poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Pan mnie nie fascynuje, panie Grey...

W ostatni piątek dopuściłam się haniebnego czynu, a mianowicie obejrzałam "50 twarzy Greya". Obiecałam sobie, że tego nie zrobię, ale po gorących namowach moich współtowarzyszy wieczora oraz pewnej ilości alkoholu poddałam się. Zasiadłam w fotelu, uzupełniłam procenty i... No cóż, wszystko po kolei.

Od razu mówię, że książek nie czytałam. Jedynie pierwszą część i to gdzieś we fragmentach. Niby wiedziałam o co chodzi, ale gdy przyszło co do czego to film wydał mi się jakby zupełnie inna historią. Tyle tylko, że bohaterowie tacy sami. Pierwsze dziesięć minut filmu jakoś zniosłam poza tym, że strasznie drażniła mnie drewniana gra tej głównej pani bohaterki. No po prostu Bella ze Zmierzchu to przy niej dyplomowana aktorka. Z kolei pan Grey... Nie tak go sobie wyobrażałam. Nie wiedzieć czemu w tej roli idealnie bym widziała Chrisa Hemswortha. Ale może po prostu mam zryty baniak. A Jamie Dornan (chyba napisałam bez błędu) miejscami wyglądał jak ten pan z "Psychozy" (o ile się nie mylę to chodzi mi o Anthony'ego Perkinsa). Aż potem bałam się iść do łazienki. Ale po tych dziesięciu minutach zadzwonił mój telefon i poszłam sobie pogadać i gdy już wróciłam panna Ana (czy jak jej tam) była nawalona jak tramwaj w barze i ratował ją pan Christian. Potem już nie bardzo kojarzyłam co się dalej dzieje, bo trochę przysypiałam, ale co się obudziłam to oni się gwałcili. No bo niczym innym tego nie nazwę.

O stronie erotycznej tego filmu nie chcę się wypowiadać. Są od tego eksperci. Ja się wstrzymam. Tylko odniosę się do jednej rzeczy. No zakończenie to dupy nie urwało. Grey wyszedł na biednego, skrzywdzonego psiaczka, którego nikt nie kocha, a panna Ana powiedziała to swoje "Christian" I tyle ją widzieli. Nawet drewnianość w tym momencie jej nie zmalała. Dlatego się nie dziwię, że muszą szybko kręcić drugą część, bo przecież umowę kiedyś muszą podpisać. Za to przypomniała mi się jedna rzecz, którą kiedyś przeczytałam w Internecie. Za Greyem to szaleją wszystkie baby (no prawie) i podpisałyby tą głupią umowę, bo przecież on biedny i wykorzystany, a do tego skrzywdzony. Ale jak Sheldon w "The Big Bang Theory" kazał Amy podpisać umowę dotyczącą związku to od razu wszyscy mówią, że on jakiś nienormalny i co to za facet, który tak postępuje. Przecież to w zasadzie to samo tyle, że on, Sheldon oczywiście, nie śpi na kasie i jest jakby antyseksualny. No dobrze, nie będę się w to zagłębiać.

I żeby nie było, że jestem taka okropna dla tego filmu (za osobisty sukces uważam to, że dotrwałam do końca) to napiszę, że o ścieżkę dźwiękową się postarali. Pominę "Love me like you do", bo to mi uszami wychodzi jak słyszę to dzień w dzień po siedem razy w pracy, ale za to jestem wielką fanką coveru "Crazy in love". Świetna wersja i momentami przyprawia o ciarki na plecach.

Czy obejrzałabym film po raz drugi? Nie sądzę. Czy na trzeźwo? Zdecydowanie nie. Podziwiam tych, którzy poszli na to do kina i to z własnej nieprzymuszonej woli. Ja podziękuję. A jeśli miałabym oceniać w skali od 1 do 10 to dałabym marne 2 i to tylko za muzykę. Nic więcej. Widać chyba się starzeję, bo nie rajcują mnie te klimaty.

piątek, 31 lipca 2015

Proszę, zabierz nas do domu...

Wczoraj obudzona o 5 nad ranem i poinformowana, że fabryka matka mnie nie potrzebuje zagwarantowałam sobie dzień wolny. Korzystając z okazji wyspałam się, pozmywałam i chciałam się po prostu poobijać, ale zostałam wysłana po syrop dla mojego kuzyna do apteki (przy okazji farmaceutka myślała, że mam dziesięcioletnie dziecko i zrobiła minę jakbym zabiła jej matkę kapciem). Niestety zanim kupiłam to po co przyszłam to zostałam poinformowana, że lekarstwo mogę nabyć dopiero za pół godziny, bo pani z apteki poszła na lunch. Zrezygnowana wycofałam się z pomieszczenia i poszłam do sklepu z odzieżą. Ale po chwili się zorientowałam, że przecież w tym budynku znajduje się sklep, do którego zawsze chciałam iść, ale nigdy nie miałam czasu. Mam na myśli księgarnie.

Nieco speszona weszłam do środka i od razu wiedziałam, że nie powinnam przekraczać progu tej cudownej świątyni. Zaczęłam przeglądać regał po regale i byłam coraz bardziej zafascynowana. Trafiłam na książki moich ulubionych autorów i zaczęłam się zastanawiać czy byłabym w stanie przeczytać chociaż rozdział jakiejś książki. Doszłam do wniosku, że byłoby mi trudno i postanowiłam, że czas zabrać się za dokladniejszą naukę angielskiego, żebym mogła w przyszłym roku tam wrócić i kupić sobie co dusza zapragnie. A dusza dużo zapragnęła.

Trafiłam na kilka kryminałów, które bardzo chętnie bym przeczytała. Ale największą radość, a zarazem smutek przyniosło mi główne znalezisko, o którym myślałam kilka dnia. Mam tu na myśli "Poldark". Wiadomo, że serial powstał na podstawie książki, więc chciałam tą książkę poznać. I się udało. Radość sprawiło mi to, że w ogóle była dostępna na półce, a uczucie zostało spotęgowane w momencie, gdy zajrzałam do środka i przeczytałam, że jest około siedmiu części tej serii. Niestety po kilku sekundach dotarł do mnie smutek i postanowił mi przypomnieć, że nie znam bardzo biegle angielskiego i swobodnie sobie nie poczytam. A jak wiadomo, w Polsce zanim przetłumaczą to miną lata świetlne. Chyba jednak przyłożę się do tego angielskiego...

Nie zrobiłam nawet pół kroku, a moim oczom ukazały się trzy najpiękniejsze półki jakie można było sobie wymarzyć. Po brzegi były wypchane komiksami Marvela. Stałam przed nimi z rozdziawioną paszczą i dobrze, że zdałam sobie sprawę, że wyglądam jak idiota, bo w pobliżu pojawili się ludzie. Paszczę natychmiast zamknęłam i zaczęłam przeglądać komiksy. Już postanowiłam, że na pewno kupię sobie jakieś i trudno, będę czytać je ze słownikiem. Ale, ale... Natrafiłam też na coś co sobie kupię obowiązkowo i to za najbliższą wypłatę (ale nie za dzisiejszą). Mianowicie jest to leksykon wszystkich bohaterów Marvela. Od Thora, po Iron Mana, przez Kapitana Amerykę, Hulka i na Groocie kończąc. To nic, że muszę za to wybulić £10, ale zrobię toooooo!

Byłam za to zdziwiona faktem, że w księgarni było niewiele książek Christie czy Conan Doyle'a. Myślałam, że Anglicy trochę tego na stanie mają, a tu się jednak okazuje, że jestem w błędzie. Cóż, my też mamy mało Mickiewicza i Reymonta w księgarniach.

Później szybko się przebiegłam po literaturze dziecięcej, historycznej i faktu, ale nic ciekawego nie znalazłam. Na biografiach za to trafiłam na książkę, która opisywała życie mojej wielkiej, pierwszej i jedynej miłości pilkarskiej, Thierry'ego Henry'ego. Ciekawe kiedy w Polsce na nią trafię? Bo ładne były w niej zdjęcia, a i tekst zapewne interesujący.

Na koniec zatrzymałam się przy niewielkim stoliku, na którym leżały kolorowanki antystresowe dla dorosłych. Przejrzałam wszystkie i doszłam do wniosku, że straszne zdzierstwo i się nie opłaca tutaj kupować. Najtańsze wydanie, kieszonkowe kosztowało £6, a najdroższe £15. A w Sainsburym pod domem mam ładne wzorki do kupienia za £4.

Księgarnie opuściłam po 35 minutach, a to i tak krótko jak na mnie. Doszłam do wniosku, że żeby być w pełni szczęśliwą musiałabym tam zostawić jakieś £45. Generalnie to nie stać mnie, żeby coś takiego zrobić, ale może chociaż komiksy sobie kupię? Jeszcze o tym pomyślę...

P.S. Na polski akcent również trafiłam. Znalazłam Wiedźmina, ale na razie na angielski zostały przetłumaczone tylko trzy części. Z czego w księgarni była tylko jedna.



czwartek, 23 lipca 2015

Ten pociąg już dawno odjechał...

Przestałam być dzieckiem. Kiedy to się stało? Wytłumaczy mi ktoś? A przynajmniej z fizycznego punktu widzenia, bo psychicznie... No właśnie, jak to tak naprawdę jest?

Miałam okazję być dziś na placu zabaw. Spędziłam tam dwie godziny i sporo tego czasu poświęciłam na pewne przemyślenia. Doszłam do wniosku, że już od jakiegoś czasu to nie ze mną się tu przychodzi, żeby mnie pilnować, tylko ja przychodzę, żeby kogoś pilnować. Brzmi może trochę niezrozumiale, ale gdzieś tam w środku to wywołuje dziwne uczucia. Niby tutaj jestem taki kozak, hej do przodu, bierz byka (życie) za rogi i nie marudź, a tak naprawdę to chciałabym, żeby znowu moim jedynym zmartwieniem było, na której zjeżdżalni dziś zjechać i czy zdążę do domu na wieczorynkę. Niestety, eldorado się skończyło.

Zatęskniłam dziś także za prawdziwymi wakacjami. Takimi, podczas których nic się nie robiło. Oj, przepraszam, robiło się i do sporo. Chodzi mi o ten czas, gdy rano szło się odebrać świadectwo, a po południu siedziało się już w aucie i było w drodze do babci na wieś. Gdzie rano wychodziło się na podwórko i wracało wieczorem i to jeszcze z wielką niechęcią, bo przecież na zakręcie drogi graliśmy w "Państwa, miasta" i nie dokończyliśmy, bo o 21 kazali wrócić do domu. A teraz człowiek ma wakacje po to, by w przerwie od całorocznej nauki zarobić sobie na wydatki na cały następny rok. No bo ile można ciągnąć kasę od rodziców?

Czy to, że noszę koszulki z rysunkowymi nadrukami świadczy o tym, że mam siano w głowie i jestem dziecinna czy raczej to, że potrzebuje jakiejś odskoczni od dorosłego świata i chociaż na trochę chcę wrócić do dzieciństwa? Ostatnio pokazałam mamie dwie nowe koszulki, które sobie kupiłam, a ona gdy tylko je zobaczyła skwitowała to krótko: "Jak dla niemowlaka". Cóż, może mama ma rację i powinnam się dostosować do etapu życia w jakim jestem. Tylko, że ja chyba jeszcze nie chcę albo nie jestem gotowa, żeby wciskać się w sukienki i kłaść kilo makijażu na twarz. Wolę pobujać w obłokach i wymyślać w mojej głowie scenariusze, które i tak nigdy się nie zrealizują.

Czasem mam przebłyski, że ok, założę wysokie buty i zmienię swoje myślenie, ale za chwilę przypominam sobie, że długo nie dam rady udawać i wolę nosić moje zielone trampki i rysunkowe t-shirty. Przecież kogo to tak naprawdę obchodzi kim jestem? Jeśli chce się ze mną zadawać to nie powinno mu to przeszkadzać, że mam takie odchyły, a nie inne. W końcu każdy jakieś ma. Ja mam takie. W głębi duszy nadal jestem dzieckiem i chyba szybko to się nie zmieni. W końcu piżama w Minionki nie może leżeć na dnie szafy i czekać aż mole ją zjedzą. :)

P.S. Jestem okropna, bo pomimo sporej ilości czasu nic tu nie dodaje. Ale obiecuję, że się poprawię.

P.S.2. Zdjęć ponownie brak, bo tak. :D

poniedziałek, 6 lipca 2015

Czy to jawa czy sen?

Ostatnio coraz częściej prześladują mnie bardzo dziwne sny. Ich dziwność do dzisiejszej nocy była na znośnym poziomie. Jednak po przebudzeniu dzisiejszego poranka stwierdziłam, że zdecydowanie wymagam leczenia psychiatrycznego. Bo to co wyprawia się w mojej głowie to jakaś chora sytuacja. Nie będę zdradzać co dziś mi się przyśniło, ale musicie mi uwierzyć, że powiało totalną patologią.

Generalnie każdej nocy coś mi się śni. Jedne sny pamiętam lepiej, a inne gorzej. Twarze postaci przeważnie są rozmazane, ale ich głosy dobrze znane. Za każdym razem zastanawiam się dlaczego przyśniło mi się to, a nie co innego. Za dobre sny dziękuję, a za koszmary przeklinam mój mózg. Niestety nie potrafię powiedzieć dlaczego raz mogę podążać za jednym snem całą noc, a innym razem budzę się zlana potem i boję zasnąć.

Wiele dobrych snów było inspiracją do zrobienia czegoś. Np. do rozpoczęcia pisania nowego opowiadania. Do tej pory pamiętam te sny i cieszę się, że sytuację w nim zawarte wydarzyły się chociaż w mojej głowie. Bo przecież po to są marzenia, nie tylko te rzeczywiste, żeby się nimi cieszyć.

Tylko czy to o czym śnimy to tak naprawdę nasze podświadome pragnienia? Czy raczej coś co wymyślił sobie nasz mózg, by spłatać nam nocne figle? Cóż, osobiście uważam, że w obu tych przypadkach może być sporo prawdy. No bo skoro o czymś dużo myślimy to w końcu nasza mózgownica to zapamięta i przetworzy to na swój własny sposób. Pamiętam jak w czerwcu, tuż przed egzaminem przyśniło mi się, że pewna profesor oblewa mnie tylko za to, że moja koleżanka, która weszła ze mną na egzamin nie odpowiedziała na swoje pytania. Przerażona obudziłam się w środku nocy i zaczęłam się zastanawiać czy to przypadkiem nie była prawda.

Kilka lat temu moja przyjaciółka powiedziała mi, że za każdym razem jak śni jej się jeden i ten sam sen, to komuś w rodzinie coś złego się przytrafia. I nie wiedzieć czemu, ale to prawda. Gdy tylko w nocnych majakach pojawiają jej się straszne klauny o twarzy wilków goniące ją przez pustynie (tylko nie pamiętam czy piaskową czy lodową) to wie, że należy uważać na nadchodzący dzień. Ja na szczęście nie mam takich doświadczeń i bardzo się z tego cieszę.

Jednak do tej pory obawiam się, że będąc w sennym transie zrobię coś głupiego albo zrobię sobie i komuś krzywdę. Przecież nie wiadomo co może się stać, gdy lunatykujemy. Póki co wyleczyłam się z tej przypadłości. Ale obawa nadal gdzieś głęboko pozostaje.

Mój dzisiejszy sen przyprawił mnie o wielogodzinne rozmyślania. Z jednej strony to co wymyślił mój mózg mogło być prawdą, ale z drugiej to wszystko było bardzo surrealistczne. Osoba, która tam była na sto procent nie zrobiłaby tego i nie zachowywałaby się w taki sposób jak się zachowywała. Jestem o tym przekonana, bo wydaje mi się, że trochę ją znam. A na dokładkę ja bym też taka nie była jak tam, bo mam w sobie zbyt mało odwagi. Cóż, w snach stać nas na szalone rzeczy.

Ale, ale... Odkąd mam nowy telefon w swoim posiadaniu to trzęsę się jak jajo o jego stan. W przeciągu pięciu miesięcy już siedem razy śniło mi się, że ulega on zniszczeniu. Nie wiem czy mój realny strach się na to przekłada, ale coś musi w tym być, bo za każdym razem, gdy się budzę po tym koszmarze to modlę się by telefon był w jednym kawałku. Czyli naprawdę wygląda na to, że potrzebuję psychiatry.

W snach boję się wszystkiego i czasem mam wrażenie, że doznaje deja vu. Bo to co przydarza mi się w prawdziwym życiu czasem wydaje mi się, że ja już to widziałam w moim śnie. I niestety zdarza się, że to jest tak przerażające, że przestaje racjonalnie myśleć.

Nie chcę wyjść na wariata albo jakiegoś psychicznego, ale wydaje mi się, że sny coraz częściej odgrywają realny sens w naszym życiu. Bo niektóre sny mogą być prorocze, a inne zawierają tylko wskazówki. A już w ogóle przedziwnym snem jest dla mnie motyw, gdy w zjawie nocnej pojawia się ktoś zmarły i daje ci radę. Zdarzyło mi się tak i mimo iż rada była przekazana metaforycznie (do tej pory nie wiem jak to rozszyfrowałam) to wiem, że odczytałam ją dobrze i dzięki niej podjęłam pewną, bardzo ważną decyzję.

Dlatego nadal będę wierzyć w sny i będę się cieszyć z każdego pozytywnego. A ten dzisiejszy odbiorę jako chory wymysł mojego mózgu i puszczę go w niepamięć. Bo wiem, że to nie ma szansy na przetrwanie i wydarzenie się. A teraz życzę dobranoc i kolorowych snów. :)

P.S. Znowu obrazków brak.

P.S.2. Ciekawe co dzisiaj mi się przyśni. Oby nic złego...

niedziela, 5 lipca 2015

Tylko Niebo wszędzie jest takie same...

Od tygodnia egzystuję na obcej ziemi, czyli w Wielkiej Brytanii. Jak każdy student szukałam w maju możliwości zarobku i moje myśli przywiodły mnie aż tutaj. Trzy dni ciężkiej pracy za mną i szykują się kolejne. Ale nie narzekam. Póki co jest ok i mam nadzieję, że do czasu mojego powrotu do domu kurs Funta utrzyma się na obecnym poziomie. Ach, zostanę milionerem. Ale nie o zarobkach chcę pisać. Chciałabym się podzielić moimi obserwacjami...

Pierwsze co rzuca się w oczy będąc poza domem to ludzie. Wiem, wiem, przecież nie kosmici, ale jest jedną rzecz, która mnie tu... hmmm... jakby to powiedzieć... zastanawia. Nie zależnie od wieku, koloru skóry, wagi, języka, płci czy wzrostu wszyscy są wytatuowani. Idziesz ulicą i mijasz suchą, zgarbioną babcię, a zza kołnierza bluzki wystaje jej dziara. Myślisz sobie "cóż, pewnie błąd młodości, ale za chwilę widzisz trzy następne staruszki i masz jakby deja vu. Generalnie nie mam nic przeciwko tatuażom, ale czy to tak fajnie wygląda na starej, pomaraszczonej skórze?

Kolejna sprawa to kwestia czasu. Czas płynie tu zupełnie inaczej. Jakby wolniej i obok. Oczywiście nie tylko w pracy, gdzie jest to ze zdwojoną siłą, ale również w weekendy. Możesz spać, spacerować, oglądać tv, czytać książkę, jeść, a i tak jeszcze będziesz mieć mnóstwo czasu na inne rzeczy.

Za to wydawanie pieniędzy przychodzi tutaj w ekspresowym tempie. Zresztą nie tylko tutaj. Ale, ale... Jeśli przyjeżdżasz do tego pięknego kraju z zagranicy to jest jedna, podstawowa zasada: NIE PRZELICZAJ FUNTÓW NA SWOJĄ WALUTĘ! Od tego można dostać depresji i zacząć odmawiać sobie wszystkiego. A przecież nie o to chodzi. Bo co za normalny człowiek zapłaciłby 24 zł za zwykłą kawę w kawiarni albo 8 zł za pół litrową Colę w supermarkecie? Oczywiście przelicznik będzie się włączał i ciężko będzie przestać o tym myśleć, ale po prostu trzeba.

Dzisiaj zdarzyło mi się pozwiedzać trochę miasto i moja chrzestna postanowiła O prowadzić mnie ciekawym szlakiem: angielskich lumpeksów. Popularne "lumpki" to bardzo interesujące zjawisko. Niestety na ogół nie chodzę do takich sklepów, bo najzwyczajniej w świecie nie umiem tam robić zakupów, a właściwie nie potrafię wyszukiwać okazji. Za to w angielskich lumpkach jest bardzo ciekawa sprawa. Oprócz ciuchów można tak zakupić książki, płyty, filmy, gry, a nawet szkło do domu i kartki okazjonalne. Mnie oczywiście najbardziej interesowały książki. Na półkach najczęściej można było spotkać Greya i różne biografie. Przyglądałam się dość intensywnie pewnej półce i znalazłam książkę, którą nie sposób dostać w Polsce, a jeśli już się trafi to kosztuje majątek. Mam tu na myśli biografię Stinga. Przez dziesięć minut przeglądałam książkę, by stwierdzić, że mój angielski jest zbyt kijowy i nie kupię jej, bo nic nie zrozumiem. Ale im bardziej oddalałam się od sklepu tym mocniej chciałam kupić znalezisko. Przecież książka była w idealnym stanie i kosztowała £2. Dlatego obiecałam sobie, że za tydzień po nią wrócę i choćbym miała ją czytać ze słownikiem i translatorem to ją kupię.

Do moich dzisiejszych podbojów muszę też zaliczyć zwiedzanie polnych dróg i podziwianie pociągów. Od dziś przestanę narzekać na polskie PKP, przynajmniej z wizualnego punktu widzenia. Angielskie pociągi z zewnątrz wyglądają tragicznie i powinniśmy się cieszyć, że nasze Pendolino jest takie ładne. Tutejsze ciuchcie były chyba ostatnio w fabryce w latach 70. jak nie wcześniej. Dlatego nie ma co, trzeba się cieszyć z tego co mamy.

A jeśli chodzi o ogólne wrażenia z obecnego pobytu to jest dobrze. Owszem, trochę inaczej niż u nas, ale nie jest źle. Może nie ma się czym chwalić, ale dopiero po pięciu dniach zorientowałam się co po kolei oznaczają słowa i liczby w adresie, a także jak wyglądają przejścia dla pieszych. Niestety jeszcze nie wszystko jest dla mnie zrozumiałe, ale postaram się ogarnąć jak najwięcej. Na szczęście patrząc w niebo niczym się ono nie różni od tego polskiego...

P.S. Brak obrazków, bo nie ma odpowiednich. Może gdzieś tam potem coś się znajdzie.

środa, 17 czerwca 2015

Po drugiej stronie ekranu

Współczesne seriale to nie opery mydlane, które oglądają tylko panie domu. Telewizyjne produkcje przeszły ogromną ewolucję, a ludzie podchodzą do nich zupełnie inaczej.

Z czym kojarzy się serial? Przeciętny Kowalski, który jest zapracowany i nie ma na nic czasu, zapewne by odpowiedział, że to jeden z tych tasiemców, które ogląda jego żona wieczorami. Taka produkcja ma tysiąc odcinków, aktorzy są wymieniani średnio co pół roku, a scenarzyści nie mają pomysłu na interesującą akcje i sprzedają widzom to, co zwyczajnej polskiej rodzinie się nie przytrafia. Bohaterki budzą się w pełnym makijażu, po domu chodzą w szpilkach, a do tego mieszkają w bogatej dzielnicy miasta i praktycznie nie wiadomo kiedy pracują, bo ciągle spotkają się z przyjaciółkami na kawie. Tylko czy tak naprawdę tego oczekuje "świadomy" widz?

Błogosławione narodziny

Pierwsze seriale pojawiły się w Stanach Zjednoczonych w latach 50. Na ekrany weszły takie tytuły jak "Dni naszego życia" lub "Szpital miejski". Produkcje te przez dekady gościły u amerykańskich rodziny. Opowiadały o codziennym życiu lub o instytucjach, które dotyczyły większości obywateli. Były traktowane na poważnie, ale ich budżet nie był bogaty. Dopiero w połowie lat 80. doszło do pewnej zmiany. Twórcy postanowili włączyć w produkcje widzów i zaczęły się pojawiać tzw. sitcomy, czyli seriale nagrywane z udziałem publiczności. Jednymi z pierwszych takich produkcji były "Pełna chata" i "Świat według Bundych". Jednak dopiero w 1994 roku na srebrnych ekranach zaprezentowano serię, która stała się światową ikoną i najdroższym serialem w historii telewizji - "Przyjaciele". Przez długie lata serial gromadził kilkadziesiąt milionów widzów przed odbiornikami. Do tej pory żadna inna produkcja nie odniosła tak wielkiego sukcesu.

Krok do przodu

Podczas triumfu sitcomów, producenci postanowili dać widzom coś co nie będzie bliskie ich realnemu życiu. Pojawiły się seriale akcji. Na ekranach zagościły takie produkcje jak "Gliniarz i prokurator", "Kojak, "Columbo", "Policjnci z Miami" czy "Z archiwum X" albo "Miasteczko Twin Peaks". Policjanci i przestępcy nagle stali się stałymi gośćmi w amerykańskich domach. Z roku na rok pojawiały się nowe tytuły, a stacje telewizyjne prześcigały się pomysłami, by pozyskać jak największą widownię. Zwykli "ludzie od zbrodni" nie wystarczali. Zapotrzebowanie na coraz to nowe idee rosło z dnia na dzień. Zaczęto wprowadzać science fiction, seriale wojenne, szpiegowskie czy po prostu zwyczajne obyczajówki. Telewizyjny biznes zmienił się w ogromną księgarnię, tyle że zamiast liter i słów, widz otrzymał wideo i fonię.

Już nie tylko pani domu czy górnik

Coraz częściej przed telewizory zaczęły zasiadać większe grona odbiorców. Byli w różnym wieku, z różnych warstw społecznych i z różną zawartością portfela. Na początku XXI wieku seriale ruszyły jeszcze bardziej do przodu. Przyczynił się do tego Internet, dzięki któremu dostęp do amerykańskich produkcji zyskał cały świat. Nastała możliwość jednoczesnego odbioru danej produkcji w Kanadzie, Francji czy Japonii. To stało się normą i większość osób (szczególnie młodych, nastolatków i studentów) nie wyobraża sobie, że nie mogliby za pomocą Internetu obejrzeć swojej ulubionej serii. Dla ludzkości to wielki krok, który sprawia, że zarobki twórców mogą się zwiększyć nawet trzykrotnie.

Łączymy style, mieszamy gatunki

Współczesne seriale to już nie tylko romans czy sensacja. To połączenie romansu i sensacji, medycyny i życia codziennego, fantastyki i thrillera. Obecnie ciężko określić czy dany serial to konkretny gatunek. Twórcy łączą tematykę produkcji w bardzo zgrabny sposób. Przyczynia się do tego ciągłe zapotrzebowanie na wielowymiarowość oferty oraz zdolni twórcy, którzy nie biorą się z przypadku. Bardzo znanym w Stanach Zjednoczonych "ojcem" telewizyjnych produkcji jest Bryan Fuller, który odpowiada m.in. za takie tytuły jak "Herosi", "Gdzie pachną stokrotki" czy obecnie podbijający serca fanów "Hannibal". Drugim twórcą jest Anthony E. Zuiker, który jest odpowiedzialny za trylogię CSI. W seriale angażują się również hollywoodzcy reżyserzy tacy jak David Fincher (House of Cards), David Lynch (Miasteczko Twin Peaks), Steven Spielberg (Pacyfik).

Już nie tylko w telewizji

W 1997 roku w Stanach Zjednoczonych pojawiła się platforma Netflix. Jest to internetowa wypożyczalnia filmów i seriali, dzięki której za niewielką opłatną można mieć dostęp do większości amerykańskich produkcji. Polska nie ma internetowego dostępu do strony, ale polscy widzowie mogą zamawiać produkcje Netfilxu i otrzymają je pocztą na płycie DVD. Od 2013 roku platforma sama realizuje seriale, które odnoszą ogromny sukces. Jednymi z największych są: polityczny serial "House of cards" oraz komediodramat "Orange is the new black" opowiadający o damskim więzieniu. Można by się pokusić o stwierdzenie, że serial zostaje pomału przejmowany przez Internet i niedługo to cyfrowa przestrzeń przejmie władzę nad telewizją.

Po polsku znaczy gorzej?

Nie da się ukryć, że wszelkie próby wzorowania się lub przejmowania pomysłów od amerykańskich twórców nie są najlepsze. W polskiej rzeczywistości wygląda to o wiele gorzej niż za oceanem. Ciężko powiedzieć czym to może być spowodowane. Może chodzi tu o zbyt niski budżet na telewizyjne seriale albo po prostu brak umiejętności. Sztandarowym przykładem "niewypału" może być nasz polski odpowiednik "Wszyscy kochają Raymonda", czyli "Wszyscy kochają Romana". Amerykański pierwowzór doczekał się aż dziewięciu sezonów, podczas gdy "nasz Roman" tylko dwunastu odcinków. Jednak nie można powiedzieć, że w swoich zbiorach polska telewizja nie posiada dobrych produkcji. Zaliczają się do nich m.in. "Glina", "Oficer", "Krew z krwi", "Bez tajemnic", "Zbrodnia", "Misja Afganistan" czy "Wataha". Jednak nadal pozostaje pytanie: w czym jest problem? Skoro możliwe jest zrobienie kilka naprawdę dobrych produkcji to dlaczego by nie poszerzyć tego grona? Cóż, to pytanie chyba na długo pozostanie bez odpowiedzi.

Wschodzące gwiazdy


Rynek seriali się nie zatrzymuje i ciągle pojawiają się nowe produkcje. Niektóre rokują już od początku bardzo dobrze, więc stacje telewizyjne przed zakończeniem premierowego sezonu zamawiają kolejne transze. Wśród takich seriali są m.in. "iZombie", "Daredevil", "Halt and catch fire", "Sense8" czy "Orphan Black". Wraz z kolejnym jesiennym sezonem widzowie będą mieli możliwość zapoznać się z nowymi serialami. Scenarzyści dobrze znanych produkcji nadal pracują na tym, by widzowie otrzymali dobrą rozrywkę na wysokim poziomie. 



P.S. Jak obiecałam tak jest. Dziś dostałam od pani doktor wiadomość zwrotną, że artykuł jest bardzo dobry. Dzięki niemu mam piątkę z retoryki dziennikarskiej. YAY! :) 

P.S.2. Obrazków nie wrzucam. Nie warto tego psuć. ;) 

wtorek, 16 czerwca 2015

Daj mi swój mózg, a powiem Ci kim jesteś! - Czyli (i)Zombie inaczej...

Znowu zrobiły mi się zaległości i bardzo za to przepraszam, ale mamy czerwiec i sesja wali drzwiami i oknami. Na szczęście pierwszy egzamin zdany i w nagrodę ode mnie dla Was napiszę tu co nieco. :)

Nie ma to jak odkryć nowy serial i wciągnąć się w niego całkowicie. Jak to zawsze ze mną bywa, kolejną nowość podsunęła mi moja kuzynka i radośnie oznajmiła: "Jest fajny, nowy serial, iZombie. W sumie to o zombie, ale to nie takie klasyczne zombie". Od razu mówię, że nie lubię takiej tematyki i kiedy powiedziała, że mi puści drugi odcinek (według niej pierwszy to nuda) byłam do tego nastawiona sceptycznie. Z niechęcią się zgodziłam, bo trzeba było jakoś zapełnić czas podczas porannego obijania się. No i tak sobie obejrzałam ten drugi odcinek, potem trzeci, czwarty i piąty. A gdy już wróciłam do domu to z każdym kolejnym tygodniem wyczekiwałam na nowy epizod.


No dobrze, ale o czym tak naprawdę jest to całe iZombie. Otóż, poznajemy młodą rezydentkę Olive, która rozpoczyna swoją karierę medyczną w miejscowym szpitalu. Ma przystojnego narzeczonego i spokojne, poukładane życie. Pewnego wieczora zostaje zaproszona przez koleżankę z pracy na imprezę na łodzi, na której dochodzi do zombie-masakry. Na drugi dzień nad ranem Liv się budzi jako... zombie i jej życie diametralnie się zmienia. Porzuca narzeczonego, zmienia pracę w szpitalu na posadę w kostnicy, a rodzina nie rozumie co się z nią dzieje. A jedyne czego tak naprawdę potrzebuje to dostęp do świeżych mózgów. Na szczęście jej nowy szef, Ravi, jest zafascynowany jej przypadłością i staje się jej całkowitym sojusznikiem. Do tego rozpoczyna badania nad lekarstwem dla swojej pracownicy.


Ale żeby Liv nie miała tak łatwo w swoim zombiowym życiu to jest pewien skutek uboczny. Jeżeli zje mózg jakiejś martwej osoby to ma wizje, które pokazują w jaki sposób dana ofiara została zamordowana. Dzięki temu pomaga miejscowemu detektywowi rozwiązywać zagadki osób, które wylądują u nich w kostnicy. Oczywiście on nie wie kim tak naprawdę jest młoda lekarka. Oficjalnie została nazwana przez Raviego medium, które dzięki niektórym czynnikom ze środowiska ofiary może pomóc w odkryciu prawdy o danym zabójstwie.


Generalnie serial jest bardzo przyjemny, można się przy nim pośmiać i zrelaksować, ale jest jedna rzecz, na którą warto zwrócić uwagę. Jak to przystało na prawdziwą fangirl (tak, tak, mowa tu o mnie) to musiałam sobie znaleźć jakiegoś ładnego bohatera do podziwiania i zachwycania się nad nim. I otóż mam tu pewien problem. Bo mamy tu do czynienia nie z jednym przystojnym, ale z co najmniej czterema. Ale po kolei:

1. Major Lilywhite

Narzeczony Liv, który pracuje w ośrodku z trudną młodzieżą. Jak zauważa matka Olive, takiego faceta chciałaby mieć każda dziewczyna. Nie dość, że przystojny to jeszcze uczynny, pomocny, opiekuńczy... No po prostu marzenie, nie facet.


2. Ravi Chakrabarti

Patomorfolog, który jako pierwszy odkrywa sekret Liv i jest nim całkowicie zafascynowany. Z miejsca staje się jej sojusznikiem. Przeuroczy, mądry i zabawny. I nawet mi nie przeszkadza, że jest Hindusem (czy kim tam jest). I tak jest milutki.


3. Blaine DeBeers

Facet, poznany na imprezie na łodzi i jak się potem okaże... Zombie. Może najprzystojniejszy to on nie jest, ale ma coś w sobie, bo przez pierwszych pięć odcinków uważałam, że jest mega fajny, Potem to się trochę zmieniło, ale nie będę zdradzać dlaczego.


4. Lowell Tracey

Muzyk, którego Liv poznaje podczas jednej ze spraw. Później okazuje się, że również jest zombie i dzięki temu między nim, a Olive rodzi się uczucie i zostają parą. Zabawny, zdolny i do tego bardzo przystojny.


5. Clive Babinaux

Cóż, może do przystojnych nie należy, ale kto wie, kto wie... Detektyw, który tak naprawdę dzięki Liv rozpoczyna swoją karierę. Gdyby nie ona koledzy nadal by z niego drwili, a szef odsyłałby go do najbardziej badziewnych spraw.


Cieszę się, że to nie jest serial, w którym zombie na każdym kroku atakują ludzi i wyżerają i mózg. Tutaj oni raczej się ukrywają i działają w podziemiu. A przynajmniej sprawiają takie wrażenie jakby wszystkie dziwne rzeczy, które mają miejsce nie były ich sprawką. Z niecierpliwością ciekam na drugi sezon, a wszystkim polecam, by w wolnej chwili zapoznali się z tytułem.

P.S. Egzamin goni egzamin, więc nie wiem kiedy będzie kolejny wpis, ale jeżeli moja pani doktor odda mi mój artykuł, który pisałam na zaliczenie i będzie w miarę dobry to może go tu wrzucę, bo w gruncie rzeczy dotyczył on seriali.