, który kończył część pierwszą spektaklu. Na całej scenie panowała ciemność, a tylko z bocznych drzwi wydobywały się błyski i grzmoty jakby za rogiem czaiła się burza.
Moim wyznacznikiem znudzenia w kinie/teatrze jest częstotliwość spoglądania na zegarek. Podczas spektaklu zrobiłam to tylko dwa razy. Pierwszy taki incydent miał miejsce na czterdzieści minut przed przerwą i to tylko dlatego, że moje pośladki zaczęły drętwieć. Drugi raz stało się tak na dziesięć minut przed przerwą i gdy spojrzałam na zegarek to byłam w szoku, że już jest tak późna pora i że ten czas tak szybko zleciał.
Jak wszyscy wiedzą (albo i nie, ale spoilera nie zrobię, bo książka istnieje już parę lat) prawie wszyscy bohaterowie na końcu sztuki umierają i leżą na scenie. Zabawną sytuacją było jak Cumberbatch padł martwy, ale tak ciężko oddychał ze zmęczenia (w wywiadzie powiedział, że jest ciągle głodny i bez życia), że jego całe ciało się ruszało. Czyli był martwy, ale jednak nie. Oczywiście, to tylko taka zabawna dygresja z mojej strony i wybaczam mu wszystko, bo to naprawdę był kawał dobrej roboty. Widać było, że przygotowania zabrały mu dużo czasu i pochłonęły wiele energii, bo zrobił się taki chudy, że mocniejszy powiew wiatru mógłby go zdmuchnąć ze sceny.
Oczywiście moje czujne fangirlowskie oko nie odpoczywało ani trochę i w jednej ze scen z Hamleta wychodził tak bardzo Sherlock. Tutaj znowu żartuję, ale tempo wymawianych słów w jednej z rozmów/monologu (w sumie ciężko określić) było tak zawrotne jak podczas wywodów myślowych u Sherlocka, w którego Cumberbatch się wciela.
Jeśli ktoś by był zainteresowany udaniem się na spektakl to gorąco polecam. I nie ważne czy jest się fanem Cumberbatcha, londyńskiego teatru, Szekspira czy genialnych przedstawień, pod każdym względem warto. Tym bardziej, że cena biletu do Multikina to 30 zł (jak na trzy i pół godzinny spektakl to chyba nie tak dużo), a gdyby przyszło nam iść do teatru w Londynie to w Funtach by się człowiek nie wypłacił. Wiadomo, co na żywo to na żywo, ale emocje zbliżone. Cóż, muszę się przyznać, że rozważam ponowne udanie się na "Hamleta", ale ciii...
P.S. Na spektaklu byłam z nieocenionym Wilsonem, który mimo swojego ogromnego zmęczenia wysiedział tam ze mną i chyba nawet dobrze się bawił. Mam rację, moja droga? Gdy zajmowaliśmy miejsca powiedziała zdanie, które zdecydowanie potwierdza, że jestem fangirl: "Widzisz te dwudziestki? *wskazuje na dziewczyny wchodzące na sale* One tu zdecydowanie są dla Cumberbatcha." No właśnie, ja też tam po to byłam, ale nie tylko. Dostałam przecudowną rozrywkę w dniu jakże ważnym dla mnie.
P.S. 2. Właśnie się zorientowałam, że aktor, który grał najlepszego kumpla Hamleta jest mi znany, bo widziałam wcześniej trzy filmy z nim. Oczywiście nie byłam tego świadoma. A wystarczyło sprawdzić czy tatuaże, które miał na sobie to jego własność czy tylko charakteryzacja...
Po wejściu do kina poczułam jakąś dziwną fangirlową moc i zdałam sobie sprawę, że ja tu przecież nie jestem za karę tylko z miłości. Tytułowego Hamleta gra Benedict Cumberbatch i jakże by mogło to być torturą? Mimo iż kino było puste (w porównaniu ze Środami z Orange, oczywiście) to wszędzie widziałam tych oczekujących w napięciu ludzi. Na salę zaczęli wpuszczać na pięć minut przed rozpoczęciem transmisji. Gdy tłum zaczął zajmować miejsca, na naszych fotelach zauważyliśmy dwie kartki: ankietę dotyczącą naszych wrażeń odnośnie spektaklu i kupon konkursowy Fiata 500. Takie tam, lokowanie produktu. Przeurocza pani udzieliła nam kilku wskazówek dotyczących trwania pokazu i przerwy jaka miała się dobyć, a także co należy zrobić z ankietami. Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca zabawa się zaczęła.
Zanim dostaliśmy to po co przyszliśmy, mieliśmy okazję obejrzeć krótki wywiad z Benedictem Cumberbatchem oraz jego wizytę w jednej ze szkół, w których grupa teatralna przedstawiła własną interpretację sztuki. Niestety jestem tak bardzo spaczoną fangirl, że wiedziałam o czym Ben będzie mówił w wywiadzie, bo widziałam gify na Tumblrze. Tak to jest jak połowa blogów, które obserwujesz dotyczą właśnie Cumberbatcha.
Po takim krótkim wprowadzeniu otrzymaliśmy piękny pokaz, który wywoływał wszelkie możliwe emocje. Cumberbatchowi można zarzucić brak urody (przynajmniej tej szytej pod kanon typowego piękna), ale nie beztalencie. Aktorem jest obłędnym i sposób w jaki potrafi żonglować emocjami jest niesamowity. W jednej chwili potrafi wylewać morze łez, by za chwilę robić z siebie błazna i zachowywać się jak pięcioletnie dziecko. Komizm i dramatyzm przeplatają się w takim tempie, że nie można się choć przez chwilę nudzić. Do tego kto by się spodziewał, że Hamlet może biegać po scenie w jeansach, adidasach i koszulce z Davidem Bowiem? Otóż tak, to się właśnie wydarzyło. Ubiorem, wyglądem i zachowaniem główny bohater przypominał typowego 17-latka, który żyje w bogactwie, tylko trochę jest nieszczęśliwy. No dobra, trochę bardzo. A na dokładkę ma kumpla hipstera, który jest cały wytatuowany i chodzi w koszulach w kratę. W jednej ze scen, gdy grabarz kopał dół, a Hamlet i Horatio mu się przyglądają, panowie wyglądają jakby wybrali się na nocne zwiady dzielni. Jeszcze Ofelia ubiorem zahaczała o współczesność. Nosiła duży, rozciągnięty sweter albo piękną czarną suknię. Miało się wrażenie, że młodzi bohaterowie sztuki są nawiązaniem do współczesności. Z kolei "starszyzna" była odziana klasycznie, epokowo. Do tego pojawiały się rekwizyty naszych czasów. Ofelia biegała z aparatem i robiła zdjęcia, grabarz miał radio i termos.
O ciarki na całym ciele przyprawiała scenografia i muzyka. Każdy element dekoracji był bardzo realistyczny, co sprawiało, że widz czuł się jakby był w jakimś prawdziwym zamku i przyglądał się wszystkiemu z boku. Pięknym momentem był fragment, który kończył część pierwszą spektaklu. Na całej scenie panowała ciemność, a tylko z bocznych drzwi wydobywały się błyski i grzmoty jakby za rogiem czaiła się burza.
Moim wyznacznikiem znudzenia w kinie/teatrze jest częstotliwość spoglądania na zegarek. Podczas spektaklu zrobiłam to tylko dwa razy. Pierwszy taki incydent miał miejsce na czterdzieści minut przed przerwą i to tylko dlatego, że moje pośladki zaczęły drętwieć. Drugi raz stało się tak na dziesięć minut przed przerwą i gdy spojrzałam na zegarek to byłam w szoku, że już jest tak późna pora i że ten czas tak szybko zleciał.
Jak wszyscy wiedzą (albo i nie, ale spoilera nie zrobię, bo książka istnieje już parę lat) prawie wszyscy bohaterowie na końcu sztuki umierają i leżą na scenie. Zabawną sytuacją było jak Cumberbatch padł martwy, ale tak ciężko oddychał ze zmęczenia (w wywiadzie powiedział, że jest ciągle głodny i bez życia), że jego całe ciało się ruszało. Czyli był martwy, ale jednak nie. Oczywiście, to tylko taka zabawna dygresja z mojej strony i wybaczam mu wszystko, bo to naprawdę był kawał dobrej roboty. Widać było, że przygotowania zabrały mu dużo czasu i pochłonęły wiele energii, bo zrobił się taki chudy, że mocniejszy powiew wiatru mógłby go zdmuchnąć ze sceny.
Oczywiście moje czujne fangirlowskie oko nie odpoczywało ani trochę i w jednej ze scen z Hamleta wychodził tak bardzo Sherlock. Tutaj znowu żartuję, ale tempo wymawianych słów w jednej z rozmów/monologu (w sumie ciężko określić) było tak zawrotne jak podczas wywodów myślowych u Sherlocka, w którego Cumberbatch się wciela.
Jeśli ktoś by był zainteresowany udaniem się na spektakl to gorąco polecam. I nie ważne czy jest się fanem Cumberbatcha, londyńskiego teatru, Szekspira czy genialnych przedstawień, pod każdym względem warto. Tym bardziej, że cena biletu do Multikina to 30 zł (jak na trzy i pół godzinny spektakl to chyba nie tak dużo), a gdyby przyszło nam iść do teatru w Londynie to w Funtach by się człowiek nie wypłacił. Wiadomo, co na żywo to na żywo, ale emocje zbliżone. Cóż, muszę się przyznać, że rozważam ponowne udanie się na "Hamleta", ale ciii...
P.S. Na spektaklu byłam z nieocenionym Wilsonem, który mimo swojego ogromnego zmęczenia wysiedział tam ze mną i chyba nawet dobrze się bawił. Mam rację, moja droga? Gdy zajmowaliśmy miejsca powiedziała zdanie, które zdecydowanie potwierdza, że jestem fangirl: "Widzisz te dwudziestki? *wskazuje na dziewczyny wchodzące na sale* One tu zdecydowanie są dla Cumberbatcha." No właśnie, ja też tam po to byłam, ale nie tylko. Dostałam przecudowną rozrywkę w dniu jakże ważnym dla mnie.
P.S. 2. Właśnie się zorientowałam, że aktor, który grał najlepszego kumpla Hamleta jest mi znany, bo widziałam wcześniej trzy filmy z nim. Oczywiście nie byłam tego świadoma. A wystarczyło sprawdzić czy tatuaże, które miał na sobie to jego własność czy tylko charakteryzacja...
wtorek, 24 listopada 2015
A teraz kac... Nie trzeba było tyle chlać!
Nadrabianie filmografii Bradley'a Coopera całkiem nieźle mi idzie i nadszedł czas, że zmierzyłam się z totalnym absolutem, który przyniósł mu największą sławę. Mam tu na myśli trylogię "Kac Vegas". Zaczęłam się zastanawiać jak to się stało, że wszyscy widzieli ten film poza mną. Nawet moi rodzice oglądali pierwszą część (co do drugiej to nie jestem pewna). Cóż, na szczęście już nie jestem w tyle i obejrzałam wszystkie trzy części.
Zakładam, że wszyscy wiedzą o co chodzi w tym filmie, jednak wolę przytoczyć ogólny zarys fabuły. Mamy czterech kumpli (właściwie to trzech, bo ten czwarty trafia do nich przez przypadek, klasycznie) i jeden z nich bierze ślub, więc koledzy postanawiają urządzić mu niezapomniany wieczór kawalerski. Otóż wieczór i jest, ale raczej z urwanym filmem niż zapamiętanym każdym szczegółem. No i w dwóch pierwszych filmach mamy taką "uroczą" przygodę, ale w ostatniej części jest już trochę inaczej. Jednak wszystko po kolei.
W pierwszej części szczęśliwym panem młodym jest Doug Billings (w tej roli Justin Bartha). Zaprasza on na swoje wesele dwóch kumpli, Phila Wennecka (Bradley Cooper) i Stu Price'a (Ed Helms). Przyczepia się do nich dodatkowo brat panny młodej, Alan Garner (Zach Galifianakis). I tak czterech panów udaje się do Las Vegas, by tam podczas szalonej nocy zgubić pana młodego, stracić pamięć i zrobić totalną rozpierdziuchę w apartamencie. A gdy budzą się rano próbują poskładać wszystko do kupy i dostarczyć Douga na jego własny ślub. W tej części świetną sprawą jest to, że wszystko z czym mamy do czynienia jest nowe i wcześniej nie spotkane. Konwencja odkrywania krok po kroku co się wydarzyło też jest niczego sobie. No i jeszcze eureka jaka dotyczy odnalezienia pana młodego może zaskoczyć.
Z kolei w drugiej części akcja przenosi się do Bangkoku, gdzie tym razem szczęśliwym przyszłym panem młodym jest Stu (jaki pech, że Phil już ma żonę w pierwszej części, ale wiadomo, najładniejszy musi być jako pierwszy zajęty). Tym razem do grona skacowanych dołącza brat panny młodej, 16-letni geniusz, którego to podczas imprezy panowie gubią. Tym razem jedynym trzeźwym pozostaje Doug, który jako kulturalny mąż szybciej urywa się z imprezy. Jednym z lepszych motywów drugiej części jest małpa, która handluje prochami. Nie sądziłam, że aż tak można wyszkolić te urocze stworzenia.
Jeśli chodzi o trzecią część to tutaj nie mamy już ślubu (no nie do końca... ups, spoiler?), a pogrzeb. Przez tą uroczystość (a właściwie zaburzenia psychiczne) przyjaciele i rodzina postanawiają wysłać Alana do ośrodka na terapię. Trzech jego kumpli pakują go do auta i... Zostają porwani. I tak zaczyna się zabawa w trzeciej części. Osobiście uważam (przyklaskując wszystkim dookoła), że ostatni film jest najsłabszy i ewidentnie był zrobiony dla pieniędzy. A niech sobie chłopcy zarobią.
Nie mogę nie wspomnieć o wszechobecnym w każdej części nijakim panu Chińczyku, czyli Chow (Ken Jeong). Typowa kanalia jaka jest potrzebna w tego typu filmach. W większość problemów chłopcy wpadają dzięki niemu. Generalnie mendy nie lubię, ale rozwalił mnie motyw z trzeciej cześci jak wyskoczył przez okno i lecąc ze spadochronem śpiewał "I believe I can fly".
Muszę jeszcze dodać, że w dwóch pierwszych częściach wystąpił Mike Tyson. Przy okazji to bardzo "muzykalny" facet. Przeuroczo w pierwszej części zaśpiewał "In the air tonight" Phila Collinsa i zagrał na powietrznej perkusji w moim ulubionym momencie. Z kolei w drugiej części zaśpiewał jedną z moich ulubionych piosenek z lat 80. "One night in Bangkok" (kurczę, może tego też nie powinnam zdradzać?). Szkoda, że w trzeciej się już nie pojawił, bo może tym razem by zatańczył?
Nie byłabym sobą, gdybym nie napisała nic o tym, dla którego obejrzałam ten film. Bohater Bradley'a Coopera gra "tego najprzystojniejszego" z czym oczywiście się zgadzam, ale muszę to napisać, że zdecydowanie lepiej wyglądałby w krótkich włosach. A może mi się tylko tak wydaje? Do tego Phil jest nauczycielem i tak sobie myślę, że całkiem fajnie byłoby mieć takiego uroczego wykładowce. Może przynajmniej bym nie przysypiała na zajęciach albo nie czytała książek. Tak czy inaczej sam Cooper przyznał w jednym z wywiadów (chyba nawet dla Dzień Dobry TVN, nie pamiętam), że Kac Vegas sprawiło, że otworzyła się dla niego furtka (zresztą dla wszystkich panów z głównej obsady) do nowych ról filmowych. Cóż, fajnie zacząć od bardzo kasowego filmu (oczywiście wcześniej grał w innych filmach), by potem zostać kilkakrotnie nominowanym do Oscara. Good job, Bradley!
Uważam, że to dobra trylogia, gdy ma się doła i potrzebna jest akcja-reanimacja, by poprawić swój nastrój. Zdecydowanie będę do tego powracać przy każdej możliwej okazji.
Zakładam, że wszyscy wiedzą o co chodzi w tym filmie, jednak wolę przytoczyć ogólny zarys fabuły. Mamy czterech kumpli (właściwie to trzech, bo ten czwarty trafia do nich przez przypadek, klasycznie) i jeden z nich bierze ślub, więc koledzy postanawiają urządzić mu niezapomniany wieczór kawalerski. Otóż wieczór i jest, ale raczej z urwanym filmem niż zapamiętanym każdym szczegółem. No i w dwóch pierwszych filmach mamy taką "uroczą" przygodę, ale w ostatniej części jest już trochę inaczej. Jednak wszystko po kolei.
W pierwszej części szczęśliwym panem młodym jest Doug Billings (w tej roli Justin Bartha). Zaprasza on na swoje wesele dwóch kumpli, Phila Wennecka (Bradley Cooper) i Stu Price'a (Ed Helms). Przyczepia się do nich dodatkowo brat panny młodej, Alan Garner (Zach Galifianakis). I tak czterech panów udaje się do Las Vegas, by tam podczas szalonej nocy zgubić pana młodego, stracić pamięć i zrobić totalną rozpierdziuchę w apartamencie. A gdy budzą się rano próbują poskładać wszystko do kupy i dostarczyć Douga na jego własny ślub. W tej części świetną sprawą jest to, że wszystko z czym mamy do czynienia jest nowe i wcześniej nie spotkane. Konwencja odkrywania krok po kroku co się wydarzyło też jest niczego sobie. No i jeszcze eureka jaka dotyczy odnalezienia pana młodego może zaskoczyć.
Z kolei w drugiej części akcja przenosi się do Bangkoku, gdzie tym razem szczęśliwym przyszłym panem młodym jest Stu (jaki pech, że Phil już ma żonę w pierwszej części, ale wiadomo, najładniejszy musi być jako pierwszy zajęty). Tym razem do grona skacowanych dołącza brat panny młodej, 16-letni geniusz, którego to podczas imprezy panowie gubią. Tym razem jedynym trzeźwym pozostaje Doug, który jako kulturalny mąż szybciej urywa się z imprezy. Jednym z lepszych motywów drugiej części jest małpa, która handluje prochami. Nie sądziłam, że aż tak można wyszkolić te urocze stworzenia.
Jeśli chodzi o trzecią część to tutaj nie mamy już ślubu (no nie do końca... ups, spoiler?), a pogrzeb. Przez tą uroczystość (a właściwie zaburzenia psychiczne) przyjaciele i rodzina postanawiają wysłać Alana do ośrodka na terapię. Trzech jego kumpli pakują go do auta i... Zostają porwani. I tak zaczyna się zabawa w trzeciej części. Osobiście uważam (przyklaskując wszystkim dookoła), że ostatni film jest najsłabszy i ewidentnie był zrobiony dla pieniędzy. A niech sobie chłopcy zarobią.
Nie mogę nie wspomnieć o wszechobecnym w każdej części nijakim panu Chińczyku, czyli Chow (Ken Jeong). Typowa kanalia jaka jest potrzebna w tego typu filmach. W większość problemów chłopcy wpadają dzięki niemu. Generalnie mendy nie lubię, ale rozwalił mnie motyw z trzeciej cześci jak wyskoczył przez okno i lecąc ze spadochronem śpiewał "I believe I can fly".
Muszę jeszcze dodać, że w dwóch pierwszych częściach wystąpił Mike Tyson. Przy okazji to bardzo "muzykalny" facet. Przeuroczo w pierwszej części zaśpiewał "In the air tonight" Phila Collinsa i zagrał na powietrznej perkusji w moim ulubionym momencie. Z kolei w drugiej części zaśpiewał jedną z moich ulubionych piosenek z lat 80. "One night in Bangkok" (kurczę, może tego też nie powinnam zdradzać?). Szkoda, że w trzeciej się już nie pojawił, bo może tym razem by zatańczył?
Nie byłabym sobą, gdybym nie napisała nic o tym, dla którego obejrzałam ten film. Bohater Bradley'a Coopera gra "tego najprzystojniejszego" z czym oczywiście się zgadzam, ale muszę to napisać, że zdecydowanie lepiej wyglądałby w krótkich włosach. A może mi się tylko tak wydaje? Do tego Phil jest nauczycielem i tak sobie myślę, że całkiem fajnie byłoby mieć takiego uroczego wykładowce. Może przynajmniej bym nie przysypiała na zajęciach albo nie czytała książek. Tak czy inaczej sam Cooper przyznał w jednym z wywiadów (chyba nawet dla Dzień Dobry TVN, nie pamiętam), że Kac Vegas sprawiło, że otworzyła się dla niego furtka (zresztą dla wszystkich panów z głównej obsady) do nowych ról filmowych. Cóż, fajnie zacząć od bardzo kasowego filmu (oczywiście wcześniej grał w innych filmach), by potem zostać kilkakrotnie nominowanym do Oscara. Good job, Bradley!
Uważam, że to dobra trylogia, gdy ma się doła i potrzebna jest akcja-reanimacja, by poprawić swój nastrój. Zdecydowanie będę do tego powracać przy każdej możliwej okazji.
czwartek, 19 listopada 2015
Przypadek Kubusia Więzi
Z tej okazji, że wczoraj były Środy z Orange wybrałam się w końcu na "Spectre". Towarzyszył mi nieoceniony Wilson, z którym standardowo udałam się najpierw na obiado-kolację, a potem na zwiedzanie ulubionych sklepów. Tym razem bilety miałyśmy już wcześniej kupione, ale i tak do kina dotarłyśmy spóźnione i zajmowałyśmy miejsce podczas trailera "Star Wars". Osobiście liczyłam na jakieś ciekawe zapowiedzi filmów, a zastał mnie nowy Quentin Tarantino, którego ominę szerokim łukiem i Makbet, który trochę mnie przeraża.
Co do "Spectre" to miałam wielkie oczekiwania. "Skyfall" totalnie zdobyło moje serce i mogę tą część oglądać non stop. Zresztą tak samo jak "Casino Royale". Niestety "Spectre" nie będzie pośród tych filmów. Przed seansem specjalnie nie czytałam żadnych opinii ani recenzji, żeby nie nastawiać się negatywnie. Cóż...
Byłam mega szczęśliwa, że w tej części obok Craiga (którego kocham i wielbię) pojawi się między innymi Andrew Scott, czyli sherlockowy Moriarty. Jak tylko go zobaczyłam, a początkowo był milutki, to wiedziałam, że i tak zagra mendę. Ten wzrok nie nadaje się do niczego innego. Pozytywnym zaskoczeniem była kreacja nowego M, czyli Ralpha Finnes'a. Nie sądziłam, że Bond może istnieć bez Judi Dench w roli M. Jednak może. Ale wracając do obecnego M., to najpierw myślałam, że będzie z niego totalna ciapa, jednak z czasem udowodnił, że nic bardziej mylnego.
Jeszcze jednym naprawdę świetnym momentem "Spectre" jest bromance pomiędzy Q, a Jamesem. Ich dialogi po prostu miażdżą wszystko. Do tego Q (w tej roli Ben Wishaw) w swojej uroczej bezradności do świata rzeczywistego jest genialny. Taka sierota w dziadkowych ubraniach.
A teraz zrobi się mniej przyjemniej i wyleje się garnek ze skisłą zupą. Wszem i wobec ogłaszano, że Monica Bellucci będzie nową dziewczyną Bonda. Wiadro prawda. W całym filmie (który trwał dwie i pół godziny) pojawiła się tylko w trzech scenach. Oczywiście wylądowała z Agentem 007 w łóżku, ale nic poza tym. Prawdziwą towarzyszką Jamesa była Léa Seydoux, która wcieliła się w rolę dr Swann. Nie mogę powiedzieć, że była beznadziejna w tej roli, ale jej bohaterka przyczyniła się do tego, że ostatnią część Bonda zaczynam traktować nie jako film akcji, a komedię romantyczną ze słabym wątkiem kryminalnym.
No właśnie, wątek kryminalny. Wszyscy mówią, że jest przeciągnięty i słaby. Cóż, po części się z tym zgadzam. Niby końcówka może wbić w fotel i zaskoczyć, ale jeśli jest się dobrym obserwatorem podczas filmu można wszystko rozszyfrować. Dobrym motywem było połączenie wszystkich dotychczasowych wrogów Bonda z poprzednich filmów. Okazało się, że byli oni skupieni w jednej organizacji i rządził nimi jeden człowiek. Tylko przy poprzednich seansach miało się wrażenie, że ówcześni wrogowie działali na własną rękę i nikt nimi nie sterował. Ale może to tylko moje błędne odczucia.
Bond z Craigiem był postrzegany jako realistyczny i taki, który jest w stanie zginąć,a przynajmniej cierpieć. Mam wrażenie, że w tej części gdzieś to zniknęło. Przykładem może być przeurocza scena, w której tuż pod Bondem zarywa się budynek, a on skacze po nim niczym Legolas, jakby grał w jakąś grę komputerową. Do tego spada cztery piętra w dół, a na miejscu gdzie powinien spaść i się zabić znajduje się kanapa (!), która amortyzuje upadek. Na co Bond wstaje, strzepuje z idealnie skrojonego garnituru pył i idzie dalej. Przypomniało mi to jak Pierce Brosnan w jednej z części wyskoczył z samolotu i leciał kilkaset metrów w dół, a na końcu i tak nic mu się nie stało.
Przeciwnikiem Agenta 007 w tej części był niejaki Franz Oberhauser (w tej roli Christoph Waltz). Bardzo mi przypominał pewnego polityka. Mały krasnal z wrednym wyrazem twarzy. Do tego równie niezniszczalny jak sam Bond. Powinien zginąć w jednym z wybuchów, a jemu tak naprawdę nic się nie stało. No może poza tym, że stracił jedno oko. Ale później leciał helikopterem, w którym wszyscy zginęli, a tylko on przeżył. Surrealizm tej części był tak mocno widoczny, że zaczęłam się zastawiać czy nie powinni zmienić gatunku z "sensacja" na "fantasy".
Cóż, uczucia mam mocno wstrząśnięte i trochę zmieszane po filmie. Z jednej strony bardzo chciałam, żeby to co inni mówili o tej części było nieprawdą, ale z drugiej utwierdzam się w przekonaniu, że dobre czasy zniknęły i już nie powrócą. Do tego końcówka filmu mogłaby sugerować, że to naprawdę ostatni film o Jamesie Bondzie, niezależnie czy to ostatni Bond z udziałem Craiga czy nie. Generalnie zamknęłabym ten film w worku z filmami do obejrzenia raz i więcej do niego nie wracała. Nie warto. Chyba, że kiedyś tak się zdarzy, że trafię na niego ponowie i jakimś cudem obejrzę go raz jeszcze.
P.S. Nie lubię piosenki z tej części, ale w połączeniu z czołówką jest nawet znośna. Nawet...
P.S. 2. Wczoraj rozmawiałam z mamą i zapytała jak mi się podobała ta cześć. W skrócie powiedziałam, że średnio, na co ona stwierdziła, że nie dziwota, przecież to zrobili tylko dla kasy. Chyba ma racje.
Co do "Spectre" to miałam wielkie oczekiwania. "Skyfall" totalnie zdobyło moje serce i mogę tą część oglądać non stop. Zresztą tak samo jak "Casino Royale". Niestety "Spectre" nie będzie pośród tych filmów. Przed seansem specjalnie nie czytałam żadnych opinii ani recenzji, żeby nie nastawiać się negatywnie. Cóż...
Byłam mega szczęśliwa, że w tej części obok Craiga (którego kocham i wielbię) pojawi się między innymi Andrew Scott, czyli sherlockowy Moriarty. Jak tylko go zobaczyłam, a początkowo był milutki, to wiedziałam, że i tak zagra mendę. Ten wzrok nie nadaje się do niczego innego. Pozytywnym zaskoczeniem była kreacja nowego M, czyli Ralpha Finnes'a. Nie sądziłam, że Bond może istnieć bez Judi Dench w roli M. Jednak może. Ale wracając do obecnego M., to najpierw myślałam, że będzie z niego totalna ciapa, jednak z czasem udowodnił, że nic bardziej mylnego.
Jeszcze jednym naprawdę świetnym momentem "Spectre" jest bromance pomiędzy Q, a Jamesem. Ich dialogi po prostu miażdżą wszystko. Do tego Q (w tej roli Ben Wishaw) w swojej uroczej bezradności do świata rzeczywistego jest genialny. Taka sierota w dziadkowych ubraniach.
A teraz zrobi się mniej przyjemniej i wyleje się garnek ze skisłą zupą. Wszem i wobec ogłaszano, że Monica Bellucci będzie nową dziewczyną Bonda. Wiadro prawda. W całym filmie (który trwał dwie i pół godziny) pojawiła się tylko w trzech scenach. Oczywiście wylądowała z Agentem 007 w łóżku, ale nic poza tym. Prawdziwą towarzyszką Jamesa była Léa Seydoux, która wcieliła się w rolę dr Swann. Nie mogę powiedzieć, że była beznadziejna w tej roli, ale jej bohaterka przyczyniła się do tego, że ostatnią część Bonda zaczynam traktować nie jako film akcji, a komedię romantyczną ze słabym wątkiem kryminalnym.
No właśnie, wątek kryminalny. Wszyscy mówią, że jest przeciągnięty i słaby. Cóż, po części się z tym zgadzam. Niby końcówka może wbić w fotel i zaskoczyć, ale jeśli jest się dobrym obserwatorem podczas filmu można wszystko rozszyfrować. Dobrym motywem było połączenie wszystkich dotychczasowych wrogów Bonda z poprzednich filmów. Okazało się, że byli oni skupieni w jednej organizacji i rządził nimi jeden człowiek. Tylko przy poprzednich seansach miało się wrażenie, że ówcześni wrogowie działali na własną rękę i nikt nimi nie sterował. Ale może to tylko moje błędne odczucia.
Bond z Craigiem był postrzegany jako realistyczny i taki, który jest w stanie zginąć,a przynajmniej cierpieć. Mam wrażenie, że w tej części gdzieś to zniknęło. Przykładem może być przeurocza scena, w której tuż pod Bondem zarywa się budynek, a on skacze po nim niczym Legolas, jakby grał w jakąś grę komputerową. Do tego spada cztery piętra w dół, a na miejscu gdzie powinien spaść i się zabić znajduje się kanapa (!), która amortyzuje upadek. Na co Bond wstaje, strzepuje z idealnie skrojonego garnituru pył i idzie dalej. Przypomniało mi to jak Pierce Brosnan w jednej z części wyskoczył z samolotu i leciał kilkaset metrów w dół, a na końcu i tak nic mu się nie stało.
Przeciwnikiem Agenta 007 w tej części był niejaki Franz Oberhauser (w tej roli Christoph Waltz). Bardzo mi przypominał pewnego polityka. Mały krasnal z wrednym wyrazem twarzy. Do tego równie niezniszczalny jak sam Bond. Powinien zginąć w jednym z wybuchów, a jemu tak naprawdę nic się nie stało. No może poza tym, że stracił jedno oko. Ale później leciał helikopterem, w którym wszyscy zginęli, a tylko on przeżył. Surrealizm tej części był tak mocno widoczny, że zaczęłam się zastawiać czy nie powinni zmienić gatunku z "sensacja" na "fantasy".
Cóż, uczucia mam mocno wstrząśnięte i trochę zmieszane po filmie. Z jednej strony bardzo chciałam, żeby to co inni mówili o tej części było nieprawdą, ale z drugiej utwierdzam się w przekonaniu, że dobre czasy zniknęły i już nie powrócą. Do tego końcówka filmu mogłaby sugerować, że to naprawdę ostatni film o Jamesie Bondzie, niezależnie czy to ostatni Bond z udziałem Craiga czy nie. Generalnie zamknęłabym ten film w worku z filmami do obejrzenia raz i więcej do niego nie wracała. Nie warto. Chyba, że kiedyś tak się zdarzy, że trafię na niego ponowie i jakimś cudem obejrzę go raz jeszcze.
P.S. Nie lubię piosenki z tej części, ale w połączeniu z czołówką jest nawet znośna. Nawet...
P.S. 2. Wczoraj rozmawiałam z mamą i zapytała jak mi się podobała ta cześć. W skrócie powiedziałam, że średnio, na co ona stwierdziła, że nie dziwota, przecież to zrobili tylko dla kasy. Chyba ma racje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


