czwartek, 23 kwietnia 2015

Papparazzi pośród zwierząt, czyli jestem lamą, mam małpi rozum i wyglądam jak żyrafa!

Pomysł na ten wspaniały dzień zrodził się w naszej głowie,a przynajmniej w głowie mojego Wilsona (takiej nazwy się trzymajmy!) w poniedziałek w pociągu, gdy przypadkiem się spotkałyśmy na dworcu pędząc na zajęcia na uczelnie. Siedziałyśmy i gadałyśmy i doszłyśmy do wniosku, że czas się gdzieś wybrać. No i padło na... ZOO!

Zdjęcie wysłane jako "zgadnij, gdzie mnie wywiało?"

Zorganizowałyśmy się bardzo szybko, wsiadłyśmy do autobusu i ruszyłyśmy ku przygodzie. Ale oczywiście nie było lekko. Znając moje szczęście musiałam trafić na wycieczkę. Na dzieci. Małe. Dzieci. I byłam w szoku, gdy co drugie z nich zobaczyłam z wypasionym smartphonem. Chyba nawet z lepszymi niż moje (a ja mam całkiem dobry telefon). Biegały najpierw za nami, a potem przed nami i tylko się darły i robiły zdjęcia. Ech, no dobra, przyznaję się... Ja jak tylko przekroczyłam bramę ZOO i zobaczyłam słonie to zaczęłam piszczeć jak typowa fangirl. Ale żeby na widok słoni...? Zapomnijmy o tym. 

O, proszę, pan słoń! 

Ale przed słoniem były jeszcze foki i była sobie taka jedna co leżała na środku stawu i pierwsze co powiedziałam to: "Ej, ona jest sztuczna? Nie, nie! To się rusza.". Po czym kochany Wilson stwierdził, że jakieś one takie leniwe. Zapewniam Was, to zdanie padnie jeszcze nie raz pod czas tej wycieczki. Po słoniach przeszłyśmy sobie dalej i weszłyśmy w bardzo przyjemną alejkę, na którą bardzo liczyłam. Mianowicie urocza zagroda żyraf. Żyrafki kocham miłością wielką i odwieczną i swego czasu miałam kapciuszki, kubek, maskotkę, pościel i plakat z tym cudownym zwierzem. Została mi się tylko pościel i plakat. Tylko niestety owe żyrafki mnie zawiodły, bo postanowiły, że oleją sobie to, że je odwiedziłyśmy i stały w drugim końcu, do tego w cieniu. Także zobaczenie ich nie było łatwą sprawą. Na szczęście podziękujmy Bogu za zoom w telefonie.

Takie ładne. Chyba zakochane...

A tu kilka ciekawostek. Niektóre są naprawdę bardzo interesujące.

Na przeciwko żyraf mieszkają sobie hipopotami i miałam nadzieję, że chociaż one nie będą takie niemiłe jak ich sąsiadki, ale niestety, przeliczyłam się. W ich zagrodzie było jeszcze ciekawiej. Totalne obiboctwo. I tutaj, po raz kolejny Wilson wygłosił swoje ulubione zdanie: "To wszystko takie leniwe...". Hipcie spały sobie smacznie po jednej stronie siatki, a po drugiej towarzyszył im tapir. Też mało rozrywkowy. Chyba ta pogoda tak na nich podziałała. 

"- Dzień dobry, co u sąsiadów słychać?
- A idź pan, śpię sobie, a tu ciągle ktoś przyłazi."

Zaraz obok były kapibary i bardzo chciałam je zobaczyć, ale jakimś cudem rozpłynęły się w powietrzu i nigdzie ich nie było. A one są takie urocze. Bardzo urocze. Potem były pelikany i chociaż one były towarzyskie. Stały sobie na wysepce i coś tam klekotały. Niestety wspaniała wycieczka też zaczęła drzeć twarze i nie można było podsłuchać co pelikany miały na myśli. A czy to, że nazywały się Baba mogło mieć jakiś związek z nami? 

Narada zawsze spoko.

Postanowiłyśmy wyprzedzić wycieczkę i skierować nasze kroki do przeuroczych Królów Zwierząt (cóż, Lee na fanpage'u na Facebooku sugerował, że te zwierzątka mogą się pojawić). Pełne nadziei, że kociaki pokażą się w całej okazałości ruszyłyśmy do lwiarni. Wchodzimy do środka, a tam... Smród i nic więcej. Śmierdziało niesamowicie, ale jak wstrzymało się oddech to nie było tak źle. Jedynym malutkim stworkiem jaki sobie spał pod światłem lampy był słodki kociak (i zabijcie mnie, ale nie pamiętam jak on się nazywał, a zdjęcia tabliczki nie zrobiłam). Wilson stwierdził, że chce go zabrać do domu. W sumie to też bym tak zrobiła. Ciekawe czy by się zorientowali, że jeden okaz zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach...?

Zabijcie mnie za jakość tego zdjęcia, ale jakieś dzieciaki się na nas pchały i szturchnęli mnie podczas robienia zdjęcie. Niestety na drugie nie było już szansy, bo owi zamieszacze przykleili się do szyby i nie miałam jak podziwiać kotełka.

Wyszłyśmy z lwiarni i przeszłyśmy wzdłuż zagrody z lwami licząc, że będą się gdzieś wylegiwały na słońcu. Najpierw nigdzie nie mogłyśmy ich dostrzec, ale potem się objawiły. Leżały na samym środku zagrody na wzgórzu, którego czubka nie było widać. Kolejne zwierzęta po prostu gwiazdorzyły. Starałyśmy się zobaczyć je z każdego możliwego miejsca, ale to na nic. Nie było ich widać nawet ze specjalnego podestu do podziwiania ich. Olały sprawę i tyle.

Sorry, lepiej ich nie będzie widać. 

Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo dzięki fochom lwów dowiedziałam się, że dawno temu w oliwskim zoo mieszkała lwica... Iga. Tak, tak, jestem taka dumna, że mogłam się o tym dowiedzieć. Wilson stwierdził, że zostałam gwiazdą nie wiedząc o tym. Przy okazji całkiem uroczy z niej słodziak (znaczy z lwicy Igi, nie ze mnie).

Takie słodkie z niej lwiątko...

A tu ze swoim czadowym tortem z pasztetu. Wilson stwierdził, że to musi być odjechana sprawa taki tort. Szczerze, nie pogardziłabym, bo lubię i tort i pasztet... 

Po zachwycie nad moją imienniczką poszłyśmy oglądać bongo, a potem jedne z dwóch najbardziej kochanych zwierzów w całym ZOO. Mam na myśli zebry, które nas zaskoczyły totalnie, bo nie dość, że chętnie podchodziły w miarę blisko, to jeszcze pozowały i gdy im się powiedziało np. "no siema" to szły bliżej, a jak "papa" to sobie odchodziły. Ot, takie kulturalne i wychowane. Dodatkowo Wilson mi oznajmił, że postanawia nazwać zebrę, która ma największe parcie na szkło i mianuje ją... Iga. Ach, to imię takie popularne w tym dniu. Z radością przyjęłam tę informację do wiadomości i zaczęłam robić jeszcze więcej zdjęć mojej kolejnej imienniczce. Ale zaraz, zaraz... A co jeśli to był facet? Oj...

 Omomomomom, dobry piasek.

 A tu z kumplem.

Ech, takie mam parcie na szkło...

Po porzuceniu zeberek przedostałyśmy się do największych słodziaków w całym ZOO. Co się z tym wiąże, spędziłyśmy tam najwięcej czasu. Mowa tu o... surykatkach. To co się działo w ich zagrodzie to materiał na dwugodzinny hit kinowy. Wilson po raz kolejny rzucił cenną uwagę, że jedna z tych surykatek to ona w czwartki (w czwartki Wilson ma wolne od zajęć) i takie życie jest bardzo miłe. Potem poszłyśmy do ich mieszkanka, ale smród jaki tam panował (dzielą mieszkanko z żyrafami) był trochę uciążliwy. No dobra, nie do wytrzymania. Popatrzyłyśmy na dwie leniwe i stare surykatki i się ulotniłyśmy. Aha i skoro była zebra Iga to tutaj rozwalona surykatka dostała imię Ola (po Wilsonie).

Strażniczka Teksasu

O, a to właśnie Wilson w czwartkowe poranki

Lalala, tak sobie siedzę w dole i czekam nie wiem na co...

Po całym kabarecie u surykatek udałyśmy się do ptaszarni, w której oprócz tego, że było gorąco jak w piekarniku to jeszcze były inne zwierzęta niż papugi. Można było zobaczyć krokodyle, żółwie, węże i żaby. Do tego ponownie napotkałyśmy wycieczkę i zadzwonił do mnie tata, który pewnie otrzymał moje zdjęcie w tym czasie. Oczywiście pierwsze pytanie jakie usłyszałam to: "Czy widziałaś lwy?", a potem "Ile teraz kosztują bilety?". Ech ten standardzik. Pokręciłyśmy się po owym piekarniku i ruszyłyśmy dalej.

 Leniwa papuga

"Tu stoją krokodyle i orangutany...". Krokodyle tak, orangutan potem.

Kolejnym punktem wycieczki był gepard, który dla każdej z nas był inny. Pod względem zachowania. Mi udało się zrobić mu dwa zdjęcia, ale gdy tylko Wilson próbował swoich w tej kwestii dziki kotek jej uciekał. Najpierw zwiał do swojego przytulnego domku, a potem, gdy zorientował się, że wyłączyła aparat postanowił wyjść. Z kolei, gdy znowu próbowała go zaatakować kamerą, ten skutecznie ukrył się pod drzewem w cieniu i postanowił stamtąd już nie wychodzić.

Pan i władca swej zagrody

Dalej były różne inne zwierzątka, których nazw nie pamiętam, ale były ładne i na pewno dzikie, bo wszędzie na ogrodzeniu było napisane, że dotknięcie grozi niebezpieczeństwem (czy coś takiego). Gdy tak sobie szłyśmy kolejnymi alejkami trafiłyśmy na tyły zagrody dla słoni, a tam na jednej z szyb dostrzegłam jadłospis owych zwierząt. Po krótkiej kalkulacji doszłyśmy do wniosku, że w sumie też jemy niektóre z tych rzeczy, ale nie w takich ilościach. Bo chyba jednak był miała problem, żeby dziennie zjeść 10 kilo buraków albo 5 kilogramów bananów. 

Menu idealne, przynajmniej dla słoni.

Całkiem niedaleko słoni były pingwiny, które radośnie sobie hasały nad ich oczkiem wodnym. A za nielotami było to miejsce, w którym człowiek czuje się najszczęśliwszy, bo jest wśród swoich... Małpiarnia! Dużo różnych małp. Tych człekokształtnych i nie tylko. Ale pozwólcie, że najpierw opiszę anegdotę. Do ZOO jeżdżę średnio raz na siedem lat (jeśli zapytacie o to mojego tatę to powie Wam, że gdzie, no jak to, co trzy lata na bank jesteśmy. Otóż nie.) i gdy byłym w ZOO pierwszy raz był tam goryl Karol, szef rodu. Tylko, że Karol miał jeden problem. Nie miał nogi (o matko, nawet, gdy teraz o tym myślę to mi smutno i zaczynam mieć depresję), ponieważ chorował na cukrzycę i gdyby mu tej nogi nie amputowali to po prostu by zdechł. Więc gdy go po raz pierwszy zobaczyłam wpadłam w taką histerię, że mama mnie nie mogła uspokoić. Pytałam dlaczego i że tak nie powinno być i że to straszne. Kiedy po kilku latach oswoiłam się z demonem sytuacji i ponownie pojechaliśmy do ZOO jedyne co chciałam zobaczyć to owy Karol. Niestety, kiedy tylko pojawiłam się przed małpiarnią i na tablicy z drzewem genealogicznym zauważyłam, że widnieje data śmierci Karola to dostałam takich spazmów, że aż ludzie się na mnie patrzyli. No po prostu trauma (zaraz zacznę płakać, serio). Mama mi zaczęła tłumaczyć, że on już był stary i tak się musiało stać. Ale ja i tak nie mogłam się ogarnąć i resztę wycieczki spędziłam w stanie depresji. Z kolei dziś liczyłam na to, że zobaczę chociaż to drzewo, żeby zobaczyć ile lat żył Karol, a tu niespodzianka. Nie było nawet tablicy. No i moje serce znów poczuło się smutno. Ale na pocieszenie dziś po linach śmigała pani małpa z malutkim małpiątkiem wczepionym w jej ciało. 

Niuniu się schowało...

A zanim objawiła się szympansica to był jeszcze orangutan, który wyglądał na nieszczęśliwego i samotnego i zrobiło nam się go szkoda. Ale miał jedzonko i dywan. Tylko, że potem jakoś się zawstydził i zawinął w ten dywan, dając nam do zrozumienia, że mamy sobie iść. A my się nie sprzeciwiałyśmy i ruszyłyśmy dalej. 

Wybaczcie mi jakość, ale po prostu szyb tam nie umyli. Może dlatego pan orangutan był smutny?

Potem było jeszcze więcej innych zwierząt, których nazw nie pamiętam, ale był też uroczy kangur, który leżał pod płotem. W sumie to chciałam go dotknąć, ale jak zobaczyłam jego pazury to stwierdziłam, że niech sobie dalej śpi, a ja sobie tylko na niego popatrzę. Po drugiej stronie był za to łoś albo renifer (zastrzelcie mnie, ale nie pamiętam!), który swoim pyskiem zatrzymał się ode mnie jakieś dziesięć centymetrów. Całkiem milutko i przyjaźnie. Jego też chciałam dotknąć, ale doszłam do wniosku, że skoro ja nie lubię jak mi się przeszkadza w jedzeniu to on też by nie był zachwycony, bo właśnie szamał jakieś sianko. 

 Czyż on nie uroczy?

Nie chciałam mu zaglądać do miski, ale tak wyszło.

Później był wilk otoczony siatką tak, że człowiek by nie wsadził tam palca. I dobrze. Następnie więcej dziwnych zwierzątek, których nazw też nie pamiętam oraz klatki z orłami, sowami i pawiami. Generalnie ładne, duże ptactwo, które potrzebuje powietrza. Dalej się trafił jakimś cudem jeden wielbłąd, który chyba wędrował przy płocie swojej zagrody gdzieś na tyłach oraz stadko ładnych żubrów. O i zapomniałabym... Pojawiły się jaki, przez co ja potem chodziłam i śpiewałam piosenkę z reklamy pewnej sieci komórkowej w wykonaniu Krzysia Krawczyka "Jak minął dzień?". 

Jaki, jaki, więcej jaków.

Po jakach był bardzo smutny tygrys, który tęsknymi oczętami patrzył na to co dzieje się za szybą. Domyślam się, że miał ochotę nas zjeść, ale i tak mi go było szkoda. A obok niego w klatce siedział niedźwiedź, a właściwie spał, bo jedyne co można było zobaczyć to jego ciałko zwinięte w kulkę i odwrócone zadkiem do publiczności. A gdy już porzuciłyśmy drapieżniki to trafiłam do rodzinnego domu i znalazłam się u lam i alpak (i kilka wielbłądów wpadło). Lamy mnie trochę olały i nie witały z otwartymi ramionami, ale alpaki były kulturalniejsze. Nawet chętniej pozowały do zdjęć.

 Lamy... Mało zainteresowane.

Alpaki... Już bardziej.

Po wizycie u moich krewnych udałyśmy się już do wyjścia i na autobus, bo czas już było wracać do rzeczywistości. Aha i przy alpakach znowu padło zdanie: "Jakie to wszystko jest tutaj leniwe". A na koniec kilka ciekawych zdjęć, nie koniecznie zwierzątek. :)

 Lewki też tak bardzo ciekawe, chociaż strasznie gwiazdorzą...

No kto by się po nim spodziewał...?

 Ciekawe czy chłopaki grali z małpami w siatkówkę?

 Powieszę to sobie nad łóżkiem, żeby pamiętać, że bananki są zdrowsze...

 ... A to na lodówce, żeby generalnie jedzenie ograniczać.

Do zobaczenia za siedem lat... Ostatnio mi wyszło w quizie, że wyjdę za mąż w wieku 27 lat, czyli dokładnie za siedem lat. Zapewne następnym razem w ZOO pojawię się z przyszłym mężem. :P

wtorek, 21 kwietnia 2015

12 znanych w teledyskach

Można by powiedzieć, że dzisiejszy wpis znowu należy do leniwych, ale to nie prawda. Za to będzie bardzo fandomowy, bo pojawi się dużo gwiazd, które lubię. No dobrze, to będzie bardziej oglądanie niż czytanie, ale myślę, że w niektórych przypadkach uda mi się Was zaskoczyć. W końcu przyjemnie słucha się muzyki i do tego ogląda się klipy, a jeszcze jak w nich pojawia się ktoś znany to już w ogóle czysta przyjemność. Przedstawiam dwunastu znanych, którzy pojawili się w muzycznych miniprodukcjach.

1. Martin Freeman

Cóż, mój ulubieniec pojawił się nawet w dwóch klipach i wygląda w nich całkiem uroczo (szczególnie w tym drugim na samym końcu :P). Jak dotarłam do tych teledysków? Jak ma się obsesję na czyimś punkcie to szuka się wszystkiego na jego temat, nawet w muzyce. A że You Tube jest taki wspaniały to są klipy.

Faith No More - I Started A Joke

















Ilya - Bellissimo


















2. Angelina Jolie

Angelina nie należy do jakiś szczególnie wielbionych aktorek przeze mnie, ale w klipach zawsze wygląda fajnie. Oczywiście zagrała w wielu takich produkcjach, ale mi najbardziej utkwił w pamięci jej występ u Rolling Stones'ów. Pamiętam jak kiedyś oglądałam VH1 i zachwycałam się piosenką (bo ją lubię). A potem przyjrzałam się dokładniej i pomyślałam: "Hej, to nie Jolie?". Tak, to była ona.

The Rolling Stones - Anybody Seen My Baby



















3. Bruce Willis

Pamiętam jak na wakacjach u babci oglądałam "Na wariackich papierach" i totalnie zakochałam się w tym serialu. Wtedy mi się przypomniało o istnieniu Bruce'a. A był to mniej więcej ten sam czas, gdy Gorillaz wydało nową płytę. Zawsze mi się podobała muzyka tego zespołu, a nowy teledysk był fajny.

Gorillaz - Stylo


















4. Kevin Spacey

Ostatnio zaczęłam oglądać House of Cards, w którym gra Spacey i polubiłam go jeszcze bardziej niż poprzednio. Ale tu chodzi o piosenkę. Usłyszałam ją kiedyś bardzo późną nocną porą na jakimś kanale muzycznym i od razu skapnęłam się, że to Kevin. A gdy później szukałam jej w Internecie, by posłuchać raz jeszcze to na You Tube, tuż obok teledysku wyskoczyła mi reklama pewnego banku, w której można było zobaczyć aktora. Cóż, wszechstronny.

Dave Stewart - Jealousy


















5. Rupert Grint 

Fani Harry'ego Pottera, którzy śledzą karierę aktora na pewno wiedzą, że ten uroczy rudzielec zagrał w klipie drugiego uroczego rudzielca Eda Sheerana. Ja się dowiedziałam o tym przypadkiem, będąc w Anglii. Siedziałam sobie w pubie (tak średnio powinnam tam wtedy być) i popijałam Coca-Colę, gdy zobaczyłam ten przeuroczy teledysk. I wtedy zaczęła się moja miłość do Eda, bo go jeszcze wtedy nie znałam, ale znałam już Ruperta i zastanawiałam się czy to bracia. Jednak nie.

Ed Sheeran - Lego House


















6. Tom Hanks

Toma uwielbiam i widziałam z nim chyba większość filmów. Ale nie wiedziałam, że zagrał w teledysku. Zostałam uświadomiona w tą sobotę, gdy na imprezie w tle leciało 4Fun TV, a ja zawiesiłam się na chwilę i zapatrzyłam na telewizor i zobaczyłam klip do piosenki I Really Like You, a tam wesoło hasającego Toma. Klip uroczy i nowy.

Carly Rea Jepsen - I Really Like You


















7. Hugh Laurie

Któż nie zna kochanego doktora House'a? Moja pierwsza serialowa miłość lekarska. Obsesje na punkcie serialu miałam tak dużą, że w moim pokoju wisiały plakaty, w kuchni był kubek, w szafie koszulka, a na regale książki. Wszystko co było z tym związane zostało poznane przeze mnie. Oczywiście Laurie był moim ulubieńcem w obsadzie i tu również zaczęłam oglądać wszystkie filmy i seriale, w których się pojawił. A że You Tube jest kochane to pokazało mi nawet teledyski. I tak oto są dwa.

Annie Lennox - Walking On A Broken Glass 

















Kate Bush - Experiment IV


















8. Obsada Friends

To kolejny serial, w którym jestem całkowicie zakochana i oglądam go za każdym razem, gdy leci w telewizji, a leci przez cały czas na Comedy Central. Piosenka z czołówki serialu jest wszędzie rozpoznawalna i łatwo wpadająca w ucho. Uwielbiam ją i swego czasu figurowała jako mój dzwonek na komórce. Ale od kiedy zobaczyłam teledysk to potrafiłam go oglądać po dziesięć razy dziennie na You Tube. Nie wiem czy to przez aktorów z serialu czy był inny powód...

The Rembrandts - I'll Be There For You


















9. Jesse Williams

Pewnie nie każdy zna tego pana, ale znajdzie się tutaj ze względu na trzy rzeczy. Po pierwsze, jest przystojny. Po drugie, gra w Grey's Anatomy. A po trzecie to ulubieniec mojej kumpeli to niech się raduje jego osobą, szczególnie, że ona nie lubi 90% mojego fandomu. Nie lubię Rihanny, ale piosenki czasem wychodzą jej ok. No i angażuje przystojnych aktorów.

Rihanna - Russian Roulette


















10. Chyler Leigh

A skoro już jesteśmy przy obsadzie Grey's Anatomy to nie może zbraknąć tej pani. Jej również szersze grono może nie znać, ale ja ją poznałam właśnie dzięki temu teledyskowi. Dopiero potem, podczas oglądania jednego z odcinków uświadomiłam sobie, że to ta mroczna dziewczyna z teledysku Pana Ciemności (czy kim ten Marilyn tam jest). Przez tą piosenkę zaczęłam słuchać Mansona. No dobra, słuchałam dwóch utworów i na tym się skończyło. Jeszcze oba to były covery.

Marilyn Manson - Tainted Love


















11. Agnieszka Dygant

A teraz czas na polskie podwórko. Zdecydowanie dwa ostatnie klipy zdominuje jeden z moich ulubionych zespołów, czyli Myslovitz (oczywiście tylko to z Rojkiem). A że wybierali oni dobrych aktorów do swoich teledysków to idealnie tu pasują. Na klip trafiłam zupełnie przypadkiem w telewizji, chyba na Kino Polska Muzyka, wiele lat później niż poznałam piosenkę. Jak widać wampiry stały się o wiele wcześniej popularne w popkulturze niż prezentował to Zmierzch. Nawet w Polsce.

Myslovitz - Dla Ciebie


















12. Andrzej Chyra

I ostatni na liście (która mogłaby być znacznie dłuższa, ale już nic mi nie przychodzi do głowy) jest znany i lubiany pan Andrzej. On również pojawił się w teledysku Myslovitz i to nawet przebrany za kobietę. Dodatkowo nie za byle jaką kobietę, bo Marilyn Monroe. Wychodzi mu to bardzo uroczo. A klip też poznałam dzięki stacji muzycznej, tylko nie pamiętam już jakiej.

Myslovitz - Z Twarzą Marilyn Monroe


















Jestem przekonana, że na pewno zapomniałam jeszcze o kilku teledyskach, ale zapewne przypomną mi się one jak będę już zasypiać. Mam nadzieję, że Wam też przychodzą jakieś klipy, które znacie, a ja ich tu nie umieściłam.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Miło mi poznać, jestem leniwa buła!

No dobrze, WFA jedzie sobie dalej, a ja płaczę po kątach. Dobra, tak naprawdę nie płaczę. Mam inny problem. JESTEM LENIWĄ BUŁĄ! Do tego stopnia, że nawet dzisiejszego wpisu nie traktuję z odpowiednim szacunkiem (zaraz, ja w ogóle coś takiego robię?). Po prostu ostatnio, a właściwie przez całe swoje życie jestem leniwa. Jestem leniwa, jestem leniwa, jestem leniwa... Niestety to moje lenistwo zaczyna mnie przerażać.


Dziś radośnie jechałam sobie tramwajem i włączył mi się tryb myślenia o swoim życiu. Oczywiście nie zabrakło mojego ulubionego tematu, czyli: Idzie sesja, jestem w dupie. Na początku semestru obiecałam sobie, że będę cisnąć z nauką ile się tylko da. No po prostu zostanę wzorowym uczniem. Ok, wychodziło mi to przez pierwszy tydzień, a potem jedyne o czym myślałam to to, by stać się człowiekiem burrito, przytulić się do mojego Neda (Ned jest poduszką, może kiedyś wytłumaczę genezę nazwy), zrobić sobie herbatę i włączyć kolejny odcinek serialu. I tak jest teraz codziennie. Nie mam motywacji do czegokolwiek.


A najgorsze jest to, że z każdym dniem jest coraz gorzej, a sesja coraz bliżej. Gdy tylko słyszę jak ludzie z grupy mówią, że przeczytali już kolejną książkę z listy na koło albo egzamin to po prostu w moim mózgu wytwarza się takie dziwne coś co depcze mnie od środka. A potem zaczynam o tym wszystkim myśleć i dochodzę do wniosku, że we wrześniu nie będzie wakacji, a kasę, którą zarobię w pracy już powinnam przeznaczyć na warunki. Tylko gorzej jak nie dostanę warunku i trzeba będzie pomachać uczelni białą chusteczką i wrócić na prowincję... Czyli rok zmarnowany.


Do tego nie mogę dopuścić. W domu nie byłoby za ciekawie w tym wypadku. Dlatego powinnam znaleźć coś co mnie zmotywuje... Tylko nie wiem co. Bo mnie naprawdę ciężko zmotywować. Jedyne o czym myślę w tygodniu to to, by przetrwać do weekendu i pojechać do domu lamić tam. Spanko, jedzonko, komputer, telewizja i tyle. A jak się zbliża poniedziałek rano i wizyta na dworcu to mnie telepie. Serio.


A kolejnym czynnikiem, który sprawia, że jeszcze bardziej mi się nie chce uczyć jest fakt, że 31 maja jest premiera drugiego sezonu Halt and Catch Fire. Z kolei około 6 czerwca zaczyna się sesja i egzaminy, więc mój mózg będzie trochę z waty i to nie za sprawą nauki (#TakBardzoFangirl). Chyba jedynym rozwiązaniem będzie odcięcie mi Internetu tuż po majówce, żeby już nie odwalała maniany i zabrała się do pracy. Zresztą nie tylko z brakiem chęci do nauki mam problem...


Moje lenistwo jest także obecne w ogólnej egzystencji. Moje zmywanie potrafi stać na lodówce przez tydzień, a ja mogę jeść z deski do krojenia. Jestem również skłonna chodzić w wygniecionych ciuchach albo po prostu ich nie zakładać, bo nie mam ochoty na prasowanie (dobra, nie umiem tego robić...). Kiedy nie chce mi się schować rzeczy do szafy to potrafią wędrować po całym pokoju, przekładne z kąta w kąt i tak sobie żyć własnym życiem przez jakiś czas. To też się czasem zdarza w przypadku jedzenia, gdy nie chce mi się ruszyć tyłka z łóżka, by wsadzić coś do mikrofali do podgrzania (a mam jakieś dwa metry) wtedy biorę sobie coś zimnego albo nie jem wcale. Robię to wtedy, gdy zachce mi się rozprostować kończyny albo burczenie mojego brzucha słychać na końcu korytarza.


No dobrze, nie będę już dziś zanudzać. Po prostu moje lenistwo mnie do tego zmusiło. Gdyby jednak ktoś miał pomysł jak mogę się z tym ogarnąć to niech da znać. :) Za to obiecuję, że jutrzejszy wpis będzie już porządny. A przynajmniej mam taką nadzieję. :P


P.S. Dziś moja kumpela ma urodziny i z każdego możliwego miejsca składam jej życzenia, więc zrobię to też tu. Naaaaaaaaaajlepszego! :)


P.S. 2. Pamiętajcie o fanpage'u na Facebooku. Tam codziennie pojawiają się #pasażerowie tego przybytku.
Link: https://www.facebook.com/sayhitohunt?fref=ts

piątek, 17 kwietnia 2015

6 powodów, dzięki którym film może odnieść sukces

Wchodząc dzisiaj totalnie zmulona na mój wydział zauważyłam na tablicy ogłoszeń plakat dotyczący pewnego wykładu. Tematem owego spotkania będzie 10 powodów, dla których filmy stają się hitami. A ja, że nie bardzo wiedziałam o czym dziś chciałam napisać to trochę podprowadziłam temat na własne podwórko (dobra, możecie powiedzieć, że jestem zgapiarą). I tak sobie dziś siedziałam na zajęciach i myślałam na ten temat. No właśnie, co sprawia, że jedne filmy odnoszą ogromny sukces, a o innych w ogóle nie mamy pojęcia, że są? Kilka rzeczy mi przyszło na myśl i postanowiłam się nimi z Wami podzielić.

1. Dobra obsada

Zdecydowanie większość ludzi pójdzie do kina na film, bo grają w nim jacyś znani im aktorzy (myślicie, że ja tak nie robię? Tylko i wyłącznie tak czynię). Założę się, że chętniej do kina ruszą tłumy gdzie na plakacie filmu będzie Brad Pitt, Johnny Deep albo Tom Hanks niż jakiś Stefan Kowalski co to go nikt nie zna. Jak to mówią: ludzie lubią to co już im znane. A poza tym, dajmy zarobić tym, którzy i tak już mają kupę kasy. Poczujemy się przez to lepiej, że to właśnie my dołożyliśmy się do ich nowego jachtu albo domu z basenem w Kalifornii.


2. Dobry scenariusz

Myślę, że chętniej wybierzemy do kina na film, który ma dobrze skonstruowaną fabułę i skomplikowanych bohaterów. Zawsze to lepsze niż oglądanie kolejnej romantycznej historyjki, która i tak skończy się jak zawsze (no chyba, że idziemy się odchamiać i chcemy zostawić nasz mózg w domu). Chyba lepiej iść na dwu i półgodzinny film, który wbije nas w fotel i zmiażdży emocjonalnie niż wybrać film, gdzie tematem przewodnim jest zaliczanie kolejnych panienek przez jakiegoś niewyżytego erotomana. Przynajmniej ja bym wybrała tą pierwszą opcję. A jakbym chciała obejrzeć jakiegoś gniota to mogłabym odpalić go na jednej ze stron on-line albo poczekać aż któraś wspaniała stacja telewizyjna wykupi prawa do jej puszczenia.


3. Dużo wpakowanych pieniędzy

Czasem budżet filmów idzie w dziesiątki milionów, a nawet setki. Oczywiście trzeba zapłacić aktorom, twórcom, ekipie, kostiumologom, dekoratorni, a także cateringowi i sprzątaczom. Duże znaczenie ma też rodzaj filmu, bo wiadomo, że mniejsze pieniądze pójdą w filmy obyczajowe niż w kino akcji. Ale i tak największym rekordzistom w tej kategorii jest chyba kino Sci-Fi. Charakteryzacja, komputery, bluebox, wymyślne tło i dekoracja. Wiadomo, że większości z tego nie ma w rzeczywistości, ale komputerowe wygenerowanie wszystkiego kosztuje krocie. Producenci pchają w to pieniądze i liczą, że ludzie pójdą na to do kina. A żeby ich zachęcić to wracamy do punktu pierwszego i dobieramy najlepszą obsadę i tak koło się zamyka. Brutalne, ale prawdziwe. Hajs się musi zgadzać czy tego chcemy czy nie.


4. Potrzeba reklamy

Im więcej spotów filmu pojawi się w telewizji, radio czy Internecie tym lepiej. Do tego dorzućmy wywiady z aktorami w każdej możliwej telewizji śniadaniowej i sukces mamy zapewniony. Wystarczy zauważyć, że im bliżej premiery jakiegoś filmu tym częściej możemy zobaczyć w obiegu publicznym aktorów bądź twórców danej produkcji. Opowiadają jaki to film ważny, jacy są ich bohaterowie i o co tak naprawdę w nim chodzi, ale zdradzają tylko tyle, żeby człowiek był zaciekawiony i udał się do kina, by samemu się przekonać jak to naprawdę jest. A tym bardziej im ufamy jeśli ponownie mamy do czynienia z punktem pierwszym i z ekranu przemawia do nas aktor/aktorka, którego/którą uważamy za ideał i wspaniały talent.


5. Miesiąc też ma znaczenie

Niby to jakoś jest bez seansu, ale gdyby się w to zgłębić... Największą szansę na sukces mają filmy, które wychodzą pod koniec roku. A dlaczego? To najczęściej produkcje, które są brane pod uwagę do ważnych nagród m.in. do Złotych Globów czy Oscarów. Jeśli są już na starcie reklamowane jako protegowane do nagrody to ludzie sobie pomyślą, że skoro akademie je doceniają to może oni też powinni je zobaczyć? No bo to trochę wstyd, że mówią o jakimś ważnym filmie, a my nie wiemy o co chodzi. A tak będziemy mogli pochwalić się przed znajomymi, że jesteśmy na bieżąco. Za to najmniejsze powodzenie mają filmy, które wychodzą w wakacje. Ludzie wtedy nie myślą o kinie, bo są pochłonięci opalaniem się na plaży albo wędrówkami po górach. No chyba, że całe lato pada, to wtedy jest już inna sytuacja...


6. Rodowód?

Powiedzmy sobie szczerze, do szerszego grona trafi film zrobiony przez Hollywood niż jakieś europejskie czy azjatyckie państwo. Dlaczego? Oni zawsze mają więcej kasy i lepszą obsadę. Poza tym łatwiej wypromować film, który został nakręcony po angielsku niż np. po bułgarsku. Posłużę się tu moim ulubionym przykładem, czyli Dziewczyną z tatuażem. Amerykanie zabrali się za ten film, dobrali doskonałą obsadę, namachali się, namachali i udało im się do tej pory zrealizować tylko jedną część w 2011 roku (w 2014 miała wyjść druga, ale coś im chyba nie wyszło, bo mamy już 2015, a tu nic). A co zrobiono w ojczyźnie autora książki? W 2009 roku nakręcili całą trylogię, wszystkie trzy części filmu i wyszło im naprawdę dobrze. Tylko, że jest mały problem... O amerykańskiej wersji wiedzą prawie wszyscy, a o szwedzkiej tylko zainteresowani tematem. Wniosek? Po raz kolejny pieniądze i odpowiednia reklama w połączeniu z dobrą obsadą nie przebiją niczego.


Czyli wychodzi na to, że wszystko sprowadza się do jednego... Bez pieniędzy nie ma nic. Im więcej pieniędzy na koncie tym większy sukces. No chyba, że się mylę...?

czwartek, 16 kwietnia 2015

Wszyscy jesteśmy Idiotami!

Jak wczoraj pisałam poszłam zażywać prawdziwej kultury i udałam się do teatru. Generalnie lubię tą formę rozrywki, bo to idealna okazja, by dotknąć czegoś "żywego", coś co tak naprawdę dzieje się tylko raz, mimo iż mogą być do tego dziesiątki prób. Tym razem miałam przyjemność podziwiać spektakl pt.: "Idiota", który wystawiał Teatr SOHO z Warszawy, a wszystko odbyło się w Teatrze Szekspirowskim. 

Już na samym początku były schody, bo na spektakl nie było już normalnych biletów tylko wejściówki. Umówiłam się z moją towarzyszką, że przyjadę szybciej i zaklepię kolejkę po bilety (ona miała jeszcze zajęcia na uczelni). Kulturalnie pojawiłam się w teatrze ok. 18:15 i ustawiłam się w już dość dużą kolejkę. Czekałam i czekałam, gdy w pewnym momencie pojawiła się przeurocza pani i oznajmiła, że sprzedaż biletów rozpocznie się trochę szybciej, ponieważ jest duże zainteresowanie sztuką i mają tylko czterdzieści wejściówek numerowanych, a reszta na "tak zwane własne ryzyko, że mogą Państwo stać cały spektakl". Dodała tylko tyle, że każda osoba może kupić maksymalnie dwie wejściówki i sobie poszła. 

Policzyłam szybko osoby przede mną i w mojej głowie rozpoczął się proces liczeniowy (a to nie jest moja mocna strona). Wyszło mi, czy chcę czy nie chcę, że biletów i tak musi dla mnie starczyć. Sznureczek powoli się skracał, a w drzwiach pojawiła się moja towarzyszka i mogłam już odetchnąć z ulgą, że nie zostanę sama na placu boju. Kiedy już udało się kupić bilety to oddaliłyśmy się do szatni, a następnie podziwiałyśmy "wrota" na salę ze sceną. Na kilkadziesiąt minut przed spektaklem rozległ się pierwszy gong. To my kulturalnie w kolejkę, a gdy już dotarłyśmy przed oblicze bileterki ta radośnie oznajmiła, że "panie muszą poczekać na trzeci gong, bo mają panie wejściówki". Ja rozumiem, że to bilety "drugiej kategorii", ale wtedy poczułyśmy się jak plebs. Jako, że jestem w trakcie zachwytu nad Poldarkiem to sobie pomyślałam: "Hmm... Prawie jak być podkuchenną... Ale zaraz, nie, ona by nie poszła do teatru. 1:0 dla mnie, nie ma spiny". Tak, wiem, to nie ta epoka, ale w moim mózgu dzieją się różne, dziwne rzeczy. 

W końcu rozbrzmiał upragniony trzeci gong i zaczęli nawoływać naród plebejski. Na bocznych schodach pojawił się jakiś pan i powiedział, że kto chce to są miejsca na drugiej galerii i można tam iść. Po chwili zastanowienia stwierdziłyśmy, że ok, czemu nie? I to był błąd. Gdy już znalazłyśmy się na górze i zajęłyśmy miejsca nasz świat przysłonił słup, który podtrzymywał balkony (dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że w TS jest jedna scena, fotele po środku w 12 rzędach, a dookoła są balkony, na których można oglądać spektakle z "wyższej pozycji") oraz barierki, żeby ludzie nie spadli na dół. My po prostu chciałyśmy zaszaleć, że niby będzie lepiej, ale cóż... Ja osobiście się czułam jakbym podglądała wszystko to co dzieje się na scenie z jakiegoś strychu, w którego podłodze są wybrakowane deski i można patrzeć co jest na dole. Niby nutka tajemniczości, ale wszystkiego nie zobaczysz.

Sam spektakl był bardzo dobry. Pokazywał jacy ludzie są naprawdę i co może nimi kierować w życiu. Jak dokładnie działa nasza psychika, a także to, jak możemy być traktowani i uważani przez innych. Sam tytułowy "Idiota" to nie osoba (chociaż tak mówili na jednego z bohaterów), ale raczej stan umysłu, który w jakiś stopniu każdy z nas ma. Wystarczyło się odrobinę zastanowić nad swoich życiem i niektóre elementy idealnie można było dopasować do tego co przeżywamy bądź przeżywaliśmy. 

Jak na ponad półtoragodzinną sztukę czas był zaplanowany do każdej ostatniej sekundy i widz nie miał szansy na nudę, nawet jeśli czasem zdarzyło mu się spojrzeć na zegarek. Do tego na początku w spektakl została zaangażowana widownia i było to odebrane z lekkim strachem w oczach, ale na szczęście nikt nie musiał nic robić poza odebraniem kartki od jednej z aktorek. 

Nawet nie za bardzo przeszkadzało mi to, że miałam miejsce jakie miałam. Potrafiłam się skupić na spektaklu i wejść do świata bohaterów. Jeśli bym miała okazję to poszłabym na to jeszcze raz. 

Dobrze, że jest możliwość zakupu wejściówek, bo za niewielką kwotę (15 złotych to dużo?) można spędzić naprawdę miło czas, a do tego trochę zastanowić się nad tym czy sztuka jest tylko sztuką czy może to artystyczne przedstawienie tego co mamy na co dzień, a z naszej perspektywy nie potrafimy tego dostrzec?


P.S. Dziś obrazków/gifów nie ma, bo nie chcę psuć tego co można sobie wyobrazić podczas czytania. 

wtorek, 14 kwietnia 2015

5 powodów, dla których człowiek zaczyna oglądać seriale

Niech ktoś mi pokaże osobę, która wcale nie ogląda żadnego serialu. Każdy coś ogląda. Nawet Klan albo Na Wspólnej. Niestety (a może i stety) ja tych tytułów nie oglądam, ale są tacy co uwielbiają. Właśnie skończyłam oglądać kolejny odcinek Poldark i po raz kolejny zwoje w moim mózgu nie funkcjonują prawidłowo, ale postaram się pisać w miarę rzeczowo. Ale wracając do tematu. Jak to się dzieje, że zaczynamy coś oglądać? Przecież chyba nie z powietrza? Oto pięć powodów dzięki którym ja zaczęłam oglądać seriale, które oglądam.

1. Bo rodzina/znajomi polecili

Mam tutaj kilka przykładów. Przynajmniej tak zaczęła się moja przygoda z Friends, Grey's Anatomy (z polecenia jednej kuzynki), z Sherlockiem (z polecenia drugiej kuzynki) oraz z Bones (z polecenia koleżanki). Każdy z tych seriali początkowo dość ostrożnie traktowałam. Niby jeden odcinek, tak żeby nie było, a potem to już wyszło nałogowo. Potrafiłam przesiedzieć cały dzień (tak było w przypadku Friends) w Internecie i oglądać on-line, a potem jeszcze trafić w telewizji i oglądać dalej. Nie miało znaczenia, że nie robię nic innego jak siedzę przed ekranem i marnuję czas, Jedyne co mnie wtedy odciągało od komputera to potrzeba wyjścia do sklepu po zakupy i skorzystania z toilet. 

Z pierwszymi trzema serialami związałam się mocno i nadal je namiętnie oglądam (w przypadku Sherlocka to już usycham z oczekiwania na nowy sezon... 2017 rok jest tak daleko...). Z kolei na Bones jakoś zapotrzebowanie mi przeszło. Jak trafiłam gdzieś w telewizji to owszem, oglądałam (albo oglądam), ale żeby teraz śledzić co się dzieje to już mniej. Wiem tylko tyle, że u głównym bohaterów dużo się zmieniło, ale nie będę pisać co, bo nie chcę robić spoilera. 


2. Bo ładny aktor tam gra

W tej kategorii zdecydowanie mam najwięcej pozycji. Zaczynając od najwcześniejszego, czyli CSI NY, potem był House M.D., później GA (ale jest ono już w pierwszym punkcie, więc tego się trzymajmy), Rome, Journeyman, potem długo, długo nic, a teraz Sherlock (to samo co z GA, więc pominę), Fargo, Pushing Daisies, Halt and Catch Fire (cóż, tak to jest jak postanawia się obejrzeć wszystkie filmy i seriale z Lee Pacem) oraz wspomniany na samym początku Poldark. Chcą, nie chcą wiąże się to silnie z popadaniem w fanatyzm, ale kto tego zabroni? Zapewne pominęłam w tym punkcie jakiś serial (co jest normalne, bo wielu aktorów już przemaglowałam), ale trudno.

Generalnie do wszystkich seriali z tej listy mam sentyment i gdy tylko nadarza się okazja, by coś obejrzeć to się nie zastanawiam i zatapiam się w seansie. Teraz mam silne ciśnienie na Poldark (zostały jeszcze tylko dwa odcinki tego sezonu *płacze w kącie*, ale na szczęście dostali drugi sezon) oraz na Halt and Catch Fire, które z drugim sezonem startuje już 31 maja (serial się zaczyna, ale sesja też nie odpuszcza i przychodzi wraz z czerwcem). Nic, tylko czekać. 


3. Bo nuda

Tak miałam w przypadku The Big Bang Theory (chociaż moje kuzynki też mi mówiły, że to świetny serial) albo Sex and The City. Łączyło się to najczęściej z bezsennością. Bo co człowiek może robić o 1 w nocy, gdy nie chce mu się spać, a jedyne co zostało mu do roboty to oglądanie telewizji? I tak wtedy włącza się Comedy Central albo Comedy Central Family i tłucze się do 3 w nocy maratony, które puszczają, by przy siódmym tym samy maratonie człowiek znał dialogi na pamięć. 

Takie nocne maratony zdarzają się też w przypadku Friends, ale to nie ta kategoria. Co do
Sex and The City to oglądam za każdym razem i każdy sezon widziałam już chyba z dziesięć razy. Ale ciągle oglądam, gdy trafię w TV. Z kolei The Big Bang Theory dopiero "uczę się" oglądać i jeszcze nie wszystkie odcinki widziałam, ale mam zamiar to nadrobić.


4. Bo wszyscy oglądają

W tej kategorii jest jak na razie tylko jeden serial: House of Cards. Zaczęłam dopiero wczoraj, ale już się zakochałam i mam zamiar oglądać dalej. Prawdę mówiąc wcześniej miałam się za to zabrać, ale zawsze coś stawało mi na drodze. W końcu się udało. Generalnie nie mam czegoś takiego, że podążam za modą, ale to polecają wszyscy. Zaczynając od zwykłego zapaleńca serialowego po celebrytów z naszego rodzimego szołbiznesowego podwórka. Stwierdziłam, że ok, czemu nie? No i dobrze zrobiłam.

Póki co przede mną jeszcze jakieś 30 odcinków, ale ostatnio przeczytałam, że powstanie sezon czwarty, więc będzie więcej szczęścia. Jeżeli będziecie się zastanawiać czy dobrze, że oni wszyscy tak to chwalą i polecają to tak. Jak będziecie mieli okazję pooglądać to śmiało. No chyba, że nie lubicie polityki i nie interesuje was jak działa branie tych wszystkich brudów. To wtedy nie,


5. Bo przypadek

A ta kategoria została zarezerwowana dla polskich seriali. Przez przypadek zaczęłam oglądać większość TVN-owskich produkcji, typu Prawo Agaty czy Lekarze. Jednak prym tutaj wiedzie jedyny polski serial, który kocham miłością bezgraniczną i ubolewam, że powstały tylko dwa sezony. Tym serialem jest Glina. Jedne z najlepszych polskich seriali kryminalnych, z doskonałą obsadą i świetnie skrojoną fabułą. Każdy odcinek znam na wylot i gdyby ktoś mnie obudził o trzeciej w nocy i zapytał co było w jakim odcinku to nie miałabym problemu z odpowiedzią. 

Jak to się stało, że zaczęłam oglądać. Siedzieliśmy z tatą w domu i nie mieliśmy co robić, więc odpaliliśmy VOD na telewizorze i wybraliśmy pierwszy lepszy serial na liście. Zdecydowanie to nie był błąd. Dwa sezony pochłonęliśmy w cztery dni. Tylko szkoda, że więcej nie planują...


Mam nadzieję, że większość z was miała podobnie i nie jestem w tym sama. A teraz idę oglądać dalej House of Cards. Chociaż jeden odcinek...

P.S. Wszystkie tytuły seriali są po angielsku, ale to tylko dlatego, że nie znoszę polskich tłumaczeń. Po prostu... Nie. :D

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

7 rzeczy, które rozpraszają, gdy chcesz się uczyć

Tadamdadam! Praca się wczoraj napisała przez co trochę zaniedbałam swoją obecność tutaj. Mimo iż nie wyszła ona nadzwyczaj wspaniale to mam już ją z głowy. Ale co zrobić, gdy mamy masę pracy, a lenistwo siedzi obok nas i ciągle powtarza: "Masz jeszcze czas, zrobisz to potem.". I tak mijają kolejne minuty i godziny, a my nadal odkładamy to co mamy zrobić. Tylko co zrobić kiedy jest się multifandomistą i fandomy atakują cię z każdej strony? Oto lista siedmiu przyczyn, które skutecznie odciągają mnie od nauki i pisania pracy (wczoraj na szczęście im się nie udało):

1. On się gaaaaaaapi!

Postanawiamy rozpocząć naukę i tak bardzo wmawiamy sobie, że nic, a nic nas od niej nie odciągnie. Robimy sobie herbatę, okładamy się książkami i włączamy laptopa. I tu pojawia się pierwsza przeszkoda. Naszym oczom ukazuje się tło naszego pulpitu i automatycznie myśli wędrują w sferę marzeń. A dlaczego? Bo pojawia się zdjęcie (w moim przypadku 92 zdjęcia, pozdrawiam) naszego ulubieńca/ulubieńców. I zamiast zabrać się za coś pożytecznego człowiek siedzi i się gapi i gapi i gapi i przestać nie może. Jednak, gdy już uda nam się wrócić na ziemię i włączyć trzeźwe myślenie to staramy się wrócić do nauki, a właściwie zacząć ją. Wtedy właśnie postanawiają sobie przypomnieć o nas znajomi i przysyłają SMS-a. Chcą, nie chcąc szukamy telefonu i znowu wpadamy, bo na backgroundzie w naszym telefonie znowu pojawia się nasz piękny bóg, któremu wyznajemy miłość i kolejne pół godziny w plecy.

A co zrobić, żeby nie tracić na tym czasu? Cóż... Jedyne co mogę w tej kwestii powiedzieć to to, że tego nie umiem przezwyciężyć i ja po prostu siedzę i się gapię, a czas leci. Niestety... Chociaż mi to nie przeszkadza.



2. Sprawdźmy co na Facebooku...

Skoro już nam się udało odnaleźć ikonkę przeglądarki internetowej po tym jak nasze myśli wróciły na właściwe tory to nie możemy przegapić okazji, by nie sprawdzić co ciekawego dzieje się na Facebooku. A może właśnie w tej chwili ktoś ze sobą zerwał albo ktoś inny dodał nowe zdjęcie? Przecież my tak bardzo lubimy żyć życiem innych osób, że nasze sprawy odkładamy w najciemniejszy kąt naszej szafy. Po co mamy zajmować się pisaniem skoro możemy pograć w Candy Crush albo znaleźć u znajomego na tablicy link do śmiesznych kotków na YouTube? Przecież to jest znacznie fajniejsze. A obowiązki mogą poczekać.

Co zrobić, żeby to ominąć? Jedna rada: nie logować się i zapomnieć, że Facebook istnieje. Pytanie tylko czy tak się da? Owszem, da się, ale tylko na 10 minut.


3. To może Tumblr?

To skoro olewamy Facebooka to może spróbujmy z Tumblrem? Tylko, że tu jest gorsza sprawa, bo ma to ścisły związek z punktem 1. W końcu po to stworzono takie złe narzędzie, by znowu nasz mózg tracił kontrolę i stał się fandomem. Nawet ze zdwojoną siłą. Bo tam możesz przewijać dashboard dopóki nie skończą ci się posty i dojedziesz do swoich własnych. A jeśli już to się stanie to wpisujesz w wyszukiwarkę interesującą cię frazę i z koło się zamyka. Z kolei jeżeli nie masz swojego własnego Tumblra to zawsze można znaleźć sobie jakiegoś ulubieńca i przeglądać go dopóki nie będzie miało się dość. I nim się obejrzysz, a kolejne dwie lub trzy godziny twojego cennego czasu zniknęły niepowrotnie.

Jak nad tym zapanować? Nie da się. Albo w sumie się da... Odciąć Internet! Wtedy powinno pomóc. No chyba, że nie jesteśmy w stanie tego zrobić, wtedy po prostu zostajemy na Tumblrze i przeglądamy dalej.


4. O, a może nowy serial?

Jeśli jeszcze nie odcięliśmy Internetu, a nasz zapał do pracy nadal gdzieś błądzi i nie możemy wpaść na siebie to postanawiamy coś obejrzeć. No bo właśnie na Facebooku widzieliśmy świetny trailer nowego serialu, a na Tumblrze pół dashboardu było zapchane nowymi gifami z najnowszego odcinka. I co wtedy? Albo szukamy strony z serialami on-line albo zaglądamy w przestępczą część naszej duszy i ściągamy z sieci. Ale nie, to nie jest jeden czy dwa odcinki. To idzie w całych sezonach. W zależności od tego na co się decydujemy. Bo przy dobrych wiatrach w jeden dzień da się obejrzeć dwa sezony Friends albo The Big Bang Theory, ale to tylko jeśli nie jemy, nie pijemy, nie idziemy do toilet i nie zwracamy uwagi na nic. Tylko my i serial. Ale można też zaszaleć i obejrzeć całego Sherlocka. Dziewięc odcinków i każdy po półtorej godziny. To będzię... Hmmm... Kto jest dobry z matmy?

Da się uniknąć? Owszem, ale nie jestem pewna czy znam kogoś kto oparłby się takiej pokusie. Zawsze to lepiej pożyć życiem bohaterów niż zastanawiać się co by się chciało napisać w nudnej pracy, której tematu i tak się nie rozumie.


5. W lodówce jest tyle dobrych rzeczy...

Kiedy już w końcu uda nam się wyrzucić Internet przez okno postanawiamy ruszyć tyłek w celu poszukania czegoś do jedzenia. Przecież oglądanie seriali i przeglądanie wszystkich możliwych dashboadrów jest męczące. Więc wynurzamy się się z naszego miejsca pobytu i otwieramy wrota do szczęścia. Bierzemy sobie coś dobrego i wracamy. Jednak po pięciu minutach stwierdzamy, że może jakimś cudem coś tam się zmieniło i pojawiło się coś dobrego. Ponownie ruszamy do naszego przyjaciela, by stwierdzić ze smutkiem, że nie, niestety, bez zmian. Idziemy do siebie i przez kolejne pięć minut zastanawiamy się, w której szafce mogą być te dobre ciastka albo czy mamy odpowiednią ilość mleka, by ugotować sobie budyń. W końcu wpadamy na pomysł, że po co tak się męczyć. Bierzemy po prostu resztę pieniędzy ze świnki skarbonki i idziemy po litr lodów i paczkę chipsów do najbliższego supermarketu.

Możemy to pokonać? Oczywiście, że nie! Przecież na głód i zasysanie w żołądku nic się nie poradzi i trzeba karmić nasz organizm. Jeszcze biedny się rozchoruje, jeśli nie dostarczymy mu tego co potrzebuje.


6. Jaki tu bałagan!

Skoro już się posililiśmy to czas spalić te kalorie. Nagle zauważamy, że w naszym pokoju/mieszkaniu panuje okropny nieporządek i czas to zmienić. Postanawiamy wtedy pojeździć na odkurzaczu i na mopie, wciągnąć kurz z parapetu i wynieść śmieci, które już stoją i czekają od miesiąca. Jakby tego było mało znajdujemy rzeczy, które szukaliśmy od miesięcy i dziwimy się, że przekopaliśmy cały dom, a one leżały tuż pod naszym nosem. Zaczytujemy się nawet w starych pracach domowych ze szkoły, które gdzieś znaleźliśmy pod łóżkiem. A czas biegnie dalej i pisanie czy nauka leży odłogiem. Ale kto by się przejmował. Przecież jeszcze nie podlaliśmy kwiatków i nie wypraliśmy firan. Więc jeśli firany będą czyste to okna też muszą być.

No tego zdecydowanie nie powinniśmy odkładać! A co jeśli, właśnie dziś na kolacje postanowi wpaść Królowa Wielkiej Brytanii, a tu taki nieład i nieporządek? Przecież musi być ugoszczona w jak najlepszych warunkach.


7. Jaki ładny sufit...

Sprzątanie jest męczącym zajęciem, więc po nim trzeba odpocząć. Wtedy kładziemy się i jedyne na co mamy ochotę to gapienie się w sufit. Zauważamy jego piękno, ale także niedoskonałości, które się na nim znajdują. A gdy już przestaniemy to robić, swój wzrok przenosimy na zegar i orientujemy się, że czas iść się kąpać i spać. Niestety oznacza to również, że znowu cały dzień nic nie zrobiliśmy, a książki leżą jak zleżały.

Gdy już zasypiamy wmawiamy sobie, że jutro rano wstaniemy szybciej i weźmiemy się do pracy, ale i tak dobrze wiemy, że to co zrobiliśmy dzisiaj powtórzy się znowu. No chyba, że jutro jest ostateczny dzień, a potem będzie już tylko za późno.