Ostatnio los tak chce, że trafiają mi się darmowe bilety na sztuki teatralne z Londynu w Multikinie. W Lany Poniedziałek była po raz drugi na "Hamlecie", a wczoraj zdarzyło się tak, że trafiłam na "Jak wam się podoba". Nie ukrywam, że chciałam na to iść, ale jakoś tak wyszło, że fundusze na bilety do kina na ten miesiąc się skończyły i ochota mi przeszła. Ale we wtorek dostałam zaskakującego SMS-a: "Wygrałam bilety na Jak wam się podoba". Otrzymałam tę informację od koleżanki, z którą byłam na "Hamlecie". W pierwszym momencie pomyślałam, że to żart, ale jednak nie.
Wczoraj, po bardzo zapchanym dniu (mogę się pochwalić, że zaczynam zabawę z kreatywnym pisaniem w szerszym gronie!) o 18:45 pojawiłam się w kinie. W połowie dnia złapała mnie jakaś niechęć, żeby iść do kina, ale pomyślałam sobie, że w sumie będzie fajnie i do tego zbliża się weekend, więc super będzie go dobrze zacząć. Jednak przed kinem kupiłam sobie marchewki (chciałam być fit czy co?) i ciastko z morelą i radość się mnie trzymała. Zasiadłam w fotelu i oczekiwałam fajerwerków. No cóż...
Najpierw pokazano krótki materiał o sztukach (oczywiście nie wszystkich) jakie do tej pory pojawiły się na scenie tego teatru. Nie trwało to długo, co zaostrzyło tylko mój apetyt na spektakl. Na ekranie pojawili się aktorzy, wypowiedzieli pierwsze kwestie i... zasnęłam! Niestety... Dlaczego? Hmm... Z nudów? Ze zmęczenia? Z braku zrozumienia tego co do mnie mówią z ekranu? Sama nie wiem. Za to po przebudzeniu zaczęłam myśleć tylko i wyłącznie o przerwie, bo zrobiłam się głoda.
No ale czas powiedzieć o czym sztuka. Krąży opinia, że "Jak wam się podoba" to najbardziej romantyczna komedia Shakespeare'a, określana także sielankową. Jeśli jest to prawda to ja się nie zgadzam. W takim wypadku pozostałe dramaty z tego gatunku to dopiero musi być masakra. Osobiście uważam, że Shakespeare jest najlepszy w tragediach, ale to tylko moje skromne zdanie, ja się przecież na tym nie znam.
Mamy tutaj księżcia Fryderyka, który jest tyranem, zabiera bratu tron i wygania brata do lasu. Rządy księcia sprawiają, że coraz więcej osób, którzy się z nim nie zgadzają, muszą opuścić miasto. Nawet najbliższe osoby, nie mogąc wytrzymać tyrani, uciekają do Lasu Ardeńskiego. Aby nie zostać rozpoznanym przebierają się, co sprawi, że wynikną z tego interesujące sytuacje.
Rosalinda (Rosalie Craig) zakochauje się z wzajemnością w Orlando (Joe Bannister), jednak ta na wygnaniu przebiera się za chłopaka dla niepoznaki i zmusza Orlando, by mówił do niej Rosalinda i wyobrażał sobie, że to ona (oczywiście to była ona, ale on się nie zorientował, bo była przebrana za chłopaka) i sprawi, że ona sprowadzi jego ukochaną. Tak naprawdę, żeby wytłumaczyć to co tam się działo to trzeba się nieźle nagimnastykować. Więc będę wredna i polecam zajrzeć do samego utworu. Poza tym jak się przysypiało tak jak ja, no to ciężko wszystko opisać.
Sztuka była podzielona na dwie części. Pierwsza dłużyła mi się niesamowicie, co chwilę patrzyłam na zegarek i modliłam się, żeby przerwa nadeszła jak najszybciej. Druga część rozpoczęła się od krótkiego materiału zza kulis i wywiadów z aktorami. Potem zrobiło się trochę śmieszniej niż na początku i jakoś zleciało.
Cóż, nie wiem czy to moja wina czy spektaklu, ale nie przypadł mi do gustu. Możliwe, że nie potrafiłam wyłapać tego z czego powinnam się śmiać. Tak naprawdę gdzieś tam uśmiech zagościł na mojej twarzy może dwa razy. Niby komedia, ale czegoś mi zabrakło. Coś się nie zgadzało.
Ale żeby nie było, że tylko marudzę, że coś mi się nie podoba to muszę zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Mam tu na myśli muszykę i scenografię. Pojawiły się momenty wokalne, gdzie aktorzy naprawdę świetnie bawili się piosenką. Kilmat utworów to było skrzyżowanie pieśni krasnoludów z "Hobbita" i ostatnia płyta Stinga "The Last Ship". To było naprawdę piękne. Co do dekoracji to prześlicznie wyglądały krzesła i stoły podwieszone na suficie, które imitowały drzewa w lesie. Szczerze liczyłam, że jakieś krzesło spadnie, ale tak sie nie stało. Oczywiście żartuję, bo szkoda by było, gdyby takie niesamowite dzieło się rozpadło.
Generalnie, gdybym miała wydać pieniądze na bilet byłabym rozczarowana, ale że to wygrane to darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby (nie wiem czy dobrze to napisałam). Do tego na stronie było napisane, że spektakl potrwa ok. 240 minut. Tak jednak nie było. Samo przedstawienie trwało do 2,5 godziny, a materiały dodatkowe i zapowiedzi zamknęły się w ok. 25 minutach. Także wchodząc do kina była 19, a na peronie SKM byłam już o 22:15 i jedyne o czym myślałam wracając do domu to położenie się do łóżka.
P.S. Dziś jest dzień wielkiej pogardy i generalnie dziwnych myśli i rozmów. Po prostu, tak jakoś wyszło...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz