niedziela, 4 października 2015

Shut up and go sleep!

Jak wiadomo bezsenne noce sprzyjają twórczości własnej oraz rozmyślaniu. Najczęściej tworzą się nierealne scenariusze albo analiza minionego dnia. No albo wszystkie kompromitujące wydarzenia w jakich brało się udział. Przemyślenia, przemyślenia, przemyślenia...

- Boże, jutro kolejny beznadziejny dzień...

- Bla, bla, bla...

- Powinnam się uczyć, zostało coraz mniej czasu...

- Dobra, zrobię to...

- Cholera, obiecałam, że się nauczę i zdam. Przecież nie chce słyszeć nic innego jak to, że zdałam...

- Pamiętam, tamtego dnia tyle się wydarzyło...

- Kurde, pewnie wszyscy myślą, że jestem kretynką...

- Co mnie wtedy podkusiło...

- Ale z drugiej strony YOLO...

- "Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości..."

- Znowu ta piosenka...

- "O jaki piękny dzieeeeeń, znowu pada deszcz..."

- Nie, dzisiaj nie padało...

- Cholera, trzeba zmienić playlistę...

- Nie, najpierw muszę kupić nowe słuchawki...

- Ale nie, tamte są na gwarancji, w sumie to telefon jest na gwarancji...

- A tak w ogóle to tęsknię...

- Czemu nie ma Facebooka...

*na zegarze 2:50*

- Ciekawe czy juz śpi...

- Ja powinnam iść spać...

- Nieee, zjadłabym coś...

- Śledzie są chyba w lodówce i reszta czekolady...

- A w sumie to pojechałabym do Kadru i na Kebabową...

- O nie, znowu mi bark drętwieje...

- Do lekarza trza iść...

- Nie, nie mam na to czasu...

- Chociaż powinnam...

- To potem...

- "There's no bloody revolution..."

- Czy ja wyłączyłam Wi-Fi...

- Tęsknię, tęsknię...

- Damn it, nie, nie mogę...

- Do luftu...

- Chyba powinnam dalej pisać to co zaczęłam...

- Ale nie, do wieczora telefon padnie, a kabel do ładowarki za daleko...

- Ciekawe czy życia w Candy Crush się już naładowały...

- Gdzie ta głupia Nedzinka...

- Nie, nie jesteś głupi, kocham Cię...

- A co by było, gdybym poszła na imprezę daleko stąd z moim pięknym mężem...

- Ooo, widzę go w koszuli w kratę, w krótkich włosach i z brodą...

- I musiałabym mieć wysokie buty...

- I...

- I...

- Zzz...

- Zzz...

A potem człowiek się budzi za dziesięć godzin i połowy rzeczy nie pamięta. Za to o drugiej połowie woli zapomnieć i stwierdza, że na trzeźwo nie mógł o tym pomyśleć.

P. S. Po alkoholu przemyślenia w ogóle nie występują. Co najwyżej śnią się dziwne rzeczy i potem na drugi dzień przeżywa się aż do wieczora.

środa, 30 września 2015

Wsi spokojna, wsi wesoła!

Jestem okropna. I leniwa. I generalnie to nic mi się nie chce. Smuteczek? Być może. Ale, ale... Ten wpis chciałam i powinnam napisać tydzień temu, jednak tego nie zrobiłam. Dlaczego? Brak czasu? Lenistwo? Możliwe.

Dopiero w tym roku zdałam sobie sprawę jak ważne jest by doceniać wakacje. Prawdę mówiąc w tym roku ich nie miałam. A może miałam? No dobrze, powiedzmy, że miałam. We wrześniu. Najpierw pojechałam na przesunięty weekend (od niedzieli do wtorku) do Torunia na wyjazd zapoznawczy. Było bardzo zapoznawczo i bardzo uroczo (damn it, o tym też miał być wpis). A po tym uroczym wypadzie pojechałam zażywać natury i świeżego powietrza.
W każde wakacje mojego życia jechałam przynajmniej na dwa tygodnie do babci pod Łebę. Na przestrzeni lat rozrywki jakim tam się poddawałam zmieniały się. Jednak w tym roku wakacje przesunęły się na wrzesień. I to było najlepsze co ostatnio mi się przytrafiło. Wrzesień to taki piękny miesiąc. Zawiera w sobie ostatni ciepłe dni, a do tego w lasach zaczynają się pojawiać grzyby. O taaak, grzybobranie. A potem zapach suszonych zbiorów, który wypełnia cały dom, a przynajmniej kuchnię. Czego chcieć więcej?



Na grzyby chodziłam codziennie (chyba tylko w niedziele nie poszłam, no bo pamiętaj aby dzień święty święcić), a towarzyszyła mi nieoceniona My Darling. Nawet nie macie pojęcia jak wielką radością jest pogoń, a potem odnalezienie prawdziwka (dla tych co się nie znają borowika) w lesie. Idziesz sobie, idziesz, rozmawiasz, śmieszki - heszki, a tu nagle na ścieżce stoi sobie piękny okaz. I co z tego, że ślimaki się zaczęły do niego dobierać? Jego po prostu trzeba zabrać i pokazać, że się znalazło. W końcu to najbardziej poszukiwany grzyb. I nie ukrywajmy, chyba najsmaczniejszy. Oczywiście nie ograniczałam się tylko do tego. W moich zbiorach były też kozaki, maślaki, podgrzybki i podciechy (jak ktoś nie wie co to za cudowności to odsyłam do Google). Och, jak za tym tęskniłam cały rok.



Ale nie tylko to było moją rozrywką. Zdarzyło się pójść nad jezioro i naturalnie się skompromitowałam z czego My Darling miała ubaw i jak to ona wypominała mi to. Otóż, miałam zejść z pomostu, żeby sprawdzić jak ciepła jest woda w jeziorze, ale zatrzymałam się na barierce (czy co to tam było), bo zaczęła się trząść pod moim ciężarem i spanikowałam. Brawo ja! Najgorsze było to, że nie wiedziałam jak wrócić na pomost, bo ani w tą ani w tą. Mam za ciężki tyłek, naprawdę czas schudnąć. Jednak jakoś się udało i nie musiałam nocować nad wodą w jednej, dziwnej pozycji.
Do kolejnych rozrywek należało jedzenie pysznych owocków prosto z drzewa. Babcia skutecznie mnie dokarmiała śliwkami (nie będę się zagłębiać co się działo po zjedzeniu większej ilości i po popiciu ich tzw. "bawarką"), My Darling dostarczała mi przepyszniastych jabłek z sadu (hue, hue), a podczas spaceru zwinęłyśmy z drzewa gruszki. Do tego babcia serwowała mi pyszne obiadki, m. in. prazoki i knedle. Knedli chyba nie muszę tłumaczyć, ale prazoki jak najbardziej rozwinę. Prazoki to ugotowane ziemniaki utarte z mąką ziemniaczaną. Do tego polewa się je tłuszczem i dokłada się do nich smażonego boczku i szczypiorku. A dopełnieniem wszystkiego jest zasmażana kapusta. Yummy! Opcjonalna jest jeszcze maślanka do popicia, ale ja to pomijam. Na samą myśl cieknie mi ślinka.



W międzyczasie czytałam jeszcze książki i szukałam Internetu mocno się gimnastykując. Najpierw był tylko na podwórku pod szopą, a potem zniknął i odnalazłam go na kanapie w pokoju. I nigdzie więcej. Tak się zaszyłam w pokoju poszukując Internetu, że aż babcia myślała, że gdzieś sobie poszłam i chciała mnie szukać. Mistrz kamuflażu.



I dopiero w tym roku zdałam sobie sprawę jak bardzo wszystko się zmieniło od czasów dzieciństwa. My, nasze zachowanie, upodobania, tematy do rozmów. Nie da się zatrzymać tego co było kiedyś, to pewne, ale fajnie czasami powspominać i przypomnieć sobie jak grało się w podchody albo łaziło na łąkę i wdrapywało się do prowizorycznego domku na drzewie.



Cóż, w tym roku tak bardzo mi się podobało, że aż zrezygnowałam z wizyty u lekarza, żeby móc zostać dwa dni dłużej. Oczywiście do lekarza poszłam dzisiaj, a tam sobie przynajmniej odpoczęłam. Wilk syty i owca cała.



P.S. Spotkałam się z fejmem. Mojego bloga można znaleźć na Google pod gifem do Stinga, Roguckiego i Hansa. Miło mi, Google. :)

sobota, 19 września 2015

Jesień, ach to Ty...

Kiedy ktoś mnie pyta jaka jest moja ulubiona pora roku to zawsze odpowiadam, że jesień. A dlaczego nie wiosna albo lato? Dlatego, że uwielbiam rozciągnięte swetry, w których nie da się chodzić w lipcu, kocham deszcz, który stuka w parapet wieczorową porą i zapach świeżo ususzonych grzybów. Oczywiście nie pogardzę ciepłymi, sierpniowymi wieczorami, ale mieniący się złotem październik bardziej mnie urzeka.


Mimo iż obecnie mamy końcówkę września to już teraz czuję, że jesień puka do drzwi. W tym roku tak się złożyło, że dopiero teraz mam okazję być na wsi. Jest uroczo i przepięknie. Drugi dzień z rzędu byłam w lesie i nazbierałam sporo grzybów. Jest ciepło i już pachnie specyficznym klimatem. Tęskniłam za tym cały rok. I nie przejmuję się tym, że wraz z październikiem trzeba wrócić do swoich zajęć. Powinnam także mieć dość deszczu po letniej, angielskiej pogodzie, ale nie, jest wręcz przeciwnie. Naprawdę mi tego brakuje.


Potrzebuję już zimnych wieczorów spędzonych pod kocem z ciepłą herbatą i brakiem chęci do czegokolwiek. Tęsknię do wielkich garów, w których gotuje się leczo i robią się powidła śliwkowe. Ale przede wszystkim czuję zapach grzybów i widzę oczami wyobraźni wielkie garści suszonych grzybów, z których stworzę z mamą w grudniu pierogi na Wigilię.


I czegóż chcieć więcej jak nie wyjąć z szafy ukochaną kurtkę jesienną, w której chodzi się tylko miesiąc, bo wcześniej jest za ciepło, a w listopadzie już za zimno. A gdy w piątkowy wieczór wraca się do domu czeka już gorące kakao w ukochanym kubku i bułka z miodem albo wcześniej wspomnianymi powidłami śliwkowymi.


Ech, kocham jesień. I nikt mi nie powie, że jest inaczej. Każda pora roku ma coś w sobie, czy to pięknie budząca się do życia wiosna, gorące lato czy zaspana zima. Jednak jesień to ciepłe kolory, zapachy czy zmiana sposobu myślenia...

niedziela, 30 sierpnia 2015

Polaczek Cebulaczek vs. Chińczyk w Pięciu Smakach

Dziś postanowiłam wydać znaczną część moich ciężko zarobionych pieniędzy i zgarnęłam rodziców do Elbląga. Gdy hajs został wydany na cele naukowe uzgodniliśmy, że podtrzymuję obietnicę złożoną rodzicom jeszcze na obczyźnie i zapraszam ich na urodzinowy obiad do chińskiej knajpy. Z tej okazji, że oni bywali tam wcześniej, a ja nie, zdałam się na nich.

Po shoppingu udanym dla mamy (z ciuchów postanowiłam już nic nie kupować, bo w szafie muszę to już upychać nogą) pojechaliśmy do punktu docelowego. Po drodze jeszcze tata się ze mną targował, że on wypije piwo, a ja kulturalnie wrócę autem do domu. No cóż, mama powiedziała: Walcz i nie daj się mu. Ostatecznie postawiłam na swoim. Ale po kolei. Gdy już znaleźliśmy się w chińskich progach i otrzymaliśmy kartę poczułam, że dojdzie do przełomu. Po drobnych sugestiach rodziców zdecydowałam się na kaczkę w sosie słodko-kwaśnym z mandarynkami. Mama wybrała kaczkę w jakimś kurczakowo-mięsnym sosie, a tata... Kalmary. Radośnie stwierdził, że oczywiście zechcę spróbować. Zrobiłam duże oczy, bo nie jadam owoców morza, ale yolo, raz się żyje. Pokiwałam głową, że tak i zaczęłam się zastanawiać czy dobrze zrobiłam. Ale to jeszcze nie koniec. Po chwili usłyszałam kolejne zdanie: To co, zjesz ze mną żabie udka? Spojrzałam na tatę jeszcze bardziej niepewnie niż przy kalmarach i odpowiedziałam, że oczywiście. Widocznie mój mózg i moje usta nie współpracowały dziś ze sobą. Mama tylko się śmiała i widziała, że robię się blada. A do tego chciałam się napić czegoś co ma odpowiednią ilość procentów (z dnia na dzień staję się coraz większym alkoholikiem). Niestety żadnego odpowiedniego piwa dla mnie nie było, a z kolei za winem nie przepadam. No to postanowiłam uwolnić w sobie Polaczka Cebulaczka. Zamówiłam koktajl (składał się z soku pomarańczowego i soku brzoskwiniowego), a do tego osobno 50 ml czystego Bolsa. Cóż, trzeba sobie w życiu radzić. Ale dla kelnerki to chyba nie była żadna nowość, bo przyjęła to bez jakiejkolwiek reakcji. W przeciwieństwie do mojej mamy, która mało ze śmiechu nie wpadła pod stół.

Gdy już dostaliśmy przystawkę, czyli nasze żabusie, stwierdziłam, że to nie jest takie złe. Wyglądało jak skrzydełka z kurczaka z KFC. W smaku też nawet zbliżone. Ale nie docierało do mnie, że to żaba. Kurczak i koniec. Tak zostało do końca i gdybym nie wiedziała, że to ten uroczy płaz to założyłabym się, że to drób. Potem dotarło do nas nasze główne danie i każdy był zadowolony. Tata oczywiście uraczył mnie (i mamę też!) kalmarami. Mimo iż było w nich więcej panierki niż samego mięsa to raczej tego nie zjem po raz drugi. Nie trafiło to do mojego serca. Zajęłam się moja pyszną kaczuszką i po wyjściu z obiadu brzuch miałam niczym kobieta w ciąży. Najadłam się za pięciu i nie miałam na nic siły. Jak tylko dostałam się do auta to poszłam w kimę. A gdy dotarłam do domu zapiłam wszystko angielską herbatą (tak, tak, earl grey z mlekiem).

Generalnie wszyscy byli zadowoleni i ogólnych pretensji nikt nie zgłaszał. Co mnie oczywiście ucieszyło. Sobotni obiad jak najbardziej udany. Ale i tak jeszcze poszłabym na sushi. Jacyś chętni?

A na potwierdzenie pyszności załączam zdjęcia:


P.S. Powinnam napisać wpis, który piszę od miesiąca, ale nie mogę się zebrać. Może po poprawkach mi się uda?

niedziela, 23 sierpnia 2015

Tylko niebo wszędzie jest takie same... cz. III

Właśnie leżę na mojej nowiutkiej kanapie i rozmyślam o tym co się wydarzyło przez ostatnie dwa miesiące. Myślę o tym, że najpierw jarałam się jak głupia, tym że zmieniłam otoczenie, potem miałam doła jak stąd do Berlina i modliłam się, żeby jak najszybciej wracać, a teraz nie miałam w ogóle ochoty, by spakować walizki i wracać do szarej rzeczywistości. A czemu tak się działo? Do tej pory nie mam pojęcia.

Przez ostatni miesiąc pojawili się ludzie, którzy przyczynili się do tego, że nie chciałam stamtąd wyjeżdżać. Było dobrze. Można było pogadać, wyjść na piwo, zrobić głupie rzeczy. Im bliżej było wyjazdu tym trudniej było się pożegnać. Ogromnie się cieszę, że mogłam ich poznać i wierzę, że jeszcze się kiedyś z nimi spotkam. Póki co kontakt pozostał.

Czego mi będzie brakować do następnego razu oprócz ludzi? Wielu rzeczy. Jedzenia (nie wszystkiego, ale tego czego nie ma w Polsce), codziennego kimania w fotelu po obiedzie, poniedziałkowych seansów Sherlocka na BBC, siedmiu odcinków dziennie Top Gear, programów o gotowaniu, które ociekały tłuszczem i tym, że WiFi było wszędzie gdzie się pojawiałam (poza pracą, oczywiscie). Będzie mi brakować tego małego niedobrzelca, któremu jak się wkręcił jakiś temat to już nie gadał o niczym innym. Pewnie jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy, ale nic więcej nie przychodzi mi do głowy...

Wczoraj, będąc na lotnisku wydarzyło się kilka rzeczy, które mógłby być odebrane za znaki, żeby nie wracać do Polski. Najpierw, żeby zdać duży bagaż naczekałam się 45 minut w kolejce, a potem gdy już dotarłam do samolotu to tuż po starcie samolot zaczął zawracać nad Londynem i kapitan poinformował nas, że mamy usterkę i musimy wracać na lotnisko. Nie mieliśmy żadnej informacji przez trzy godziny i siedzieliśmy jak te kołki na swoich miejscach. Także zamiast wylądować w Polsce o 23.20 byłam dopiero o 3 nad ranem. Wszyscy źli i zmęczeni opuszczali lotnisko w podskokach i dziękowali temu w kogo wierzą, że żyją i mogą się stąd wydostać. Jedyne co mi to wszystko wynagrodziło to przepiękny nocny widok na Londyn z wysokości kilku kilometrów. Coś cudownego. A do tego Ed Sheeran i The City w słuchawkach ("London calls me a stranger, a traveller...")... Cóż, same znaki. A może mi się tylko tak wydawało?

Za to w domu czekał na mnie najlepszy i najpiękniejszy tort jaki kiedykolwiek dostałam. Chatka Hobbita. Czeguż więcej może pragnąć fangirl? Mama wiedziała co mnie uszczęśliwi. I z tą myślą położyłam się spać o 7 nad ranem na tej samej wygodnej kanapie, na której teraz siedzę. Cóż, nadal chcę wracać, ale chyba trzeba wrócić na ziemię i zająć się swoim nudnym życiem. No i czasem pomyśleć o tym co i z kim się gdzieś tam przeżyło...

P.S. A oto zdjęcie mojego pięknego torta.

P.S.2. A od jutra nauka na poprawki... Życzcie mi powodzenia...

niedziela, 16 sierpnia 2015

Tylko niebo wszędzie jest takie same... cz. II

Do wyjazdu do domu zostało mi 6 dni. Za tydzień w niedziele o tej porze będę w moim własnym, przytulnym pokoiku i oddam się rozmyślaniom o tym, co tu się wydarzyło. Ciągle mam wrażenie, że dopiero jest koniec czerwca, a ja zacznę pracę. Cóż, otóż nie. Czas pakować walizki...

Na samym początku nie sądziłam, że będzie tak jak jest. Czasami a to miałam wrażenie, że będzie tragicznie albo idealnie. Jest po prostu normalnie. Jak wszędzie, dobrze, jeśli się zadomowisz. Czy się zadomowiłam? Bardzo możliwe. Nie stresuję się, gdy mam iść do sklepu, drogę do pracy opanowałam już drugiego dnia moich codziennych wędrówek, a w samej pracy ludzie już znają moje imię i mniej więcej wiedzą (ci z którymi mam codzienny kontakt), że studiuję filologię polską. Nawet trafiło się, że na jednej linii spotkało się dwóch przyszłych filologów i było o czym porozmawiać. Przy okazji dowiedziałam się, że co uniwersytet to inne podejście. Do wszystkiego. Codziennie też słyszę, że powinnam zmienić studia póki nie jest za późno, bo tylko się marnuję. No nie wiem... Ale uwielbiam też reakcje osób, które się dowiadują, że filologia to to czym się zajmuje. Padają wtedy albo niecenzuralne słowa albo słyszę uznanie albo "pozostawię to bez komentarza". Powiedzmy, że już się do tego przyzwyczaiłam.

Przyzwyczaiłam się też do tego, że gdy włączam telewizor to mówią do mnie tylko po angielsku. W sumie to fajne. I ja naprawdę rozumiem co oni do mnie mówią. No nie wszystko, ale w większości. Tylko dobijający jest lektor w tle na niektórych kanałach, który informuje osoby niedowidzące o tym co się dzieje na ekranie. Ale żeby nie było, jestem tolerancyjna.

A co sprawia, że czuję się jakbym była w Polsce? Polacy. Wszędzie Polacy. Wchodzisz do supermarketu, a za plecami słyszysz: "tylko nie kupuj znowu tyle mleka, bo się zepsuje". Jesteś w pracy i jak dobrze trafisz to na linii nie ma ani jednego Anglika, sami swoi. Pójdziesz nawet do apteki po syrop na kaszel dla dziecka to szefową przybytku jest Polka. Albo pojedziesz do Bath na zakupy, a potem na obiad i za plecami w knajpie słyszysz kelnera: "Dzień dobry, smakowało?". Czego chcieć więcej? Nawet jak nie znasz języka to jakoś sobie można poradzić.

I nauczyłam się już nie przeliczać. No chyba, że porównuje ceny w Polsce i tutaj danych rzeczy, które chce kupić i nie jestem pewna czy lepiej na tym wyjdę tu czy tam. A tak? Nie ma szans. Wchodzę do sklepu i po prostu kupuję to co mi potrzebne bez przelicznika, a jedynie patrzę na cenę czy się opłaca w stosunku do zarobków. Bo inaczej to można zwariować.

Co do ludzi to zdanie mam podzielone. W sumie są niektórzy nienormalni, ale reszta to po prostu wszyscy jak wszędzie. Tylko tyle, że tu każdy każdemu za wszystko dziękuję. Zmieniesz linię - dziękują. Kończysz zmianę - dziękują. Idziesz do sklepu - dziękują, że wybrałaś ich sieć. Nawet mówią dziękuję, gdy zejdziesz z drogi albo przepuścisz kogoś na rowerze. A czy u nas po skończeniu pracy ktoś nam dziękuję? Nie spotkałam się z tym. Wręcz przeciwnie, zazwyczaj mają pretensje, że czegoś się nie zrobiło albo coś jest nie tak. Ech, wyższa kultura osobista.

Miesiąc temu zostałam zapytana czy tęsknię za domem. Odpowiedziałam, że nie. A dlaczego? Bo zachłysnęłam się tym co tu zobaczyłam. Jednak potem był czas, że jedyne co robiłam to odliczałam dni do powrotu. Ale ostatnio już sama nie jestem pewna czego chcę. Z jednej strony chciałabym już wrócić i zająć się swoim starym życiem (no poza nauką na poprawki), ale z drugiej zrobiło się tak jakoś stabilnie i wygodnie, że gdybym miała pewność, że praca będzie dzień w dzień to rozważyłabym zostanie tutaj na dłużej. Ale wakacje się już pomału kończą i czas biegnie dalej, a ja... Muszę wrócić na ziemię.

P.S. Od dwóch tygodni zbieram się by napisać pewien wpis. Ale zrobię to chyba dopiero jak zasiądę przed własnym laptopem.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Pan mnie nie fascynuje, panie Grey...

W ostatni piątek dopuściłam się haniebnego czynu, a mianowicie obejrzałam "50 twarzy Greya". Obiecałam sobie, że tego nie zrobię, ale po gorących namowach moich współtowarzyszy wieczora oraz pewnej ilości alkoholu poddałam się. Zasiadłam w fotelu, uzupełniłam procenty i... No cóż, wszystko po kolei.

Od razu mówię, że książek nie czytałam. Jedynie pierwszą część i to gdzieś we fragmentach. Niby wiedziałam o co chodzi, ale gdy przyszło co do czego to film wydał mi się jakby zupełnie inna historią. Tyle tylko, że bohaterowie tacy sami. Pierwsze dziesięć minut filmu jakoś zniosłam poza tym, że strasznie drażniła mnie drewniana gra tej głównej pani bohaterki. No po prostu Bella ze Zmierzchu to przy niej dyplomowana aktorka. Z kolei pan Grey... Nie tak go sobie wyobrażałam. Nie wiedzieć czemu w tej roli idealnie bym widziała Chrisa Hemswortha. Ale może po prostu mam zryty baniak. A Jamie Dornan (chyba napisałam bez błędu) miejscami wyglądał jak ten pan z "Psychozy" (o ile się nie mylę to chodzi mi o Anthony'ego Perkinsa). Aż potem bałam się iść do łazienki. Ale po tych dziesięciu minutach zadzwonił mój telefon i poszłam sobie pogadać i gdy już wróciłam panna Ana (czy jak jej tam) była nawalona jak tramwaj w barze i ratował ją pan Christian. Potem już nie bardzo kojarzyłam co się dalej dzieje, bo trochę przysypiałam, ale co się obudziłam to oni się gwałcili. No bo niczym innym tego nie nazwę.

O stronie erotycznej tego filmu nie chcę się wypowiadać. Są od tego eksperci. Ja się wstrzymam. Tylko odniosę się do jednej rzeczy. No zakończenie to dupy nie urwało. Grey wyszedł na biednego, skrzywdzonego psiaczka, którego nikt nie kocha, a panna Ana powiedziała to swoje "Christian" I tyle ją widzieli. Nawet drewnianość w tym momencie jej nie zmalała. Dlatego się nie dziwię, że muszą szybko kręcić drugą część, bo przecież umowę kiedyś muszą podpisać. Za to przypomniała mi się jedna rzecz, którą kiedyś przeczytałam w Internecie. Za Greyem to szaleją wszystkie baby (no prawie) i podpisałyby tą głupią umowę, bo przecież on biedny i wykorzystany, a do tego skrzywdzony. Ale jak Sheldon w "The Big Bang Theory" kazał Amy podpisać umowę dotyczącą związku to od razu wszyscy mówią, że on jakiś nienormalny i co to za facet, który tak postępuje. Przecież to w zasadzie to samo tyle, że on, Sheldon oczywiście, nie śpi na kasie i jest jakby antyseksualny. No dobrze, nie będę się w to zagłębiać.

I żeby nie było, że jestem taka okropna dla tego filmu (za osobisty sukces uważam to, że dotrwałam do końca) to napiszę, że o ścieżkę dźwiękową się postarali. Pominę "Love me like you do", bo to mi uszami wychodzi jak słyszę to dzień w dzień po siedem razy w pracy, ale za to jestem wielką fanką coveru "Crazy in love". Świetna wersja i momentami przyprawia o ciarki na plecach.

Czy obejrzałabym film po raz drugi? Nie sądzę. Czy na trzeźwo? Zdecydowanie nie. Podziwiam tych, którzy poszli na to do kina i to z własnej nieprzymuszonej woli. Ja podziękuję. A jeśli miałabym oceniać w skali od 1 do 10 to dałabym marne 2 i to tylko za muzykę. Nic więcej. Widać chyba się starzeję, bo nie rajcują mnie te klimaty.