niedziela, 12 kwietnia 2015

Butem z buta w buta

No dobrze, autobus jedzie dalej. Na postoju pomalowałam paznokcie i mogę teraz się uzewnętrznić. Dziś zamiast pisać pracę na zaliczenie ze staropola (spłone za to w piekle) ruszyłam na szoping, ale po kolei. Obudziłam się w samo południe, rozejrzałam po mojej zagrodzie i zorientowałam się, że coś jest nie tak, bo w każdy normalny weekend zostałabym obudzona już przed 11. A tu nic. Cisza, spokój i świerszcze.


Wydostałam się z mojego burrito i udałam się do kuchni. Ku mojemu zaskoczeniu wszyscy wędrowali po posiadłości w piżamach, a to się nigdy nie zdarza. Kulturalnie zjadłam śniadanie i czekałam na rozwój wydarzeń. W stanie piżamowym pozostaliśmy do obiadu (!), a następnie moja kochana mama oznajmiła, że jedziemy zwiedzać nową galerię do Elbląga i pospacerujemy po starówce. Ja w przeciągu dwudziestu minut z Chopina w natchnieniu stałam sie w miarę cywilizowanym człowiekiem. Do tego nie mogłam przepuścić okazji, by zostać szoferem. Zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy w drogę. Tak bardzo uwielbiam prowadzić auto. W końcu mogłam poszaleć (oczywiście zgodnie z przepisami) i poczuć wiatr we włosach.


Podróż zbyt szybko się skończyła, ale miałam okazję pojeździć po rondzie turbinowym. Całkiem przydatny wynalazek. Gdy już trafiliśmy pod galerię i udało mi się zaparkować to jedyne co dało się słyszeć to język braci Rosjan. Ale mnie to nie przeszkadzało i weszliśmy do windy. Generalnie windy w centrach handlowych to małe szklane puszki, w których można się nabawić klaustrofobii. Jednak nie tym razem. Ta, do której trafiłam wyglądała niczym droga do prosektorium. Ogromna, cała metalowa, z miejscem na trzy łóżka dla dentatów.


Kiedy już opuściłam windę to chciałam iść do jakiegoś przyjemnego sklepu, ale nie, mama musiała iść oglądać buty. W tej kwestii z moja rodzina jest taka: ja wchodzę do sklepu, mierze i jeśli mi się podobają i są ok, to idę do kasy, a potem walczę z obcieraniem, gdy już w nich chodzę. Moja mama zazwyczaj mierzy dwie pary, ogląda, znowu mierzy i ewentualnie decyduje się na jedną z nich. Z kolei mój tata jest mistrzem w tej kwestii. Najpierw przez pół godziny ogląda jedna parę, potem przez następne pół godziny druga parę, później mierzy obie pary, by ostatecznie stwierdzić, że to nie to i wychodzi ze sklepu. Tym razem mu się jedne w końcu podobały, ale niestety nie było rozmiaru. Mama na szczęście kupiła sobie buty.


Ja chciałam sobie kupić jakąś przezacną koszulkę, ale nic z tego nie wyszło, bo przyjechaliśmy na zakupy, a zwiedziliśmy tylko 1/5 galerii. I gdzie tu logika? Za to obejrzałam wszystkie możliwe buty jakie były dostępne w tym budynku. No i jeszcze spożywczaka nawiedziłam. Ale ku swojej radości udało mi się pojawić w moim ulubionym sklepie i gdy tylko trafiłam na dział muzyczny w ręce wpadło mi sześć płyt, które chce sobie kupić.


Za to naszła mnie myśl: czy coś jest ze mną nie tak, bo pamiętam, że kiedyś był szał na Conversy (nadal jestem TeamConverse), a teraz to jakby wiocha. Obecnie wszyscy chodzą albo w Vansach albo w New Balance'ach. Dziś miałam na sobie moje piękne, zielone Conversy, a jakaś dziewczyna w NB zjechała mnie wzrokiem po tym jak zauważyła jakie mam buty. Nie mam zwyczaju krytykowania co kto nosi, bo generalnie mam to gdzieś, ale ona mogła się powstrzymać.


Z interesującego faktu dnia może być jeszcze to, że spotkałam pewnego osobnika, którego ja znam, a on mnie nie i to nawet dobrze, bo nie lubię spotykać znajomych na mieście. Szczególnie znajomych mojej mamy, bo wtedy marnujemy cenną godzinę na rozmowę z nowospotkanymi. Do tego przeżyłam szok życiowy i nawet wydawało mi się przez chwilę, że straciłam przytomność. I już tłumaczę dlaczego. Po całej jakże interesującej wyprawie pojechaliśmy do pewnego marketu w celu uzupełnienia zapasów sałaty i wody do ekspresu. Zdążyłam zrobić zakupy i zapłacić za nie, a następnie zacząć opuszczać sklep, by umrzeć na trzy sekundy. W drzwiach wejściowych pojawił się... Mój sobowtór. Dziewczyna/kobieta (trudno było mi określić jej wiek) wyglądała jak ja. Twarz, okulary, kolor włosów, kurtka... I jedyne co mnie utwierdziło w przekonaniu, że to nie ja to to, że miała białą koszulkę, a ja żółtą. Aż po prostu krew mi odpłynęła z twarzy, bo takie rzeczy mi się nie zdarzają. I cieszę się, że będąc w takim szoku w całym kawałku dowiozłam wszystkich do domu.


Ostatecznie poczułam rozczarowanie po dzisiejszych zakupach. Nic sobie nie kupiłam poza ciastkiem morelowym i kostką sera feta. Za to kolacja mi to wynagrodziła (kurczak z rożna i sałatka). A po kolacji kilka łyków wody ognistej...

P.S. Spaceru po starówce nie było. Woleli wrócić do domu na mecz siatkarek, które i tak przegrały...

piątek, 10 kwietnia 2015

Takie coś to tylko mi się zdarza na obiedzie

WFA został uwolniony i jedzie dalej. Dziś mój fandomizm skupi się na jedzonku. Tak, to też może być fandomem. Co najbardziej lubię zjeść? Oj, dużo by wymieniać. Najchętniej gustuję w kuchni mojej mamy, a uwierzcie mi, gotuje genialnie (w przeciwieństwie do mnie, bo ja tylko umiem wodę na herbatę zagotować). Ale niestety, człowiek w tygodniu nie egzystuje w rodzinnym domu i jak już mu się skończą obiadki od rodzicielki to wtedy rusza na miasto. No i najczęściej ląduję w znanym i lubianym fast foodzie, który w szyldzie posiada duże, żółte M. Wczoraj przed walką z Sarragossą postanowiłam się posilić żarciem śmieciowym i udałam się tam z moją towarzyszką dnia.



Ja poszłam wspierać żółtą literkę, a ona Króla Hamburgierów. Stałam sobie kulturalnie w kolejce i zastanawiałam się co zamówić. No dobra, ja się nigdy nie zastanawiam, ja zawsze jem to samo. Zestaw powiększony z tortillą, sorry, z McWrapem DeLuxe z bekonem. Podchodzę do kasy i mówię sprzedawczyni (JAK KROWIE NA ROWIE!), że właśnie to chcę. Ona, że dobrze, dobrze, wręczyła mi paragon i nara. Przemieściłam się pod ekrany oczekiwania i oczekuję. Trwało to tak długo, że zaczęłam się zastanawiać jaki jest limit oczekiwania w fast foodzie na jedzonko.


Gdy już w końcu zabrałam moje zamówienie na tacy zauważyłam, że nie zapomnieli o szklance do zestawu (i bardzo dobrze, bo by było piekło, a ja lubię ich szklanki) i z zadowoleniem mogę iść szamać. Usiadłam sobie z moja towarzyszką przy stole i zaczynam pochłaniać tortillę, ups, McWrapa. I gdy dokopuję się już do wnętrza to tam spotyka mnie niespodzianka... Moja tortilla, nie jest moją tortillą. Jest grillowanym kurczakiem. Żalę się mojej towarzyszce, a ona mówi, że skoro mam paragon to mam iść reklamować, a wtedy dostanę gratisową bułę. Wzięłam paragon do ręki, patrzę na niego, a tam rozczarowanie... Na paragonie nabito "grillowany kurczak". I właśnie wtedy zaczęłam się zastanawiać, gdzie popełniłam błąd...


Ale zaraz, zaraz, ja nigdy nie popełniam błędu w stosunku do jedzenia. To nie moja wina, to tej na kasie. Ale że ja jestem leniwą bułą to nie poszłam się wykłócać (a powinnam, dostałabym gratisowe papu, o czym ja myślałam?). Wgryzam się dalej i nagle słyszę: "Ma pani drobne?". Odwracam się, patrzę i no nie... Małe, wredne, rumuńskie dziecko. Posłałam mu gardzące spojrzenie, a moja towarzyszka powiedziała mu coś po angielsku (chyba to było: "no, no, no, go away!"). Dziecko sobie poszło, a ona po chwili mnie zapytała dlaczego odezwała się do niego po angielsku. Cóż, mnie też to zaczęło zastanawiać, ale nie wiedziałam czemu tak zrobiła.


Omomomom, jem sobie dalej, a po chwili pan ze stolika obok sprząta po sobie papierki, wstaje od stolika i zatrzymuje się koło nas z pytaniem: "Dziewczyny, chcecie szklankę?". My patrzymy na siebie i jedyne co mogłyśmy odpowiedzieć to, że jak najbardziej. Pan postawił szklankę na naszym stoliku i sobie poszedł, a moja towarzyszka przejęła ją w swoje ręce (postanowiłam być miłosierna i niesamolubna, bo ja już jedną miałam to niech ta będzie jej). Zadowolona ze swojego łowu zaczęła zachwycać się niespodziewanym podarkiem.


Zachwyt nad szklanką trwał, a ja jadłam frytki, gdy do stolika, przy którym siedział pan podeszła kobieta z dwójka małych dzieci. My, że ostatnio lubimy patrzeć na dzieci to i tym razem popatrzyłyśmy na małego chłopca, który walczył z frytkami. Jednak po chwili ich mama stwierdziła, że one mają sobie tam grzecznie siedzieć, a ona... Pójdzie kupić bilety na mecz Lechii i ich zostawi. My zaczęłyśmy się zbierać do wyjścia i włączyły nam się wspomnienia z dzieciństwa.


Gdy już wywalałam swoje papiery do kosza, zauważyłam, że na horyzoncie znowu pojawia się rumuńskie dziecko. Tym razem już z większą ekipą i... Pełną tacą. Czyli zasada numer jeden: jak tylko widzisz te małe ktosie to pognaj je od razu! Ja zrobiłam gardzące spojrzenie i opuściłyśmy strefę żywieniową. Idziemy sobie i na naszej drodze pojawia się kolejne dziecko. Tym razem mały chłopiec, który wyglądał na zagubionego. Moja towarzyszka zatrzymała się przy nim (ja jestem okropna i sobie poszłam) i zapytała się go czy się zgubił, na co on odparł, że nie, że jego rodzice są tam gdzieś i idą. No to moja towarzyszka nogi za pas i w pogoni za mną, bo przestraszyła się, że ją o coś posądzą.


Ech, miał być wpis o jedzeniu, a wyszło jak zwykle. Ale przynajmniej radosna opowieść trafiła do ludzi. Tylko nie myślcie sobie, że ja tylko i wyłącznie stołuję się w Żółtej eMce, bo jeśli by tak było to musiałabym nosić chyba namiot na TIR-a, a póki co jeszcze sie mieszczę w moje jeansy. ALe wypad do fast fooda nie jest zły. Jakby kotś chciał mnie zabrać gdzieś na obiad to ja zawsze chętnie!

P.S. Pamiętajcie, że blog ma swój fanpage na Facebooku i jesli checie być na bieżąco (właśnie tam mam zamiar przedstawiać Wam oblicze pasażerów WFA) to lajkujcie. :)

Link: https://www.facebook.com/sayhitohunt?fref=ts

środa, 8 kwietnia 2015

10 sytuacji, które przeżył każdy z nas

WFA jedzie dalej, a ja zamiast ogarniać się na zajęcia to chodzę po mieszkaniu i rozmyślam o czym by tu napisać. No i wymyśliłam. Każdy nas w życiu miał doczynienia z pewnymi sytuacjami. Nieważne ile wtedy mieliśmy lat, ale to zawsze się działo. Zapewne jest ich dużo więcej niż udało mi się wymyśleć, ale na więcej już mnie chyba dziś nie stać.

1. Kazanie wygłoszone przez rodziców (zwłaszcza przez mamę):

Pokażcie mi człowieka, który tego nie doświadczył, a postawię mu pół litra i chętnie spotkam się z jego rodzicielami. Odkąd chodzę po tym świecie i mniej więcej rozumiem o co chodzi w żywocie człowieka, to doświadczyłam tej sytuacji niezliczoną ilość razy. I nieważne czy coś ma znaczenie czy nie. Czy chodzi o niewyrzucone śmieci czy kolejną kiepską kartkę z ocenami ze szkoły. Czego człowiek by nie zrobił zawsze dostanie opierdziel. Zawsze.

Klasycznym przykładem jest: "No, ale mamo, [tu wastaw imię swojego kumpla/kumpeli] też dostała/dostał pałę", a w odpowiedzi zawsze usłyszymy to samo: "Nie porównuj się do innych! Co oni mnie obchodzą?". Za to jak będzie coś fajnego co twój kumpel/kumpela zrobi, a ty nie to wtedy jest: "[wstaw imię] to zrobiła/zrobił. Dlaczego ty nie?". No i gdzie tu logika? Nasuwa się wtedy tylko jedno: Rodzice, kto ich zrozumie?


2. Babcia wpychająca w ciebie jedzenie:

Skoro jesteśmy przy rodzinie to nie mogło zabraknąć tego. Nie znam babci, która by nie powiedziała: "Za mało jesz" albo "Marnie wyglądasz". Nie każdy zawsze ma apetyt i pała miłością do jedzenia. No dobrze, ja w 99% przypadków zawsze jestem głodna, ale nie o tym mowa. Z babcią po prostu nie ma dyskusji. Masz jeść i koniec. Ale nie trochę, jak cywilizowany człowiek... Tylko sterta, jak dla armii, która wraca z pola bitwy.

A co się stanie jeśli człowiek się sprzeciwi? No ja bym nie ryzykowała, ale jeśli już to... Obraza majestatu gwarantowana i zrujnowane rodzinne spotkanie. Może też wystąpić płacz i zgrzytanie zębów, że już nie kochasz babci, ale tego zdecydowanie wolelibyśmy uniknąć. Przecież my zawsze kochamy babcię. Dlatego zjadajcie wszystko i nie marudźcie.


3. Obcierające buty:

Czy jest coś gorszego, gdy kupujesz piękne, nowe buty, na specjalną okazję i je zakładasz, a potem zaczyna się piekło? Wtedy ma się ochotę spalić je, wyrzucić, zdeptać resztkami sił, a nawet zjeść. Do tego nie ma się siły na nic, a każdy kto się pojawi na naszej drodze jest potencjalną ofiarą naszej osoby. I nie ma tu znaczenia czy są to piękne szpilki od Louis Vuitton, trampki Converse, glany czy zwykłe baleriny. KAŻDE buty na początku obcierają. Bez wyjątku.

Jak temu zaradzić? Hmm... Okleić stopy plastrami czy napchać waty do środka? Według mnie tego po prostu nie da się uniknąć i trzeba to przetrwać. Trudno, będziemy krwawić i cierpieć, ale potem przyjemność chodzenia w naszych wymarzonych pantoflach będzie nieopisana. No chyba, że to będą drewniaki.


4. Spóźniająca się komunikacja miejska:

Styczeń, -20 stopni, godzina 19. Jesteś po całym dniu pełnym zajęć i jedyne o czym marzysz to koc i gorąca herbata. Ale nie... MZK, ZTM, SKM czy inny tego typu twór ma to gdzieś i jemu się nie spieszy. Ty masz sobie stać i czekać aż on łaskawie się pojawi na horyzoncie. A żeby tego było mało zazwyczaj jest zapchany pod sam sufit, że nie ma gdzie wcisnąć palca. Wtedy ty wypychasz się na siłę, jeszcze bardziej masz wszystkiego dość i nienawidzisz ludzi.

Dzięki takiej sytuacji ma się ochotę iść pieszo i wtedy nawet nie przeszkadza mróz, śnieg i inne anomalie pogodowe. Tylko nie zawsze jest to możliwe, bo co jeśli do domu masz osiem kilometrów? Wtedy trzeba zacisnąć zęby i modlić się, by dotrzeć do domu w jednym kawałku.


5. Stresujący egzamin/wystąpienie:

To jest obecne w naszym życiu zawsze. I nie ma znaczenia czy to matura, sesja, prawo jazdy czy prezentacja w pracy. Ten stres jest zawsze. I chwała tym, któzy potrafią nad nim zapanować, bo szczerze mówiąc ja mam z tym problem. Chociaż mówili, że matura to masakra, ale ja jakoś tego nie odczuwałam tak bardzo. Prawo jazdy? Tylko trochę. Za to sesja mnie przeraża i wolę o tym nie myśleć.

Czy jest sposób na pokonanie go? Zapewne najlepszym będzie upicie się (oczywiście tylko pełnoletni!), ale jeśli będziemy ograniczeni umysłowo to nic z nas nie będzie. Jedyne co mi przychodzi do głowy to po prostu spięcie pośladków i wyobrażenie sobie, że wszyscy są bez ubrań. albo jednak nie... Sama nie wiem. Za to wiem, że łatwo po mnie poznać, że się stresuje. Moje ręcę trzęsą się wtedy jak u alkoholika na odwyku. Pomocy!


6. Idiota w kinie:

Czy jest coś co może bardziej nas wkurzyć od tego? Chyba nie. Idziesz na pełnym relaksie do kina, na film, na który długo czekasz, kupujesz popcorn, zajmujesz swoje miejsce, za które zapłaciłeś grube pieniądze i czekasz aż zacznie się seans. I już masz nadzieję, że wszystko będzie jak być powinno dopóki nie pojawia się na horyzoncie on - typowy idiota. Widzisz to z jego twarzy i wiesz, że to on. Najczęściej siada przed tobą albo za tobą. Jeśli przed tobą to: zasłania ci swoją wielką głową ekran i je popcorn jak świnia, a do tego siorbie resztkę picia, której i tak już nie ma w kubku. Jeśli za tobą: to kopie cię w krzesło i wiesza sobie kurtkę na oparciu twojego fotela.

Ale bezwzględu na to, gdzie usiądzie on zawsze ma telefon albo kumpla, drugiego idiotę. Wtedy gadają, śmieją się i masz wrażenie, że oni nie przyszli oglądać filmu. Oni przyszli zrujnować ci dzień. A już w ogóle szczytem wszystkiego jest to, że on już widział ten film i postanawia podzielić się z całą salą fabułą i oczywiście zakończeniem. Wtedy albo masz ochotę zrobić to albo to po prostu robisz, odwracasz się i:


7. Upierdliwa sprzedawczyni:

Sobotnie popołudnie, pełen relaks, kupa pieniędzy w portfelu (hahahaha!) i twój ulubiony sklep. Wchodzisz z radością, zaczynasz się rozglądać, podchodzisz do wieszaka i wtedy z drugiego końca sklepu słyszysz radosne: "W czym mogę pomóc?!". Ty ostrożnie się rozglądasz czy to aby na pewno do ciebie. Niestety tak, jesteś jej ofiarą. Ostrożnie odpowiadasz, że niczego nie oczekujesz, że tylko się rozglądasz. I wydaje ci się, że to koniec, ale to tylko cisza przed burzą. Wtedy ona jest jak ninja. Wyskakuje zza twoich pleców i radośnie zaczyna doradzać, że w tym kolorze ci idealnie, że ta bluzka świetnie się prasuje, a twój tyłek wcale nie jest za duży do tych spodni.

Co wtedy zrobić? Albo próbować jej tłumaczyć, że serio nie potrzebujesz porady (nie polecam, nie skutkuje) albo dać się kobiecie wygadać, odwiesić to co trzymasz w ręku i zwiewać stamtąd ile sił w nogach i pamiętać, że trzeba unikać tego miejsca przez kolejne sto lat. No chyba, że ktoś lubi takie panie sprzedawczynie i chętnie poddaje się jej opinii, a potem trafia do przymierzalni i jest z panią szczęśliwy.


8. Gorszy dzień:

Amen, amen, amen, każdy to przechodzi. Budzisz się rano, leje za oknem, twoje ulubione ciuchy leżą w pralce, kawa/herbata się skończyła, w lodówce biegają pingwiny, a do wyjścia masz pięć minut. Wtedy co robisz? Wracasz do łózka i nie chcesz oglądać nikogo. Ale niestety, tak wygląda bardzo optymistyczny scenariusz. Zazwyczaj w biegu myjesz zęby i się czeszesz, a potem ubierasz w to co leży na krześle i wychodzisz stawić czoła światu. Jak tylko na twojej drodze pojawiają się ludzie, zaznaczasz, żeby bez kija do ciebie nie podchodzić i dać ci spokój. Pracujesz w ciszy i (nie)skupieniu. Jedyne o czym marzysz to własne łóżko i bycie człowiekiem burrito. A gdy już cudem przeżyjesz ten dzień zaczynasz się zastanawiać co z tobą jest nie tak. Wtedy twój najlepszy przyjaciel przechodzi piekło i najczęściej wyłącza telefon, bo ma cię już dość.

Czym to spowodowane? Jeśli jesteś dziewczyną to chyba nie muszę tłumaczyć. To oczywiste, że nawiedza cię takie wredne coś co jak się nie pojawi to jest tragedia, a jak już jest to cię szlag trafia i koło się zamyka. Jeśli z kolei jesteś facetem to nie mam pojęcia. Nie jestem nim i nie wiem co ci może być.


9. Znajomi, którzy są kretynami:

Umówmy się, każdy takich ma, ale otwarcie się nie przyzna. Po prostu są takie osoby, że jak je widzisz to otwiera ci się nóż w kieszeni i masz ochotę strzelic im w twarz. Ale niestety tego nie zrobisz, bo jesteś zbyt dobrze wychowanym obywatelem i mamie by sie to nie spodobało. Więc zaciskasz zęby i masz nadzieje, że się do ciebie nie będą odzywać ani nawet na ciebie patrzeć. Po prostu niech sobie egzystują z dala od ciebie. Niestety, życie nie jest takie piękne. Oni właśnie wtedy postanawiają ci opowiedzieć o swoich interesujących weekendowych przygodach albo historie rodzinne sprzed pięćdziesięciu lat, które masz głęboko w poważaniu.

W takich właśnie chwilach marzysz, by rozjechał ich tramwaj albo po prostu porwali ich kosmici. A najgorszą rzeczą jest jak im się wydaje, że jesteście ich przyjaciółmi. A wy po prostu nie macie wyjścia i jesteście na nch skazani. Dlatego znieście to dzielnie, bo ja naprawdę wiem coś o tym.


10. Brak pieniędzy:

I właśnie w tej chwili każdy zagląda do swojego portfela i co widzi? Stertę paragonów i ostatnie dziesięć złotych, które zostało mu z ostatnich zakupów. To taki smutny widok, że masz ochotę się rozpłakać. Jeśli masz możliwość otrzymywania regularnego wsparcia finansowego to jesteś szczęściarzem. Jeśli nie to pozwól, że poślę ci wirtualnego przytulasa. Ja na szczęście jestem w tej pierwszej grupie, ale i tak za każdym razem, gdy mnie zapytasz o pieniądze powiem, że ich nie mam. Bo nie mam! Bo one się rozchodzą cholernie szybko i nawet nie da się nad tym zapanować.

Jak temu zaradzić? Cóż, można iść do pracy, ale to nie zawsze jest takie proste. Można żebrać, ale to chyba też bym sobie odpuściła. Postarać się oszczędzać? Hmm... Ja próbowałam, ale chyba nie umiem. Wygląda na to, że zawsze będziemy mówić, ale nie mamy hajsu, nawet jeśli to nie prawda. Dlatego jak sprawdzamy stan konta to nie róbmy takiej o to miny, bo to nic nie da:


Zapewne, jak mówiłam wcześniej, jest więcej sytuacji, których doznajemy w życiu, ale nic innego mi nie przychodzi do głowy. Zawsze możecie się podzielić ze mną czymś o czym nie wspomniałam. :)

P.S. Dzisiejsze gify sponsoruje Lee Pace, który (zapewniam was) pojawi się jeszcze nie raz, bo on siedzi na samym początku szalonego WFA. :)

wtorek, 7 kwietnia 2015

5 wspaniałych, bez których nie istnieje moja playlista

Skoro wczoraj była mowa o filmach to dziś na tapetę w moim Wesołym Fandomowym Autobusie biorę muzykę. Jako, że zdecydowanie bardziej wolę panów (panie też są ok) to przedstawiam zestawienie najlepszych głosów na mojej playliście. I tym razem kolejność ma znaczenie. :)

1. Sting

Właściwie Gordon Matthew Sumner. Brytyjski muzyk, wokalista i kompozytor. Karierę rozpoczynał w The Police, a od połowy lat 80. stał się muzykiem solowym. Mogłabym rozpisać się na temat jego życia, ale jeśli ktoś ma ochotę o ty poczytać to odsyłam do czeluści Internetu. Ja wolałabym się skupić na twórczości. The Police powstało w 1977 roku w Londynie. Zespół został założony z inicjatywy perkusisty Stewarta Copelanda. Po kilku miesiącach dołączył do panów gitarzysta Andy Summers. Grupa nagrała pięć albumów: "Outlandos d'Amour" (1978), "Reggatta de Blanc" (1979), "Zenyatta Mondatta" (1980), "Ghost in the Machine" (1981), "Synchronicity" (1983). Oficjalnie zespół nigdy nie rozwiązał swojej działalności, jednak Sting rozpoczął solową karierę. Zawsze się mówi, że jest słaba szansa, by muzyk odchodzący z zespołu, który jest na szczycie odniósł podobny sukces samodzielnie. Jak widać w tym przypadku się udało. 

Solowo Sting wydał dziesięć albumów studyjnych. Moimi ulubionymi albumami są: "... Nothing like the Sun" (1987), "Ten Summoner's Tales" (1993) oraz "Sacred Love" (2003). Gdybym miała mówić dlaczego akurat te to miałabym problem. Wydaje mi się, że główną przyczyną jest to, że każda z tych płyt w jakiś sposób pokazuje ewolucję twórczości Stinga. Ale żeby nie było, że tylko tych trzech płyt słucham z jego dyskografii to od razu mówię, że mój telefon jest wypełniony jego piosenkami z każdej płyty.



Moim największym szczęściem jest to, że miałam okazję być na jego koncercie i zdecydowanie była to jedna z najlepszych rzeczy jaka mi się przytrafiła w życiu. Na drugi dzień moje gardło trochę dało mi odczuć, że za mocno się wydzierałam, ale było warto. 

2. Ed Sheeran

Właściwie Edward Christopher Sheeran. Brytyjski wokalista i autor tekstów. Już jako młody chłopak zaczął pisać piosenki, ale wydany dopiero w 2011 roku cały album zatytułowany "+" przyniósł mu ogromną popularność na całym świecie. Z kolei w 2014 roku ukazał się jego drugi album zatytułowany "X". 

Obie płyty stoją u mnie na półce, a także egzystują w moim telefonie. Nie potrafię powiedzieć, którą płytę bardziej wolę, bo obie znam na pamięć i każda daje coś innego. A jeśli miałabym decydować czy bardziej podobają mi sie jego ballady czy "szybsze" piosenki to wybrałabym tą drugą opcję. Nie mówię, że wolne kawałki są słabe, bo są genialne, a Ed potrafi pięknie przekazywać emocje, ale bardziej trafiają do mnie takie numery jak "Sing" czy "Don't". Jednak jako fanka Hobbita (oj, bójcie się jak przyjdzie mi o tym napisać, a to już niedługo) kocham go miłością bezgraniczną za "I see fire". Piosenka ta jest zmasakrowana przeze mnie, ma pierwsze miejsce w najczęściej odtwarzanych i gdyby ktoś mnie w środku nocy obudził i kazał recytować, bo śpiewać to nie umiem, nie miałabym z tym najmniejszego problemu. I do tego taki ładny klip video...



Niestety na jego koncercie nie byłam, ale mam nadzieję, że taka okazja się przytrafi i wtedy będę mogła go posłuchać na żywo.

3. Piotr Rogucki

A teraz polskie podwórko. Łódzki wokalista i autor tekstów oraz aktor. Znany głównie z tego, że jest liderem grupy Coma. Działalność muzyczną rozpoczął w 1998 r. Z zespołem nagrał sześć albumów. Zdecydowanie moimi ulubionymi jest ich debiutancki krążek "Pierwsze wyjście z mroku" (2004) oraz "Czerony album" (2011). Oczywiście obie płyty mam w swoim posiadaniu. 

Ale wracając do samego wokalisty. On również należy do tych twórców, którzy lubią pisać coś na własną rękę. Rogucki dorobił się dwóch solowych albumów (również je mam): "Loki - wizja dźwięku" (2011) oraz "95-2003" (2012). Pierwszy krążek to "ścieżka dźwiękowa do filmu, który nigdy nie powstał", a przynajmniej tak sam artysta o niej mówi. I rzeczywiście, jeśli słucha się piosene po kolei, tak jak są ułożone na płycie, usłyszymy historię Lokiego i jego alter ego (albo odwrotnie). Z kolei druga płyta to zbiór utworów, które napisał w latach 1995-2003, a nigdy nie znalazły się na żadnym wydawnictwie. Jest to zdecydowanie poezja śpiewana, która bardzo dobrze mu wychodzi. 



Oczywiście na koncercie Comy jak i na Roguckim solo miałam przyjemność być. Wydawać by się mogło, że skoro ten sam artysta to klimat również niczym się nie różni. Otóż nic bardziej mylnego. Coma to totalna miazga energetyczna, a akt solo to świetne wyciszenie i bliskie spotkanie z poruszającymi tekstami.

4. Hans

Właściwie Przemysław Frencel. Poznański raper, wokalista i autor tekstów. Współzałożyciel grupy 52 Dębiec, a obecnie również wokalista w zespole Luxtorpeda. Za co uwelbiam Hansa? Już tłumaczę. Po pierwsze 52 Dębiec, ale chyba jeszcze nie jestem na etapie całkowitego poznania dyskokrafii grupy. Po drugie kariera solowa i przy tym chcę się zatrzymać. W 2011 roku wydał solowy album, którego  (to niespodzianka!) niestety nie posiadam w formie płyty CD, ale mam na telefonie. Znam go od deski do deski, wzdłuż i wszerz. Tak naprawdę nie toleruję chyba tylko jednego utworu z tego wydanictwa, a resztę to biorę w ciemno. 

Ale chyba najważniejszym powodem jest Luxtorpeda. Tak naprawdę poznając Luxtorpedę poznałam Hansa, chociaż kiedyś dawno temu znałam kilka piosenek 52 i niestety nie byłam świadoma, że to on. W Luxach mamy doskonałe połączenie Hansowego flow i dobrej rockowej muzyki. Luxtorpeda nagrała trzy albumy, ale mam tylko jeden, najnowszy (oczywiście w postaci płyty CD) "A morał tej historii mógłby być taki mimo, że cukrowe to jednak buraki". Za to z autografami całego zespołu. 


Na koncercie Luxtorpedy się pojawiłam i było bardzo, bardzo energetycznie. Jak tylko natrafi się następna okazja to idę drugi raz.

5. Artur Rojek

No i ostatni z tych co muszą zawsze być w odtwarzaczu. Muzyk, kompozytor, wokalista i autor tekstów. Zaczynał karierę w Myslovitz, ale w 2012 roku, po 20 latach działalności w zespole, rozpoczął karierę solową. Z zespołem wydał dziesięć płyt studyjnych. Moją ulubioną jest zdecydowanie "Miłość w czasach popkultury" (1999). Niestety nie posiadam tej płyty, ale muszę ją gdzieś poszukać i zakupić. Chyba z pomocą przyjdzie mi tu mój ulubiony sklep. 

Jako solista wydał do tej pory jeden album "Składam się z ciągłych powtórzeń" (2014). Zdecydowanie piosenką z tej płyty, którą uwielbiam jest (czy raczej są?) "Syreny". Ostatnio ciągle jej słucham i nie mogę się od niej uwolnić. Ale że ma bardzo ładny tekst to wybaczam. 


Na koncercie Myslovitz byłam... W wieku sześciu lat na pikniku, gdzie sponsorem były wafelki Koziołek Matołek. Jedyne co pamiętam to zestaw dziesięciu wafelków i plastikowy kubek do herbaty, który kupili mi rodzice. Potem w dwa dni zjadłam wafelki, a kubek zaginął gdzieś w akcji po latach.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

7 filmów, które mogłabym ogladać przez cały czas

I tak oto rusza Wesoły Fandomowy Autobus (w skrócie FWA). Długo się wczoraj zastanawiałam jaki post napiszę jako pierwszy o "remoncie" i wymyśliłam. :)

Każdy ma zestaw swoich ulubionych i znienawidzonych filmów, a także takich, które bardzo by chciał obejrzeć, ale albo ludzie odradzają albo nie da się przez nie przebrnąć. Postanowiłam zająć się tymi, które uwielbiam i mogę oglądać przez cały dzień i całą noc, z malutkimi przerwami na wypad do toilet albo do lodówki. A teraz przedstawiam swoje zestawienie (kolejność numeryczna chyba nie ma znaczenia :P):

1. Mamma Mia! (2008 r, reż. Phyllida Lloyd):

Większość powie, że to najgorszy film jaki przyszło im oglądać i nie rozumieją jego fenomenu. Cóż, to nie ja. Ja kocham ten film całym sercem i nie obchodzi mnie, że zgarnął Złotą Mailnę (w sumie tylko Pierce Brosnan, ale to zawsze). Fabuła filmu jest bardzo prosta. Mamy piękną, młoda dziewczynę (w tej roli Amanda Seyfried), która mieszka wraz z matką (Meryl Streep!) na greckiej wyspie. Szykuje się do ślubu i chciałaby z tej okazji zaprosić na uroczystość swojego ojca, którego nigdy nie poznała. Dzięki pamiętnikowi matki odkrywa, że może mieć trzech potęcjalnych tatusiów i żeby było lepiej zaprasza ich wszystkich. Jak można się domyśleć dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa.

Film nie jest zwykłym filmem. To musical. 90% ludzkości nie znosi tego gatunku. Niestety nie ja. Ja uwielbiam jak śpiewają i tańczą, bo wtedy wszystko jeszcze bardziej jest kolorowe i radosne. Pewnie w ogóle bym nie zwróciła uwagi na ten film, gdyby nie to, że wszstkie piosenki jakie można usłyszeć pochodzą z repertuaru Abby. Czyli żyć, nie umierać. Uwielbiam Abbę i nie wstydzę się tego. :) A już w ogólę jestem w raju, jeśli połowę tych piosenek śpiewa Meryl Streep, która jest moją mistrzynią w kategorii: Najlepsza aktorka filmowa EVER! A na dokładkę jako potencjalnych protoplastów mamy Pierce'a Brosnana, Colina Firth'a i Stellana Skarsgårda.



Więc jeśli macie doła, jest wam smutno, pada deszcz albo cokolwiek innego ciąży wam na sercu i duszy to odpalcie "Mamma Mia!" i radujcie się greckimi krajobrazami połączonymi ze szwedzką muzyką.

2. Nietykalni (2011 r, reż. Olivier Nakache, Eric Toledano)

Pierwszy raz przyszło mi ten film oglądać w szkole i od razu się zakochałam. Zaczynał się niepozornie, ale z każdą minutą było coraz lepiej. Poznajemy historię sparaliżowanego milionera, który do opieki nad sobą zatrudnia ciemnoskórego młodzieńca, który szuka pracy. Z początku chłopak jest żółtodziobem i nie ma zielonego pojęcia o swoich obowiązkach, jednak z czasem przywiązuje się do swojego pracodawcy i rodzi się miedzy nimi wielka przyjaźń. Film jest oparty na faktach i pokazuje zderzenie dwóch różnych światów, które z czasem stopniowo się łączą.

Z każdą minutą filmu są przedstawione nie tylko zabawne sytuacje, ale i trudne wybory jakich muszą dokonywać bohaterowie. Codzienna walka z przeciwnościami losu i przywiązanie do drugiego człowieka sprawiają, że mamy ochotę przenieść się na druga stronę ekranu i zostać częścią tego pięknego obrazu.


Jeśli nie widzieliście tego filmu to czas to nadrobić. Dziś jest do tego idealna okazja, bo "Nietykalni" są do zobaczenia zaraz na TVP1.

3. Dziewczyna z tatuażem (2011 r, reż. David Fincher)

Jeżeli kochacie Daniela Craiga to powinniście zobaczyć ten film. Amerykańska produkcja jest ekranizacją głośniej powieści, a właściwie Trylogii autostwa Stiega Larssona. Mamy doczynienia z dziennikarzem śledczym, który zostaje oskarżony o zniesławienie i otrzymuje zlecenie rozwiązania mrocznego zaginięcia młodej dziewczyny. Sprawa miała miejsce 40 lat temu, jednak krewnemu nastolatki, bogatemu przedsiębiorcy Henrikowi Vagnerowi mocno na tym zależy. Zagadkę pomaga rozwiązać Mikaelowi Blomkvistowi aspołeczna i wycofana Lisabeth Salander, która jest genialną hakerką. 

Miałam przyjemności przeczytać całą Trylogię (bo film to ekranizajca tylko pierwszej książki) i dodatkowo opowiedzieć o jej fenomenie na zajęcia z WOKu. Film niestety trochę mnie rozczarowywuje pod względem idealnego odwzorowania treści, ale jak na prawie trzygodzinny film to dobrze się ogląda. Trzyma w napięciu, bohaterowie są dobrze zbudowani, a relacja jaka pojawia się między dziennikarzem, a hakerką nie jest jak wyjęta z komedii romantycznej. W gruncie rzeczy to trudna relacja, ale oboje potrafią sobie zaufać i współpracować.


"Dziewczynę..." widziałam już chyba z czterdzieści razy i mogłabym to obejrzeć znowu i znowu, bo za każdym razem odkrywam coś nowego. No i można do woli patrzeć na pięknego Daniela. 

4. Skyfall (2012 r, reż. Sam Mendes)

Skoro już jesteśmy przy Craigu to nie mogę nie wspomnieć o Bondzie. Jak wiadomo kolejny film o przygodach 007 pojawi się już jesienią, a póki co można podziwiać Skyfall. W tej części lojalność Bonda zostanie wystawiona na próbę przez M, kiedy z MI6 znikną najważniejsze informacje o największych w Wielkiej Brytanii. Jamesowi przyjdzie się zmierzyć z nieprzewidywalnym i groźnym przeciwnikiem (w tej roli Javier Bardem). 

Ta część to powrót do przeszłości Bonda. Mamy okazję poznać miejsce, w którym przebywał zanim trafił pod skrzydła M i co sprawiło, że jego życie potoczyło się jak się potoczyło. Uwielbiam tą część ze względu na dwie rzeczy (no bo o Craigu chyba nie musze mówić). Po pierwsze cudowna czołówka i genialna piosenka Adele, która wywołuje u mnie ciarki za każdym razem, gdy ją słyszę. A po drugie w roli Q możemy oglądać Bena Whishawa. Uroczy i utalentowany młody brytyjski aktor, którego karierę i role warto śledzić. 


Warto też zauważyć, że Bond w tej części nie tylko pije "wstrząśnięte, niezmieszane", ale także zwykłe piwo. Idzie ku nowoczesności.

5. Forrest Gump (1994 r, reż. Robert Zemeckis)

No któż nie zna tego filmu? Przepiękna opowieść o życiu pełnym przygód trochę przygłupiego Forresta Gumpa. Początkowo jest zagubionym chłopcem, który ledwo kończy szkołę, by potem stać się miliarderem i bohaterem wojny w Wietnamie. W filmie mamy okazję zobaczyć wizytę Forresta u prezydenta, spotkanie z Elvisem, szalone lata Hipisów, a także (co wydaje mi się najważniejsze) piękną historię przyjaźni i miłości, która miała początek w latach dzieciństwa i przetrwała wiele lat, nie zależnie czy bohaterowie byli blisko siebie czy nie.

Za każdym razem, gdy film leci w telewizji, robię z siebie człowieka burrito, parzę najlepszą herbatę jaką mam w domu i przez dwie i pół godziny oglądam śliczną historię trudnego życia. A miłość do tego filmu zaczęła się, gdy namiętnie oglądałam CSI:NY i byłam ciekawa, gdzie jeszcze gra Gary Sinise, który wcielał się w postać detektywa Maca Taylora. Ku mojemu zdziwieniu w obu tych produkcjach grał bohaterów z tym samym nazwiskiem (w "Forreście..." był porucznikiem Danem Taylorem). Ale żeby nie było, Toma Hanksa też uwielbiam, czy to w tym filmie czy przykładowo w "Filadelifii". Gra aktorska genialna i widać nie na darmo film otrzymał sześć Oscarów, trzy Złote Globy oraz inne nagrody. 


Aha i dzięki temu filmowi mogliśmy się dowiedzieć czym tak naprawdę jest koncern Apple. :) 

6. Sierpień w hrabstwie Osage (2013 r, reż. John Wells)

Jak to mówią: z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciu i ten film potwierdza to w stu procentach. Tajemnicze zniknięcie ojca staje się początkiem odkrywania przez jego córki i chorej na raka żonę rodzinnych sekretów. Wydawać by się mogło, że rodznna uroczystość zaciśni więzi między pokoleniami, ale pewnych sytuacji nie da się przebaczyć, zrozumieć i wytłumaczyć. Coś co początkowo wydawać by się mogło, że to tylko niewinna sytuacja, staje się kluczem do rozwiązania problemów.

Dlaczego obejrzałam ten film? Cóż, wydawać by się mogło, że dla Meryl Streep, która gra tu jedną z głównych ról. Otóż nie... Przyczyna jest inna. Dwa słowa: Benedict Cumberbatch. Odkąd zobaczyłam Sherlocka BBC (o tym będzie osobny wpis) włączyła mi się spirala poszukiwania innych filmów. Dobrze, nie oszukujmy się, jestem Cumberbitch (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi, a pozostałym wyjaśnie to jednym słowem: psychofanka). A że akurat film wchodził do kin to zaciągnęłam moją przyjaciółkę na seans (i nadal nie wiem dlaczego się zgodziła iść, bo ona go szczerze nie znosi i nie może na niego patrzeć, na Benedicta oczywiście). Po obejrzeniu filmu byłam wniebowzięta mimo, że Benedict nie gościł na ekranie nadzwyczaj często. Ale żeby nie było, że tylko jednego aktora dostrzegłam, to w filmie wystąpili również Julia Roberts, Ewan McGregor oraz Chris Cooper. 


Nie byłabym sobą, gdybym nie dorzuciła tutaj drugiego gifu (no po prostu muszę, jako Cumberbitch)


Scenariusz filmu to adaptacja sztuki teatralnej. Marzy mi się, żeby móc to zobaczyć jako spektakl. A w ogóle byłoby cudownie, gdyby Polacy się za to zabrali, bo teatr to my umiemy robić.

7. Kogel-Mogel (1988 r, reż. Roman Załuski)

I teraz coś z polskiego podwórka. Jeden, jedyny polski film, który mogę oglądać codziennie w telewizji i nigdy mi się nie znudzi. Młoda dziewczyna Kasia, dostaje się na studia i sprzeciwiając się rodzicom, którzy organizują dla niej wesele z bogatym sąsiadem, ucieka do Warszawy. Tam przez przypadek zostaje zatrudniona jako niania dla niesfornego Piotrusia. Przezabawne zdarzenia prowadzą do kłopotliwych sytuacji.

Dla mnie era filmów komediowych w Polsce skończyła się wraz z "Komedią małżeńską". Wszystko co powstało potem to nie jest to co bym chciała oglądać. Oczywiście, zdarzają się wyjątki, ale mogłabym je policzyć na palcach jednej ręki. "Kogel-mogel" to zdecydowanie najlepszy film. Nie jest to może jakieś górnolotne kino, ale jak na tamte czasy i możlwości film jest całkiem przyjemny. Dodatkowo film jest kopalnią cytatów, które mogłabym wypowiadać obudzona w środku nocy. 


I bardzo żałuję, że w te święta nie pojawił się ten film na żadnym kanale. Chyba trzeba będzie obejrzeć gdzieś w Internecie. :)

A Wy macie swoje ulubione filmy, które moglibyście oglądać przez cały czas? :)

P.S. Właśnie obejrzałam po raz drugi "Bogów". Chyba ten film też będzie należał do kategorii "mogę oglądać to cały czas". 

Hmm...

Na wstępie życzę wszystkim wszystkiego dobrego na święta! :) A z tej okazji, że mamy dwa leniwe dni i czas spędzamy głównie na jedzeniu albo na odpoczynku od jedzenia to w mojej głowie rodzą się różne dziwne myśli. No i właśnie taka dziś powstała.

Ze smutkiem musze stwierdzić, że nie mam odpowiedniej ilości czasu na to, by czytać książki, które bym chciała, a co za tym idzie to oto miejsce byłoby totalnie uśpione. I tak siedząc sobie dzisiaj przy herbacie i serniku postanowiłam, że na blogu zajdą pewne zmiany. Od tej pory nie tylko będą się pojawiały tutaj wpisy o książkach (kończę czytać coś genialnego i na pewno o tym napiszę), ale również o filmach, serialach i wszystkim tym co mnie interesuje, denerwuje, fascynuje i wywołuje miliony innych emocji. To miejsce zamieni się w "śmietnik" moich myśli.

Mam nadzieję, że nie będziecie mieli mi tego za złe i nawet częściej i chętniej będziecie tu zaglądać. Jeśli dobrze pójdzie to jutro, a właściwie dziś po południu pojawi się wpis i tym razem będzie on na "nowe kopyto".

piątek, 20 marca 2015

Zaśpiewać czy lepiej przeczytać? - Czyli o muzyce w litaraturze i literaturze w muzyce...

Ostatnio dużo się działo dlatego zapadła tu cisza i zaczęły rosnąć chwasty. Ale postanowiłam to zmienić i stworzyć coś co może nie będzie miało bliskiego związku z jedną konkretną książką. Ale obiecuję, że wezmę się za jakieś czytanie czegoś normalnego i w końcu coś napiszę.

Ostatnio w mojej głowie siedziała głównie łacina, ale wygrałam z nią walkę i mogę spokojnie już spalić książkę do tego znienawidzonego przeze mnie przedmiotu. Jednak dzięki niej przyszło mi ostatnio dużo jeździć tramwajem. Żeby dostać się na zaliczenie z niej musiałam opuszczać rodzimy kampus i jeździć do centrum. Zajmowało mi to jakieś pół godziny w jedną stronę. A jako, że jestem muzykoholikiem to nie ruszam się bez moich słuchawek do telefonu. Na szczęście playlistę mam bardzo rozwiniętą i goszczą na niej same zacne utwory (ale że każdy ma inny gust to jest ona zacna tylko dla mnie). Ostatnio pokochałam opcję "kolejność losowa" i tak jeżdżąc sobie miejską komunikacją to przypadek kierował tym czego słuchałam. No prawie. I coraz bardziej wsłuchując się w teksty utworów zaczęłam zauważać, że dużo kawałków zawiera w sobie fragmenty bądź całe teksty literackie, głównie poezję. Z tej okazji chciałabym się pochylić nad kilkoma z nimi:

1. Bardzo ważnym utworem jest dla mnie "Nic dwa razy" w wykonaniu Maanamu. A dlaczego? Już tłumaczę. Po pierwsze autorką tekstu (właściwie wiersza) jest moja ukochana polska poetka Wisława Szymborska. Ludzie mogą mówić co chcą o jej poezji, ale dla mnie była, jest i będzie mistrzynią słowa. Po drugie, gdy Kora zabierała się za ten utwór zwróciła się do Szymborskiej z prośbą czy mogłaby wykorzystać tekst w utworze. Poetka się zgodziła, jednak zaznaczyła, że każde słowo w piosence ma być dokładnie odwzorowane tak jak jest w oryginale i nie zgadza się na modyfikacje. A że twórcom muzyki zdarza się, że lubią kombinować to się nie dziwie. Ten tekst ma tylko prawo bytu w oryginale, tak jak powstał. Kora się zgodziła i dzięki temu powstała piękna, energetyczna piosenka z głębokim tekstem. No i po trzecie kocham tą piosenkę, bo Maanam to jeden z ulubionych zespołów moich i mojego taty. Rodzinne wspomnienia górą!

2. Następną piosenką jest "To my Polacy" poznańskiej grupy 52 Dębiec. Poza tym, że obnażają oni nasze cebulactwo i cechy narodowe to wpletli bardzo sprytnie zdanie, które jest autorstwa Kazimierza Przerwy-Tetmajera: "Wolę polskie gówno w polu niż fiołki w Neapolu". Czyli totalny patriotyzm. Mówią, że raperzy to puste słoiki, a tu widać, że Hans zna się na rzeczy i wie co dobre.

3. Kolejnym utworem jest "Jutro" Comy. Może nie ma w tekście samego konkretnego cytatu z jakiegoś utworu, ale za to padają ważne nazwiska dla polskiej literatury. Rogucki wiedział co dobre pisząc tekst: "Nagłe objawienia: Bursa, Miłosz, Lem". Każdy kto kiedykolwiek miał do czynienia z poezją wie kto to Miłosz czy Bursa. Z kolei Lem jest jednym z najważniejszym pisarzy science-fiction na świecie i nie boję się tego powiedzieć.

4. Klasykę literatury polskiej w swojej twórczości zawarł nawet Kazik w utworze Kultu "Baranek". Któż nie zna:
"Na głowie kwietny ma wianek,
W ręku zielony badylek,
A przed nią bieży baranek,
A nad nią lata motylek".
Każdy w szkole (jeśli nie w gimnazjum to w liceum) omawiał znane i lubiane "Dziady" Mickiewicza. Pamiętam jak czytaliśmy w gimnazjum "Dziady" z podziałem na role. Jedyne o czym myślałam podczas czytania przez kolegów i koleżanki z klasy tych fragmentów to to, żeby nie zacząć śpiewać na głos właśnie "Baranka". Pominę już fakt, że uwielbiam cały tekst tej piosenki i opis tej jego idealnej kobiety, która jest po prostu zwykłą Roxanne, a on się łudzi, że biedaczka ciężko pracuje na jachtach. No ale miłość już taka jest. Podobno.

5. Następnym przykładem wiersza w piosence jest "Niepewność" już wcześniej wspomnianego Mickiewicza. Po ten tekst sięgnął Marek Grechuta i powstał piękny utwór, przy którym człowiek zaczyna dochodzić do różnych wniosków na temat swojego życia, a przynajmniej tej części uczuciowej (o ile ją się ma). Przepiękny tekst: "Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę, nie tracę zmysłów kiedy cię zobaczę...". Generalnie nie lubię Mickiewicza, ale to mu się udało.

6. Skoro już jestem przy wielkich polskich twórcach, ale i geniuszach wokalnych trzeba się zatrzymać nad Tuwimem i jego "Wspomnieniem", z którego piosenkę stworzył Czesław Niemen. Muszę się przyznać, że o istnieniu tej piosenki dowiedziałam się dopiero w gimnazjum, gdy nauczyciel od plastyki nakazał nam stworzyć do teego utworu okładkę na naszą płytę. Pamiętam, że miałam z tym trochę problem, ale pozwolił mi wtedy dołożyć jeszcze kilka innych piosenek do mojej pracy, m.in. "Behind blue eyes" The Who czy "Highway to hell" AC/DC i powstała piękna czerwono-pomarańczowo-żółta okładka, na której była błękitna autostrada, po której płynęły jesienne liście, a nad wszystkim górowały niebieskie oczy. I co, można? Można. Chociaż przyznam się, że jestem plastycznym beztalenciem to z tego byłam dumna. A oprócz szóstki w dzienniku powiększyła mi się playlista. I mimo, że mamy już praktycznie wiosnę to: "Mimozami jesień się zaczyna...".

P.S. Tuwim jest także w wielu innych utworach np. u Ewy Demarczyk, Grzegorza Turnaua czy Strachów na Lachy. Nic, tylko słuchać, testować i się zachwycać.

7. Ostatnia piosenka, o której chciałabym wspomnieć to tym razem wiersz mojego ukochanego polskiego poety, którego większość nie lubi, czyli Edwarda Stachury. Po jego teksty bardzo często sięgał zespół Stare Dobre Małżeństwo. I właśnie o jednej z takich piosenek sobie przypomniałam. "Jest już za późno, nie jest za późno" to jeden z piękniejszych (oczywiście według mnie) tekstów Stachury. Najchętniej zacytowałabym tu cały utwór, ale nie zrobię tego. Pozostanę tylko przy tym:
"Zbiegną się wreszcie tory sieroce naszych dwu planet,
Cudnie spokrewnią się ciała nam".
Pamiętam, że moi rodzice kiedyś bardzo często słuchali tego zespołu, a ja nie mogłam pojąć co w nim takiego jest. Na szczęście po jakimś czasie zrozumiałam, tylko, że chyba rodzice zapomnieli, że ten zespół istnieje. Będę im musiała to przypomnieć.


Zapewne zapomniałam o jakiś zespołach/wykonawcach/wokalistach i ich powiązaniach z literaturą, ale mam nadzieję, że Wy też macie takie swoje perełki. Jak widać, muzyka ściśle łączy się z literaturą, a literatura z muzyką. Wystarczy tylko słuchać i czytać.