środa, 7 września 2016

Śpiewać każdy może, czyli spełniać marzenia za wszelką cenę

Będąc na prawie trzymiesięcznym detoksie od kina, w końcu mogłam zaspokoić swój głód kinematograficzny. Podjęcie decyzji o wyjściu na film zajęło mi dziesięć minut, a to tylko dlatego, że musiałam wybrać kino, w którym dziś jest najtaniej. Na moje szczęście okazało się, że to to, które mam pod domem. I w tym miejscu chciałabym napisać, że nie ma nic krępującego czy żałosnego w samotnym chodzeniu do kina. Oczywiście z towarzystwem ogląda się przyjemniej, ale jak człowiek idzie sam to przynajmniej może zdecydować na co chce iść, o której, a w razie ewentualnej wtopy filmowej, może opuścić seans w każdej chwili.

Oczywiście przed seansem był mój ulubiony moment, gdy na ekranie pojawiały się trailery nadchodzących filmów. Zdecydowanie zobaczę WSZYSTKIE filmy, które miały zapowiedź tego wieczora. Chociaż nie, jest jeden wyjątek... To „Smoleńsk”. Choćby mnie wołami mieli zaciągnąć do kina to nie ma szans. To będzie dno dna. A oprócz tego była Bryśka Jones (w sumie dobrze, że nie będzie w trzeciej części Granta), „Światło między oceanami”, „Dziewczyna z pociągu” (od razu mówię, że w zwiastunie dali rozwiązanie zagadki, czyli ktoś spieprzył sprawę), „Ostatnia rodzina” (pozycja obowiązkowa!) i „Sługi Boże” (może być przyzwoity thriller). Także czas polować na bilety i zażywać kultury, głupcze!

A teraz nastąpi krótkie oświadczenie. Jeśli ktoś ma zamiar oglądać poniżej przedstawiony film to ostrzegam, że możliwe spoilery.


Na „Boską Florence” (tytuł oryginału jak zwykle różni się od polskiego – „Florence Foster Jenkis”) chciałam iść już wcześniej. Głównie ze względu na Meryl Streep, która jest bezapelacyjnie moją aktorską królową. Tak jak aktorów, których uwielbiam mogę wymieniać niczym litanię, tak z aktorkami jest odwrotnie. Na palcach jednej ręki mogę wymienić te, które naprawdę kocham. Oczywiście się nie rozczarowałam. Królowa rozszarpała mnie emocjonalnie. Ale o tym za chwilę.


„Boska Florence” to opowieść o kobiecie, która mimo fatalnego głosu, postanowiła zostać śpiewaczką operową. To bardzo powierzchowny opis. Niezupełnie się z nim zgadzam. Dla mnie to tak naprawdę opowieść o tym, że umierający człowiek za wszelką cenę stara się żyć pełnią życia i robić to co podpowiada mu serce. Dodatkowo ma u swego boku osoby, które ją wspierają i troszczą się, by złe strony życia nie istniały.

Pierwsze trzy sceny są naprawdę zabawne, ale potem niespodziewanie dostajemy w twarz. Naszym oczom ukazuje się łysa, cierpiąca kobieta, która spogląda na swojego męża zrozpaczonym wzrokiem. I w tym momencie zrozumiałam, że to nie będzie śmieszny film. Ale pani, która siedziała obok mnie ewidentnie tego nie dostrzegła. Momentami tak się śmiała, że mało brakowała, a film oglądałaby z podłogi. Tak przy okazji ten, kto na wszelkich opisach filmu zamieścił informację, że to komedia, powinien udać się do okulisty. Uważam, że lepszym określeniem byłby komediodramat albo dramat z elementami komediowymi. Zdecydowanie zakończenie filmu nie wskazuje na to, że to komedia. Poza ofiarnym śpiewaniem Florence i zabawnymi minami jej muzyka, nie było nic śmiesznego. Przynajmniej nie dla mnie. Z każdą kolejną minutą filmu miałam wrażenie, że pętla się zaciska i nie ma z czego się śmiać.


 Pod względem obsady film idealny. Trzy przodujące postacie (w porywach do czterech), które w bardzo czysty i prosty sposób przedstawiały relacje jakie je łączyły. Na pierwszym planie był oczywiście związek Florence (Meryl Streep) i jej drugiego męża St Claira Bayfielda (Hugh Grant). Gdy tylko na ekranie pojawia się Grant człowiek od razu się orientuje, że właśnie tutaj kończy się epoka, w której Brytyjczyk grał podrywaczy i przystojnych chłopców. Teraz to już po prostu pan, który może grać męża dojrzałych kobiet, ewentualnie ojca rodziny. Doskonale podkreśla to pojawiająca się siwizna i widoczne zmarszczki na twarzy (ale to dobrze, bo przynajmniej wiadomo, że nie używa botoksu i nie chce być młodziakiem na siłę). Jeśli chodzi o relację łączącą tych bohaterów to bardziej coś duchownego niż cielesnego. Ze względu na chorobę Florence, jej mąż mieszka w osobnym mieszkaniu (jest to właściwie mieszkanie jego kochanki, które opłaca właśnie Florence), co noc układa ją do snu, recytuje jej wiersz, a potem wychodzi, by noce spędzać z inną kobietą. W filmie nie jest to powiedziane wprost, ale pani Foster wydaje się o wszystkim wiedzieć.  A wtedy w jej oczach pojawia się smutek i tęsknota, które potrafią rozerwać widza od środka. Mimo wszystko Bayfield kocha swoją żonę i zrobi dla niej wszystko. Zawsze ją wspiera i jako jedyny walczy o to, by świat jej nie zniszczył swoją krytyką. Dostajemy także odrobinę dziwnego pianistę Cosmę McMoona (Simon Helberg – czyli Howard z The Big Bang Theory), z którym Florence zaczyna pracować. Chłopak początkowo jest przerażony umiejętnościami swojej pracodawczyni, potem trochę się z niej naśmiewa, by w końcu zrozumieć, że ta kobieta stała się jego przyjaciółką i należy za nią stać choćby miała się stać największa katastrofa. Cosma ma też pewien układ z St Clairem. Wie o wszystkim o czym nie powinna wiedzieć Florence, ale w zamian za to bierze na siebie (właściwie to Bayfield go w to wrabia) grzeszki z pewnej imprezy, która miała miejsce w domu męża pani Foster. Jest także kochanka Kathleen (Rebecca Ferguson), o której wiedzą wszyscy, ale to ukrywają.
 
Meryl Streep zdecydowanie jest stworzona do takich ról. I można mówić, że we wszystkich filmach gra tak samo i ma manierę, ale który aktor albo aktorka tego nie ma? Ona jest po prostu mistrzynią i długo nie będzie nikogo, kto zbliży się do niej charyzmą i talentem. Dodatkowo w tym filmie pokazała piękny paradoks: idealnie zagrała postać, która nie umie w ogóle śpiewać, a sama w rzeczywistości ma doskonały głos (polecam obejrzeć „Mamma Mia!”).


Film warty zobaczenia, ale nie jako kolejna komedia do obejrzenia po pracy. Przynajmniej nie według mnie. Pośmiać się można, ale nie aż tak, żeby leżeć na podłodze, bo to po prostu tutaj nie przystoi.

niedziela, 14 sierpnia 2016

Jedziemy na wycieczkę, czyli Hunt - podróżnik cz. 3.2

Jest mi niesamowicie wstyd, że po dwóch tygodniach od wycieczki zabieram się za drugą część wpisu. To okropne, wiem. Ale lenistwo i ciągła potrzeba snu zmusiła mnie do tego. Postaram się to teraz naprawić.

Drugi dzień naszej wyprawy rozpoczął się moim zachwytem nad hotelowym łóżkiem. W życiu nie spałam na czymś tak wygodnym. Jak położyłam się w nocy tak obudził mnie dopiero brutalny dźwięk mojego budzika. Czułam się jak księżniczka, owinięta po czubek głowy kołdrą i obłożona poduszkami. Gdybym mogła to wyniosłabym je na plecach i zabrała ze sobą do domu. Po szybkim ogarnięciu postanowiłyśmy wykorzystać okazję, że od naszego hotelu do Primarka było jakieś dziesięć minut pieszo. Jak się okazało przyszlyśmy na dwadzieścia minut przed otwarciem, więc skorzystałyśmy z możliwości zjedzenia śniadania. Do 12 musialyśmy się wymeldować z hotelu, wiec na zakupy zostało niewiele czasu. W rekordowym tempie załatwiłyśmy wszystko co trzeba, wrociłyśmy do hotelu, żeby się wymeldować i ruszyłyśmy z tobołami metrem na Piccadely, bo ja chciałam trafić do raju. No i trafiłam. Po długich poszukiwaniach zameldowałam się w geekowskim sklepie, w którym spędziłam mnóstwo czasu chodząc z rozdziawioną buzią i podziwiając wszystko. Jakie to było wspaniałe uczucie, gdy moim oczom ukazały się setki popsów, o których w Polsce mogę tylko pomarzyć. Do tego wszystko pięknie podzielone na sekcje np. Marvel, Doctor Who czy Sherlock. No właśnie, Sherlock. To było moje wielkie rozczarowanie. Pojechałam tam z planem zakupu popsa mojego kochanego detektywa, a tu niespodzianka, wszystko wykupione. Mycrofta czy Irenki pod dostatkiem, a Holmesa nie uraczysz. Na szczęście w biegu szybko złapałam ostatniego Watsona. Zastanawiałam się jeszcze nad zakupem plakatu, ale stwierdziłam, że nie będę miała jak tego przewieźć do Polski, wiec wolałam zaopatrzyć się w drugiego popsa. I ponownie stanęłam przed trudnym wyborem. Brać Lokiego czy Hulka. Loki czy Hulk? Moja miłość do wielkiego zielonego potwora zwyciężyła i padło na Hulka. I już chciałam wychodzić ze sklepu, gdy okazało się, że w piwnicy jest drugi poziom. Dopiero tam mnie szczerze zatkało. Wszędzie, dosłownie wszędzie były książki, gry i komiksy. Długo się zastanawiałam czy brać komiks z Sherlockiem, ale oczywiście ostatecznie go wzięłam. Gdybym miała więcej pieniędzy i więcej miejsca to kupiłabym Monopoly z Avengersami i Cluedo (czy jak to tam) z Sherlockiem.





Ciężko mi było opuszczać sklep radości i miłości, ale czekała mnie jeszcze jedna atrakcja. Zanim tam jednak dotarłam to zwiedziłam trochę Soho, które bardzo mi się podoba i ciekawą chińską dzielnicę.


Następnie z radością ponownie trafiłam na Baker Street, tym razem pod dokładny adres 221B. A oznacza to, że byłam w domu Sherlocka Holmesa. Po odczekaniu ponad godziny w kolejce zwierdzilam bardzo urocze mieszkanie, a raczej cały dom. W środku było mnóstwo rzeczy, które przybliżały zarówno historię jak i sposoby pracy detektywa. Na ostatnim piętrze były nawet woskowe figury postaci, które odegrały znaczącą rolę w życiu Holmesa np. Moriarty czy Irene Adler.





Potem postałam sobie w jeszcze jednej kolejce, w sklepie koło muzeum, bo przecież musiałam kupić sobie niewielką pamiątkę z tamtego miejsca. Następnie udałyśmy się na szybki obiad w KFC i czas nam było wracać do domu. Trochę czekałyśmy na pociąg, ale potem się okazało, że gdyby nie fakt, że w portfelu zostało mi £5 i następnego dnia musiałam iść do pracy to pojechałabym na stację końcową, bo prowadziła prosto na sam koniec Kornwalii. A przecież chciałabym podziwiać piękne widoki z klifów i znaleźć swojego własnego Rossa Poldarka...

Oczywiście wszystkiego nie udało nam się zwiedzić, ale może za rok dam radę. Na pewno, jeśli wrócę tu znowu na wakacje do pracy, będę chciała jechać do Kornwalii. Po prostu muszę...

wtorek, 2 sierpnia 2016

Jedziemy na wycieczkę, czyli Hunt - podróżnik cz. 3.1

Znacie to uczucie, gdy bardzo coś chcecie zobaczyć albo gdzieś pojechać i w końcu trafia się taka możliwość? No właśnie, w ostatni weekend spełniło się jedno z marzeń - byłam w Londynie. Stolica Wielkiej Brytanii była na mojej liście odwiedzin od kilku lat. W telewizji czy filmach pokazywali wielki, kolorowy świat. A ja chciałam sprawdzić czy tak jest rzeczywiście.

Wraz z moją towarzyszką wszystko zaplanowaliśmy, zarezerwowaliśmy i odliczaliśmy dni do wyjazdu. O 8:28 w sobotę wsiadłyśmy do pociągu, by po dwóch minutach postawić stopy na londyńskiej ziemi. Początkowo nie zobaczyłyśmy nic zaskakującego poza wielkim dworcem London Paddington. Miał chyba z 15 jak nie więcej peronów, ale zabawa zaczęła się dopiero, gdy przyszło nam wsiąść do metra. Za cholerę nie wiedziałyśmy do jakiej linii się udać i jaka jedzie do naszego hotelu. Zajęło nam to dłuższą chwilę, ale gdy już wszystko ogarnęłyśmy znalazłyśmy się na jednej z większych stacji, czyli Baker Street.


Od centrum do hotelu, w którym mieszkałyśmy miałyśmy ok. 45 minut drogi dwiema liniami metra. Gdy już wsiadłyśmy na właściwej stacji przyszło nam szukać hotelu, którego nie mogłyśmy znaleźć. Zajęło nam to dobre 20 minut, by w końcu przekroczyć jego próg i zorientować się, że menadżerem jest Polka, a my nie pierwszy raz będziemy słyszeć więcej polskiego niż angielskiego. Pokój był uroczy, z dwoma łóżkami, tv, małą lodówką i łazienką, która była w... szafie. Jak siedziało się na toalecie to głową można było przywalić w drzwi, a jak brało się prysznic to trzeba było ubierać się w kabinie (która nie miała połowy zamknięcia), bo inaczej nie można było założyć piżamy.


Po szybkim zostawienie rzeczy w hotelu znowu leciałyśmy na metro, bo na 13:30 musiałyśmy być znowu na Baker Street, bo czekała nas wizyta w muzeum figur woskowych. Dzięki temu, że miałyśmy bilety kupione przez Internet nie musiałyśmy stać w ogromnej kolejce. Za to, gdy znalazłyśmy się w środku trafiłam do nieba (jak się okaże, nie ostatni raz podczas tego weekendu). Od razu rzuciłam się do robienia zdjęć. A najbardziej oczy zaświeciły mi się jak zobaczyłam mojego byłego niedoszłego męża, czyli Benedicta Cumberbatcha. Udało mi się dopchać do jego figury i poczułam jak miękną mi kolana. To takie dziwne uczucie, bo niby on nie prawdziwy, a jednak stał koło swojej podobizny (polecam filmik na YT jak tworzyli jego postać i program Grahama Nortona, w którym pokazali światu to co powstało z ówczesnych przygotowań).


Następnie stopniowo przemieszczałyśmy się po kolejnych pomieszczeniach z figurami m.in. z muzykami, przywódcami światowymi, rodziną królewską, sportowcami czy postaciami z filmów. Figury zrobione są naprawdę dobrze. Wszystko bardzo realistyczne, czasami nawet wydaje się, że to żywe postacie. Jedna z figur oddychała i zaczęłam się zastanawiać czy mam zwidy czy jednak nie.


Po obejrzeniu figur trafiliśmy na małe przedstawienie związane z Sherlockiem Holmesem. W podziemiach budynku zrobiono dekorację a'la wiktoriański Londyn i powiedziano nam, że Sherlock zaginął i trzeba go odnaleźć. Aktorzy przeprowadzili to bardzo sprawnie, a potem poszliśmy do sali, w której wsiadało się do angielskich taksówek i ruszało w podróż po historii Londynu. A na sam koniec trafiłam do fangirlowego raju. Pokazano nam film w 4D o Avengersach. Najlepszy moment, gdy podczas oglądania, gdy Spider Man wypuszczał pajęczynę, my po twarzy dostawaliśmy mgiełką wypuszczaną z fotela, a kiedy Wolverin prezentował swoje pazury, widzowie w oparciach fotela czuli jak jakiś bolec wbija im się w plecy.


Była jeszcze wystawa Star Wars, ale stwierdziłyśmy, że nas to nie interesuje i postanowiłyśmy iść kupić kilka pamiątek. Cóż, miałyśmy iść do jednego sklepu, a skończyło się na czterech z czego w jednym był kalendarz na przyszły rok z Benedictem, ale pech tak chciał, że wszystkie zdjęcia jakie w nim jego były, były tymi które podobają mi się najmniej i sobie opuściłam. Następnie zdecydowałyśmy, że przydałoby się wpaść na Baker Street 221B, ale jak tylko zobaczyłyśmy tamtejszą kolejkę to stwierdziłyśmy, że wrócimy jutro. Przeszłyśmy spacerkiem aż pod Tamizę, by tam wsiąść na London Eye. I tu zaczynają się przeboje... Nie dość, że to co dostałyśmy w muzeum to był tylko voucher na odbiór biletu to jeszcze dwa razy nas odsyłali w inną kolejkę, bo stanęłyśmy nie tu gdzie trzeba. Ostatecznie wylądowałyśmy w sznurku, w którym spedziłyśmy 50 minut. Szczerze to myślałam, że nie dotrwam. A jeszcze tak strasznie chciało nam się pić i jeść. Ale dla widoku jaki nas czekał na gorze było warto, oj było.



Po przejażdżce udałyśmy się pod Big Bena i przypomniał mi się zabawny cytat z jakiegoś filmu czy serialu: "A co ja dobie będę robił zdjęcie pod zegarem? U nas w Ameryce też mamy zegary". Po Big Brnie nadszedł czas na spotkanie z budkami telefonicznymi. Wiadomo, zdjęcia w takim miejscu muszą być, bo inaczej ci nie uwierzą, że byłaś w Londynie. I tak, właśnie tam sobie uświadomiłam, że nie umiem robić selfie, ale nie rozwijamy tego.



Nasz głód był coraz silniejszy, więc zdecydowałyśmy, że idziemy na pizzę. Moja towarzyszka miała na sobie tego dnia koszulkę z napisem "Warszawska lala", więc jak tylko podeszłyśmy do kelnerki ta od razu zaczęła gadać z nami po polsku. Dostałyśmy stolik, zamówiłyśmy pizzę i drinka i pomału mijał czas. Pizza pośladków nie urwała, bo pożałowali dodatków, za to moje mojito było pyszne. W przeciwieństwie do Margarity koleżanki, ale tak to jest jak się eksperymentuje i nie wybiera sprawdzonych klasyków. Na koniec udałyśmy się spokojnie do metra i wróciłyśmy do hotelu, do którego ówcześnie kupilyśmy kilka Desperadosów. I tu zaczyna się zabawa, bo jak otworzyć piwo w butelce, gdy się nie ma otwieracza? Na necie znalazłam filmik z 21 sposobami, jednak w naszym wykonaniu to była porażka. Nie dało się otworzyć butelką o butelkę, kluczem, łyżeczką, zębami, o próg łazienki i o parapet. Dopiero, gdy zorientowałyśmy się, że ramy naszych łóżek są metalowe, towarzyszce się udało dokonać otwarcia. Dzień zakończył się dwoma Desperami i paczką chipsów. A ostatnie co pamiętam, bo sen mnie zmożył to trzeci sezon CSI NY w tv o 2:40 w nocy...


P.S. Jakby ktoś nie wiedział jak wyglądam to na tym zdjęciu z Cumberbatchem to ja. Rudy Hunt :D

P.S.2. Cześć druga podróży w najbliższym czasie, możliwe, że jutro.

niedziela, 17 lipca 2016

Jedziemy na wycieczkę, czyli Hunt - podróżnik cz. 2

Wczoraj miałam przyjemność ponownie pojechać do Bath. Kocham to miasto od pierwszego wejrzenia i gdyby ktoś mnie zapytał, gdzie chciałabym mieszkać to właśnie tam. Miasto przepiękne i bogate historycznie. Starożytny Rzym czuć tam nadal i chyba to jest tam najlepsze. Do tego jeśli ktoś uwielbia książki Jane Austen to doskonale wie, że autorka mieszkała w tym mieście.

Rok temu w Bath byłam dwa razy. Trochę więcej chodziłam i podziwiałam, ale i tak usłyszałam, że jak nie byłam w Łaźniach to tak naprawdę nie zwiedzałam. Może i bym tam poszła, ale wstęp nie należy do najtańszych. W tym roku głównym założeniem było pojechać po prostu na zakupy. Ale przed zakupami, wraz z moją towarzyszką podróży, udałyśmy się na najlepszą herbatę i bezglutenowe brownie na świecie. Ja tęskniłam za tym cały rok, a towarzyszka była tam po raz pierwszy i chyba podziela mój entuzjazm dla tego miejsca. Bo uwierzcie mi, za kawałek tego ciasta człowiek jest w stanie zrobić wiele, a nawet wszystko.

Potem na naszej drodze pojawiły się sklepy z pięknymi słodyczami. Ręcznie robione, cukierki w miliardach smaków, nic tylko wydawać pieniądze. Później szukałyśmy jakiejś uliczki, co by towarzyszka mogła zapalić. Dzięki temu mogłam spojrzeć na przepiękną katedrę z innej perspektywy.

Następnie obrałyśmy nasz kierunek na Primark. Kocham sklep miłością wielką. Kocham koszulki od nich. Kocham ciuchy dla facetów. Kocham prawie wszystko. Chodź wczoraj trochę się zawiodłam, bo nie było tego po co przyjechałam. Za to kupiłam coś, na co polowałam od dwóch lat - ogrodniczki. Za dzieciaka chodziłam w nich przez cały czas, a teraz w końcu się udało je zdobyć. Są urocze i wszyscy mi mówią, że dobrze w nich wyglądam. Czyli rolnik sam w dolinie. A właściwie rolniczka. Rolniczka co szuka męża. Za to, przymierzanie ciuchów to okropna sprawa. Człowiek nabierze ze sobą tego tonę, potem się napoci, żeby to przymierzyć, a na końcu bierze tylko cztery rzeczy i tyle z tego jest.

Ale sklepy i tak są rozciągnięte na całej długiej ulicy i tylko kuszą, żeby kupować. Towarzyszkę tak to skusiło, że kupiła sobie buty. I jak rozglądała się za tymi butami to znalazłyśmy takie malusie Conversy dla bejbinka. Po czym stwierdziłyśmy, że jak się trafi bogaty mąż to dziecko takie dostanie.

Po zakupach trzeba było się udać na obiad. A że po drodze trafiłyśmy na KFC to tam się udałyśmy. Błędem było tylko to, że kurczaka wzięłyśmy ostrego i był naprawdę ostry. Ale dobry.

A na do widzenia przeszłyśmy się pod parasolami zawieszonymi nad jedną z ulic i udałyśmy się na dworzec.

Miasto przecudne, warte zobaczenia i zakochania się. Może w tym roku uda mi się pojechać tam jeszcze raz, bo miłość trzeba pielęgnować. A na koniec kilka zdjęć:




P.S. Kolejny wpis będzie prawdopodobnie już z Londynu. ^^

niedziela, 3 lipca 2016

Jedziemy na wycieczkę, czyli Hunt - podróżnik cz. 1

Od miesiąca nic nie pisałam i to jest straszne. Przez ten czas sporo się działo, ale ostatecznie wracam i jestem. Ponad tydzień temu zmieniłam strefę czasową i znalazłam się na Wyspach Brytyjskich. W tym roku postanowiłam trochę więcej pozwiedzać i zaczęłam już wczoraj. Udałam się do Swindon. Jak to kiedyś usłyszałam, to raj dla bab, bo tam jest sklep na sklepie. I to prawda. W pobliżu dworca autobusowego jest wielka ulica, na której sklep goni sklep. A niecałą milę dalej znajduje się świetne outletowe centrum handlowe. Ale wszystko po kolei...

Już w autobusie miałam ochotę zawołać: "Hej przygodo!". Siedziałam w piętrowym busie na górze przed samą szybą na początku pojazdu. Miało się wrażenie, że człowiek siedzi na przedzie kolejki górskiej. Miało się ochotę patrzeć tylko przed siebie i zapomnieć o wszystkim. Jedynym denerwującym akcentem był facet, który siedział obok i cały czas brzdąkał na gitarze. On nie grał, to nie była gra. Poza tym idealnie. Gdy już znalazłam się na miejscu to się okazało, że w sumie to wysiadłam o przystanek za daleko i trochę trzeba było drałować z buta. Jeszcze GPS poprowadził mnie w zupełnie przeciwnym kierunku. Ale sobie poradziłam. Gdy weszłam do środka, do outletowego centrum handlowego byłam w raju. Najpierw szybka kawa, a potem polowanie w sklepach.

Znacie to uczucie, gdy w wasze ręce wpada ciuch idealny, w którym czujecie się jak we własnej skórze i wtedy nawet cena nie gra roli? No właśnie... Przeżyłam ja to wczoraj. Wchodzę do Bencha, a na wieszak wisi bluza idealna. Oczami wyobraźni juz widziałam jak chodzę w niej na uczelnie albo jadę na weekend do domu. Przymierzam ją i jestem w niebie. Niepewnie spoglądam na metkę i widzę £21. Dobra, nieważne. Biorę, raz się żyje. Mierzę raz jeszcze i bum - na rękawie ma dziurę. No nieeeee... Z bólem serca porzucam zdobycz i opuszczam sklep. Ale na pocieszenie idę do Fabryki Cadbury i kupuję batony Daim. W centrum było wiele fajnych sklepów, ale większość asortymentu rozczarowywała. No bo jak człowiek słyszy outlet to myśli, że trafi na świetne promocje. Wiadro prawda. Ale o dziwo tłumy ludzi ogromne. I wszyscy wychodzili z wielkimi siatkami. W końcu ostatecznie wolałam się skupić na dekoracji budynku niż na sklepach. A tu kilka przykładów:




Będąc w tym centrum moją uwagę przykuł pewien sklep z zabawkami. Niby nic szczególnego, ale jednak. Wszędzie na półkach siedziały 'sflaczałe' misie, które by mogły brać udział w teatrzyku dla dzieci. Dopiero, gdy weszło się w dalszą część sklepu człowiek odkrywał całą tajemnicę. Był to sklep, w którym na oczach klienta wypychano puchem owe misie. Przy wielkiej maszynie siedział facet, który wypychał zabawki, a potem je zszywał. Co ciekawe, misie nie były zwyczajne. Były poprzebierane np. za Minionki, Batmana, bohaterów Marvela czy Krainy Lodu. Jedyny mój błąd, że nie zapytałam o cenę.


Po ok. 3,5 godziny skończyły mi się sklepy do zwiedzania i stwierdziłam, że czas iść tam, gdzie tygryski lubią być najbardziej, czyli do Primarka. Musiałam się wrócić kolo dworca i trafić na tą piękną, długą ulicę, gdzie jest mnóstwo sklepów. Szłam, szłam i szłam, ale dotarłam. Początkowo nic mnie nie zainteresowało i poczułam rozczarowanie. Ale im głębiej w sklep tym więcej radości. Po pierwsze w końcu znalazłam idealne ogrodniczki, ale za to rozmiar nie znalazł mnie. Więc mam nadzieję, że w innym Primarku rozmiar juz będzie. Po drugie, stwierdziłam, że bez piżamy to ja stąd nie wychodzę. No i nie wyszłam. Piżama z Avengersami trafiła do koszyka. Potem niestety zostałam skazana na dział męski, bo jak zwykle na damskim dyskryminacja i brak czegokolwiek z Marvelem. Za to ze Star Wars od zarąbania. No to hop, hyc na męski i wpadłam do raju. Dwie koszulki, jedna z Marvelem, druga z Avengersami i bluza z Kapitanem Ameryką. Właściwie to chciałam coś z Hulkiem, ale jak zwykle no... Poza tym, że kupiłam ładne ubrania to byłam bliska omdlenia. Na ostatnim piętrze sklepu było z milion stopni, bo tego dnia słońce nieźle grzało, a w środku było mnóstwo ludzi. 





A gdy już wsiadłam do autobusu w drogę powrotną to byłam bliska zaśnięcia, bo słońce tak fajnie grzało, a nogi chciały mi odpaść razem z butami. Ale nowe miasto odwiedzone. Jednak stwierdzam, że w Swindon nie chciałabym mieszkać. Póki co Bath forever in my heart. Pewnie za jakieś dwa tygodnie i tam trafię, ale na razie trzeba zarabiać na nowe zakupy.

A na koniec trochę zdjęć z trasy:








niedziela, 5 czerwca 2016

No i gdzie ten wieczór panieński?

Założę się, że każda dziewczynka/nastolatka marzyła, żeby się zakochać tak na zabój jak w jakiejś komedii romantycznej. Nie ukrywam, że też tak kiedyś miałam. Ale zakończyło się to wraz ze zrozumieniem, że nikt normalny nie chodzi po domu w szpilkach tak jak robią to panie w serialach. Życie to nie film, a wymarzony facet to nie księciunio z bajki.

Już od kilku lat skutecznie unikam komedii romantycznych szczególnie polskich, bo wiem, że zawsze wszystko w nich dzieje się tak samo i jakby twórcy nie wmawiali mi, że to coś zupełnie nowego to nie uwierzę. Zawsze na końcu wszyscy rzygają tęczą i srają piernikami. Zawsze. Dlatego jedyną polską komedią „dla zakochanych” jaką zniosę i lubię jest „Listy do M.”, ale to pewnie dlatego, że to w dużym stopniu zerżnięcie z filmu, który kocham ponad życie i akceptuje go w całej jego bajkowej okazałości. A mam tu na myśli „To właśnie miłość”. Jest to jedyna komedia romantyczna, którą mogę oglądać do zdarcia i nikt mi nie wmówi, że to jest benzadziejne. No dobra, jeszcze jest „Notthing Hill”, ale na tym się kończy jakże długa lista komedii romantycznych, które zniosę.

W czwartek udało mi się wygrać bilety na przedpremierowy pokaz „Kochaj!”. Oglądając zwiastun tego filmu, będąc wcześniej w kinie podsumowałam to jednym zdaniem: „Skrzyżowanie ‘Kac Vegas’ i ‘To właśnie miłość’, tyle że po polsku”. Cóż, sama nie wiedziałam co o tym myśleć, ale ostatecznie stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia, najwyżej pójdę w kimę albo wyjdę z sali. Nie ukrywam, w pewnym momencie chciałam wyjść, ale powstrzymało mnie to, że siedziałam na samym środku rzędu i nie chciałam robić zamieszania i przeszkadzać innym.

A o czym sam film? No cóż, mamy Sawę (Olga Bołądź), która za kilka godzin ma wyjść za mąż za przystojnego Jurka (Mikołaj Roznerski), który wydaje się być ideałem. Jednak główna bohaterka zaczyna mieć wątpliwości, bo na horyzoncie pojawił się aktor Jurek (Michał Czernecki). Przyjaciółki organizują dziewczynie wieczór panieński, którego ma nigdy nie zapomnieć. W jej paczce jest szalona Anka (Roma Gąsiorowska), fanka azjatyckich klimatów Weronika (Magdalena Lamparska) i dziennikarka Oliwia (Aleksandra Popławska). Wydarzenia tej nocy zmienią ich życie na zawsze.

Proste? Bardzo. Jak to wiadomo, każdą z pań spotka miłosna niespodzianka i do tego przebiegnie ona gładko i bez żadnych problemów. Nie jest to żaden spoiler, jest to po prostu po raz kolejny powielony pewien schemat, który w żaden sposób nie jest zmieniony, bo i po co? Przecież polskie babki zaciągną albo swoje przyjaciółki albo znudzonego na śmierć faceta do kina i przez półtorej godziny przeniosą się do innego oderwanego od rzeczywistości świata, a producentowi i tak się będzie zgadzał hajs w kieszeni.

Generalnie w jakiś tam sposób film ratuje obsada, która składa się z naprawdę dobrych aktorów. Osobiście uważam, że cały film skradł Jacek Fedorowicz w roli wujka głównej bohaterki. Do tego towarzyszył mu ogromny pies pudel, który ewidentnie był jego najlepszym przyjacielem. Pozostali jak najbardziej poprawni. No może jeszcze była ok. Małgorzata Kożuchowska w roli macochy przyszłej panny młodej i doradczyni pana premiera (Piotr Polk). Trochę biczowata na początku, a na końcu już jakby łagodniejsza.

Wiem, ze z tego wpisu wieje jakiś jeden wielki hejt, ale serio, odzwyczaiłam się od komedii romantycznych. Chyba wolę jak główny bohater dostaje po mordzie. Do tego film trochę nepotyczny. Bo nie ma nic prostszego jak przenieść na ekran dwie pary, które są związane ze sobą w życiu prywatnym. Nie będę robiła tutaj spoilera, kto był z kim, a jak ktoś zainteresowany to odsyłam do Internetu.

No podsumowanie powiem, że za własne pieniądze na pewno bym na to nie poszła, bo poziom niektórych żartów był trochę poniżej poziomu. Zresztą sytuacje też takie były. Ale jeśli ktoś potrzebuje odmóżdżenia od jakichś trudnych spraw np. przed egzaminem albo po pracy, i ma dużo pieniędzy w portfelu, które lubi marnować to można się wybrać.


P.S. Nawet nie chce mi się tym razem umieszczać obrazków. 

P.S.2. Obiecuję, że następny wpis będzie lepszy. Serio. 

sobota, 28 maja 2016

Jesteśmy mili, ale możemy ci przywalić

Mój fangirlizm naprawdę się zmienia. Chociaż przez ostatnie trzy odbywam na ten temat tak wiele rozmów, że zaczynam się zastanawiać czy ja jeszcze mam jakieś inne tematy do konwersacji, bo co bym nie powiedziała to zawsze wszystko sprowadza się do jednego. W sumie to się cieszę, że ludzie jeszcze ode mnie nie pouciekali. Wczoraj, po raz pierwszy od dłuższego czasu poszłam do kina na film, w którym nie było nikogo, kogo bym namiętnie uwielbiała. Wraz z moi Wilsonkiem pojechałyśmy na „Nice Guys. Równi Goście.” Tym razem to nie ja byłam tym na widok kogo emocje zaczynają szaleć.


Już zabawnym faktem po dotarciu do kina było to, że jako jedyne szłyśmy na ten film. Cała sala tylko dla nas. Już dawno mi się tak nie zdarzyło, ale to było świetne. Nie dość, że miałyśmy zarezerwowaną kanapę to jeszcze mogłyśmy śmiać się bez żadnych ograniczeń, z nogami robić co nam się podoba i głośno komentować to co się dzieje na ekranie. W innym wypadku zapewne obrzuciliby nas popcornem albo wywalili z seansu.


A o czym film? Poznajemy dwóch zupełnie różnych facetów. Pierwszy z nich to prywatny detektyw Holland March (Ryan Gosling), który jest trochę nieogarnięty życiowo, a jego techniki pracy dają sporo do myślenia. Drugim jest Jackson Healy (Russell Crowe), który również działa w biznesie detektywistycznym, ale na trochę innych zasadach. Przypadkowe spotkanie sprawia, że panowie łączą siły i muszą rozwiązać zagadkę zaginięcia pewnej Amelli (Margaret Qualley). Generalnie fabuła nie jest jakaś porywająca, ale splot wydarzeń, scenki sytuacyjne i dialogi sprawiają, że to się ogląda naprawdę dobrze.


Początkowo podchodziłam sceptycznie do tego filmu. Mimo iż widziałam, że ludziom się podoba i to jakoś nie byłam przekonana. Znając poczucie humoru amerykańskich komedii spodziewałam się chamskich i żenujących żartów. Owszem, czasami ręce mi opadały jak rzucili tekstem, ale większość była jadalna.


Zastanawiające było to, że March miał nastoletnią córkę Holly (dziewczyna miała 13 lat), którą zagrała Angourie Rice. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ona jeździła samochodem lepiej niż jej ojciec i do tego była bardziej zorganizowana życiowo. Rozumiem, że to tylko film, w dodatku osadzony w latach 70., ale no błagam, dziecko zachowujące się jak dorosły człowiek i to dosłownie. Pominę już fakt, że łaziła z ojcem na imprezy (w celach zawodowych) i brała udział w strzelaninie.


Wielką fanką Gosilnga nigdy nie byłam. Był mi obojętny. Nie mdlałam na jego widok w telewizji, a z jego udziałem widziałam tylko jeden film i to mi wystarczyło. W sumie szaleństwo na punkcie jego osoby mi się nie włączyło (w zasadzie to ze mną nigdy nic nie wiadomo, więc nie będę mówić „hop”), ale z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że aktorem dobrym jest i daje radę. Film komediowy trzeba umieć zagrać i jemu to wyszło. Z kolei Russell Crowe stał się takim amerykańskim wujkiem, któremu brzuch urósł od piwa, ale jeśli potrzeba to umie porządnie przywalić komuś w twarz. Obsada dobra i na dokładkę jeszcze się pojawiła Kim Basinger, ale kim była to nie zdradzę.


Nie mogę nie wspomnieć o muzyce. Pojawiło się dużo znanych utworów, szczególnie w momentach, gdy bohaterowie szli na imprezę. Rytmy disco przyprawiły nas o bezwstydne tańce w fotelu kinowym. Do tego trochę pośpiewałyśmy i poczułam się jakby trafiła na imprezę razem z nimi. Chyba najlepszym kawałkiem było „Boogie Wonderland”. Cały klimat lat 70. zawarty w jednej piosence. Petarda!



Generalnie film udany. Jeśli ktoś nie ma pomysłu jak spędzić wieczór to polecam wybrać się do kina. Można się pośmiać, ale i wbić w fotel ze zwrotów akcji i przede wszystkim podążać za tokiem myślenia bohaterów, który czasami mają trochę opóźniony zapłon. Szczególnie March.