piątek, 1 września 2017

Monarchia to nic fajnego, czyli The Crown

Za "The Crown" chciałam się zabrać odkąd założyłam sobie Netflixa, ale jakoś tak zawsze pierwszeństwo miało siedemdziesiąt innych seriali. Gdy tylko znalazłam się w Anglii z jedynym dostępem do seriali na telefonie, nie miałam wyjścia. Zabrałam się za oglądanie i to była jedna z lepszych decyzji. Ten serial to czyste złoto, a na drugi sezon trzeba jeszcze czekać prawie sto dni.


Ten serial albo się kocha albo nienawidzi. Albo się wciągasz albo porzucasz po jednym odcinku. To specyficzna produkcja, której akcja jest budowana w powolny sposób, wszystkie detale są dokładnie pokazane i każda scena ma znaczenie. Co ciekawe nie wszystko zawsze jest ułożone chronologicznie. Bo raz jesteśmy w przed wojną a za chwilę w 1953 roku. Miejscami odcinki mogą się dłużyć (miałam chyba tak przy trzecim odcinku, że oglądałam go prawie cztery godziny, bo po kilkudziesięciu minutach musiałam przerywać, żeby zebrać myśli).


"The Crown" to generalnie historia Królowej Elżbiety, która od najmłodszych lat jest przygotowywana do tego, że zasiądzie na tronie. Ona nie do końca tego chce, ale z czasem zaczyna przejmować obowiązki swojego ojca, który też na tronie zasiadł niezupełnie dzięki temu, które miejsce zajmował w kolejce (każdy kto choć trochę się interesuje Rodziną Królewską wie jaka była przyczyna). Elżbieta zaczyna układać sobie życie, wychodzi za mąż, wyjeżdża w podróż poślubną i... w Afryce dowiaduje się, że została królową. Jako młoda dziewczyna musi zacząć podejmować decyzje nie tylko zgodne z jej przekonaniami, ale dodatkowo musi się liczyć z Gabinetem, który siedzi jej na plecach. Z tego tytułu pojawią się konflikty, walki i problemy rodzinne.


Claire Foy została doskonale obsadzona w roli Elżbiety. Jest pięknie nieporadna, nieśmiała, a miejscami tak bardzo irytująca, że ma się ochotę przed nią stanąć, złapać ją za ramiona i potrząsnąć. Z każdym kolejnym odcinkiem zmienia się diametralnie, z delikatnej zmienia się w stanowczą, a z niezdecydowanej w umiejącą podjąć pewne decyzje. Doskonale partneruje jej Matt Smith w roli księcia Filipa. Poza tym, że uwielbiam Matta, to uważam, że tak naprawdę to on zrobił najlepszą robotę w serialu. Początkowo chłopiec, który ukradł kochaną córeczkę tatusia i bierze ją za swoją żonę, zmienia się w faceta, który ma dość bycia rządzonym przez żonę i musi stać w jej cieniu. Na dokładkę jest jeszcze Vanessa Kirby, która wciela się w postać księżniczki Małgorzaty, zupełnego przeciwieństwa Elżbiety. Odważna, posiadająca swoje zdanie, walcząca o ukochanego i o to, by mogła z nim być.


Generalnie historia Rodziny Królewskiej jest bardzo interesująca i zastanawia mnie czy np Królowa widziała serial. W końcu to o niej, a tak naprawdę to nie wiemy wszystkiego. Z niecierpliwością czekam na drugi sezon, bo jestem ciekawa rozwiązania kilku istotnych wątków. A z tej okazji, że do 8 grudnia daleka droga i ten kto jeszcze nie oglądał, to ma trochę czasu, by nadrobić. Idzie jesień, więc kocyk, wino/herbata i seans z Netflixem. Nic więcej nie będę zdradzać, bo nie warto psuć oglądania. Zostawię tylko Matta jako księcia Filipa...


czwartek, 31 sierpnia 2017

Emotikona jedzie w podróż między aplikacjami, czyli Emoji Movie

Ja wiem, ja wiem, sto lat nie pisałam, że ja po prostu nienawidzę robić wpisów na telefonie, a podczas ciężkich trudów zarobkowych nie miałam ze sobą laptopa. Tak więc teraz nazbierało mi się milion wpisów do zrobienia, ale obiecuję, że w miarę możliwości będę wszystko nadrabiać. W Anglii w kinie byłam dwa razy, raz na Spider-Manie, a później w sierpniu po raz drugi na "Emoji Movie". Poszłam, bo obiecałam, a jak się obiecuje to się dotrzymuje. No i poszłam i nie popełniajcie tego błędu, gdy film wejdzie już do kin w Polsce (premiera jakoś ma być na przełomie września i października).


Prawda jest taka, że wpis mógłby się opierać na jednym zdaniu. Naprawdę. W filmie poznajemy emotikonkę Gene, który powinien być po swoich rodzicach czymś w stylu "meh", ale niestety coś z nim jest nie tak. Potrafi okazywać emocje innych emotek i niestety jest to dla niego uciążliwe. Dlatego postanawia się wyrwać z komunikatora rozmowy i poszukać swojego szczęścia w innych aplikacjach. Niestety jego wycieczka przyczynia się do tego, że telefon zaczyna szwankować, a jego właściciel nie potrafi sobie z tym poradzić. W podróż z Gene udaje się Hi-5 i Jailbreak (musicie mi wybaczyć, że piszę to oryginalnymi nazwami, ale nie mam zielonego pojęcia jak oni to przetłumaczą w polskim dubbingu - oby nie "Cześć Piątka i Przerwa Więzienna czy coś). No i tak ta trójka sobie podróżuje, by przekonać się kim naprawdę są i jakie mają umiejętności.


Oczywiście wszystkie emotikony, które mamy w swoich komunikatorach pojawiły się w filmie, a największą furorę oczywiście zrobiła kupa. A przy okazji ta kupa mówiła głosem Sir Patricka Stewarta. Myślę, że dzieciak nie do końca wiedzą kto to, ale pominę to. Właśnie jeśli chodzi o dubbing to była to jedna z lepszych rzeczy. Za Hi-5 głos podkładał James Corden, a za Jailbreak Anna Faris. Do tego ścieżka dźwiękowa genialna. Ostatnio muzyka twórcom filmów wychodzi i chociaż uszy mogą się świetnie bawić na większości seansów. 


Sam film naprawdę nie miał w sobie głębszej historii, scenariusz leżał, za to na pewno wpływy pieniężne z gadżetów i promocji były obfite. Na pewno dzieciaki tłumnie będą chciały iść do kina, ale dorośli jeśli mają wybór to niech sobie odpuszczą. Na tym filmie po raz pierwszy zdarzyło mi się wyjść na moment z sali (duża kawa zrobiła swoje) i szczerze mówiąc nic mnie nie ominęło. Jedyne co się zmieniło to to, że emoty przeszły z Candy Crush do Spotify. Raz obejrzane i zdecydowanie wystarczy.


niedziela, 23 lipca 2017

Wibbly Wobbly Timey Wimey... Stuff, czyli Doctor Who Experience

Znacie to uczucie, gdy po pewnym czasie wpadacie w fandom i wiecie, że już z niego nie wyjdziecie? Ja tak mam za każdym razem. Ostatnio wpadłam w wir Doctora Who i już tak zostało. Jako że w te wakacje nawymyślałam sobie wycieczki szlakiem seriali to nie mogło zabraknąć najnowszego nabytku. Dwa miesiące temu w internetach wynalazłam coś na kształt muzeum o Doctorze Who. Ku mojej radości okazało się, że to tylko godzina czterdzieści pociągiem od miejsca, w którym teraz mieszkam. Oznajmiłam towarzyszce moich podróży, że nie popuszczę i musimy jechać do Cardiff na wystawę. Z dnia na dzień coraz bardziej się nakręcałam, a gdy dotarłam na miejsce zmieniłam się w szalonego pięciolatka.


Niespodziankę mogłam już mieć przy zakupie biletów, ale niestety wszystko już było wykupione. Otóż można było nabyć bilety specjalne, które zawierały paczkę z fanowskimi gadżetami. Był tam m.in. klucz do Tardis, koszulka, torba czy certyfikat towarzysza. Cóż, musiałam się zadowolić zwykłym biletem, ale odbiłam to sobie w specjalnym sklepie z gadżetami. O 13 weszliśmy na pierwszą część wystawy. Był to specjalny pokaz/przedstawienie, w którym udział brali zwiedzający. Na ekranach wyświetlał się filmik z instrukcjami od Doctora (12 Doctor, oczywiście), by pomóc ocalić mu świat. Trafiliśmy do Tardis, lecieliśmy przez galaktykę, trafiliśmy na bitwę z Dalekami, szliśmy strasznym lasem z Weeping Angels i szukaliśmy specjalnych kryształów. Generalnie czułam się jak pięciolatek i chodziłam tam z otwartą paszczą.


Potem Doctor nam ładnie podziękował za pomoc w uratowaniu galaktyki czy tam czego i przeszliśmy do drugiej części, w której można było zobaczyć części scenografii (m.in. wnętrze Tardis 9 i 10 Doctora czy całe Tardis z klasycznych odcinków) oraz kostiumy czy kosmitów, którzy pojawiali się w odcinkach. Oczywiście jak to ja, na każdym kroku było foto, foto, bo przecież już nigdy tam więcej nie pojadę. Jako atrakcje dodatkowe, można było zrobić sobie zdjęcia na wybranych tłach z serialu czy też zrobić sobie makijaż a'la 11 Doctor z jednego z ostatnich odcinków.


Jedyne z czego nie byłam zadowolona to to, że nigdzie nie było Adipose i za mało było 10 Doctora. A tak wszystko było bardzo, bardzo fajne. Po zwiedzaniu wszystkich części poszłam do sklepu, który w całości zwiedzałam trzy razy, bo się nie mogłam zdecydować co tak naprawdę chciałabym kupić. Moja towarzyszka namawiała mnie na uroczy pulowerek, ale ostatecznie się nie zdecydowałam. Za to kupiłam pocztówki, breloczki, bransoletki, naszyjnik, magnes na lodówkę, plakat na ścianę, torbę płócienną Tardis i chyba to wszystko. Szykowałam się, że będzie pełno popsów, a był tylko 4 Doctor. Tak czy inaczej zostawiłam tam mnóstwo kasy, a popsa Daleka kupiłam sobie już w Bristolu w geek stopie.


Szczerze mówiąc była to jedna z moich lepszych wycieczek na jakich byłam. Teraz została mi tylko Kornwalia i West Bay. Na koniec zostawiam kilka zdjęć z wystawy.






wtorek, 11 lipca 2017

Pajączku, uratuj świat! Czyli Spider-Man Homecoming

Prawda jest taka, że wpis miał być już w piątek, czyli wtedy kiedy byłam w kinie, ale jak zwykle mi nie wyszło. W każdym razie seans zaliczony i szczerze nie żałuję. Do każdego poprzedniego Spider-Mana podchodziłam z rezerwą i prawda jest taka, że widziałam maksymalnie dwa filmy i to te pierwsze z początku XXI wieku (nie jestem nawet w stanie podać dokładnego roku ich powstania). Ale z tej okazji, że tego Petera Parkera przygarnął Marvel i powitaliśmy gier po raz pierwszy w Wojnie Bohaterów to grzechem byłoby nie obejrzeć. Pech tak chciał, że premierę wymyślili sobie na lipiec, więc zmuszona byłam iść do angielskiego kina i bez wsparcia polskich napisów zagłębić się w nowej produkcji. I co zabawne, bez problemu wszystko zrozumiałam.


W filmie poznajemy młodego chłopaka, który jest uczniem amerykańskiej szkoły, jego konikiem są nauki ścisłe, a najlepszym przyjacielem miejscowy grubasek-nerd. Poza tym Peter wszystkim się chwali, że zna Iron Mana i generalnie tylko czeka, aż ten da mu znać, by mógł znowu się z nim spotkać. Oczywiście nikt nie wie, że to on jest Pajęczakiem, do czasu, gdy jego kumpel odkrywa jego tajemnice i za wszelką cenę namawia go zdradzenia prawdy o sobie. Dla zabicia czasu i byciu w ciągłej gotowości Parker sprawuje "opiekę" nad miastem. Pomaga staruszkom, ratuje miasto od napadów na bank, a także ucieka z lekcji. Jest też zwyczajnym nastolatkiem, który po cichu podkochuje się w jednej z najładniejszych dziewczyn w szkole. Krótko mówiąc, typowy nastolatek. Jednak gdy w mieście pojawia się pewien bardzo nieprzyjemny typ, Peter musi zdecydować czy woli siedzieć bezczynnie i czekać na telefon od Starka czy brać sprawy w swoje ręce...


A ten nieprzyjemny typ, no cóż, jakoś tak skradł moje serce i niestety, ale Loki musi mu ustąpić miejsce i wędrować na trzecie miejsce moich ulubionych typów spod ciemnej gwiazdy. Michael Keaton ostatnio w filmach mnie zaskakuje i nie ukrywam, że ucieszyłam się, gdy dowiedziałam się, że to on pojawi się jako złol w Spider-Manie. W końcu mamy bohatera, który kierowany konkretnymi pobudkami stał się tym kim się stał. Nie ma żadnej mocy nadprzyrodzonej, jest po prostu inteligentnym człowiekiem, który potrafił wykorzystać to co mu zostało jako jego ostatnia deska ratunku. I uwierzcie mi, to on was będzie najbardziej zaskakiwał w tym filmie. Z kolei Tony Stark w tym filmie to taki trochę dobry wujek, a trochę zły tata. Szczerze to myślałam, że pojawi się w więcej niż pięciu scenach, no ale cóż, nie będę wybrzydzac. Trzeba będzie poczekać do kolejnych Avengersów na więcej Żelaznego Gościa.


Generalnie nie chcę pisać za dużo o samym filmie, bo nie warto psuć sobie zabawy. Peter został odmłodzony, wepchnięty w świat elektroniki jak na nastolatka przystało i dodano mu pewnej świeżości i lekkości, bo niby wcześniej już to było, ale teraz jest jakby inaczej. Wybierzcie się do kina, jeśli chcecie przez dwie godziny świetnie się bawić, a przez ostatnie czterdzieści minut siedzieć z rozdziawioną buzią. Przynajmniej ja tak miałam... Nie to co mój 10-letni kuzyn, który po pół godzinie powiedział, że się nudzi.


Za to zaciekawiły mnie jeszcze przed sensem dwa zwiastuny: Thora 3 i Defendersów. Ten drugi skłonił mnie do tego, żeby obejrzeć w końcu Daredevila, Luke'a Cage'a i dokończyć Iron Fista. Plan jest taki, żeby chociaż z dwiema z tych trzech produkcji wyrobić się do końca lipca. Także trzymajcie kciuki.


P.S. Ostatnio jestem bardzo leniwa jeśli chodzi o pisanie, w przeciwieństwie do oglądania. Obiecuję, że do piątku pojawi się jeszcze jeden wpis, tym razem o serialu.

piątek, 23 czerwca 2017

Przepraszam, co my oglądamy? Czyli Song To Song

Dobra, przyznaję się, jestem turbo leniwą bułą, której się ostatnio nic nie chce. Nawet robić wpisu. Jednak stwierdziłam, że plik na pulpicie kuje mnie w oczy i czas się zabrać do pracy. Od premiery "Song to song" minął ponad miesiąc. Nie ukrywam, że odkąd się dowiedziałam, że powstanie ten film to nie mogłam się doczekać, żeby go obejrzeć. Głównie przez wzgląd na obsadę. Dlatego bardzo się ucieszyłam, gdy udało mi się zdobyć darmowe wejściówki i zgarnąć moją przyjaciółkę ze sobą do kina. Miało być miło. Ona miała się zachwycać Goslingiem, ja Fassbenderem i wszyscy mieli być szczęśliwi. Otóż nie...

Na samym początku pomyślałam sobie, że to nie będzie film akcji, nie będzie lania po mordzie, będzie stonowana akcja, pomału, spokojnie. Owszem, było za wolno i za spokojnie. I za patologicznie. Po pierwszych trzydziestu minutach salę opuściło 10 osób. Bez jakichkolwiek wątpliwości i zająknięć, wzięli swoje rzeczy i z radością opuszczali seans, mrucząc po nosem "co to za gówno". Myślałam, że ludzie powariowali, że nie no, po pół godzinie to przecież za szybko, bo akcja się jeszcze nie rozkręciła. Taaa, jak się drętwo zaczęło tak się skończyło. Jedyne co mnie trzymało w fotelu to ładny Fassbender.


O czym właściwie jest film? No właśnie, o niczym. Absolutnie o niczym. Prawda jest taka, że nawet w Internetach ciężko znaleźć jakiś sensowny opis o czym jest ta produkcja. Jest dwóch przystojnych panów, ładna pani, potem pojawia się druga. Panowie się kiedyś przyjaźnili, pierwsza pani kocha/kochała jednego, z drugim chodziła do łóżka, druga pani z kolei chyba kochała tego drugiego, a może bardziej jego pieniądze, a potem tragicznie się to dla niej skończyło. Panowie i panie bujali się pomiędzy różnymi romansami, ale nic ich nie uszczęśliwiało. I tak mijały ponad dwie godziny filmu, który się oglądało tak, jakbyśmy podglądali dziwnych ludzi. 


W sumie jedyną rzeczą, którą wyniosłam z tego filmu było to, że każdy człowiek w swoim życiu, za wszelką cenę stara się robić rzeczy by uszczęśliwić swoich rodziców. Czy to duchowo czy to materialnie. Tak naprawdę tylko to się liczy. Liczy się to by rodzice byli z nas dumni i mogli się nami chwalić. Bo kto będzie opowiadał o twoich życiowych porażkach? Prawda jest taka, że chcemy to ukryć w najciemniejszym kącie naszej szafy albo zamieść pod dywan. Ale potknięcia i wywrotki się zdarzają. 


Po wyjściu z kina określiłam ten film jako intrygujący. A zrobiłam to tylko dlatego, że zabrakło mi innego słowa na określenie go. Owszem, podobała mi się praca kamery, bo praktycznie były same zbliżenia na twarze, wszystko było takie artystyczne, trochę pokolorowane i czasem sprawiające wrażenie dokumentu, a nie filmu fabularnego. Co zabawne, wiele ludzi było rozczarowane faktem, że ten film tak bardzo się nie udał, a miał doskonałą obsadę: Ryan Gosling, Michael Fassbender, Rooney Mara, Natalie Portman, Cate Blanchett, Lykke Li (jak na taki film to świetnie zagrała, naprawdę!) i jednak nie wyszło. A do aktorskiego towarzystwa wprawne oko mogło dostrzec wiele gwiazd muzyki m.in. Patty Smith, Iggy'ego Popa czy chłopaków z Red Hot Chili Peppers.


I to właśnie muzyka była czymś genialnym w tym filmie. Polecam posłuchać soundtracku. Od muzyki klasycznej po doskonałego rocka w czystej postaci. I nie, to nie jest musical jak można przeczytać w niektórych opisach. To po prostu film z doskonałą ścieżką dźwiękową. Poza tym w "Song to song" znalazła się przepiękna scena, w której jest śpiewana modlitwa po polsku. I serio, możecie być wierzący bądź też nie, ale po wysłuchaniu i obejrzeniu tego fragmentu ma się ciary na całym ciele. Aż dłonie zacisnęłam w pięści w tamtym momencie. Oczywiście jest to wprowadzenie do pewnej sceny, po której można sobie uświadomić co film mógł pokazać w prostszy sposób, a nie w taki zawiły i artystyczny.


Film do obejrzenia zdecydowanie raz. Więcej nie potrzeba, bo nie wiem czy po drugim, piątym czy dziesiątym seansie da się ten film zrozumieć. Poza tym, że Gosling był ładny, Fassbender mega pokręcony i szurnięty, muzyka doskonała to nie ma nic. Nic a nic. Film do mnie nie trafił i szczerze mówiąc chyba trafi do czołówki filmów, podczas których najczęściej patrzyłam na zegarek. I bardzo się cieszę, że nie płaciłam sama za bilety, bo bym żałowała każdej złotówki. 


P.S. Jakbyście szukali zamiennika kwiatka bądź czekoladek dla ukochanej to polecam czerwoną żarówkę. I to jeszcze ukradzioną. Ot, takie fajne, niekonwencjonalne. Szczerze? Cieszyłabym się bardzo! ;)



środa, 31 maja 2017

Fandom uzależnia, czyli Sherlockon Polska 2017

Prawda jest taka, że wpis miał być z całego wyjazdu do Warszawy, ale doszłam do wniosku, że to miasto za bardzo mnie nienawidzi (z wzajemnością), że postanowiłam się skupić na tym co było najlepsze. Mam tu na myśli konwent Sherlocka, który był głównym powodem wyjazdu do stolicy.

Po piątkowych atrakcjach (głównie pogoni po mieście w deszczu) w sobotę postanowiłyśmy (wraz z moją szanowną towarzyszką podróży) odciąć się od dnia poprzedniego i zaprzyjaźnić się z miastem na nowo. Oczywiście wszystko ze względu na konwent. Niestety już podczas docierania do klubu "Hybrydy" miasto postanowiło nas pokopać. Jak się okazało szłyśmy w zupełnie inną stronę niż powinnyśmy. Na szczęście dzięki nawigacji i telefonicznemu nawigatorowi udało nam się dotrzeć na miejsce z niewielkim spóźnieniem. Nie mogę pominąć jakże ważnego faktu, że tego dnia po raz pierwszy spotkałam się z moją bardzo dobrą internetową koleżanką. Po ponad trzech latach znajomości udało nam się w końcu poznać osobiście. Czyli można powiedzieć, że konwent i Sherlock łączy ludzi.

Kartonbacz był bardzo przyjazny,
chociaż po minie tego nie widać ;)

Po przybyciu do "Hybryd" dość niepewnym krokiem weszliśmy w tłum pozytywnie zakręconych ludzi. Już na wejściu było widać cosplayerów, którzy byli tak świetnie poprzebierani, że aż żałowałam, że nie zabrałam mojego płaszcza i niebieskiego szaliczka, żeby móc wmieszać się w tłum. Pewnie był się w tym zagotowała, ale byłoby warto. Stanęłyśmy sobie za krzesełkami, które były tuż przed sceną główną (nazwałyśmy to nieoficjalnie naszymi numerowanymi miejscami stojącymi) i zaczęłyśmy obserwować jak urocza pani na scenie robi modelowi makijaż a'la Cumberbatch. Niestety nie dotrwałyśmy do końca i nie zobaczyłyśmy finalnego efektu, bo po pierwsze wciągnął nas wir stoisk z fandomowymi gadżetami, a po drugie zrobiłyśmy się głodne i wyszłyśmy na szamkę. Co do stoisk to absolutnie cudowne i piękne rzeczy się na nich znajdowały tylko trzeba było się szybko decydować i brać od razu, bo za plecami stali już inni i czekali na swoją szansę. Przyznaję się, że mimo iż to był konwent Sherlocka to więcej gadżetów przywiozłam z Doctorem Who, ale trzeba mi to wybaczyć, bo na tą chwilę jestem bardziej zachłyśnięta właścicielem Tardisa niż genialnym detektywem. 


Po jedzonku kulturalnie wróciłyśmy na najważniejszy, a przynajmniej na najbardziej wyczekiwany moment konwentu, czyli Bingo. Zabawa była genialna, do tego stopnia, że jak ludzie zaczęli hurtowo wygrywać i biec na scenę to zabrakło nagród i prowadząca musiała je wydobywać z różnych tajemniczych miejsc. Fajną sprawą było to, że jak ludzie nie wiedzieli o co chodzi w grze to po prostu podchodzili do innych, którzy to ogarniali i się pytali co i jak. Żeby nie było, wygrałam, udało się. Zdobyłam przypinkę konwentową z czego się bardzo cieszę. Bo nie chodziło tu o nagrody, a o dobrą zabawę. Gdybyście tylko słyszeli jakie reakcje wywoływało wyczytanie danego hasła. 


Po Bingo postanowiłyśmy pójść posłuchać prelekcji i tak jakoś wyszło, że zostałyśmy na aż trzech z rzędu. Wszystkie były świetne, ale jedna przypadła mi szczególnie do gustu. Mam tu na myśli pokazanie słuchaczom, że niekoniecznie ten Sherlock, którego wszyscy uważają za klasyk i kanon jest tym właściwym. Kto by pomyślał, że bliższy ideału jest ten współcześniejszy niż ten z lat 80. Po uroczych prelekcjach miałyśmy trochę luzu w harmonogramie, więc udałyśmy się na kawę i integrację. Przy okazji zaliczyłam pierwszą poważną sesję zdjęciową, która uświadomiła mi jedną rzecz, ale tego to już nie zdradzę. Za to pani z pewnej sieciówki z kawusią zabłysnęła w rozmowie z jedną z moich towarzyszek:

Towarzyszka: Poproszę mrożoną kawę.
Pani: Z lodem?


Po takich uroczych żarcikach wróciłyśmy do "Hybryd", bo szykował się konkurs cosplaya. Jak już wcześniej wspominałam ludzie mają niesamowite pomysły i są bardzo kreatywni. Był wysyp Watsonów i Molly, ale trafił się także Sherlock, Moriarty czy mój zdecydowany faworyt, 10 Doctor z Tardisem na sznurku. Jakież to było urocze. Także mam postanowienie na przyszły rok, że choćbym miała brać dodatkową walizkę na cosplay, przebiorę się. Tylko będę musiała coś zrobić z włosami, ale wszystko jest do załatwienia. Bo póki co stanęło na dwóch postaciach, w które mogłabym się wcielić, ale to tajemnica (he, he, he).


Po cosplayach poszłyśmy jeszcze na dwie prelekcje, a potem trzeba było uciekać, bo czas konwentu dobiegł do końca. Generalnie uważam, że to było świetne wydarzenie, które jeśli w przyszłym roku się powtórzy to na pewno się wybiorę. Pojawiły się też plany, żeby wybrać się na inny konwent, ale zobaczymy jak to będzie. Póki co bawiłam się genialnie, poza małymi nie dociągnięciami jakimi była mała przestrzeń klubu na takie wydarzenie i słabe zaplecze gastronomiczne (niestety, jestem żarłokiem, a żeby coś zjeść konkretnego trzeba było się ulotnić). Ale jako że to była pierwsza edycja Sherlockonu w Polsce to wybaczam. Jak na pierwszy raz było fantastycznie. Ludzie pozytywni, atmosfera przyjazna i nic, tylko czekać aż za roku spotkamy się znowu!


czwartek, 25 maja 2017

Najważniejsze jest to kto wychował, czyli Jutro będziemy szczęśliwi

Czasami są takie filmy, po których nie spodziewamy się jakiś wielkich rzeczy. Uważamy, że pewnie będzie to zwykła obyczajówka, z elementami komedii albo odwrotnie. A potem wychodzimy z kina i nie możemy dojść do siebie. Na "Jutro będziemy szczęśliwi" wybrałam się z przekonaniem, że skoro to francuski film to będziemy zanosić się śmiechem. Owszem, na początku tak było, jednak do czasu...


W filmie poznajemy Samuela (genialny Omar Sy), który niczym się nie przejmuje, żyje z dnia na dzień, jest nieodpowiedzialny, lubi imprezować i generalnie jego życie to ciągłe wakacje. Pewnego poranka, po niezłej imprezie, na jego jachcie, na którym pracuje, pojawia się Kristin (Clemence Poesy), która na rękach trzyma niemowlę. Sposobem podrzuca mu dziecko, a sama ucieka. Zdezorientowany Samuel postanawia udać się do Londynu, gdzie pracuje matka dziecka i ją odszukać. Jak się okaże to nie będzie takie proste. Mężczyzna skazany sam na siebie (no i nowo poznanego kumpla-geja) musi wychować dziecko. Przez osiem lat Samuel zapewnił dziewczynce takie życie, o jakim marzy większość ludzi, gdy nagle pewnego dnia, otrzymuje wiadomość, że do Londynu przyjeżdża matka dziewczynki i chce się z nią zobaczyć. Od tego momentu już nic nie będzie takie jak dotychczas.


Ten film jest tak naprawdę o tym, że nie liczy się kto spłodził czy urodził dziecko, ale najważniejszy jest ten kto wychował. Kto wspierał w trudnych chwilach, kochał, rozumiał, pomagał, układał do snu, bawił się czy po prostu był. Założę się, że nie tylko ja na sali w duchu wyzywałam matkę dziewczynki od najgorszych za to, że wróciła jak gdyby nigdy nic i jeszcze zaczęła się domagać, żeby wszystko nagle było jak w normalnej rodzinie. Nie dziwię się, że Samuel zachowywał się jak się zachowywał. Za to postępowanie matki dziewczynki sprawiało, że gotowałam się w środku. 


Oprócz tego główny bohater pokazał, że czasami trzeba nagle zmienić się z dnia na dzień i zapewnić niewinnej i bezbronnej istocie wszystko czego potrzebuje. Udowodnił, że dla swojego dziecka jest w stanie zrobić wszystko, nawet oszukać ją dla jej własnego dobra, byle tylko mogła żyć w spokoju i poniekąd w bajkowym, beztroskim świecie. Jak się potem okaże, nie robi nic dla byle fanaberii tylko jest w tym większy cel. 


Oczywiście w filmie jest kilka niedociągnięć jak np. opuszczanie szkoły przez dziewczynkę (w Anglii z tego co wiem jest to bardzo pilnowane i gdyby naprawdę miała taka sytuacja to już na głowie mieli by opiekę społeczną) czy też że bohater przez 8 lat nie mógł się nauczyć ani słowa po angielsku. No dobra, znam takie przypadki, no ale żeby chociaż podstaw? Nie mówię o załatwianiu czegoś w banku, ale normalna, codzienna międzyludzka interakcja. Jednak to wszystko się wybacza, bo film jest tak pięknie opakowany i zbudowany, że wierzy się w bajkę jaką otrzymujemy. A kto by nie chciał żyć w bajce?


Zakończenie filmu było tak zaskakujące, że przez ostatnie piętnaście minut powstrzymywałam się od płaczu, ale jak usłyszałam, że koleżanka z fotela obok zaczyna ryczeć, to już puściłam hamulce i nie mogłam się uspokoić. Co zabawne, jak tylko zapaliły się światła na sali, było słychać dookoła otwieranie paczek chusteczek i pociągania nosami. Jestem święcie przekonana, że połowa widzów wychodziła równie zapłakana z kina co ja. Ale czasem potrzebne są takie filmy. Potrzebujemy usłyszeć/zobaczyć/zrozumieć pewne rzeczy. A takie filmy bardzo są pomocne w tej kwestii. Jeśli macie okazje to zobaczcie tę produkcję, bo naprawdę warto!