środa, 6 kwietnia 2016

Nie udawaj Greka, wyjdź za mąż za Zorbę!

W moim pięknym mieście był wczoraj cudowny dzień. Mam tu na myśli pogodę, która zmuszała do tego, że siedzenie w domu byłoby grzechem. Zupełnie spontanicznie i leniwie wybrałam się z moim Wilsonkiem na wycieczkę po mieście. Dobry obiad, spokojny odpoczynek nad rzeką, a potem kino. Jak zawsze w naszym przypadku. Tym razem padło na „Moje wielkie greckie wesele 2”.

Po 13 latach film wraca z sequelem swojej pierwszej części. Tym razem okazuje się, że rodzice Touli (Nia Vardalos), Maria (Lainie Kazan) i Gus (Michael Constantine) po 50 latach pożycia nie mają ślubu, bo ksiądz udzielający im sakramentu nie podpisał dokumentu. Do tego córka Touli i Iana (John Corbett), Paris (Elena Kampouris) musi podjąć decyzję, gdzie chce studiować.

Gus przez cały czas powtarza Paris, że powinna mieć już męża (dziewczyna ma 17 lat) i koniecznie ma szukać Greka. W pewnym momencie dziadek postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i gdy sam spróbuje znaleźć wnuczce wybranka serca to nie wychodzi mu to najlepiej. Do tego Toula nadal sprawia wrażenie ubezwłasnowolnionej przez swoją rodzinę, bo co by się nie działo to wszyscy rzucają hasło „Toula” i kobieta biegnie załatwiać wszelkie sprawy. Siedząc w kinie zaczęłam się zastanawiać jak to się stało, że Ian jeszcze jej nie zostawił. Chyba bym zwariowała jakby na każdym kroku stał ktoś z mojej rodziny.

Poza tym, że płakałam na zmianę ze śmiechu i ze wzruszenia to zdałam sobie sprawę, że co by się nie działo to jednak dobrze jest mieć rodzinę. No bo w sumie lepsi tacy niż żadni. Są szczególnie pomocni jeśli trzeba zorganizować wesele i powstrzymać rodziców/dziadków przed totalną katastrofą i rozpadem rodu.

Uroczym dodatkiem (chociaż ta postać nie zasługuje na takie określenie) do całej historii jest Mana-Yiayia (Bess Meisler), która jak już się pojawiała to wywoływała ryk śmiechu na sali. Za to jak potem się pojawia na ślubie to wszyscy zbierają szczęki z podłogi. Szkoda, że nie każda babcia (w sumie prababcia, zależy dla kogo) jest taka jak Mana-Yiayia.

Film wydawać by się mogło, że jest tylko głupią komedią, która jest pustą rozrywką i jest gorsza od pierwszej części. To nieprawda. Poza tym, że można momentami umrzeć ze śmiechu to do tego otrzymujemy piękną historię o miłości, która przytrafia się na całe życie i że bez drugiej połówki ciężko żyć. Gus w filmie przyznaje, że najgorsze dla niego to spać samemu i nie słyszeć chrapania Marii. Coś w tym jest. Widzę to samo u swoich rodziców, nawet ostatnio o tym rozmawialiśmy. To nie jest wyimaginowane lub stworzone przez scenarzystów. To istnieje naprawdę.

Poza tym produkcja nie tylko pokazuje miłość dojrzałą, ale także młodą, dopiero się rodzącą. Także inną, jakby się mogło wydawać dla konserwatywnej rodziny.

Nie będę się zbytnio rozpisywać. Jeśli ktoś był fanem pierwszej części to i z przyjemnością obejrzy kontynuację. Ale to też film, żeby go obejrzeć tak po prostu. Na wieczorny smutek. Przecież nie ma nic lepszego jak porządna dawka śmiechu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz