czwartek, 13 listopada 2014

Czy Ten Drugi naprawdę istnieje? - Czyli dajcie na scenę dwóch pisarzy i czekajcie na efekt!

W zasadzie powinnam zamieszczać tu wpisy tylko o książkach albo o autorach, ale chcę się podzielić z Wami czymś co może mieć jednak związek z literaturą. W poniedziałek miałam okazję rozmawiać ze znajomymi mojego taty i padło hasło, że idę do teatru, na co jeden z nich mi odpowiedział: „Ja to tam nigdy nie byłem w teatrze, nic ciekawego”. Cóż, ile osób tyle opinii, ale może nie warto oceniać książki po okładce jak to mawiają. Może czasem jest to coś interesującego?

W owym teatrze miałam przyjemność być 11 listopada na spektaklu wystawianym przez Teatr Narodowy z Warszawy pt.: „Dowód na istnienie drugiego”. Mimo iż była to końcówka tzw. długiego weekendu i nie chciało mi się wracać do akademika z domu to wiedziałam, że czeka mnie tego dnia niesamowite przeżycie. Początkowo byłam zestresowana faktem, że nie zdążę na spektakl albo coś będzie nie tak z biletem. Na szczęście takiego się nie stało. Za to przytłoczył mnie ogrom pięknego gmachu Teatru Szekspirowskiego, w którym odbywał się spektakl. Sala ze sceną w całości wyłożona drewnem i fotele jakby żywcem wyjęte z salonu w bogatym domu nic a nic nie przypominają ziejącego nudą i niezbyt przyjemnym zapachem miejsca. Kulturalnie zajęłam miejsce i usiadłam, pisząc sms-y z moją Dobrą Duszyczką (pozdrawiam Cię :* ), gdy nagle zauważyłam, że stoi sobie urocza pani z jakimiś książeczkami i otacza ją tłum ludzi. Zebrałam się z fotela i poszłam do niej. Okazało się, że sprzedaje (hmm… jakby to nazwać?) broszury dotyczące spektaklu, w których znajdują się m.in. opis spektaklu, scenariusz, słowo od reżysera i sylwetki aktorów biorących udział w przedstawieniu. Po krótkim zastanowieniu stwierdziłam, że kupię sobie to cudeńko (tak, tak, za to się płaci i to jeszcze 12 zł). Niestety owa pani nie miała drobnych i musiałam iść z nią do wyjścia do drugiej pani. Tamta pani dała mi moje należności i byłam już wolna trzymając w ręku książeczkę. Jednak zanim wróciłam na miejsce znalazłam na stoliku koło wejścia pocztówki reklamujące inne spektakle TN. Niestety udało mi się dorwać tylko dwie, bo starsze kobiety się pchały jakby to było złoto albo co najmniej darmowe bilety. Jednak swoje wywalczone karteczki z reklamą (czy to właściwe słowo?) „W mrocznym mrocznym domu” i „Fortepian pijany” schowałam do broszury i wróciłam skąd przyszłam. Nim zdążyłam się dobrze wkręcić w czytanie zgasły światła i… The show must go on!

W oficjalnej wersji poszłam na spektakl, żeby zażyć trochę poważnej kultury, ale tak naprawdę chciałam się pogapić na ładnych i zdolnych ludzi, których się widuje w kinie albo telewizji. No bo kto by nie chciał zobaczyć na żywo Jana Englerta albo Kamilli Baar? Poszłam też na to z innego powodu, ale to już pozostawię dla siebie. W końcu trzeba mieć jakieś sekrety.

„Dowód na istnienie drugiego” to zderzenie ze sobą dwóch wielkich autorów: Sławomira Mrożka i Witolda Gombrowicza. Kto z nas nie zna takich tytułów jak  „Tango”, „Ferdydurke” czy „Trans-Atlantyk”? Maciej Wojtyszko (reżyser spektaklu) pokazuje dwóch zupełnie różnych pisarzy. Mrożek – małomówny (co świetnie pokazane jest w pierwszym akcie), trochę jakby obok wszystkiego oraz Gombrowicz –  egoistyczny, uważający się za lepszego od innych. W tych rolach pojawili się genialni aktorzy, Cezary Kosiński i Jan Englert. Na scenie towarzyszyli im Kamilla Baar jako Rita Labrosse, Monika Dryl jako Maria Paczowska, Patrycja Soliman jako Mara Obremba, Marcin Przybylski jako Kazimierz Głaz oraz Grzegorz Kwiecień jako Bohdan Paczowski. Cała akcja toczy się głównie wokół Mrożka i Gombrowicza, ale gdyby nie bohaterowie drugoplanowi (choćby Rita, która przez cały czas mówiła po francusku, a po polsku powiedziała może jedno słowo albo Głaz, który przez większość pierwszego aktu się śmiał i sprawiał wrażenie jakby nie do końca wszystko było z nim w porządku) to spektakl nie bawiłby tak bardzo. Oczywiście w ostatniej scenie już nie było zabawnie, ponieważ pojawia się wątek śmierci Gombrowicza, a opowiada o tym Mrożek. Generalnie drugi akt był mniej zabawny niż pierwszy, ale chyba taki był zamysł reżysera. W każdym razie podczas owej sceny pani siedząca obok mnie zaczęła płakać. Ogólnie spektakl bardzo mi się podobał i jeśli będę miała okazję (albo i Wy, Moi Czytelnicy) to pójdę jeszcze raz! Tylko trzeba będzie się bić o bilety, bo jak tylko się dowiedziałam o sprzedaży biletów (czyli dzień po owym wydarzeniu) to 3/4 miejsc było już wyprzedanych.

Muszę powiedzieć, a raczej napisać, że pewne fragmenty bardzo się wyróżniały. Szczególną perełką, która zasługuje na uwagę jest scena, w której Mrożek mieli mięso, stojący obok niego Głaz kroi pietruszkę (tak to przynajmniej wyglądało z mojej perspektywy), a siedzący na krześle Gombrowicz rozprawia o tym , czy jak umrze to pochowają go na Wawelu i czy Mrożek wygłosi mowę (co jest bardzo znaczące i w tym momencie cały teatr wybucha śmiechem, bo Mrożek przez cały spektakl powiedział może z dziesięć zdań). W międzyczasie Kazimierz ucina sobie palec nożem, rozpoczyna poszukiwania  opatrunku, a Mrożek wypowiada jedno z najważniejszych zdań  całej sztuki: „Najlepiej by się było nie urodzić. Tylko kto ma tyle szczęścia?”. Ech, wszechobecny dekadentyzm...


Nie chcę tu streszczać całego spektaklu, bo może ktoś będzie miał okazję zobaczyć go na żywo, dlatego pozostawię ten wpis taki jakim jest. Ja bawiłam się świetnie, pieniędzy jakie zapłaciłam za bilet nie żałuję, a jak jeszcze kiedyś Teatr Narodowy przyjedzie ze spektaklami (w tym miesiącu będą wystawiać jeszcze dwa, ale z tego co wiem to biletów już raczej nie ma) to na pewno się wybiorę. 

piątek, 3 października 2014

Gdzie z tym fanfickiem do ludzi?

Pisanie powieści to prawdziwa frajda, jednak co się dzieje, jeśli bohater bądź bohaterowie zaczynają żyć własnym życiem poza kartami książki autora? Otóż wtedy to się zaczyna prawdziwy popis fanów. Powstaje coś co jest nazywane fanfickiem. Dla tych co nie do końca orientują się co to takiego to pokrótce wyjaśnie. Fanfick to opowiadanie, w którym fani wykorzystują bohaterów filmu, książki lub serialu do tego, by osadzić go w zupełnie innej rzeczywistości niż został stworzony. Bardzo często jest to spotykane na wszelkiego rodzaju forach lub blogach internetowych. Muszę się przyznać, ale również zdarzyło mi się popełnić kilka takich opowiadań. Z zasady nie można wydawać tego typu książek, ponieważ jest to nielegalne korzystanie z praw autorskich. Tak gdzieś kiedyś przeczytałam, ale skoro jest to blog o książkach, a takich książek się nie wydaję to czemu o tym piszę? A no właśnie...

Kilka tygodni temu w moje ręce (oczywiście będąc w Empiku, bo gdzie indziej?) wpadła pewna książka, która miała bardzo interesujący tytuł "Pusty dom Sherlocka". Podczas gdy powinnam pomóc mojej mamie szukać książki na prezent dla jej znajomej (a mama nie znosi tego sklepu) ruszyłam na mój ulubiony dział z sensacją i natrafiłam na ten projekt. Jak wskazuje tytuł wiąże się ona z wspaniałym detektywem-konsultantem, jednak nie jest to jakieś nieznane opowiadanie Sir Conan Doyle'a. Jest to zbiór najciekawszych opowiadań napisanych przez fanów. Gdy przeczytamy informacje z okładki to dowiemy się, że całe przedsięwzięcie powstało w bardzo ważnym celu. Fundusze ze sprzedaży książki zostają przeznaczone na rzecz domu, w którym mieszkał autor opowiadań o Sherlocku. W obecnym stanie dom jest ruiną i fundacja, która powstała, aby ratować posiadłość zdecydowała, żeby zaangażować fanów i stworzyć coś wspaniałego. Udało się powstrzymać pewnego dewelopera przed wyburzeniem budynki, ale potrzeba wsparcia finansowego jest ogromna do tego, bo odrestaurować dom. Jednym z najbardziej przejętych losem Undershaw jest Mark Gatiss, czyli pomysłodawca i scenarzysta serialu BBC "Sherlock", a także odtwórca roli brata detektywa, Mycrofta. Napisał on kilka słów przedmowy do "Pustego domu...". To samo uczyniły inne znane osobistości, które w jakiś sposób mają związek z Holmesem.

Opowiadania to zbiór przeróżnych pomysłów fanów z całego świata, zaczynając od Stanów Zjednoczonych, poprzez Australię, Rosję i Europę. Akcja fanficków toczy się za równo w XIX wieku jak i współcześnie, a także podczas wojny. Głównym narratorem zazwyczaj jest Watson, ale zdarzają się rozdziały, gdzie nigdy nie pada ani nazwisko Johna ani Sherlocka i musimy się domyślać o kogo może chodzić. Pod koniec książki jest również opowiadanie, w którym Holmes i Watson stają twarzą w twarz z... Sir Conan Doylem.

Szczerze mówiąc (a raczej pisząc) trudno mi by było wybrać jedno jedyne opowiadanie, które podoba mi się najbardziej. Wszystkie osoby, które przyczyniły się do powstania tej książki mają prawdziwy dar pisania. Czasami miałam wrażenie, że sam twórca Holmesa mógł napisać któreś z opowiadań. Muszę też wspomnieć o dwóch ważnych rzeczach w tej książce. Po pierwsze wciąga do tego stopnia, że czytałam ją w każdym możliwym miejscu i gdy tylko miałam czas. Potrafiłam ją czytać o trzeciej w nocy w samochodzie stojąc w kolejce do przejazdu, w łazience podczas kąpieli, a nawet teraz w akademiku, w którym egzystuję, gdy za drzwiami była impreza. Otwierając pierwszą stronę rozpoczyna się piękna i zupełnie nowa podróż, która trwa aż do ostatniego słowa. Drugą sprawą jest cena książki. Gdy tylko wzięłam ją do ręki byłam przekonana, że będzie kosztować więcej niż 30 zł. Ku mojej radości jej wartość to 19,90, a na empik.com (mówiłam już, że kocham ten sklep? :D) tylko 16,49 zł, więc po powrocie z miasta szybko zamówiłam książkę i dwa dni później leżała już na moim biurku.

Także jeżeli macie wielką ochotę poznać trochę innego Sherlocka albo zobaczyć jak widzą go inni to śmiało szukajcie książki w sklepach lub Internecie. Ja się zakochałam na nowo po raz setny i na pewno wrócę jeszcze do tej książki nie raz. A może jeśli bardziej dorosnę to sama się skuszę na napisanie czegoś o Holmesie, bo póki co kryminały to nie moja dziedzina twórczości.


P.S. Przepraszam za tak długą zwłokę, ale cóż... Nie miałam czasu, a teraz będę mieć go jeszcze mniej, bo studia filologiczne to czytanie książek, ale zupełnie innych niż tutaj mogłabym opisać. ;) Jednak obiecuję, że w miarę możliwości będę wrzucać coś nowego. ;)

wtorek, 23 września 2014

A może podróż na północ?

Z czym może kojarzyć się Szwecja? Z Ikeą? Ze szwedzkimi klopsikami? Z koroną szwedzką? Możliwe. Mi się kojarzy z małym, drewnianym domkiem w ciemnym lesie zasypanym śniegiem po sam dach. Ale w ostatnich latach na świecie skojarzenie jest jedno: świetne kryminały. Każdy z nas, interesujących się chociaż trochę literaturą jest w stanie wymienić minimum jednego autora. Tym moim jednym autorem będzie Stieg Larsson, a to znaczy, że skupię się na Trylogii Millennium.

Pierwszy raz usłyszałam o tej książce (a raczej książkach) w telewizji i będąc kiedyś z tatą na zakupach powiedziałam mu, że chcę to sobie kupić. Jednak 99,99 zł do wydania dla mnie jednorazowo (w tamtym czasie, bo teraz to nie problem) było niezbyt optymistyczną perspektywą i na jakiś czas zapomniałam o tym zakupie. Dopiero w 2012 roku zaczęła mi się obsesja na punkcie Daniela Craiga i zachciało mi się oglądać filmy z jego udziałem. W moje ręce wpadła produkcja o dziwnie znanym tytule "Dziewczyna z tatuażem" (w sumie kiedy film był w kinach mieliśmy jechać na to z klasą, ale naszej wychowawczyni nie spodobało się to, że tam jest scena gwałtu). Kulturalnie obejrzałam sobie trwający prawie trzy godziny obraz i od razu tego pożałowałam. Sam film był fajny i dzięki niemu pokochałam Rooney Marę, ale popełniłam typowy błąd. Nigdy najpierw nie oglądaj filmu tylko w pierwszej kolejności przeczytaj książkę o ile to pierwsze powstało na kanwie tego drugiego. Nie dość, że obcięto niektóre wątki to jeszcze pozmieniano pewne fakty. Ale, ale, tu nie o film chodzi. Ostatecznie Święty Mikołaj stwierdził, że byłam wystarczająco grzeczna przez cały rok, zrobił na Allegro zakupy, za które zapłacił o 30 złotych mniej niż w księgarni i zostawił mi box z książkami pod choinką. Trylogia Millennium to trzy wspaniałe tomy naprawdę dobrego kryminału i jedyne do czego można się przyczepić to kilka rozlazłych opisów, które są zbędne i dotyczą one przeważnie polityki.

W pierwszym tomie pt.: "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" poznajemy dziennikarza Mikaela Blomkvista, który zostaje poproszony o napisanie biografii pewnego szwedzkiego przedsiębiorcy, który w latach swojej świetlności miał pod swoją władzą pół kraju. Jednak to tylko przykrywka. Mężczyźnie tak naprawdę zależy na tym by Mikael rozwiązał zagadkę zaginięcia jego bratanicy sprzed czterdziestu lat. Równocześnie zostaje nam przedstawiona genialna, choć całkowicie aspołeczna i dziwna hakerka Lisbeth Salander. Dziewczyna całe życie miała pod górkę i jedyną osobą, która poświęcała jej należną uwagę był jej kurator. Jednak odkąd mężczyzna zachorował zaczęła przeżywać prawdziwe piekło. Ale splot pewnych wydarzeń połączył ją z dziennikarzem i wspólnie zajęli się odkryciem mrocznej, rodzinnej tajemnicy bogatego Szweda.

W drugiej części pt.: "Dziewczyna, która igrała z ogniem" poznajemy więcej faktów z życia Lisabeth. Odkrywamy co tak naprawdę wydarzyło się, gdy była dzieckiem i jakie to miało konsekwencje w jej dorosłym życiu. Dodatkowo jest podejrzana o popełnienie poważnego przestępstwa. Blomkvist oczywiście nie wierzy w jej winę i będzie próbował jej pomóc. Z kolei w trzeciej części pt.: "Zamek z piasku, który runął" dochodzi do całkowitego odkrycia prawdy o przeszłości Salander co nawet szokuje samą bohaterkę. Dodatkowo w ostatnim tomie zostają poruszone kwestie polityczne, które nawet w obecnych czasach mogą mieć w sobie zawarte trochę obecnych sytuacji na świecie.

W trylogii pojawia lekki wątek miłosny między głównymi bohaterami. Z komentarzy, które kiedyś przeczytałam w Internecie wynika, że fani są podzieleni w tej kwestii. Część uważa, że bohaterowie powinni być razem, a pozostali, że to zdecydowanie niemożliwe i Lisabeth nie mogłaby być stateczną żoną Mikaela i matką gromadki ich dzieci. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy i według mnie oni lepiej pasują do siebie jako przyjaciele.

W 2004 roku autor zmarł nagle na atak serca. Jednak przed śmiercią Larsson rozpoczął pracę nad czwartym tomem. Niestety prawdopodobnie nie ujrzy ona światła dziennego. Są dwa powody, o których się mówi. Pierwszy to dlatego, że książka po prostu nie została dokończona, a drugim jest batalia o prawa autorskie i majątek autora, którą toczą ze sobą partnerka życiowa Larssona oraz jego brat i ojciec. Sprawa jest dość skomplikowana i nie będę się w to zagłębiać, a jeśli ktoś jest zainteresowany to odsyłam Internetu.

Co do tego ile zajęło mi przeczytanie książki to... No cóż... Ponad pół roku. Ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że nie miałam czasu, bo lektury szkolne były ważniejsze. A poza tym (może to głupie) nie chciałam się za szybko rozstawać z tą historią. Pierwszy tom przeczytałam w trzy dni, w Wigilię i Pierwsze oraz Drugie Święto Bożego Narodzenia. Drugi tom skończyłam czytać przed Sylwestrem. Z kolei ostatnia część to skomplikowana sprawa, bo zaczęłam czytać na początku stycznia, potem porzuciłam ją do ferii. W ferie trochę jej przerobiłam, ale z czasem nie było najlepiej i ostatecznie udało mi się do niej wrócić w lipcu. Ale ostatecznie skończyłam całość i zrobiło mi się smutno, że to koniec.

Osobiście gorąco Wam polecam tą trylogię i jeśli macie czas i pieniądze (pojedynczo książki kosztują 39,99 zł, 44,99 zł i 49,99 zł w kolejności od pierwszej do ostatniej) to śmiało po nią sięgnijcie. U mnie na regale ma honorowe miejsce i jestem pewna, że jeszcze nie raz wrócę do jej lektury.

wtorek, 16 września 2014

;)

Dzisiaj wpisu o książce nie będzie, za to chcę się rozreklamować. ;)
Jeśli siedzicie częściej na Facebooku niż tutaj na platformie, a chcecie być na bieżąco to serdecznie zapraszam Was do polubienia fanpage'a tego bloga.
Tutaj macie link: https://www.facebook.com/sayhitohunt
Trzymajcie się ciepło i do następnego wpisu. ;)

niedziela, 14 września 2014

Dziewczyną być!

Z reguły nie czytam takich książek, ale (o zgrozo, sama się o to nie podejrzewałam) okładka coś w sobie miała. A że potrzebowałam pomysłu na prezent imieninowy, było jak znalazł. "Piosenkami dla Pauli", bo o tym mowa, zachłysnęłam się chyba pod koniec gimnazjum. Książkę przeczytałam przez trzy dni, a potem długi czas przyszło mi czekać na drugą część. Jednak później odkryłam, że również pojawi się trzecia część, więc warto poczekać, ale wszystko po kolei.

W pierwszej części poznajemy przeuroczą Paulę, która jest "gwiazdą swojej paczki". Ładna, zgrabna i... niezdecydowana. Ma trzy przyjaciółki i wielu adoratorów. Dwóch z nich będzie toczyło prawdziwy bój o jej serce. I miejscami nie można się zdecydować, któremu się bardziej kibicuje w tym wyścigu. Czy przystojnemu dziennikarzowi Angelowi czy wrażliwemu i romantycznemu pisarzowi Alexowi? Pierwsza część kończy się w dość zaskakujący sposób, ale dopiero później zaczyna się prawdziwa zabawa.

Gdy w końcu kupiłam drugą część trochę się rozczarowałam, bo liczyłam na coś lepszego. "Czy wiesz, że cię kocham?" tak naprawdę mogłoby nie istnieć w pewnych wątkach, ale z drugiej strony to właśnie tam jesteśmy świadkami narodzin nowego, dość zaskakującego uczucia. W tym tomie także kończy się pewna istotna dla głównej bohaterki relacja i zaczyna się nowa, wręcz ważniejsza od poprzedniej. W ostatnim rozdziale pojawia się przeskok w czasie i wprowadzenie do tomu trzeciego, w którym zostaje przedstawiona najbardziej interesująca (moim zdaniem) przygoda Pauli i wszystkich osób z jej dotychczasowego otoczenia.

"Ucisz mnie pocałunkiem" to skrzyżowanie komedii, romansu, kryminału, sensacji i wszystkich możliwych gatunków spotykanych w literaturze. Autor najbardziej rozwinął, a właściwie skondensował wątki wszystkich bohaterów i zgrabnie wytłumaczył to co wcześniej nie zostało wytłumaczone np. zniknięcie pewnych osób. Trzecia część kończy się w sposób dość niespodziewany i po przeczytaniu ostatniego rozdziału poczułam lekkie rozczarowanie, ale gdy na drugi dzień otworzyłam epilog na nowo to uśmiechnęłam się do siebie i stwierdziłam, że w sumie lepszego rozwiązania autor nie mógł znaleźć.

Co do tego ile zajęło mi przeczytanie całej trylogii to jakieś... pięć lat. Tak, wiem, to strasznie długo, ale odkąd wyszła ostatnia część to nigdy nie miałam czasu jej kupić, aż do lipca tego roku, gdy przyszło mi odbyć pewną podróż, a mi się nudziło w oczekiwaniu na pociąg. Zawsze miałam jakieś inne wydatki, ale w końcu udało mi się dokonać zakupu. W sumie to się opłacało czekać. Książkę połknęłam w dwa dni (ostatni tom, oczywiście) i wspaniała przygoda się zakończyła.

Może jeszcze kiedyś wrócę do tej powieść, a raczej trylogii, ale póki co jest to dla mnie "przeczytaj, pozachwycaj się i odstaw na półkę na długie lata". Jeśli ktoś ma ochotę porównać swoje życie lub jego elementy z tym co dzieje się u Pauli to gorąco polecam. Albo po prostu jeśli macie gorszy dzień i chcecie się wyluzować to zabierzcie się za lekturę. Mimo iż to książka głównie dla dziewczyn to może jakiś się również na to skusi?

piątek, 12 września 2014

"O Kapitanie!", czyli niespełnionym artystą być...

Zazwyczaj jest tak, że to film powstaje na podstawie książki i w 80% wychodzi to tragicznie. A co jeśli dzieje się odwrotnie i to książka zostaje napisana na podstawie filmu? Otóż znam taki przypadek...

Będąc kiedyś na lekcji języka polskiego w gimnazjum robiliśmy próbny test na koniec szkoły sprawdzający naszą wiedzę. Zaczęłam czytać fragment tekstu, na podstawie, którego miałam napisać wypracowanie i coś mnie uderzyło. Mianowicie to, że przytoczona zdanie już gdzieś słyszałam. Odwróciłam kartkę i zobaczyłam dobrze mi znany tytuł - "Stowarzyszenie Umarłych Poetów". Pomyślałam, że to niemożliwe, ponieważ to jest film, a nie książka i na dodatek scenariusz nie był pisany na żadnej podstawie. Zapisałam sobie na ręku wydawnictwo i autora, po czym wróciłam do domu i zaczęłam szukać dokładnych informacji w Internecie. Doskonale pamiętałam umiejscowienie sceny z tekstu, ponieważ miałam przyjemność obejrzeć film kilka miesięcy wcześniej, gdy odkryłam, że gra w nim młody Robert Sean Leonard (przechodziłam wtedy mocną fascynację Dr. Housem i wszystkim co związane z tym serialem). Oczywiście ryczałam na nim jak bóbr, co nie zdarza mi się często (oprócz tego filmu płakałam jeszcze na "Prosiaczku i przyjaciele" w wieku 6 lat oraz na "Czarnym czwartku"). Kiedy dokonałam małego śledztwa, odkryłam że w Empiku (kocham ten sklep!) można kupić tą książkę. Zapakowałam więc tatę do samochodu i zmusiłam do przejechania 30 km do najbliższego Empiku pod pretekstem nagłego zakupu lektur szkolnych, bo w naszej miejscowej księgarni nie ma tych tytułów, a Empiku jeszcze (wtedy, bo teraz już jest) się nie dorobiliśmy. Niechętnie się na to zgodził, ale nie miał wyjścia. Wpadłam do sklepu i ruszyłam na łowy. Okazało się, że książka stoi wciśnięta gdzieś między jakieś idiotyczne poradniki. Chwyciłam ją w swoje ręce i spojrzałam na cenę. Spodziewałam się minimum 30 zł, ale ku mojej radości książka kosztowała tylko 20 zł. Poszłam jeszcze szybko dla niepoznaki zabrać z półki "Dziady" Mickiewicza i udałam się do kasy.

Książkę przeczytałam w dwa popołudnia i płakałam jeszcze bardziej niż na filmie, co przy książkach WCALE mi się nie zdarza. Ale wolałam wyć w rękaw bluzy niż uczyć się na sprawdzian z chemii.

Oczywiście czytając widziałam wszystkich bohaterów z filmu (zawsze tak mam jak najpierw obejrzę film, a potem zabiorę się za książkę) i właśnie wtedy zrozumiałam, że chyba będę pisać. Cokolwiek, byle pisać. Nieważne czy dla siebie czy dla innych. Chciałam postawić na swoim jak Neil. Tylko mi się udało, a jemu nie. Aha i nigdy nie miałam zamiaru zrobić to co on zrobił i nigdy nie zamierzam!

I jeszcze jednej rzeczy mi tak strasznie szkoda. Że Robin Williams już nigdy nie zagra tak wspaniałego nauczyciela, o którym mógłby tylko pomarzyć każdy uczeń na świecie.

A Wy jeśli kiedykolwiek traficie na tą książkę to przeczytajcie ją bez wahania. Zresztą film też Wam polecam. A potem najlepiej iść się upić. Jak obejrzycie bądź przeczytacie to zrozumiecie dlaczego...

poniedziałek, 8 września 2014

Jeździć każdy może...

A teraz wyjdzie ze mnie moja chłopczyca. Samochody to coś co uwielbiam i odkąd pamiętam zawsze wiedziałam, że będę mieć prawo jazdy. Gdy w wieku szesnastu lat tata zabrał mnie na pierwszą nieoficjalną lekcję trochę zwątpiłam w swoje umiejętności. W międzyczasie Bóg tak chciał (a raczej tata), że tatuś został instruktorem prawa jazdy i wtedy zaczęła się zabawa. Każda trasa autem w gronie rodzinnym, która dystansem przekraczała pięć kilometrów była egzaminem wiedzy o ruchu drogowym. Niestety ofiarą tych testów padłam ja. Tatunio pytał (i nadal pyta) o każdy znak przy drodze i każdą namalowaną linię na jezdni. Na szczęście, gdy ruszaliśmy w dłuższe trasy miałam zwyczaj (i wciąż mam) zakładania słuchawek na uszy i całkowitej izolacji. Jednak prawdziwy huragan uderzył, gdy rok temu poszłam na prawo jazdy (oczywiście do szkoły, w której pracuje tata) i pod czujnym okiem tatki przyszło mi robić kurs. Niby wszystko pięknie, ładnie, ale bywały dni, że wracałam do domu i trzaskałam drzwiami ze złości, że mi nie wychodzi, a ojciec się na mnie wydzierał. Ostatecznie po kilku interesujących przygodach (m.in. po tym jak jakiś dziadek wjechał mi w tył auta na skrzyżowaniu) udało mi się zdać egzamin i grasuję na publicznych drogach.

Będąc któregoś dnia w Empiku rzuciły mi się w oczy książki pana, który nazywa się Jeremy Clarkson. Pewnie osobą, które nie interesują się motoryzacją to nazwisko nic nie mówi. Jest to sympatyczny Brytyjczyk, który w BBC prowadzi program "Top Gear". Osobiście jestem wielką fanką tego programu odkąd zobaczyła w nim gościnne występy Benedicta Cumberbatcha i Toma Hiddlestona (dzięki, chłopaki!). A potem już samo poszło...

Oglądałam, oglądałam i oglądałam, zalewając się przy tym łzami ze śmiechu. Ci, którzy oglądali kiedykolwiek jakikolwiek odcinek wiedzą o czym mówię, a pozostałych zapraszam na seans. Po kilkunastu obejrzanych odcinkach postanowiłam nabyć książkę pana Clarksona. I zrobiłam to ostatnio podczas podróży, w której składałam podanie o akademik. Między jednym, a drugim pociągiem poszłam na zakupy i natrafiłam na promocję jednej z jego książek. Obszerny, granatowy tom pod tytułem "Clarkson. Moje lata w Top Gear" to zbiór felietonów, które autor przez prawie dwadzieścia lat pisał do czasopisma o tym samym tytule co program. Zgrabnie przeplata opinie o samochodach i jego życiowe doświadczenia. Podczas lektury da się zauważyć, że większość aut jest przez niego krytykowanych, ale kto bogatemu zabroni, gdy przez cały czas jest mowa o Ferrari, Porsche i Jaguarach oraz pozostałych dwuśladach z górnej półki? Szkoda mi trochę, że nie omawia samochodów bardziej przyziemnych takich jak Skoda, VW czy Fiat, ale przecież "Top Gear" czymś takim się nie zajmuje. A może się mylę?

Ale jeśli chcecie poczytać o luksusie, na który nigdy nie będzie stać przeciętnego Kowalskiego w Polsce to proszę bardzo, macie moje błogosławieństwo. Ja się jednak trochę rozczarowałam, bo myślałam, że będzie bardziej przyziemnie, ale mam nadzieję, że w innych jego książkach będzie trochę inaczej.