czwartek, 21 kwietnia 2016

Im wyżej tym gorzej spadać

Każdy na pewno zna to uczucie, gdy czeka na jakiś film odkąd dowiedział się, że powstanie. A jeśli do tego dołożymy dobrą i znaną obsadę to nie mamy wątpliwości, że koniecznie trzeba to zobaczyć. Tak też było w moim przypadku, gdy dowiedziałam się o „High Rise”. Jeśli w obsadzie jest Tom Hiddleston, Sienna Miller, Luke Evans i Jeremy Irons to to nie może się nie udać. Im bliżej premiery było tym bardziej cieszyłam się, że w końcu trafił się jakiś dobry film. Nie żeby poprzednie, na których byłam mi nie odpowiadały, ale tutaj po prostu czułam, że to będzie jazda bez trzymanki. Niestety wszystkie kina postanowiły pokazać mi środkowy palec i nie miały zamiaru dystrybuować produkcji. Na moje szczęście, w pewnym niewielkim kinie odbywała się projekcja. Nic, tylko rezerwować bilety.

Przed seansem wszelkie recenzje i zapowiedzi filmu omijałam szerokim łukiem, nie chcąc sobie psuć efektu zaskoczenia. Jedyne co do mnie dotarło gdzieś z Internetów to informacja, że film jest dziwny. Cały dzień przed pójściem do kina zastanawiałam się co to może znaczyć. Ku mojej radości rozwiązanie otrzymałam podczas projekcji.

Gdy zasiadłam już w fotelu (przy okazji pragnę pozdrowić ciumkającą panią z „poczekalni”, która potem znalazła się z nami na sali, ale na szczęście była na tyle daleko, że jej nie słyszałam) poczułam jakby dziwny dreszcz na plecach. Obawiałam się, że siądzie mi to na tyle skutecznie na psychikę, że mogłabym stracić racjonalne myślenie. Wiem, to brzmi dziwnie, ale jak na ulotce czytasz, że film w pewnym momencie przechodzi w zbiorową orgię i wszyscy tracą kontrolę, no to cóż. Fakt, orgie były i to dużo, ale ja wyszłam z tego cało (jeny, jakkolwiek to brzmi).

O czym właściwie jest film? Poznajemy dr Roberta Lainga (Tom Hiddleston), który chcąc zmienić coś w swoim życiu wprowadza się do dziwnego apartamentowca. Zamieszkują go różni ludzie, ale podział jest prosty: im jesteś bogaty tym mieszkasz wyżej. Pomiędzy piętrami znajduje się m.in. supermarket (jeśli dobrze pamiętam to jest to piętro 15) oraz siłownia (piętro 30). Cały budynek ma 40 pięter, a na samej górze, czymś w rodzaju raju, mieszka główny architekt i stwórca monstrum, Anthony Royal (Jeremy Irons). Im dłużej mieszka w tym budynku nasz główny bohater tym dziwniejsze rzeczy się tam dzieją. Całodzienne i noce imprezy, „skoki w bok”, samobójstwa, starcia sąsiadów i utraty kontroli nad tym co się dzieje.

Gdyby ktoś poszedł tak po prostu na ten film i przez dwie godziny nie widział w nim nic poza jakimiś dziwnymi scenami to by stwierdził, że reżyser i scenarzysta oszaleli. Otóż na pierwszy rzut oka tak właśnie może być. Gdyby nie to, że z każdą kolejną minutą widać pewną analogię do sytuacji, z którą wszyscy ludzie na świecie mają do czynienia. Tak naprawdę ten wielki apartamentowiec to państwo. Kraj, który jest rządzony przez wielkiego dyktatora. W tym przypadku owym władcą jest Royal (nawet w jego nazwisku jest odniesienie jak mamy go traktować, czyli po królewsku). Zajmuje on ostatnie piętro, z którego stworzył sobie prawdziwe królestwo. Najniższe piętra zamieszkują wielodzietne rodziny, które ledwo wiążą koniec z końcem. Ojcem jednej z takich rodzin jest Richard Wilder (Luke Evans). Jego nazwisko tez nie jest przypadkowe (Dzikszy), bo w dużej mierze przyczyni się on do upadku wieżowca. Duże znaczenie odgrywa także Charlotte Melville (Sienna Miller), której zawód nie do końca jest znany, za to ona zna wszystkich i wie wszystko. Między wierszami można odczytać, że jest ona taką prostytutką współczesnego świata. Wszyscy idą do niej tak naprawdę tylko po jedno: po uciechę cielesną, a ona ewidentnie to lubi. Do tego ma niesamowicie mądrego syna Toby’ego (Louis Suc), który interesuje się nauką i wie, że potem może być tylko lepiej.

Na wyższych piętrach mieszkają ci, którym się wydaje, że wiedzą i mają więcej od tych na dole. W filmie pada ciekawe stwierdzenie, że tak naprawdę wszyscy toną w długach tylko ci na górze potrafią je lepiej maskować. Cóż, zgadzam się w stu procentach, bo jeśli by przełożyć to na realny świat to czy nie jest tak, że ci lepiej sytuowani też mają problemy tylko trochę innego kalibru?

W pewnym momencie niższe piętra budynku zostają odcięte od światła co w pewnym stopniu staje się przyczyną buntu wśród mieszkańców. Każdy, dbając tylko o siebie bądź o swoją rodzinę, zaczyna walczyć o przetrwanie. Kobiety z dziećmi ukrywają się w jakimś prowizorycznym pomieszczeniu w jednym z mieszkań, a mężczyźni idą się bić między sobą na śmierć i życie. Oczywiście na ostatnim piętrze, śmietanka towarzyska bawi się w najlepsze i nie przejmuje się niczym dopóki problem nie zaczyna dosięgać także ich. Gdy tylko mają nóż na gardle i kończy im się jedzenie, zabijają nawet ukochanego konia pani Royal. Reyser w piękny sposób pokazuję tu analogię do tego, że jak ten najniższy lud zbuntuje się przeciwko władzy, to wybuchają zamieszki, wojny i wtedy już nie ma podziału na biedaków, bogatych i władzę. Wtedy każdy walczy o przetrwanie, nie zwracając uwagi na to w jakim wcześniej znajdował się położeniu. Są dobrzy i ci źli. Ci, co chcą zatrzymać władzę i ci, co chcą ją przejąć. Na koniec i tak zwycięży ten, który chce, żeby wszystkim było jak najlepiej, a ten najgorszy pójdzie spać z rybkami. Tylko kim byłby ten najsilniejszy, gdyby nie odpowiednia kobieta u jego boku? Cóż, w tym wypadku było dużo kobiet, ale koniec końców jest tak jak powinno być, czyli bezpiecznie i dobrze. Chociaż nikt nie może być pewnym co strzeli do głowy temu, który walczył o dobro. Może coś mu się potem odmieni...

Generalnie film bardzo pokręcony i jeśli ogląda się go prostolinijnie to się nie odgadnie tego ukrytego kontekstu. Ale gdy odkryje się prawdziwy sens mamy naprawdę dobre kino, które będzie próbowało nam przekazać przestrogę o tym co się może stać, gdy coś pójdzie nie tak... Produkcja warta obejrzenia, ale niekoniecznie jako piątkowa rozrywka po całym tygodniu ciężkiej pracy. No chyba, że ktoś się lubi zrelaksować przy krzyżówce filmu psychologicznego z porno.


P.S. Aha i jedną wielką petardą tego filmu jest ścieżka dźwiękowa. Nie sądziłam, że w tak dobry sposób można przerobić genialne pierwotnie piosenki ABBY. Ciary przeszły najbardziej jak usłyszałam "SOS". Tylko mam problem, żeby znaleźć to na YT. 

P.S.2. W sieci pojawił się zwiastun „Dziewczyny z pociągu” (link na fanpage’u na Facebooku) i patrząc po tym co tam otrzymaliśmy jest szansa, że film będzie trochę lepszy od książki. Chociaż nie mogło zabraknąć elementów porno...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz