czwartek, 21 kwietnia 2016

Im wyżej tym gorzej spadać

Każdy na pewno zna to uczucie, gdy czeka na jakiś film odkąd dowiedział się, że powstanie. A jeśli do tego dołożymy dobrą i znaną obsadę to nie mamy wątpliwości, że koniecznie trzeba to zobaczyć. Tak też było w moim przypadku, gdy dowiedziałam się o „High Rise”. Jeśli w obsadzie jest Tom Hiddleston, Sienna Miller, Luke Evans i Jeremy Irons to to nie może się nie udać. Im bliżej premiery było tym bardziej cieszyłam się, że w końcu trafił się jakiś dobry film. Nie żeby poprzednie, na których byłam mi nie odpowiadały, ale tutaj po prostu czułam, że to będzie jazda bez trzymanki. Niestety wszystkie kina postanowiły pokazać mi środkowy palec i nie miały zamiaru dystrybuować produkcji. Na moje szczęście, w pewnym niewielkim kinie odbywała się projekcja. Nic, tylko rezerwować bilety.

Przed seansem wszelkie recenzje i zapowiedzi filmu omijałam szerokim łukiem, nie chcąc sobie psuć efektu zaskoczenia. Jedyne co do mnie dotarło gdzieś z Internetów to informacja, że film jest dziwny. Cały dzień przed pójściem do kina zastanawiałam się co to może znaczyć. Ku mojej radości rozwiązanie otrzymałam podczas projekcji.

Gdy zasiadłam już w fotelu (przy okazji pragnę pozdrowić ciumkającą panią z „poczekalni”, która potem znalazła się z nami na sali, ale na szczęście była na tyle daleko, że jej nie słyszałam) poczułam jakby dziwny dreszcz na plecach. Obawiałam się, że siądzie mi to na tyle skutecznie na psychikę, że mogłabym stracić racjonalne myślenie. Wiem, to brzmi dziwnie, ale jak na ulotce czytasz, że film w pewnym momencie przechodzi w zbiorową orgię i wszyscy tracą kontrolę, no to cóż. Fakt, orgie były i to dużo, ale ja wyszłam z tego cało (jeny, jakkolwiek to brzmi).

O czym właściwie jest film? Poznajemy dr Roberta Lainga (Tom Hiddleston), który chcąc zmienić coś w swoim życiu wprowadza się do dziwnego apartamentowca. Zamieszkują go różni ludzie, ale podział jest prosty: im jesteś bogaty tym mieszkasz wyżej. Pomiędzy piętrami znajduje się m.in. supermarket (jeśli dobrze pamiętam to jest to piętro 15) oraz siłownia (piętro 30). Cały budynek ma 40 pięter, a na samej górze, czymś w rodzaju raju, mieszka główny architekt i stwórca monstrum, Anthony Royal (Jeremy Irons). Im dłużej mieszka w tym budynku nasz główny bohater tym dziwniejsze rzeczy się tam dzieją. Całodzienne i noce imprezy, „skoki w bok”, samobójstwa, starcia sąsiadów i utraty kontroli nad tym co się dzieje.

Gdyby ktoś poszedł tak po prostu na ten film i przez dwie godziny nie widział w nim nic poza jakimiś dziwnymi scenami to by stwierdził, że reżyser i scenarzysta oszaleli. Otóż na pierwszy rzut oka tak właśnie może być. Gdyby nie to, że z każdą kolejną minutą widać pewną analogię do sytuacji, z którą wszyscy ludzie na świecie mają do czynienia. Tak naprawdę ten wielki apartamentowiec to państwo. Kraj, który jest rządzony przez wielkiego dyktatora. W tym przypadku owym władcą jest Royal (nawet w jego nazwisku jest odniesienie jak mamy go traktować, czyli po królewsku). Zajmuje on ostatnie piętro, z którego stworzył sobie prawdziwe królestwo. Najniższe piętra zamieszkują wielodzietne rodziny, które ledwo wiążą koniec z końcem. Ojcem jednej z takich rodzin jest Richard Wilder (Luke Evans). Jego nazwisko tez nie jest przypadkowe (Dzikszy), bo w dużej mierze przyczyni się on do upadku wieżowca. Duże znaczenie odgrywa także Charlotte Melville (Sienna Miller), której zawód nie do końca jest znany, za to ona zna wszystkich i wie wszystko. Między wierszami można odczytać, że jest ona taką prostytutką współczesnego świata. Wszyscy idą do niej tak naprawdę tylko po jedno: po uciechę cielesną, a ona ewidentnie to lubi. Do tego ma niesamowicie mądrego syna Toby’ego (Louis Suc), który interesuje się nauką i wie, że potem może być tylko lepiej.

Na wyższych piętrach mieszkają ci, którym się wydaje, że wiedzą i mają więcej od tych na dole. W filmie pada ciekawe stwierdzenie, że tak naprawdę wszyscy toną w długach tylko ci na górze potrafią je lepiej maskować. Cóż, zgadzam się w stu procentach, bo jeśli by przełożyć to na realny świat to czy nie jest tak, że ci lepiej sytuowani też mają problemy tylko trochę innego kalibru?

W pewnym momencie niższe piętra budynku zostają odcięte od światła co w pewnym stopniu staje się przyczyną buntu wśród mieszkańców. Każdy, dbając tylko o siebie bądź o swoją rodzinę, zaczyna walczyć o przetrwanie. Kobiety z dziećmi ukrywają się w jakimś prowizorycznym pomieszczeniu w jednym z mieszkań, a mężczyźni idą się bić między sobą na śmierć i życie. Oczywiście na ostatnim piętrze, śmietanka towarzyska bawi się w najlepsze i nie przejmuje się niczym dopóki problem nie zaczyna dosięgać także ich. Gdy tylko mają nóż na gardle i kończy im się jedzenie, zabijają nawet ukochanego konia pani Royal. Reyser w piękny sposób pokazuję tu analogię do tego, że jak ten najniższy lud zbuntuje się przeciwko władzy, to wybuchają zamieszki, wojny i wtedy już nie ma podziału na biedaków, bogatych i władzę. Wtedy każdy walczy o przetrwanie, nie zwracając uwagi na to w jakim wcześniej znajdował się położeniu. Są dobrzy i ci źli. Ci, co chcą zatrzymać władzę i ci, co chcą ją przejąć. Na koniec i tak zwycięży ten, który chce, żeby wszystkim było jak najlepiej, a ten najgorszy pójdzie spać z rybkami. Tylko kim byłby ten najsilniejszy, gdyby nie odpowiednia kobieta u jego boku? Cóż, w tym wypadku było dużo kobiet, ale koniec końców jest tak jak powinno być, czyli bezpiecznie i dobrze. Chociaż nikt nie może być pewnym co strzeli do głowy temu, który walczył o dobro. Może coś mu się potem odmieni...

Generalnie film bardzo pokręcony i jeśli ogląda się go prostolinijnie to się nie odgadnie tego ukrytego kontekstu. Ale gdy odkryje się prawdziwy sens mamy naprawdę dobre kino, które będzie próbowało nam przekazać przestrogę o tym co się może stać, gdy coś pójdzie nie tak... Produkcja warta obejrzenia, ale niekoniecznie jako piątkowa rozrywka po całym tygodniu ciężkiej pracy. No chyba, że ktoś się lubi zrelaksować przy krzyżówce filmu psychologicznego z porno.


P.S. Aha i jedną wielką petardą tego filmu jest ścieżka dźwiękowa. Nie sądziłam, że w tak dobry sposób można przerobić genialne pierwotnie piosenki ABBY. Ciary przeszły najbardziej jak usłyszałam "SOS". Tylko mam problem, żeby znaleźć to na YT. 

P.S.2. W sieci pojawił się zwiastun „Dziewczyny z pociągu” (link na fanpage’u na Facebooku) i patrząc po tym co tam otrzymaliśmy jest szansa, że film będzie trochę lepszy od książki. Chociaż nie mogło zabraknąć elementów porno...


czwartek, 14 kwietnia 2016

Będę tuż za tobą, bo jestem twoim cieniem

Czasami zdarza się tak, że szczęście się do nas uśmiechnie i przez przypadek bierzemy udział w konkursie, a potem wygrywamy. Tak też było i tym razem, gdy wysłałam maila na konkurs, a w odpowiedzi dostałam, że czekają na mnie bilety do kina Helios na dowolny seans w tym tygodniu. Ja i moja przebiegłość, a także zimna kalkulacja, stwierdziłyśmy, że przecież w piątek, 15 kwietnia jest premiera „High Rise” i będzie jak znalazł. Otóż NIE! Wszystkie kina w mojej okolicy zmówiły się i pokazały mi środkowy palec w tej kwestii. Ani Helios ani Multikino nie mają tego filmu w swoim repertuarze, a najbliższe Cinema City, które to wyświetla jest w... Toruniu. Stwierdziłam, że aż taka szurnięta nie jestem i najwyżej poczekam aż będzie gdzieś poza kinem (ku mojej radości jedno z niewielkich kin w mojej okolicy będzie miało „High Rise” i nie mam zamiaru odpuścić). Więc pozostała kwestia co zrobić z biletami, jeśli nie idę na to, na co planowałam.

Weszłam na stronę kina i rzuciło mi się trzech kandydatów. „Hardcore Henry”, „50 twarzy Blacka” i „Cień”. Pierwszy film po obejrzeniu zwiastunu odrzuciłam, ponieważ jest on kręcony z perspektywy bohatera. Jeśli chodzi o taki obraz w grze to jestem jak najbardziej za, ale po obejrzeniu dwuminutowego trailera miałam dość i czułam, że po wyjściu z kina mogłabym zwymiotować. „50 twarzy Blacka” wydawało mi się czymś lepszym niż historia z Grey’em, ale nie na tyle, żebym koniecznie chciała to obejrzeć. No i na końcu został mi „Cień”. Przeczytałam opis i wydał mi się całkiem ok. Do tego fajny plakat i ładny pan na nim. Weszłam na Filmweb, zobaczyłam obsadę i mnie zamurowało (cóż, nie mogę zacytować tego co wtedy powiedziałam, bo to niecenzuralne). Pamiętacie taki film jak „Dziewczyna z portretu” (jak nie pamiętacie filmu to może chociaż wpis, który popełniłam po obejrzeniu tej produkcji?)? Był tam sobie taki aktor co wyglądał jak Putin. Wręcz deska w deskę. No i właśnie. Okazało się, że ten przystojny pan z plakatu i Putin z „Dziewczyny...” i jeden i ten sam człowiek. I w tym momencie zapadła decyzja co będę oglądać.

Zabrałam moją kumpelkę do kina, ta zaopatrzyła nas w prowiant i można było się wyluzować. Oczywiście o bilety musiałam się upomnieć, bo panie w kasie nie do końca ogarnęły sprawę (w Multikinie było nawet gorzej, więc nie powinnam narzekać). Po wejściu na salę puścili standardowo reklamy i zwiastuny i po raz kolejny moja lista produkcji do obejrzenia powiększyła się. Z jednym małym wyjątkiem jakim jest film „Smoleńsk” (dobrze, że już nie chodzę do liceum, bo pewnie ktoś wpadłby na wspaniały pomysł zorganizowania wyjścia do kina na ten twór i przyświecałoby nam stwierdzenie „historię Polski trzeba znać”).

W filmie poznajemy żołnierza, Vincenta Loreau (Matthias Schoenaerts), który po powrocie z misji, ze względu na stan zdrowia fizyczny, jak i psychiczny, zostaje odsunięty od służby i zostaje ochroniarzem u bogatego biznesmana Imada Whalida (Percy Kemp). Owy biznesmen posiada piękną żonę, Jessie (Diane Kruger) i syna Ali’ego (Zaïd Errougui-Demonsant). Gdy Whalid wyjeżdża w sprawie interesów do opieki nad żoną i synem zostaje poproszony Vincent. Loreau z minuty na minutę coraz bardziej zakochuje się w Jessie, a do tego przez cały czas ma wrażenie, że ktoś śledzi jego podopiecznych. Od tej pory zaczyna się walka z tym co istnieje naprawdę, a co jest tylko w jego głowie.

Bardzo dobrze został pokazany motyw psychiki Vincenta. Z jednej strony taki twardziel, z tatuażami, z wojenną przeszłością, który nie boi się niczego i jest skłonny zaryzykować życie, a z drugiej na widok pięknej kobiety odpływa myślami i zaczyna się pocić (jakkolwiek to brzmi). Z każdą kolejną sceną walczy sam ze sobą, tym bardziej, że Jessie początkowo traktuje go jak powietrze i w pewnym momencie wydaje się, że go nie toleruje.

Można znaleźć wiele opinii, że film trzyma napięcie niczym najlepsze produkcje Hitchcocka. Czy to prawda? No cóż... Jednego nie można nie powiedzieć. Kiedy spodziewamy się, że coś się wydarzy to się nie dzieje nic, ale jeśli zaczynamy się zastanawiać czy coś tu może nas zaskoczyć to nagle dostajemy w twarz i się budzimy, bo akcja nabiera rozpędu. Jeśli ktoś uwielbia thrillery to zapewne powie, że ten jest zbudowany na tej samej kanwie co pozostałe, ale mnie osobiście przypadł do gustu, chociaż pośladków nie urwał. Jedyne co spowodował to dziwny sen dziś w nocy i tornado w moim fangirlowskim życiu, bo Matthias Schoenaerts (czemu ja zawsze muszę trafiać na takich aktorów, który zapamiętanie nazwiska zajmuje mi lata świetlne?) dołączył do mojego Wesołego Fandomowego Autobusu.


Film warty obejrzenia, ale na raz. Potem się już raczej do niego nie wraca. Mimo wszystko emocje utrzymuje na poziomie. 


P.S. Jeśli ktoś nie chce spoilera to proponuję opuścić ten wpis w tym miejscu i dziękuję za uwagę!


A jeżeli nie to muszę się podzielić krótkim stwierdzeniem tuż po ostatniej scenie w filmie i zakończeniu seansu.
"Ty, patrz, to miał być thriller, od początku do końca, a oni mi tu wyjeżdżają z komedią romantyczną". 

piątek, 8 kwietnia 2016

Chyba się nam nie podobało...

Ostatnio los tak chce, że trafiają mi się darmowe bilety na sztuki teatralne z Londynu w Multikinie. W Lany Poniedziałek była po raz drugi na "Hamlecie", a wczoraj zdarzyło się tak, że trafiłam na "Jak wam się podoba". Nie ukrywam, że chciałam na to iść, ale jakoś tak wyszło, że fundusze na bilety do kina na ten miesiąc się skończyły i ochota mi przeszła. Ale we wtorek dostałam zaskakującego SMS-a: "Wygrałam bilety na Jak wam się podoba". Otrzymałam tę informację od koleżanki, z którą byłam na "Hamlecie". W pierwszym momencie pomyślałam, że to żart, ale jednak nie.

Wczoraj, po bardzo zapchanym dniu (mogę się pochwalić, że zaczynam zabawę z kreatywnym pisaniem w szerszym gronie!) o 18:45 pojawiłam się w kinie. W połowie dnia złapała mnie jakaś niechęć, żeby iść do kina, ale pomyślałam sobie, że w sumie będzie fajnie i do tego zbliża się weekend, więc super będzie go dobrze zacząć. Jednak przed kinem kupiłam sobie marchewki (chciałam być fit czy co?) i ciastko z morelą i radość się mnie trzymała. Zasiadłam w fotelu i oczekiwałam fajerwerków. No cóż...

Najpierw pokazano krótki materiał o sztukach (oczywiście nie wszystkich) jakie do tej pory pojawiły się na scenie tego teatru. Nie trwało to długo, co zaostrzyło tylko mój apetyt na spektakl. Na ekranie pojawili się aktorzy, wypowiedzieli pierwsze kwestie i... zasnęłam! Niestety... Dlaczego? Hmm... Z nudów? Ze zmęczenia? Z braku zrozumienia tego co do mnie mówią z ekranu? Sama nie wiem. Za to po przebudzeniu zaczęłam myśleć tylko i wyłącznie o przerwie, bo zrobiłam się głoda.

No ale czas powiedzieć o czym sztuka. Krąży opinia, że "Jak wam się podoba" to najbardziej romantyczna komedia Shakespeare'a, określana także sielankową. Jeśli jest to prawda to ja się nie zgadzam. W takim wypadku pozostałe dramaty z tego gatunku to dopiero musi być masakra. Osobiście uważam, że Shakespeare jest najlepszy w tragediach, ale to tylko moje skromne zdanie, ja się przecież na tym nie znam.

Mamy tutaj księżcia Fryderyka, który jest tyranem, zabiera bratu tron i wygania brata do lasu. Rządy księcia sprawiają, że coraz więcej osób, którzy się z nim nie zgadzają, muszą opuścić miasto. Nawet najbliższe osoby, nie mogąc wytrzymać tyrani, uciekają do Lasu Ardeńskiego. Aby nie zostać rozpoznanym przebierają się, co sprawi, że wynikną z tego interesujące sytuacje.

Rosalinda (Rosalie Craig) zakochauje się z wzajemnością w Orlando (Joe Bannister), jednak ta na wygnaniu przebiera się za chłopaka dla niepoznaki i zmusza Orlando, by mówił do niej Rosalinda i wyobrażał sobie, że to ona (oczywiście to była ona, ale on się nie zorientował, bo była przebrana za chłopaka) i sprawi, że ona sprowadzi jego ukochaną. Tak naprawdę, żeby wytłumaczyć to co tam się działo to trzeba się nieźle nagimnastykować. Więc będę wredna i polecam zajrzeć do samego utworu. Poza tym jak się przysypiało tak jak ja, no to ciężko wszystko opisać.

Sztuka była podzielona na dwie części. Pierwsza dłużyła mi się niesamowicie, co chwilę patrzyłam na zegarek i modliłam się, żeby przerwa nadeszła jak najszybciej. Druga część rozpoczęła się od krótkiego materiału zza kulis i wywiadów z aktorami. Potem zrobiło się trochę śmieszniej niż na początku i jakoś zleciało.

Cóż, nie wiem czy to moja wina czy spektaklu, ale nie przypadł mi do gustu. Możliwe, że nie potrafiłam wyłapać tego z czego powinnam się śmiać. Tak naprawdę gdzieś tam uśmiech zagościł na mojej twarzy może dwa razy. Niby komedia, ale czegoś mi zabrakło. Coś się nie zgadzało.

Ale żeby nie było, że tylko marudzę, że coś mi się nie podoba to muszę zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Mam tu na myśli muszykę i scenografię. Pojawiły się momenty wokalne, gdzie aktorzy naprawdę świetnie bawili się piosenką. Kilmat utworów to było skrzyżowanie pieśni krasnoludów z "Hobbita" i ostatnia płyta Stinga "The Last Ship". To było naprawdę piękne. Co do dekoracji to prześlicznie wyglądały krzesła i stoły podwieszone na suficie, które imitowały drzewa w lesie. Szczerze liczyłam, że jakieś krzesło spadnie, ale tak sie nie stało. Oczywiście żartuję, bo szkoda by było, gdyby takie niesamowite dzieło się rozpadło.

Generalnie, gdybym miała wydać pieniądze na bilet byłabym rozczarowana, ale że to wygrane to darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby (nie wiem czy dobrze to napisałam). Do tego na stronie było napisane, że spektakl potrwa ok. 240 minut. Tak jednak nie było. Samo przedstawienie trwało do 2,5 godziny, a materiały dodatkowe i zapowiedzi zamknęły się w ok. 25 minutach. Także wchodząc do kina była 19, a na peronie SKM byłam już o 22:15 i jedyne o czym myślałam wracając do domu to położenie się do łóżka.


P.S. Dziś jest dzień wielkiej pogardy i generalnie dziwnych myśli i rozmów. Po prostu, tak jakoś wyszło...

środa, 6 kwietnia 2016

Nie udawaj Greka, wyjdź za mąż za Zorbę!

W moim pięknym mieście był wczoraj cudowny dzień. Mam tu na myśli pogodę, która zmuszała do tego, że siedzenie w domu byłoby grzechem. Zupełnie spontanicznie i leniwie wybrałam się z moim Wilsonkiem na wycieczkę po mieście. Dobry obiad, spokojny odpoczynek nad rzeką, a potem kino. Jak zawsze w naszym przypadku. Tym razem padło na „Moje wielkie greckie wesele 2”.

Po 13 latach film wraca z sequelem swojej pierwszej części. Tym razem okazuje się, że rodzice Touli (Nia Vardalos), Maria (Lainie Kazan) i Gus (Michael Constantine) po 50 latach pożycia nie mają ślubu, bo ksiądz udzielający im sakramentu nie podpisał dokumentu. Do tego córka Touli i Iana (John Corbett), Paris (Elena Kampouris) musi podjąć decyzję, gdzie chce studiować.

Gus przez cały czas powtarza Paris, że powinna mieć już męża (dziewczyna ma 17 lat) i koniecznie ma szukać Greka. W pewnym momencie dziadek postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i gdy sam spróbuje znaleźć wnuczce wybranka serca to nie wychodzi mu to najlepiej. Do tego Toula nadal sprawia wrażenie ubezwłasnowolnionej przez swoją rodzinę, bo co by się nie działo to wszyscy rzucają hasło „Toula” i kobieta biegnie załatwiać wszelkie sprawy. Siedząc w kinie zaczęłam się zastanawiać jak to się stało, że Ian jeszcze jej nie zostawił. Chyba bym zwariowała jakby na każdym kroku stał ktoś z mojej rodziny.

Poza tym, że płakałam na zmianę ze śmiechu i ze wzruszenia to zdałam sobie sprawę, że co by się nie działo to jednak dobrze jest mieć rodzinę. No bo w sumie lepsi tacy niż żadni. Są szczególnie pomocni jeśli trzeba zorganizować wesele i powstrzymać rodziców/dziadków przed totalną katastrofą i rozpadem rodu.

Uroczym dodatkiem (chociaż ta postać nie zasługuje na takie określenie) do całej historii jest Mana-Yiayia (Bess Meisler), która jak już się pojawiała to wywoływała ryk śmiechu na sali. Za to jak potem się pojawia na ślubie to wszyscy zbierają szczęki z podłogi. Szkoda, że nie każda babcia (w sumie prababcia, zależy dla kogo) jest taka jak Mana-Yiayia.

Film wydawać by się mogło, że jest tylko głupią komedią, która jest pustą rozrywką i jest gorsza od pierwszej części. To nieprawda. Poza tym, że można momentami umrzeć ze śmiechu to do tego otrzymujemy piękną historię o miłości, która przytrafia się na całe życie i że bez drugiej połówki ciężko żyć. Gus w filmie przyznaje, że najgorsze dla niego to spać samemu i nie słyszeć chrapania Marii. Coś w tym jest. Widzę to samo u swoich rodziców, nawet ostatnio o tym rozmawialiśmy. To nie jest wyimaginowane lub stworzone przez scenarzystów. To istnieje naprawdę.

Poza tym produkcja nie tylko pokazuje miłość dojrzałą, ale także młodą, dopiero się rodzącą. Także inną, jakby się mogło wydawać dla konserwatywnej rodziny.

Nie będę się zbytnio rozpisywać. Jeśli ktoś był fanem pierwszej części to i z przyjemnością obejrzy kontynuację. Ale to też film, żeby go obejrzeć tak po prostu. Na wieczorny smutek. Przecież nie ma nic lepszego jak porządna dawka śmiechu.


czwartek, 31 marca 2016

Zwierzę to też człowiek!

Przez dłuższy czas nie oglądałam bajek. Nie wiem w sumie dlaczego. Dopiero w poprzednie wakacje jakoś się to ruszyło. Byłam w kinie na „Minionkach”, a potem trafiłam na „W głowie się nie mieści”. Z kolei parę miesięcy temu moja kuzynka podesłała mi zwiastun „Zwierzogrodu” i stwierdziła, że musi obejrzeć tę bajkę. Ja niestety zapomniałam o tym na parę miesięcy, aż do ostatniej niedzieli. Wtedy postanowiłam, że fajnie by było wybrać się na coś do kina. Po drodze się okazało, że premiera „Mojego wielkiego greckiego wesela” jest dopiero jutro, więc trzeba było szukać na szybko jakiegoś substytutu dobrej rozrywki. No i padło na animację...

Kulturalnie zaproponowałam wypad do kina mojemu Wilsonkowi i poszłyśmy poczuć się jak dzieci. Ale w kinie mój pogląd „dziecinności” został mocno zweryfikowany. Okazało się, że na seans przyszło więcej osób powyżej 16. roku życia. Od razu uświadomiłam sobie, że za mało do kina chodzę właśnie na bajki. Pamiętam jak kiedyś poszłam na „Mikołajka” (miałam wtedy chyba z 17 lat), a na sali średnia wieku to było 11 lat i żadnego dorosłego w pobliżu. Teraz już bym z tym nie miała problemu, ale wtedy poczułam się jakbym uciekła z psychiatryka i trafiła do brutalnej rzeczywistości.

Jeszcze dobrze się nie zaczął film, a ja już zbierałam szczękę z podłogi. A to za sprawą czołówki Walta Disney’a. Kiedyś to było zrobione jedną, prostą kreską, bez zbędnych fajerwerków. To co zobaczyłam wczoraj było małym arcydziełem. Piękny obraz, jakby malutki film krótkometrażowy, który sprawił, że zapragnęłam znaleźć się w samym centrum tej animacji. Aż Wilson do mnie szepnął, że chce pojechać do Disneylandu. JA TEŻ!

A potem ogarnął mnie nagły smutek, aż poczułam, że w kącikach moich oczu mogą się pojawić łzy. Wszystko dzięki zwiastunowi „Gdzie jest Dory?”. Uświadomiłam sobie, że gdy do kin wchodził „Gdzie jest Nemo?” ja miałam 8 lat, a na drzwiach od mojego pokoju wisiały plakaty z bohaterami tego filmu. Od tej pory mięło 13 lat. Wiele rzeczy się zmieniło, ale jedno jest wciąż takie same: Na dobre rzeczy należy czekać latami.

Zainteresował nas jeszcze jeden zwiastun. „Księga dżungli”, która przyprawiła mnie o gęsią skórkę. Przepiękne zwierzęta naniesione na żywy plan. Nie żadna bajka w 3D. Po prostu jakby National Geografic. Do tego polski dubbing z najwyższej półki, dla którego chociażby warto iść na tę produkcję.

Potem zatarłam rączki i zaczął się film. A o czym „Zwierzogród”? Poznajemy śliczną króliczkę (a może królika dziewczynę?), Judy Hops, która odkąd pamięta postanowiła sobie, że choćby niewiadomo co zostanie najlepszą policjantką. Poprzez pewny incydent w dzieciństwie zapragnęła tego jeszcze bardziej i ze wszystkich swoich sił dążyła do upragnionego celu. Hops przeprowadza się ze swojej rodzinnej wioski do dużego, pięknego miasta, który zwie się Zwierzogrodem. Każde zwierze żyje tam ze sobą w symbiozie i harmonii i nic tego nie zmieni. Jednak upragnione łapanie bandytów przez Judy nie będzie takim szybkim zadaniem. Jej szef nie jest do końca milutki i sprawia, że jej początki są trudne. Przez przypadek poznajemy też Nick’a Wilde’a, małego cwanego lisa, który zna wszystkich i robi doskonałe lewe interesy. Splot wydarzeń połączy naszych bohaterów i oboje będą musieli rozwiązać zagadkę zaginięcia Pana Wydralskiego.

Zdecydowanie jest to bardziej bajka dla dorosłych niż dla dzieci. Owszem, maluchy widzą piękne zwierzątka, przyjaźń i prostą rozrywkę, że je rodzice zabrali do kina. Jednak starsza część publiczności bardziej doceni to co autorzy nam podają. Mnóstwo odniesień do współczesnej popkultury m.in. do „Ojca chrzestnego”, „Breaking bad” i poprzednich produkcji Disney’a. Chyba byłam jedną z osób, które najgłośniej się śmiały i wcale się z tym nie kryłam.

Gdyby spojrzeć na film pod zupełnie innym kątem to dostaliśmy piękną historię o dorastaniu, opuszczaniu domu rodzinnego, spełnianiu marzeń, dążeniu do celu mimo przeciwności losu, a do tego że nie zawsze jest kolorowo, ale jak się trafi odpowiednia szansa to należy ją wykorzystać i na nikogo się nie oglądać. Po prostu robić to co serce podpowiada. Gdzie niegdzie można dostrzec wątek walki o równouprawnienie i o tym, że trzeba być jakim się jest i pod żadnym pozorem nie zmieniać. No i oczywista oczywistość (jak mówi klasyk) z odpowiednim przyjacielem u swego boku można robić wszystko na co ma się ochotę.

Bajka świetna. Powinna walczyć o przyszłoroczną nominację do Oscara, o ile akademia o niej nie zapomni, a ja liczę, że tak się nie stanie. Zdecydowanie polecam wybrać się do kina i nie zastanawiać się jakie cyferki ma się wpisane w metrykę. Zabawa przednia i oby więcej takich filmów.

niedziela, 27 marca 2016

Wypuść mnie z hotelu, a poznasz co to piekło, czyli The Night Manager

Przyznam szczerze, że na „The Night Manager” czekałam od momentu, gdy tylko się dowiedziałam, że taka produkcja ma ujrzeć światło dzienne. Po pierwsze lubię historie szpiegowsko-sensacyjne, a po drugie obsada. Jeśli dwoje głównych bohaterów mają zagrać Hugh Laurie i Tom Hiddleston to po prostu to musi się udać.

Poznajemy Jonathana Pine’a (Tom Hiddleston), który jest nocnym recepcjonistą w kairskim hotelu. Prowadzi spokojne, ustabilizowane i nudny życie. Jak sam mówi, żyje z dnia na dzień. Pewnej nocy zostaje zamordowana kobieta, która skradła mu serce, a on nie mogąc się pogodzić ze stratą przenosi się do innego hotelu w centralnej Europie. Tam poznaje Angelę Burr (Olivia Colman), która proponuje mu współpracę. Pine ma wziąć udział w tajnej akcji służb specjalnych, która będzie skierowana przeciwko potężnemu handlarzowi bronią, Roperowi (Hugh Laurie).


Pine oczywiście przyjmuje propozycje i za pomocą postępu przedostaje się do środowiska Ropera. Początkowo nie jest wcale tak łatwo, jednak z czasem Jonathan wtapia się w towarzystwo bez najmniejszego problemu.

Tak naprawdę pierwsze minuty serialu decydują czy się pozostanie z tą produkcją czy porzuci się ją w kąt z przekonaniem, że to jedna nie tędy droga. Osobiście postanowiłam sobie, że nawet jeśli to będzie dno i pięć metrów mułu to i tak to obejrzę. Z odcinka na odcinek akcja robi się coraz lepsza. Napięcie nie znika ani na moment, a bohaterowie depczą sobie nawzajem po piętach. Z kolei widzowie jedynie mogą się zastanawiać, w którym momencie Roper nakryje Pine’a.


Aktorsko serial jest naprawdę bardzo dobry. Tom Hiddleston przechodzi niezłą przemianę z grzecznego chłopca, który kiedyś był żołnierzem, ale porzucił to na rzecz bycia recepcjonistą, w tajnego agenta, który nie zawaha się zabić człowieka. Chociaż ja z tą przemianą miałam jeden mały problem. Ona wydarzyła się za szybko. Wiem, że jak na sześć odcinków serii to nie mogli z tym za długo czekać, ale najpierw w jednej scenie Jonathan jest milutki, a za chwile w drugiej już ma krew ludzi na swoich rękach. Poza tym, doskonale. Do tego ewidentnie kamerzysta zakochał się w Tomie, bo na jedno ujęcie ogólnego planu było pięć zbliżeń na twarz Hiddlestona. Ale ja się temu wcale nie dziwię. Tom jest bardzo przystojnym aktorem, jednak jak dla mnie na Bonda jest za delikatny (krążą plotki, że aktor mógłby być brany pod uwagę do roli 007 po tym serialu).


Z kolei Hugh Laurie to klasa sama w sobie. Zdążyłam go pokochać za House’a i ojca rodziny w „Fortysomething” (jego syna gra tam Cumberbatch!), a tutaj dostajemy prawdziwego badassa. Bezwzględny, działający pod przykrywką i nikogo się nie bojący „przedsiębiorca”. Nie można też nie wspomnieć o rolach żeńskich. Zarówno Elizabeth Debicki, która wciela się w postać kobiety (oczywiście można się domyślać jaki to jest układ) Ropera jak i Olivia Colman, która werbuje Pine’a do współpracy, spisały się doskonale. A na dokładkę jest jeszcze Tom Hollander, który gra wiernego przydupasa Ropera i który domyśla się podstępu od samego początku. Jeszcze jego zachowania a’la kryptogej sprawiają, że z jednej strony chcemy go polubić, ale z drugiej wiemy, że to nawet gorsza menda niż jego szef.


Generalnie serial wciągający, pełen pięknych krajobrazów (zaczynając od Egiptu kończąc na Majorce), z interesującą fabułą i precyzją aktorską. Krążą plotki, że ma powstać sezon drugi, ponieważ tak naprawdę zakończenie pozostało otwarte. Jednak obecny sezon powstał na podstawie książki (jak ja bym chciała przeczytać tę książkę, jednak jak wiadomo, nie mam czasu), która nie ma swojej kontynuacji. Więc kolejna transza powstała by z wyłącznej konwencji twórczej scenarzystów. Mimo iż serial bardzo mi się podoba to nie jestem do końca przekonana czy kontynuacja jest dobrym pomysłem.


P.S. Jeśli miałabym jeszcze zobaczyć Hugh Laurie i Toma Hiddlestona w jakiejkolwiek innej produkcji to w jakieś, gdzie będzie po między nimi relacja ojciec - syn, bo oni wydają mi się do siebie bardzo podobni.

P.S.2. Jutro po raz drugi idę na Hamleta do Multikina. Czy jest sens raz jeszcze tworzyć wpis na ten temat? 

piątek, 25 marca 2016

Od Dziewczyny Żołnierza po Króla Elfów, czyli Happy Birthday Lee Pace!

Marzec to taki interesujący miesiąc. Zaczyna się wiosna, są Święta Wielkanocne (chociaż nie zawsze), kilka osób ma urodziny (w tym moi rodzice!). No właśnie, urodziny. W dniu dzisiejszym mój fangirlizm może trochę bardziej poszaleć, a to dlatego, że kolejny rok życia ziemskiego mija jednemu z moich ulubionych aktorów.

Tak właściwie to co mnie to powinno obchodzić? Jakiś facet, którego nie znam (tym bardziej on nie zna mnie), żyje po drugiej stronie kuli ziemskiej i co z tego? A no właśnie... To jakieś takie dziwne coś. Nie potrafię odpowiedzieć sobie na to w racjonalny sposób. Ale o kogo właściwie chodzi?

Odpowiedź jest prosta: dziś swoje urodziny obchodzi Lee Pace. Jeśli ktoś nie jest zorientowany kto to jest, to już spieszę wytłumaczyć, że to amerykański aktor filmowy i serialowy (także teatralny), który nie tylko jest zdolny, ale także przystojny. Jakiś czas temu, gdy moja obsesja na jego punkcie sięgała zenitu, został on okrzyknięty przez jedną z moich kumpelek „moim mężem”. Wszystko by było pięknie i ładnie, gdyby po pierwsze: wiedział o moim istnieniu (zawsze sobie obiecuję, że napiszę do niego na Twietterze i poinformuj go o tym radosnym fakcie bycia moim wybrankiem serca), a po drugie: nie krążyła plotka, że jednak woli panów niż panie. Ale tak naprawdę życie osobiste to jego sprawa. Prawdziwy fan powinien skupiać się wyłącznie na jego dokonaniach artystycznych (chociaż uwielbiam kiedy wrzuca swoje selfie na Twittera). Dlatego z tej okazji chciałabym w tym wpisie skupić się na jego rolach filmowych i telewizyjnych, z którymi miałam styczność.

Zaczęłam się zastanawiać w jaki sposób ułożyć przedstawiane produkcje. Czy w kolejności chronologicznej w jakich Pace brał udział czy może w jakim czasie za się za to zabrałam. Padło na to drugie.

Hobbit: Niezwykła Podróż, Pustkowie Smauga, Bitwa Pięciu Armii

To właśnie dzięki Hobbitowi uświadomiłam sobie, że taki człowiek istnieje. I żeby było śmieszniej, dopiero po miesiącu od obejrzenia maratonu w kinie naprawdę mocno mnie „ścięło” na jego punkcie. Było to 20 stycznia (zapamiętałam tą datę tylko dlatego, że równo rok wcześniej odbiło mi na punkcie Benedicta Cumberbatcha).


Lee w „Hobbicie” wciela się postać króla Elfów, Thranduila. Jest niezwykle dostojny, pogardliwy, świetnie ubrany i ma idealne blond włosy. Do tego nienawidzi krasnoludów i ma jakieś 6000 lat, a mimo to wygląda doskonale. Zabawną rzeczą jest także, że w filmie w rolę syna Thranduila, Legolasa, wciela się Orlando Bloom, który prywatnie jest starszy od Pace’a o dwa lata. Na YouTube są fragmenty wywiadów, gdy obaj panowie o tym wspominają i są tym faktem rozbawieni.


Potem zaczęłam węszyć i szukać co by tu jeszcze obejrzeć. Wystarczyło wejść na stronę Filmwebu i po zajęciach na uczelni marnować swój wolny czas na oglądanie nowych produkcji.

Uroczystość

Generalnie jest to jeden z tych głupich filmów, który w niektórych momentach śmieszy, ale w niektórych jest tak żenujący, że ma się ochotę go wyłączyć, zakopać i zapomnieć, że w ogóle istnieje (zresztą to nie jeden taki film w dorobku Lee). Jednak obiecałam sobie, że skoro już włączyłam go to wypadałoby obejrzeć do końca.

Tutaj Pace gra Whita Coutella, który jest filmowcem i bierze ślub ze swoją narzeczoną, która parę lat temu była związana z głównym bohaterem. Whit sprawia wrażenie kompletnego idioty, dla którego najważniejszy jest on sam i to on zawsze musi być w centrum uwagi. Poza tym, że ładnie tu wygląda i się uśmiecha, to chyba bym tego w ogóle nie obejrzała.


Marmaduke - pies na fali

Założyłam sobie, że najpierw obejrzę z nim wszystkie tzw. komediowe produkcje. Marmaduke się do nich zalicza. Film nie jest najwyższych lotów. Generalnie nie jest dobrych lotów, ale czasami się pośmiać można. Czasem ciszej, czasem głośniej.

Poznajemy tutaj Phila Winslowa, który jest głową rodziny, przykładnym mężem, ojcem trójki (!) dzieci i panem wielkiego psa, który się zwie Marmaduke. Oczywiście pies przysparza rodzinie samych kłopotów, ale mimo to Phil skoczy za psem nawet do rwącej rzeki i to dosłownie. Oczywiście bohater Lee jest tutaj znowu przystojny, idealny i generalnie och i ach. Szkoda mi go tylko było jak pies go przeciągnął parę razy po ziemi z turboprędkością. To musiało boleć.


Niezwykły dzień Panny Pettigrew

Film, którego się trochę naszukałam w sieci, a później jak już znalazłam to był problem z odpaleniem go na jednej ze stron, bo ciągle się pokazywało, że przekroczyłam limit (a wcale go nie przekroczyłam!). Może to był znak, żeby nie oglądać tego filmu. Chociaż byłby to błąd.

Lee gra tutaj Michaela, młodego muzyka, który jest zakochany w głównej bohaterce. Do tego broni ją przed okrutnym właścicielem klubu, Nickiem (przy okazji jedna z ładniejszych scen, gdy Pace dostaje po twarzy od Marka Stronga, a potem mu oddaje). Lee znowu jest tu ładnym chłopcem. Nie dość, że dobrze wygląda w smokingu (gdyby nie to, że jest Amerykaninem to powinien zagrać Bonda) to jeszcze ładnie śpiewa. Raz jeszcze: ideał.


Zdecydowałam, że od filmów trzeba trochę odpocząć (głupia ja) i czas zabrać się za seriale.

Halt and Catch Fire

Wcześniej na blogu pojawił się wpis o tym serialu (zainteresowanych odsyłam w czeluści wpisów). W pierwszym sezonie było 10 odcinków, które pochłonęłam w dwa i pół dnia (gdyby nie to, że musiałam chodzić na zajęcia zrobiłabym to w jeden dzień). Serial spodobał mi się na tyle mocno, że na drugi sezon oczekiwałam jak małe dziecko na Gwiazdkę.

Poznajemy tutaj Joe MacMillana, który za cel życiowy stawia sobie zbudowanie pierwszego laptopa, który ma ważyć mniej niż 7 kilogramów. Dąży do tego po trupach, za wszelką cenę, wystawiając nawet do wiatru swoich współpracowników. Jest typową świnią, nie liczącą się z nikim. Wpływ na to ma m.in. jego przeszłość, która okazuje się nie być kolorowa. Moim skromnym zdaniem jest to jego najlepsza rola i niesamowicie się cieszę, że trzeci sezon wychodzi już niedługo (chociaż podobno premiera ma zostać przesunięta z początku czerwca na sierpień). I oby był lepszy niż druga transza.


Gdzie pachną stokrotki

Pamiętam, że kiedy byłam w gimnazjum siedziałam u mojej kumpelki w domu i oglądałyśmy telewizję. Usłyszałyśmy ten tytuł i wywiązał się taki dialog:

- Wiesz, gdzie pachną stokrotki?
- No gdzie?
- W kiblu.

Cóż, nie było to, jakby to nazwać, najwyższych lotów, ale utkwiło mi to w pamięci. Gdy przeglądałam po latach filmografię Lee i zobaczyłam, że grał w tym serialu, wybuchnęłam śmiechem i stwierdziłam, że koniecznie muszę to obejrzeć.

Generalnie myślałam, że produkcja ma ok. 6 sezonów, ale jak się potem okazało ma tylko dwa. Całość obejrzałam w tydzień i było mi niezwykle smutno, że to już koniec. Lee gra tutaj uroczego cukiernika, który ma dziwną, nadprzyrodzoną moc. Potrafi wskrzeszać ludzi, ale potem nigdy więcej nie może ich dotknąć, bo to spowodowałoby ich śmierć bez możliwości powrotu do życia. Trudno opowiedzieć o co tu chodzi, dlatego najlepiej samemu to obejrzeć. A naprawdę warto. Tym bardziej, że ostatnio pojawiła się informacja, że stacja ABC daje zielone światło na powrót tego serialu, jeśli tylko twórcy i aktorzy będą tego chcieli.


30 beats

Ten film to naprawdę dziwny twór. Składa się z kilkudziesięciu sekwencji, w której każdy z bohaterów łączy się w jakiś sposób z tymi z poprzednich fragmentów. Niestety produkcja jest bardzo męcząca i w sumie bezsensu.

Pace pojawia się tu jako Matt, który jest masażystą. Zaleca się do niego jedna z jego klientek, ale on woli inną, która ma na niego wyrąbane. Poza tym, że z wyglądu przypomina Ryana Gosilinga, stoi pod prysznicem i jedzie samochodem to nie ma tu nic ciekawego. Szczerze nie polecam, zakopać ten film.


Polarbearman

Filmik ma tylko pięć minut i przedstawia człowieka, który styka się z globalnym ociepleniem do tego stopnia, że Ziemia zostaje zalana przez wodę, a on swój żywot musi spędzić na dachu swojego domu. Do zobaczenia na YouTube jakby ktoś był zainteresowany. Całkiem ciekawa wizja przyszłego świata.


Opętany

Tutaj mamy do czynienia z całkiem dobrym thrillerem, przynajmniej według mnie (oglądałam ten filmu już chyba z sześć razy). Mamy tutaj dwóch braci. Jeden jest ułożony, wykształcony, ma żonę i jest generalnie szczęśliwy. A drugi to margines. Wychodzi z więzienia, mieszka pokątnie u swojego brata i ma wszystko gdzieś. Pewnego dnia dochodzi do kłótni między braćmi i jeden ucieka przed drugim. Dochodzi do wypadku, po którym obaj zapadają w śpiączkę. Po pewnym czasie ten zły budzi się i wydaje mu się, że jest swoim bratem.

Lee gra tutaj Romana, tego złego. Początkowo jest totalnym zerem, ale z czasem, gdy staje się swoim bratem zmienia się zupełnie. Zakończenie jest zaskakujące i co ciekawsze, jest jego alternatywna wersja na YouTube. Film można podsumować: od badassa do milusiego, troskliwego faceta.


Samotny mężczyzna

Pewnej niedzieli, późno wieczorem trafiłam na ten film w telewizji. Na drugi dzień miałam pociąg na 6.40 i wiedziałam, że nie mogę go obejrzeć całego. Stwierdziłam, że obejrzę do pierwszego momentu aż pojawi się Lee. Nastąpiło to po czterdziestu pięciu minutach. Szedł z głównym bohaterem (w tej roli fantastyczny Colin Firth) i krótko rozmawiali. Po tej scenie wyłączyłam tv i poszłam spać. Na drugi dzień po zajęciach dokończyłam oglądania i jakież było moje rozczarowanie, gdy się okazało, że to była jedyna scena, w której pojawił się Lee.

Zagrał profesora akademickiego, który pojawił się tylko raz. Ale nie ma tego złego, bo film naprawdę dobry i warty obejrzenia. Mam nadzieję, że będę też miała czas na przeczytanie książki, na podstawie której produkcja powstała. 


Rezydent 

Po tym filmie bałam się iść ciemnym korytarzem do łazienki w moim akademiku. Trochę strasznie, trochę obsesyjnie, ale możliwe, że to tylko moje dziwne odczucia, bo nie mam zwyczaju oglądać takich filmów. Poznajemy tutaj młodą lekarkę, która po zerwaniu ze swoim chłopakiem przeprowadza się do mieszkania, w którym po czasie ma wrażenie, że ktoś ją ciągle obserwuje.

Pace gra tu byłego chłopaka owej bohaterki, który stara się odbudować relację z ukochaną. No cóż, po raz kolejny jest ładny i to chyba na tyle. Film sam w sobie nie jest nie wiadomo jakim arcydziełem, ale jakby komuś się nudziło wieczorem to do poduszki może obejrzeć.


Strażnicy galaktyki

W obecnych czasach chyba nie ma aktora, który by nie zagrał albo nie miał w planach zagrania w produkcjach Marvela. Spotkało to też oczywiście Pace’a, któremy zagrał czarny charakter, czyli mrocznego Ronana. Wielki, niebieski stwór, który chce zabrać tajemniczy artefakt z rąk Petera Quilla, awanturnika i przywódcy grupy oudsiderów.

Obejrzałam ten film dla Lee i niestety muszę się przyznać, że nijaki Groot skradł moje serce i Ronan musiał pójść w odstawkę. Od tego też się zaczęła moja miłość do Marvela, która pomału powiększa się.


Magia uczuć

Obejrzałam ten film z kumpelką zza ściany z akademika. Początkowo nie mogłam w ogóle zrozumieć tego filmu. Nie wiedziałam o co w nim naprawdę chodzi. Zachwycały mnie tylko piękne kadry i widoki w tle. Jednak pod koniec zdałam sobie sprawę jakie jest przesłanie.

Lee gra tutaj Roy’a Walkera, który jest kaskaderem filmowym. W szpitalu do chodzi do zdrowia po wypadku i tam poznaje małą dziewczynkę, z którą się zaprzyjaźnia i postanawia jej opowiedzieć pewną historię. Produkcja wielopłaszczyznowa, inspirująca i godna polecenia.


Saga Zmierzch: Przed Świtem

No tak... No cóż... Rachunki za coś trzeba płacić. Nie muszę chyba nikomu przestawiać tego filmu. Wampiry, wilkołaki, drewniana Bella, blady Edward... Ale żeby nie być taką świętą to obejrzałam (właściwie przespałam w kinie) pierwszą cześć „Zmierzchu”, a właśnie tą ostatnią aż... trzy razy. I wszystkie trzy razy były w Anglii, w angielskiej telewizji, gdzie głos w tle opisuje wszystko co dzieje się na ekranie.

Lee gra tutaj najprzystojniejszego wampira Garretta, który się z nikim nie patyczkuje i jak go ktoś z denerwuje no to cóż... Nie będę ukrywać, że obejrzałam to tylko dla niego i chyba więcej tego nie zrobię. Trzy razy to i tak za dużo.


Strategia Mistrza

Na ten film czekałam odkąd się dowiedziałam, że Lee w nim będzie grał. Film opowiada historię Lance’a Armstronga, mistrza kolarskiego, który dzięki niedozwolonym środkom stał się maszyną do odnoszenia kolejnych sukcesów. Wybrałam się na to do kina z moim Wilsonkiem i szczerze tego nie żałowałam. Jednym z większych plusów tej produkcji jest ścieżka dźwiękowa, która jest naprawdę genialna.

Lee gra tutaj menagera Armstronga, który pilnuje za równo jego kontraktów jak i tego, by afera dopingowa nie wymknęła się spod kontroli. Lee pojawił się w około dziewięciu scenach w całym filmie. To i tak niezły rezultat. 


To nie są wszystkie filmy, które Lee Pace ma w swoim dorobku. Chociaż kiedyś obiecałam sobie, że obejrzę wszystkie, jednak niestety póki co tak się nie stało. Za to pozostał jeszcze jeden film, do którego podchodzę jak pies do jeża i jakoś dziwnie nie potrafię się do niego zabrać. Mam tu na myśli Dziewczynę żołnierza. Jest to debiut filmowy Lee, który jako młody aktor, tuż po szkole otrzymuje niesamowitą okazję zagrania głównej roli. Pace gra tam transwestytę, w którym zakochuje się żołnierz z pobliskiej dywizji, która stacjonuje w okolicy. Jakoś mam dziwną obawę przed tą produkcją i nie potrafię powiedzieć dlaczego. Może za bardzo przytłacza mnie myśl, że Lee jest o wiele ładniejszą dziewczyną niż połowa kobiet na ziemi w tym ja. 


Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak życzyć temu wielkoludowi (ma prawie dwa metry wzrostu) wszystkiego najlepszego, świetnych ról filmowych i większej ilość filmów z jego udziałem w naszych kinach, żebym miała na co chodzić w Środy z Orange! :)