Zdjęcie wysłane jako "zgadnij, gdzie mnie wywiało?"
Zorganizowałyśmy się bardzo szybko, wsiadłyśmy do autobusu i ruszyłyśmy ku przygodzie. Ale oczywiście nie było lekko. Znając moje szczęście musiałam trafić na wycieczkę. Na dzieci. Małe. Dzieci. I byłam w szoku, gdy co drugie z nich zobaczyłam z wypasionym smartphonem. Chyba nawet z lepszymi niż moje (a ja mam całkiem dobry telefon). Biegały najpierw za nami, a potem przed nami i tylko się darły i robiły zdjęcia. Ech, no dobra, przyznaję się... Ja jak tylko przekroczyłam bramę ZOO i zobaczyłam słonie to zaczęłam piszczeć jak typowa fangirl. Ale żeby na widok słoni...? Zapomnijmy o tym.
O, proszę, pan słoń!
Ale przed słoniem były jeszcze foki i była sobie taka jedna co leżała na środku stawu i pierwsze co powiedziałam to: "Ej, ona jest sztuczna? Nie, nie! To się rusza.". Po czym kochany Wilson stwierdził, że jakieś one takie leniwe. Zapewniam Was, to zdanie padnie jeszcze nie raz pod czas tej wycieczki. Po słoniach przeszłyśmy sobie dalej i weszłyśmy w bardzo przyjemną alejkę, na którą bardzo liczyłam. Mianowicie urocza zagroda żyraf. Żyrafki kocham miłością wielką i odwieczną i swego czasu miałam kapciuszki, kubek, maskotkę, pościel i plakat z tym cudownym zwierzem. Została mi się tylko pościel i plakat. Tylko niestety owe żyrafki mnie zawiodły, bo postanowiły, że oleją sobie to, że je odwiedziłyśmy i stały w drugim końcu, do tego w cieniu. Także zobaczenie ich nie było łatwą sprawą. Na szczęście podziękujmy Bogu za zoom w telefonie.
Takie ładne. Chyba zakochane...
A tu kilka ciekawostek. Niektóre są naprawdę bardzo interesujące.
Na przeciwko żyraf mieszkają sobie hipopotami i miałam nadzieję, że chociaż one nie będą takie niemiłe jak ich sąsiadki, ale niestety, przeliczyłam się. W ich zagrodzie było jeszcze ciekawiej. Totalne obiboctwo. I tutaj, po raz kolejny Wilson wygłosił swoje ulubione zdanie: "To wszystko takie leniwe...". Hipcie spały sobie smacznie po jednej stronie siatki, a po drugiej towarzyszył im tapir. Też mało rozrywkowy. Chyba ta pogoda tak na nich podziałała.
"- Dzień dobry, co u sąsiadów słychać?
- A idź pan, śpię sobie, a tu ciągle ktoś przyłazi."
Zaraz obok były kapibary i bardzo chciałam je zobaczyć, ale jakimś cudem rozpłynęły się w powietrzu i nigdzie ich nie było. A one są takie urocze. Bardzo urocze. Potem były pelikany i chociaż one były towarzyskie. Stały sobie na wysepce i coś tam klekotały. Niestety wspaniała wycieczka też zaczęła drzeć twarze i nie można było podsłuchać co pelikany miały na myśli. A czy to, że nazywały się Baba mogło mieć jakiś związek z nami?
Narada zawsze spoko.
Postanowiłyśmy wyprzedzić wycieczkę i skierować nasze kroki do przeuroczych Królów Zwierząt (cóż, Lee na fanpage'u na Facebooku sugerował, że te zwierzątka mogą się pojawić). Pełne nadziei, że kociaki pokażą się w całej okazałości ruszyłyśmy do lwiarni. Wchodzimy do środka, a tam... Smród i nic więcej. Śmierdziało niesamowicie, ale jak wstrzymało się oddech to nie było tak źle. Jedynym malutkim stworkiem jaki sobie spał pod światłem lampy był słodki kociak (i zabijcie mnie, ale nie pamiętam jak on się nazywał, a zdjęcia tabliczki nie zrobiłam). Wilson stwierdził, że chce go zabrać do domu. W sumie to też bym tak zrobiła. Ciekawe czy by się zorientowali, że jeden okaz zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach...?
Zabijcie mnie za jakość tego zdjęcia, ale jakieś dzieciaki się na nas pchały i szturchnęli mnie podczas robienia zdjęcie. Niestety na drugie nie było już szansy, bo owi zamieszacze przykleili się do szyby i nie miałam jak podziwiać kotełka.
Wyszłyśmy z lwiarni i przeszłyśmy wzdłuż zagrody z lwami licząc, że będą się gdzieś wylegiwały na słońcu. Najpierw nigdzie nie mogłyśmy ich dostrzec, ale potem się objawiły. Leżały na samym środku zagrody na wzgórzu, którego czubka nie było widać. Kolejne zwierzęta po prostu gwiazdorzyły. Starałyśmy się zobaczyć je z każdego możliwego miejsca, ale to na nic. Nie było ich widać nawet ze specjalnego podestu do podziwiania ich. Olały sprawę i tyle.
Sorry, lepiej ich nie będzie widać.
Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo dzięki fochom lwów dowiedziałam się, że dawno temu w oliwskim zoo mieszkała lwica... Iga. Tak, tak, jestem taka dumna, że mogłam się o tym dowiedzieć. Wilson stwierdził, że zostałam gwiazdą nie wiedząc o tym. Przy okazji całkiem uroczy z niej słodziak (znaczy z lwicy Igi, nie ze mnie).
Takie słodkie z niej lwiątko...
A tu ze swoim czadowym tortem z pasztetu. Wilson stwierdził, że to musi być odjechana sprawa taki tort. Szczerze, nie pogardziłabym, bo lubię i tort i pasztet...
Po zachwycie nad moją imienniczką poszłyśmy oglądać bongo, a potem jedne z dwóch najbardziej kochanych zwierzów w całym ZOO. Mam na myśli zebry, które nas zaskoczyły totalnie, bo nie dość, że chętnie podchodziły w miarę blisko, to jeszcze pozowały i gdy im się powiedziało np. "no siema" to szły bliżej, a jak "papa" to sobie odchodziły. Ot, takie kulturalne i wychowane. Dodatkowo Wilson mi oznajmił, że postanawia nazwać zebrę, która ma największe parcie na szkło i mianuje ją... Iga. Ach, to imię takie popularne w tym dniu. Z radością przyjęłam tę informację do wiadomości i zaczęłam robić jeszcze więcej zdjęć mojej kolejnej imienniczce. Ale zaraz, zaraz... A co jeśli to był facet? Oj...
Omomomomom, dobry piasek.
A tu z kumplem.
Ech, takie mam parcie na szkło...
Po porzuceniu zeberek przedostałyśmy się do największych słodziaków w całym ZOO. Co się z tym wiąże, spędziłyśmy tam najwięcej czasu. Mowa tu o... surykatkach. To co się działo w ich zagrodzie to materiał na dwugodzinny hit kinowy. Wilson po raz kolejny rzucił cenną uwagę, że jedna z tych surykatek to ona w czwartki (w czwartki Wilson ma wolne od zajęć) i takie życie jest bardzo miłe. Potem poszłyśmy do ich mieszkanka, ale smród jaki tam panował (dzielą mieszkanko z żyrafami) był trochę uciążliwy. No dobra, nie do wytrzymania. Popatrzyłyśmy na dwie leniwe i stare surykatki i się ulotniłyśmy. Aha i skoro była zebra Iga to tutaj rozwalona surykatka dostała imię Ola (po Wilsonie).
Strażniczka Teksasu
O, a to właśnie Wilson w czwartkowe poranki
Lalala, tak sobie siedzę w dole i czekam nie wiem na co...
Po całym kabarecie u surykatek udałyśmy się do ptaszarni, w której oprócz tego, że było gorąco jak w piekarniku to jeszcze były inne zwierzęta niż papugi. Można było zobaczyć krokodyle, żółwie, węże i żaby. Do tego ponownie napotkałyśmy wycieczkę i zadzwonił do mnie tata, który pewnie otrzymał moje zdjęcie w tym czasie. Oczywiście pierwsze pytanie jakie usłyszałam to: "Czy widziałaś lwy?", a potem "Ile teraz kosztują bilety?". Ech ten standardzik. Pokręciłyśmy się po owym piekarniku i ruszyłyśmy dalej.
Leniwa papuga
"Tu stoją krokodyle i orangutany...". Krokodyle tak, orangutan potem.
Kolejnym punktem wycieczki był gepard, który dla każdej z nas był inny. Pod względem zachowania. Mi udało się zrobić mu dwa zdjęcia, ale gdy tylko Wilson próbował swoich w tej kwestii dziki kotek jej uciekał. Najpierw zwiał do swojego przytulnego domku, a potem, gdy zorientował się, że wyłączyła aparat postanowił wyjść. Z kolei, gdy znowu próbowała go zaatakować kamerą, ten skutecznie ukrył się pod drzewem w cieniu i postanowił stamtąd już nie wychodzić.
Pan i władca swej zagrody
Dalej były różne inne zwierzątka, których nazw nie pamiętam, ale były ładne i na pewno dzikie, bo wszędzie na ogrodzeniu było napisane, że dotknięcie grozi niebezpieczeństwem (czy coś takiego). Gdy tak sobie szłyśmy kolejnymi alejkami trafiłyśmy na tyły zagrody dla słoni, a tam na jednej z szyb dostrzegłam jadłospis owych zwierząt. Po krótkiej kalkulacji doszłyśmy do wniosku, że w sumie też jemy niektóre z tych rzeczy, ale nie w takich ilościach. Bo chyba jednak był miała problem, żeby dziennie zjeść 10 kilo buraków albo 5 kilogramów bananów.
Menu idealne, przynajmniej dla słoni.
Całkiem niedaleko słoni były pingwiny, które radośnie sobie hasały nad ich oczkiem wodnym. A za nielotami było to miejsce, w którym człowiek czuje się najszczęśliwszy, bo jest wśród swoich... Małpiarnia! Dużo różnych małp. Tych człekokształtnych i nie tylko. Ale pozwólcie, że najpierw opiszę anegdotę. Do ZOO jeżdżę średnio raz na siedem lat (jeśli zapytacie o to mojego tatę to powie Wam, że gdzie, no jak to, co trzy lata na bank jesteśmy. Otóż nie.) i gdy byłym w ZOO pierwszy raz był tam goryl Karol, szef rodu. Tylko, że Karol miał jeden problem. Nie miał nogi (o matko, nawet, gdy teraz o tym myślę to mi smutno i zaczynam mieć depresję), ponieważ chorował na cukrzycę i gdyby mu tej nogi nie amputowali to po prostu by zdechł. Więc gdy go po raz pierwszy zobaczyłam wpadłam w taką histerię, że mama mnie nie mogła uspokoić. Pytałam dlaczego i że tak nie powinno być i że to straszne. Kiedy po kilku latach oswoiłam się z demonem sytuacji i ponownie pojechaliśmy do ZOO jedyne co chciałam zobaczyć to owy Karol. Niestety, kiedy tylko pojawiłam się przed małpiarnią i na tablicy z drzewem genealogicznym zauważyłam, że widnieje data śmierci Karola to dostałam takich spazmów, że aż ludzie się na mnie patrzyli. No po prostu trauma (zaraz zacznę płakać, serio). Mama mi zaczęła tłumaczyć, że on już był stary i tak się musiało stać. Ale ja i tak nie mogłam się ogarnąć i resztę wycieczki spędziłam w stanie depresji. Z kolei dziś liczyłam na to, że zobaczę chociaż to drzewo, żeby zobaczyć ile lat żył Karol, a tu niespodzianka. Nie było nawet tablicy. No i moje serce znów poczuło się smutno. Ale na pocieszenie dziś po linach śmigała pani małpa z malutkim małpiątkiem wczepionym w jej ciało.
Niuniu się schowało...
A zanim objawiła się szympansica to był jeszcze orangutan, który wyglądał na nieszczęśliwego i samotnego i zrobiło nam się go szkoda. Ale miał jedzonko i dywan. Tylko, że potem jakoś się zawstydził i zawinął w ten dywan, dając nam do zrozumienia, że mamy sobie iść. A my się nie sprzeciwiałyśmy i ruszyłyśmy dalej.
Wybaczcie mi jakość, ale po prostu szyb tam nie umyli. Może dlatego pan orangutan był smutny?
Potem było jeszcze więcej innych zwierząt, których nazw nie pamiętam, ale był też uroczy kangur, który leżał pod płotem. W sumie to chciałam go dotknąć, ale jak zobaczyłam jego pazury to stwierdziłam, że niech sobie dalej śpi, a ja sobie tylko na niego popatrzę. Po drugiej stronie był za to łoś albo renifer (zastrzelcie mnie, ale nie pamiętam!), który swoim pyskiem zatrzymał się ode mnie jakieś dziesięć centymetrów. Całkiem milutko i przyjaźnie. Jego też chciałam dotknąć, ale doszłam do wniosku, że skoro ja nie lubię jak mi się przeszkadza w jedzeniu to on też by nie był zachwycony, bo właśnie szamał jakieś sianko.
Czyż on nie uroczy?
Nie chciałam mu zaglądać do miski, ale tak wyszło.
Później był wilk otoczony siatką tak, że człowiek by nie wsadził tam palca. I dobrze. Następnie więcej dziwnych zwierzątek, których nazw też nie pamiętam oraz klatki z orłami, sowami i pawiami. Generalnie ładne, duże ptactwo, które potrzebuje powietrza. Dalej się trafił jakimś cudem jeden wielbłąd, który chyba wędrował przy płocie swojej zagrody gdzieś na tyłach oraz stadko ładnych żubrów. O i zapomniałabym... Pojawiły się jaki, przez co ja potem chodziłam i śpiewałam piosenkę z reklamy pewnej sieci komórkowej w wykonaniu Krzysia Krawczyka "Jak minął dzień?".
Jaki, jaki, więcej jaków.
Po jakach był bardzo smutny tygrys, który tęsknymi oczętami patrzył na to co dzieje się za szybą. Domyślam się, że miał ochotę nas zjeść, ale i tak mi go było szkoda. A obok niego w klatce siedział niedźwiedź, a właściwie spał, bo jedyne co można było zobaczyć to jego ciałko zwinięte w kulkę i odwrócone zadkiem do publiczności. A gdy już porzuciłyśmy drapieżniki to trafiłam do rodzinnego domu i znalazłam się u lam i alpak (i kilka wielbłądów wpadło). Lamy mnie trochę olały i nie witały z otwartymi ramionami, ale alpaki były kulturalniejsze. Nawet chętniej pozowały do zdjęć.
Lamy... Mało zainteresowane.
Alpaki... Już bardziej.
Po wizycie u moich krewnych udałyśmy się już do wyjścia i na autobus, bo czas już było wracać do rzeczywistości. Aha i przy alpakach znowu padło zdanie: "Jakie to wszystko jest tutaj leniwe". A na koniec kilka ciekawych zdjęć, nie koniecznie zwierzątek. :)
Lewki też tak bardzo ciekawe, chociaż strasznie gwiazdorzą...
No kto by się po nim spodziewał...?
Ciekawe czy chłopaki grali z małpami w siatkówkę?
Powieszę to sobie nad łóżkiem, żeby pamiętać, że bananki są zdrowsze...
... A to na lodówce, żeby generalnie jedzenie ograniczać.
Do zobaczenia za siedem lat... Ostatnio mi wyszło w quizie, że wyjdę za mąż w wieku 27 lat, czyli dokładnie za siedem lat. Zapewne następnym razem w ZOO pojawię się z przyszłym mężem. :P

































Zebra zawsze spoko. :D Tylko ona nie ma na imię Marta. :P
OdpowiedzUsuń