Każdy na pewno zna to uczucie, gdy czeka na jakiś film odkąd
dowiedział się, że powstanie. A jeśli do tego dołożymy dobrą i znaną obsadę to
nie mamy wątpliwości, że koniecznie trzeba to zobaczyć. Tak też było w moim
przypadku, gdy dowiedziałam się o „High Rise”. Jeśli w obsadzie jest Tom
Hiddleston, Sienna Miller, Luke Evans i Jeremy Irons to to nie może się nie
udać. Im bliżej premiery było tym bardziej cieszyłam się, że w końcu trafił się
jakiś dobry film. Nie żeby poprzednie, na których byłam mi nie odpowiadały, ale
tutaj po prostu czułam, że to będzie jazda bez trzymanki. Niestety wszystkie
kina postanowiły pokazać mi środkowy palec i nie miały zamiaru dystrybuować
produkcji. Na moje szczęście, w pewnym niewielkim kinie odbywała się projekcja.
Nic, tylko rezerwować bilety.
Przed seansem wszelkie recenzje i zapowiedzi filmu omijałam
szerokim łukiem, nie chcąc sobie psuć efektu zaskoczenia. Jedyne co do mnie
dotarło gdzieś z Internetów to informacja, że film jest dziwny. Cały dzień
przed pójściem do kina zastanawiałam się co to może znaczyć. Ku mojej radości
rozwiązanie otrzymałam podczas projekcji.
Gdy zasiadłam już w fotelu (przy okazji pragnę pozdrowić
ciumkającą panią z „poczekalni”, która potem znalazła się z nami na sali, ale
na szczęście była na tyle daleko, że jej nie słyszałam) poczułam jakby dziwny
dreszcz na plecach. Obawiałam się, że siądzie mi to na tyle skutecznie na
psychikę, że mogłabym stracić racjonalne myślenie. Wiem, to brzmi dziwnie, ale
jak na ulotce czytasz, że film w pewnym momencie przechodzi w zbiorową orgię i
wszyscy tracą kontrolę, no to cóż. Fakt, orgie były i to dużo, ale ja wyszłam z
tego cało (jeny, jakkolwiek to brzmi).
O czym właściwie jest film? Poznajemy dr Roberta Lainga (Tom
Hiddleston), który chcąc zmienić coś w swoim życiu wprowadza się do dziwnego
apartamentowca. Zamieszkują go różni ludzie, ale podział jest prosty: im jesteś
bogaty tym mieszkasz wyżej. Pomiędzy piętrami znajduje się m.in. supermarket
(jeśli dobrze pamiętam to jest to piętro 15) oraz siłownia (piętro 30). Cały
budynek ma 40 pięter, a na samej górze, czymś w rodzaju raju, mieszka główny
architekt i stwórca monstrum, Anthony Royal (Jeremy Irons). Im dłużej mieszka w
tym budynku nasz główny bohater tym dziwniejsze rzeczy się tam dzieją.
Całodzienne i noce imprezy, „skoki w bok”, samobójstwa, starcia sąsiadów i
utraty kontroli nad tym co się dzieje.
Gdyby ktoś poszedł tak po prostu na ten film i przez dwie
godziny nie widział w nim nic poza jakimiś dziwnymi scenami to by stwierdził,
że reżyser i scenarzysta oszaleli. Otóż na pierwszy rzut oka tak właśnie może
być. Gdyby nie to, że z każdą kolejną minutą widać pewną analogię do sytuacji,
z którą wszyscy ludzie na świecie mają do czynienia. Tak naprawdę ten wielki
apartamentowiec to państwo. Kraj, który jest rządzony przez wielkiego
dyktatora. W tym przypadku owym władcą jest Royal (nawet w jego nazwisku jest
odniesienie jak mamy go traktować, czyli po królewsku). Zajmuje on ostatnie
piętro, z którego stworzył sobie prawdziwe królestwo. Najniższe piętra zamieszkują
wielodzietne rodziny, które ledwo wiążą koniec z końcem. Ojcem jednej z takich
rodzin jest Richard Wilder (Luke Evans). Jego nazwisko tez nie jest przypadkowe
(Dzikszy), bo w dużej mierze przyczyni się on do upadku wieżowca. Duże
znaczenie odgrywa także Charlotte Melville (Sienna Miller), której zawód nie do
końca jest znany, za to ona zna wszystkich i wie wszystko. Między wierszami
można odczytać, że jest ona taką prostytutką współczesnego świata. Wszyscy idą
do niej tak naprawdę tylko po jedno: po uciechę cielesną, a ona ewidentnie to
lubi. Do tego ma niesamowicie mądrego syna Toby’ego (Louis Suc), który
interesuje się nauką i wie, że potem może być tylko lepiej.
Na wyższych piętrach mieszkają ci, którym się wydaje, że
wiedzą i mają więcej od tych na dole. W filmie pada ciekawe stwierdzenie, że
tak naprawdę wszyscy toną w długach tylko ci na górze potrafią je lepiej
maskować. Cóż, zgadzam się w stu procentach, bo jeśli by przełożyć to na realny
świat to czy nie jest tak, że ci lepiej sytuowani też mają problemy tylko
trochę innego kalibru?
W pewnym momencie niższe piętra budynku zostają odcięte od
światła co w pewnym stopniu staje się przyczyną buntu wśród mieszkańców. Każdy,
dbając tylko o siebie bądź o swoją rodzinę, zaczyna walczyć o przetrwanie.
Kobiety z dziećmi ukrywają się w jakimś prowizorycznym pomieszczeniu w jednym z
mieszkań, a mężczyźni idą się bić między sobą na śmierć i życie. Oczywiście na
ostatnim piętrze, śmietanka towarzyska bawi się w najlepsze i nie przejmuje się
niczym dopóki problem nie zaczyna dosięgać także ich. Gdy tylko mają nóż na
gardle i kończy im się jedzenie, zabijają nawet ukochanego konia pani Royal.
Reyser w piękny sposób pokazuję tu analogię do tego, że jak ten najniższy lud
zbuntuje się przeciwko władzy, to wybuchają zamieszki, wojny i wtedy już nie ma
podziału na biedaków, bogatych i władzę. Wtedy każdy walczy o przetrwanie, nie
zwracając uwagi na to w jakim wcześniej znajdował się położeniu. Są dobrzy i ci
źli. Ci, co chcą zatrzymać władzę i ci, co chcą ją przejąć. Na koniec i tak
zwycięży ten, który chce, żeby wszystkim było jak najlepiej, a ten najgorszy
pójdzie spać z rybkami. Tylko kim byłby ten najsilniejszy, gdyby nie
odpowiednia kobieta u jego boku? Cóż, w tym wypadku było dużo kobiet, ale
koniec końców jest tak jak powinno być, czyli bezpiecznie i dobrze. Chociaż
nikt nie może być pewnym co strzeli do głowy temu, który walczył o dobro. Może
coś mu się potem odmieni...
Generalnie film bardzo pokręcony i jeśli ogląda się go
prostolinijnie to się nie odgadnie tego ukrytego kontekstu. Ale gdy odkryje się
prawdziwy sens mamy naprawdę dobre kino, które będzie próbowało nam przekazać
przestrogę o tym co się może stać, gdy coś pójdzie nie tak... Produkcja warta
obejrzenia, ale niekoniecznie jako piątkowa rozrywka po całym tygodniu ciężkiej
pracy. No chyba, że ktoś się lubi zrelaksować przy krzyżówce filmu
psychologicznego z porno.
P.S. Aha i jedną wielką petardą tego filmu jest ścieżka dźwiękowa. Nie sądziłam, że w tak dobry sposób można przerobić genialne pierwotnie piosenki ABBY. Ciary przeszły najbardziej jak usłyszałam "SOS". Tylko mam problem, żeby znaleźć to na YT.
P.S.2. W sieci pojawił się zwiastun „Dziewczyny z pociągu”
(link na fanpage’u na Facebooku) i patrząc po tym co tam otrzymaliśmy jest
szansa, że film będzie trochę lepszy od książki. Chociaż nie mogło zabraknąć
elementów porno...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz