niedziela, 15 października 2017

Ten Bałwan się roztopił, czyli Pierwszy śnieg

Nie ukrywam, że jak tylko odkryłam, że "Pierwszy śnieg" powstanie, to obiecałam sobie, że pójdę do kina i to w dniu premiery. Nawet chciałam do tego czasu przeczytać wszystkie książki z Harrym Holem. Przeczytać wszystkich nie zdążyłam, ale tą której film dotyczy, jak najbardziej. Do tego w dniu premiery znalazłam się w kinie i czego chcieć więcej? A no właśnie... Może dobrego filmu?


Generalnie "Pierwszy śnieg" przedstawia serię kilku makabrycznych zabójstw dokonanych na kobietach. W książce naprawdę nie było to takie łatwe rozpoznać kto za wszystkim stoi. Z kolei w filmie nie miałabym najmniejszego problemu z rozszyfrowaniem tej zagadki, ponieważ wszystko było podane jak na tacy. Zresztą już od pierwszej sceny pokazana była rozbieżność z oryginałem. Zdaję sobie sprawę z tego, że to tylko "na podstawie", jednak wolę jak podstawa jest wierna oryginałowi w większym, a nie mniejszym stopniu. Nie chcę za bardzo zdradzać co od czego się różniło, bo książkę naprawdę warto przeczytać. No i dziwiło mnie to, że "Pierwszy śnieg" to 7 tom, w którym głównym bohaterem jest norweski detektyw. Zazwyczaj zaczyna się od początku, no ale widocznie ktoś miał taką wizję. Tylko, że i tak jest pewien problem i tak, przynajmniej dla mnie. Bo ja jako osoba po lekturze książki to co widziałam na ekranie porównywałam do tego co przeczytałam. Ale osoba, która nie czytała książki momentami miała problem, żeby ogarnąć niektóre wątki, bo najzwyczajniej w świecie pewne sytuacje i powiązania w filmie nie zostały wytłumaczone. A wszystko przez to, że nie da się w dwie godziny ekranizacji upchnąć ponad czterystustronnej książki.


Tak czy inaczej dla mnie książkowy Harry już zawsze będzie miał twarz Michaela Fassbendera, któremu wybaczam to, że tu coś nie wyszło. Dla Fassbendera jestem w stanie na wiele rzeczy przymknąć oko, więc i tu niech tak będzie. Za to niesamowicie w tym filmie drażnił mnie Val Kilmer. O matko, nie mogłam na niego patrzeć i go słuchać. Wyglądał jak bokser, który od pewnego czasu zaczął stale odwiedzać chirurga plastyka i ostrzykiwać się botoksem. Właściwie nigdy nie byłam jego fanką, ale tu mi tak bardzo przeszkadzał. 


Zabawne, ale montażyści też się nie popisali, ponieważ w zwiastunie zostały umieszczone dwie sceny, których w ogóle nie było w filmie. Nie wiem czy komuś się przysnęło czy co, ale mimo wszystko po zwiastunie miałam ogromny apetyt na ten film. Po książce urósł do ogromnych rozmiarów, a gdy już było po to poczułam spore rozczarowanie. Kurczę, ten film mógł mieć wszystko, a tak naprawdę nie miał nic. I to jest smutne. 


Generalnie zabrakło tego czegoś, tego magnetyzmu, który ma książka. Tutaj wszystko spłaszczyli, pociągnęli do minimum minimum i widz wyszedł z kina zawiedziony. Po prostu będę się trzymać tego, że po raz kolejny dostaliśmy pusty przekład do zarabiania pieniędzy dla Holiłudu. I chociaż bardzo bym chciała to mam nadzieję, że nie wezmą się za ekranizację kolejnego tomu...


czwartek, 5 października 2017

Kadry pędzlem malowane, czyli Twój Vincent

Nie pisałam cały miesiąc i jest mi smutno z tego powodu. No ale tyle się działo przez ten czas, że zupełnie nie było mi z tym po drodze. Ale teraz już wracam... Wracam i to z filmem, na który czekałam odkąd tylko się dowiedziałam, że powstanie. Czasami jest tak, że czeka się i czeka, ale wie się, dokładnie się wie, że jak już się wejdzie na kinową salę to nie będzie to stracony czas. "Twój Vincent" zachwyca. Zachwyca do tego stopnia, że przez całe moje ciało przechodziły ciarki. I to nie jednokrotnie.


Film opowiada o tajemniczej śmierci Van Gogha i momentach, które poprzedzają ten tragiczny dzień. Jednak głównym bohaterem nie jest malarz. Mamy tu opowieść o młodym chłopaku, Armandzie Roulinie (Douglas Booth), który otrzymuje od swojego ojca list, który został napisany przez Van Gogha, by ten dostarczył go bratu artysty, Theo. Akcja filmu dzieje się już po śmierci Van Gogha. Dla wszystkich motyw śmierci malarza był zagadką i każdy z kim rozmawiał Armand przedstawiał mu jego własną wersję i domysły.


"Twój Vincent" to koprodukcja polsko-brytyjska. Film składa się z 65000 klatek, które są ręcznie malowanymi obrazami, które przetworzono na animację. Aktorzy zostali doskonale odwzorowani na obrazach. Czasami ma się wrażenie, że ogląda się normalny film, a nie animację. W Polsce produkcja głownie jest pokazywana z dubbingiem. Szczerze mówiąc, w tym wypadku wolałabym obejrzeć z napisami (mimo że to animacja), bo nie ukrywam, że chciałam posłuchać głosu Aidana Turnera czy Eleanor Tomlinson, który pojawili się w tym filmie. I mimo, że bohater Turnera w polskim dubbingu otrzymał głos Macieja Stuhra i to zagrało, tak w przypadku Tomlinson było już trochę gorzej. Tutaj głosu użyczyła Olga Frycz i to bardzo drażniło. Nie wiem czy to moja kwestia przyzwyczajenia do głosu Eleanor, ale jak dla mnie w polskim dubbingu jej bohaterka otrzymała zbyt piskliwy głos, przez co wyszło zbyt cukierkowo i mizdrząco.


Oprócz dubbingu miałam problem z jeszcze jedną rzeczą, ale zrzucę to na mój nie do końca sprawny wzrok. Otóż, gdy kadry były w miarę statyczne to nie miałam problemu, jednak gdy klatki bardzo szybko się zmieniały, obraz mi się rozmazywał co sprawiało, że wszystko się zlewało i nie mogłam dobrze skupić się na tym co jest na ekranie. Poza tym wizualnie było przepięknie. Cudowne kolory i podobieństwo do oryginalnych prac Van Gogha. Nie znam się na malarstwie, ale jako zwykłemu widzowi niesamowicie to się podobało. Może sama fabuła nie była przegenialna, ale artystycznie petarda.


Film wzruszający, dający do myślenia. Zresztą ja mam ten problem, że Van Gogh jakoś tak dziwnie na mnie działa. W szkole od zawsze w podręcznikach do plastyki najdłużej przyglądałam się jego pracom, a sama historia jego życia mnie ciekawiła. Nawet za jeden z najlepszych odcinków Doctora Who uważam właśnie ten, gdzie Doctor spotyka Vincenta. Pamiętam, że wtedy popłakałam się jak dziecko. Na filmie również oczy mi się zeszkliły i nawet stwierdziłam, że trzeba udać się do Amsterdamu, żeby pójść do muzeum, gdzie są obrazy Van Gogha. Dlatego warto iść do kina i przez półtorej godziny udać się w przepiękną podróż, z której powróci się z pięknymi obrazami w głowie.


piątek, 1 września 2017

Monarchia to nic fajnego, czyli The Crown

Za "The Crown" chciałam się zabrać odkąd założyłam sobie Netflixa, ale jakoś tak zawsze pierwszeństwo miało siedemdziesiąt innych seriali. Gdy tylko znalazłam się w Anglii z jedynym dostępem do seriali na telefonie, nie miałam wyjścia. Zabrałam się za oglądanie i to była jedna z lepszych decyzji. Ten serial to czyste złoto, a na drugi sezon trzeba jeszcze czekać prawie sto dni.


Ten serial albo się kocha albo nienawidzi. Albo się wciągasz albo porzucasz po jednym odcinku. To specyficzna produkcja, której akcja jest budowana w powolny sposób, wszystkie detale są dokładnie pokazane i każda scena ma znaczenie. Co ciekawe nie wszystko zawsze jest ułożone chronologicznie. Bo raz jesteśmy w przed wojną a za chwilę w 1953 roku. Miejscami odcinki mogą się dłużyć (miałam chyba tak przy trzecim odcinku, że oglądałam go prawie cztery godziny, bo po kilkudziesięciu minutach musiałam przerywać, żeby zebrać myśli).


"The Crown" to generalnie historia Królowej Elżbiety, która od najmłodszych lat jest przygotowywana do tego, że zasiądzie na tronie. Ona nie do końca tego chce, ale z czasem zaczyna przejmować obowiązki swojego ojca, który też na tronie zasiadł niezupełnie dzięki temu, które miejsce zajmował w kolejce (każdy kto choć trochę się interesuje Rodziną Królewską wie jaka była przyczyna). Elżbieta zaczyna układać sobie życie, wychodzi za mąż, wyjeżdża w podróż poślubną i... w Afryce dowiaduje się, że została królową. Jako młoda dziewczyna musi zacząć podejmować decyzje nie tylko zgodne z jej przekonaniami, ale dodatkowo musi się liczyć z Gabinetem, który siedzi jej na plecach. Z tego tytułu pojawią się konflikty, walki i problemy rodzinne.


Claire Foy została doskonale obsadzona w roli Elżbiety. Jest pięknie nieporadna, nieśmiała, a miejscami tak bardzo irytująca, że ma się ochotę przed nią stanąć, złapać ją za ramiona i potrząsnąć. Z każdym kolejnym odcinkiem zmienia się diametralnie, z delikatnej zmienia się w stanowczą, a z niezdecydowanej w umiejącą podjąć pewne decyzje. Doskonale partneruje jej Matt Smith w roli księcia Filipa. Poza tym, że uwielbiam Matta, to uważam, że tak naprawdę to on zrobił najlepszą robotę w serialu. Początkowo chłopiec, który ukradł kochaną córeczkę tatusia i bierze ją za swoją żonę, zmienia się w faceta, który ma dość bycia rządzonym przez żonę i musi stać w jej cieniu. Na dokładkę jest jeszcze Vanessa Kirby, która wciela się w postać księżniczki Małgorzaty, zupełnego przeciwieństwa Elżbiety. Odważna, posiadająca swoje zdanie, walcząca o ukochanego i o to, by mogła z nim być.


Generalnie historia Rodziny Królewskiej jest bardzo interesująca i zastanawia mnie czy np Królowa widziała serial. W końcu to o niej, a tak naprawdę to nie wiemy wszystkiego. Z niecierpliwością czekam na drugi sezon, bo jestem ciekawa rozwiązania kilku istotnych wątków. A z tej okazji, że do 8 grudnia daleka droga i ten kto jeszcze nie oglądał, to ma trochę czasu, by nadrobić. Idzie jesień, więc kocyk, wino/herbata i seans z Netflixem. Nic więcej nie będę zdradzać, bo nie warto psuć oglądania. Zostawię tylko Matta jako księcia Filipa...


czwartek, 31 sierpnia 2017

Emotikona jedzie w podróż między aplikacjami, czyli Emoji Movie

Ja wiem, ja wiem, sto lat nie pisałam, że ja po prostu nienawidzę robić wpisów na telefonie, a podczas ciężkich trudów zarobkowych nie miałam ze sobą laptopa. Tak więc teraz nazbierało mi się milion wpisów do zrobienia, ale obiecuję, że w miarę możliwości będę wszystko nadrabiać. W Anglii w kinie byłam dwa razy, raz na Spider-Manie, a później w sierpniu po raz drugi na "Emoji Movie". Poszłam, bo obiecałam, a jak się obiecuje to się dotrzymuje. No i poszłam i nie popełniajcie tego błędu, gdy film wejdzie już do kin w Polsce (premiera jakoś ma być na przełomie września i października).


Prawda jest taka, że wpis mógłby się opierać na jednym zdaniu. Naprawdę. W filmie poznajemy emotikonkę Gene, który powinien być po swoich rodzicach czymś w stylu "meh", ale niestety coś z nim jest nie tak. Potrafi okazywać emocje innych emotek i niestety jest to dla niego uciążliwe. Dlatego postanawia się wyrwać z komunikatora rozmowy i poszukać swojego szczęścia w innych aplikacjach. Niestety jego wycieczka przyczynia się do tego, że telefon zaczyna szwankować, a jego właściciel nie potrafi sobie z tym poradzić. W podróż z Gene udaje się Hi-5 i Jailbreak (musicie mi wybaczyć, że piszę to oryginalnymi nazwami, ale nie mam zielonego pojęcia jak oni to przetłumaczą w polskim dubbingu - oby nie "Cześć Piątka i Przerwa Więzienna czy coś). No i tak ta trójka sobie podróżuje, by przekonać się kim naprawdę są i jakie mają umiejętności.


Oczywiście wszystkie emotikony, które mamy w swoich komunikatorach pojawiły się w filmie, a największą furorę oczywiście zrobiła kupa. A przy okazji ta kupa mówiła głosem Sir Patricka Stewarta. Myślę, że dzieciak nie do końca wiedzą kto to, ale pominę to. Właśnie jeśli chodzi o dubbing to była to jedna z lepszych rzeczy. Za Hi-5 głos podkładał James Corden, a za Jailbreak Anna Faris. Do tego ścieżka dźwiękowa genialna. Ostatnio muzyka twórcom filmów wychodzi i chociaż uszy mogą się świetnie bawić na większości seansów. 


Sam film naprawdę nie miał w sobie głębszej historii, scenariusz leżał, za to na pewno wpływy pieniężne z gadżetów i promocji były obfite. Na pewno dzieciaki tłumnie będą chciały iść do kina, ale dorośli jeśli mają wybór to niech sobie odpuszczą. Na tym filmie po raz pierwszy zdarzyło mi się wyjść na moment z sali (duża kawa zrobiła swoje) i szczerze mówiąc nic mnie nie ominęło. Jedyne co się zmieniło to to, że emoty przeszły z Candy Crush do Spotify. Raz obejrzane i zdecydowanie wystarczy.


niedziela, 23 lipca 2017

Wibbly Wobbly Timey Wimey... Stuff, czyli Doctor Who Experience

Znacie to uczucie, gdy po pewnym czasie wpadacie w fandom i wiecie, że już z niego nie wyjdziecie? Ja tak mam za każdym razem. Ostatnio wpadłam w wir Doctora Who i już tak zostało. Jako że w te wakacje nawymyślałam sobie wycieczki szlakiem seriali to nie mogło zabraknąć najnowszego nabytku. Dwa miesiące temu w internetach wynalazłam coś na kształt muzeum o Doctorze Who. Ku mojej radości okazało się, że to tylko godzina czterdzieści pociągiem od miejsca, w którym teraz mieszkam. Oznajmiłam towarzyszce moich podróży, że nie popuszczę i musimy jechać do Cardiff na wystawę. Z dnia na dzień coraz bardziej się nakręcałam, a gdy dotarłam na miejsce zmieniłam się w szalonego pięciolatka.


Niespodziankę mogłam już mieć przy zakupie biletów, ale niestety wszystko już było wykupione. Otóż można było nabyć bilety specjalne, które zawierały paczkę z fanowskimi gadżetami. Był tam m.in. klucz do Tardis, koszulka, torba czy certyfikat towarzysza. Cóż, musiałam się zadowolić zwykłym biletem, ale odbiłam to sobie w specjalnym sklepie z gadżetami. O 13 weszliśmy na pierwszą część wystawy. Był to specjalny pokaz/przedstawienie, w którym udział brali zwiedzający. Na ekranach wyświetlał się filmik z instrukcjami od Doctora (12 Doctor, oczywiście), by pomóc ocalić mu świat. Trafiliśmy do Tardis, lecieliśmy przez galaktykę, trafiliśmy na bitwę z Dalekami, szliśmy strasznym lasem z Weeping Angels i szukaliśmy specjalnych kryształów. Generalnie czułam się jak pięciolatek i chodziłam tam z otwartą paszczą.


Potem Doctor nam ładnie podziękował za pomoc w uratowaniu galaktyki czy tam czego i przeszliśmy do drugiej części, w której można było zobaczyć części scenografii (m.in. wnętrze Tardis 9 i 10 Doctora czy całe Tardis z klasycznych odcinków) oraz kostiumy czy kosmitów, którzy pojawiali się w odcinkach. Oczywiście jak to ja, na każdym kroku było foto, foto, bo przecież już nigdy tam więcej nie pojadę. Jako atrakcje dodatkowe, można było zrobić sobie zdjęcia na wybranych tłach z serialu czy też zrobić sobie makijaż a'la 11 Doctor z jednego z ostatnich odcinków.


Jedyne z czego nie byłam zadowolona to to, że nigdzie nie było Adipose i za mało było 10 Doctora. A tak wszystko było bardzo, bardzo fajne. Po zwiedzaniu wszystkich części poszłam do sklepu, który w całości zwiedzałam trzy razy, bo się nie mogłam zdecydować co tak naprawdę chciałabym kupić. Moja towarzyszka namawiała mnie na uroczy pulowerek, ale ostatecznie się nie zdecydowałam. Za to kupiłam pocztówki, breloczki, bransoletki, naszyjnik, magnes na lodówkę, plakat na ścianę, torbę płócienną Tardis i chyba to wszystko. Szykowałam się, że będzie pełno popsów, a był tylko 4 Doctor. Tak czy inaczej zostawiłam tam mnóstwo kasy, a popsa Daleka kupiłam sobie już w Bristolu w geek stopie.


Szczerze mówiąc była to jedna z moich lepszych wycieczek na jakich byłam. Teraz została mi tylko Kornwalia i West Bay. Na koniec zostawiam kilka zdjęć z wystawy.






wtorek, 11 lipca 2017

Pajączku, uratuj świat! Czyli Spider-Man Homecoming

Prawda jest taka, że wpis miał być już w piątek, czyli wtedy kiedy byłam w kinie, ale jak zwykle mi nie wyszło. W każdym razie seans zaliczony i szczerze nie żałuję. Do każdego poprzedniego Spider-Mana podchodziłam z rezerwą i prawda jest taka, że widziałam maksymalnie dwa filmy i to te pierwsze z początku XXI wieku (nie jestem nawet w stanie podać dokładnego roku ich powstania). Ale z tej okazji, że tego Petera Parkera przygarnął Marvel i powitaliśmy gier po raz pierwszy w Wojnie Bohaterów to grzechem byłoby nie obejrzeć. Pech tak chciał, że premierę wymyślili sobie na lipiec, więc zmuszona byłam iść do angielskiego kina i bez wsparcia polskich napisów zagłębić się w nowej produkcji. I co zabawne, bez problemu wszystko zrozumiałam.


W filmie poznajemy młodego chłopaka, który jest uczniem amerykańskiej szkoły, jego konikiem są nauki ścisłe, a najlepszym przyjacielem miejscowy grubasek-nerd. Poza tym Peter wszystkim się chwali, że zna Iron Mana i generalnie tylko czeka, aż ten da mu znać, by mógł znowu się z nim spotkać. Oczywiście nikt nie wie, że to on jest Pajęczakiem, do czasu, gdy jego kumpel odkrywa jego tajemnice i za wszelką cenę namawia go zdradzenia prawdy o sobie. Dla zabicia czasu i byciu w ciągłej gotowości Parker sprawuje "opiekę" nad miastem. Pomaga staruszkom, ratuje miasto od napadów na bank, a także ucieka z lekcji. Jest też zwyczajnym nastolatkiem, który po cichu podkochuje się w jednej z najładniejszych dziewczyn w szkole. Krótko mówiąc, typowy nastolatek. Jednak gdy w mieście pojawia się pewien bardzo nieprzyjemny typ, Peter musi zdecydować czy woli siedzieć bezczynnie i czekać na telefon od Starka czy brać sprawy w swoje ręce...


A ten nieprzyjemny typ, no cóż, jakoś tak skradł moje serce i niestety, ale Loki musi mu ustąpić miejsce i wędrować na trzecie miejsce moich ulubionych typów spod ciemnej gwiazdy. Michael Keaton ostatnio w filmach mnie zaskakuje i nie ukrywam, że ucieszyłam się, gdy dowiedziałam się, że to on pojawi się jako złol w Spider-Manie. W końcu mamy bohatera, który kierowany konkretnymi pobudkami stał się tym kim się stał. Nie ma żadnej mocy nadprzyrodzonej, jest po prostu inteligentnym człowiekiem, który potrafił wykorzystać to co mu zostało jako jego ostatnia deska ratunku. I uwierzcie mi, to on was będzie najbardziej zaskakiwał w tym filmie. Z kolei Tony Stark w tym filmie to taki trochę dobry wujek, a trochę zły tata. Szczerze to myślałam, że pojawi się w więcej niż pięciu scenach, no ale cóż, nie będę wybrzydzac. Trzeba będzie poczekać do kolejnych Avengersów na więcej Żelaznego Gościa.


Generalnie nie chcę pisać za dużo o samym filmie, bo nie warto psuć sobie zabawy. Peter został odmłodzony, wepchnięty w świat elektroniki jak na nastolatka przystało i dodano mu pewnej świeżości i lekkości, bo niby wcześniej już to było, ale teraz jest jakby inaczej. Wybierzcie się do kina, jeśli chcecie przez dwie godziny świetnie się bawić, a przez ostatnie czterdzieści minut siedzieć z rozdziawioną buzią. Przynajmniej ja tak miałam... Nie to co mój 10-letni kuzyn, który po pół godzinie powiedział, że się nudzi.


Za to zaciekawiły mnie jeszcze przed sensem dwa zwiastuny: Thora 3 i Defendersów. Ten drugi skłonił mnie do tego, żeby obejrzeć w końcu Daredevila, Luke'a Cage'a i dokończyć Iron Fista. Plan jest taki, żeby chociaż z dwiema z tych trzech produkcji wyrobić się do końca lipca. Także trzymajcie kciuki.


P.S. Ostatnio jestem bardzo leniwa jeśli chodzi o pisanie, w przeciwieństwie do oglądania. Obiecuję, że do piątku pojawi się jeszcze jeden wpis, tym razem o serialu.

piątek, 23 czerwca 2017

Przepraszam, co my oglądamy? Czyli Song To Song

Dobra, przyznaję się, jestem turbo leniwą bułą, której się ostatnio nic nie chce. Nawet robić wpisu. Jednak stwierdziłam, że plik na pulpicie kuje mnie w oczy i czas się zabrać do pracy. Od premiery "Song to song" minął ponad miesiąc. Nie ukrywam, że odkąd się dowiedziałam, że powstanie ten film to nie mogłam się doczekać, żeby go obejrzeć. Głównie przez wzgląd na obsadę. Dlatego bardzo się ucieszyłam, gdy udało mi się zdobyć darmowe wejściówki i zgarnąć moją przyjaciółkę ze sobą do kina. Miało być miło. Ona miała się zachwycać Goslingiem, ja Fassbenderem i wszyscy mieli być szczęśliwi. Otóż nie...

Na samym początku pomyślałam sobie, że to nie będzie film akcji, nie będzie lania po mordzie, będzie stonowana akcja, pomału, spokojnie. Owszem, było za wolno i za spokojnie. I za patologicznie. Po pierwszych trzydziestu minutach salę opuściło 10 osób. Bez jakichkolwiek wątpliwości i zająknięć, wzięli swoje rzeczy i z radością opuszczali seans, mrucząc po nosem "co to za gówno". Myślałam, że ludzie powariowali, że nie no, po pół godzinie to przecież za szybko, bo akcja się jeszcze nie rozkręciła. Taaa, jak się drętwo zaczęło tak się skończyło. Jedyne co mnie trzymało w fotelu to ładny Fassbender.


O czym właściwie jest film? No właśnie, o niczym. Absolutnie o niczym. Prawda jest taka, że nawet w Internetach ciężko znaleźć jakiś sensowny opis o czym jest ta produkcja. Jest dwóch przystojnych panów, ładna pani, potem pojawia się druga. Panowie się kiedyś przyjaźnili, pierwsza pani kocha/kochała jednego, z drugim chodziła do łóżka, druga pani z kolei chyba kochała tego drugiego, a może bardziej jego pieniądze, a potem tragicznie się to dla niej skończyło. Panowie i panie bujali się pomiędzy różnymi romansami, ale nic ich nie uszczęśliwiało. I tak mijały ponad dwie godziny filmu, który się oglądało tak, jakbyśmy podglądali dziwnych ludzi. 


W sumie jedyną rzeczą, którą wyniosłam z tego filmu było to, że każdy człowiek w swoim życiu, za wszelką cenę stara się robić rzeczy by uszczęśliwić swoich rodziców. Czy to duchowo czy to materialnie. Tak naprawdę tylko to się liczy. Liczy się to by rodzice byli z nas dumni i mogli się nami chwalić. Bo kto będzie opowiadał o twoich życiowych porażkach? Prawda jest taka, że chcemy to ukryć w najciemniejszym kącie naszej szafy albo zamieść pod dywan. Ale potknięcia i wywrotki się zdarzają. 


Po wyjściu z kina określiłam ten film jako intrygujący. A zrobiłam to tylko dlatego, że zabrakło mi innego słowa na określenie go. Owszem, podobała mi się praca kamery, bo praktycznie były same zbliżenia na twarze, wszystko było takie artystyczne, trochę pokolorowane i czasem sprawiające wrażenie dokumentu, a nie filmu fabularnego. Co zabawne, wiele ludzi było rozczarowane faktem, że ten film tak bardzo się nie udał, a miał doskonałą obsadę: Ryan Gosling, Michael Fassbender, Rooney Mara, Natalie Portman, Cate Blanchett, Lykke Li (jak na taki film to świetnie zagrała, naprawdę!) i jednak nie wyszło. A do aktorskiego towarzystwa wprawne oko mogło dostrzec wiele gwiazd muzyki m.in. Patty Smith, Iggy'ego Popa czy chłopaków z Red Hot Chili Peppers.


I to właśnie muzyka była czymś genialnym w tym filmie. Polecam posłuchać soundtracku. Od muzyki klasycznej po doskonałego rocka w czystej postaci. I nie, to nie jest musical jak można przeczytać w niektórych opisach. To po prostu film z doskonałą ścieżką dźwiękową. Poza tym w "Song to song" znalazła się przepiękna scena, w której jest śpiewana modlitwa po polsku. I serio, możecie być wierzący bądź też nie, ale po wysłuchaniu i obejrzeniu tego fragmentu ma się ciary na całym ciele. Aż dłonie zacisnęłam w pięści w tamtym momencie. Oczywiście jest to wprowadzenie do pewnej sceny, po której można sobie uświadomić co film mógł pokazać w prostszy sposób, a nie w taki zawiły i artystyczny.


Film do obejrzenia zdecydowanie raz. Więcej nie potrzeba, bo nie wiem czy po drugim, piątym czy dziesiątym seansie da się ten film zrozumieć. Poza tym, że Gosling był ładny, Fassbender mega pokręcony i szurnięty, muzyka doskonała to nie ma nic. Nic a nic. Film do mnie nie trafił i szczerze mówiąc chyba trafi do czołówki filmów, podczas których najczęściej patrzyłam na zegarek. I bardzo się cieszę, że nie płaciłam sama za bilety, bo bym żałowała każdej złotówki. 


P.S. Jakbyście szukali zamiennika kwiatka bądź czekoladek dla ukochanej to polecam czerwoną żarówkę. I to jeszcze ukradzioną. Ot, takie fajne, niekonwencjonalne. Szczerze? Cieszyłabym się bardzo! ;)