poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Morderstwo na klifie i grumpy detektyw, czyli Broadchurch

Znacie to uczucie, gdy z nudów albo w celu wypróbowania nowej strony (czytaj Netflix) włączacie serial, który wyświetla się w proponowanych i po pierwszym odcinku wpadacie po uszy do tego stopnia, że zarywacie noce? Oj tak, przeżyłam to ostatnio i nawet tego nie żałuję. "Broadchurch" było moim królikiem doświadczalnym na Netflixie i jestem zachwycona, że trafiłam na tą produkcję. Poza tym, że dostarczył mi doskonałej rozrywki, to jeszcze przyniósł mi nowe trofeum na mojej fangirlowej półeczce. Mam tu na myśli oczywiście Davida Tennanta (tak, tak, kolejny, który zrujnował mi życie).


Obejrzenie dwóch pierwszych sezonów zajęło mi trzy wieczory (a właściwie noce). A potem się okazało, że tydzień później premierę miał trzeci sezon i byłam skazana na co tygodniowe męki jakimi jest czekanie na kolejny odcinek. Wiecie, to ten rodzaj serialu, gdzie odcinek zawsze kończy się w takim miejscu, że ma się ochotę zabić twórców, że mają czelność coś takiego robić. Jednak jakoś potrafiłam im to wybaczyć, bo to co dostawałam podczas 45-minutowego seansu było warte wszystkiego. 


Sezon 1

W pierwszym sezonie poznajemy Aleca Hardy'ego (David Tennant), który przybywa do niewielkiego miasteczka Broadchurch, by rozwiązać sprawę zabójstwa 11-letniego chłopca. Przy okazji dowiadujemy się, że zgarnął sprzed nosa posadę miejscowej policjantce Ellie Miller (Olivia Colman), która po powrocie z urlopu miała otrzymać awans. Początki ich znajomości nie należą do najłatwiejszych. On jest zrzędliwym, ponurym gliniarzem, który wszędzie widzi podejrzanych, a wszyscy widzą w nim dupka. Ona to typowa "mamuśka", która wszystkich traktuje przyjaźnie i nie może pogodzić się z tym, że to w jej miasteczku doszło do tak okropnego czynu. I jak tych dwoje może ze sobą współpracować? No cóż, przeciwieństwa się przyciągają. 



Jeśli chodzi o samą sprawę, czyli zabójstwo, to nie ukrywam, że to chyba jedna z lepszych spraw i rozwiązanie jej jakie kiedykolwiek wymyślono. Chociaż ja jako już spaczony człowiek serialami, zorientowałam się kto zabił na przełomie piątego i szóstego odcinka, to w sumie dla laika w tym gatunku rozwiązanie sprawy może być wielkim szokiem. Po prostu geniusz to wymyślił. Jak to Hardy powtarzał od pierwszego odcinka: "Nie ufaj nikomu". Nie chcę za dużo zdradzać, bo to naprawdę warty obejrzenia serial, ale mogę powiedzieć, że lista podejrzanych do najkrótszej nie należy, a w pewnym momencie wszyscy zaczęli wpadać w taki obłęd, że każdy podejrzewał każdego. I jeśli chodzi o pierwszy sezon to polecam także książkę, która została napisana na podstawie właśnie pierwszego sezonu. Czyta się ją bardzo szybko (tak, kupiłam i przeczytałam), a dzięki opisom zostało przekazane to czego w serialu bohaterowie nie mówili. 



Sezon 2

W drugim sezonie mamy pokazany proces zabójcy. Oczywiście nic nie jest takie łatwe jakby mogło się wydawać i zabawa musi trwać. Równocześnie z procesem mamy nawiązanie do przeszłości Hardy'ego. Bo jak wiadomo, każdy szanujący się serial o policjantach/detektywach/lekarzach, musi mieć bohatera/bohaterów, którzy mają swoje mroczne tajemnice, ukrytą przeszłość i problemy, przed którymi uciekają. Naturalnie tym razem nie jest inaczej. Do Broadchurch trafił, ponieważ nie wyszło mu z poprzednią sprawą i musiał gdzieś uciec. Ale przeszłość wraca i musi stawić jej czoła. Będzie mu to wychodziło raz lepiej, a raz gorzej, ale przynajmniej pewne rzeczy zostaną wyjaśnione. 


Wracając jeszcze do procesu, to zabawne, ale część oskarżeń jakie padła były niesamowicie absurdalne. Do tego proces obnażył wiele tajemnic i zadawano bardzo niewygodne pytania. Genialnie pokazali psychikę bohaterów i to, kto z nich jest najsilniejszy. Bo jak wiadomo, najsilniejsi przetrwają. A może to tylko pozory? W każdym razie brytyjskie prawo funkcjonuje trochę inaczej niż u nas i tam o wyroku decyduje ława przysięgłych. A jak wiadomo, bardzo często to zwyczajni ludzie, którzy nie mają doświadczenia w sprawach karnych. Mówi się, że są bezstronni i kierują się tylko tym co otrzymają podczas rozpraw. Niezupełnie się z tym zgadzam, no ale cóż, to tylko serial w tym przypadku.


Sezon 3

W sezonie trzecim mamy pewien przeskok w czasie, proces został już dawno zamknięty, każdy żyje swoim życiem i... wraca Alec. I to nie sam. Pojawia się także kolejna sprawa. Tym razem nie jest to morderstwo, a gwałt. Momentami wydawało mi się to gorsze niż poprzednia sprawa. Mogę zdradzić, że przy ostatnim odcinku, gdy złapali sprawcę i go przesłuchiwali rozbiło mi się niedobrze i miałam ochotę wejść tam do serialu i zrobić mu krzywdę. Zresztą nie tylko ja... 


Trzeci sezon rozwija bardziej wątki spraw osobistych naszych głównych bohaterów. Dzieci dorastają, sprawiają coraz większe problemy i ładują się w okropne kłopoty. Niektórzy próbują ułożyć sobie życie w dziwny sposób, a inni staczają się na dno nie widząc dla siebie nadziei. Ktoś mógłby powiedzieć, że trzeci sezon jest zrobiony trochę na siłę, byle tylko jakoś domknąć nierozwiązane wątki. To nieprawda. Tego serialu po prostu chce się więcej i więcej. To smutne, że ten sezon był ostatni, ale mimo wszystko w głębi mojego fangirlowego serduszka wierzę, że może kiedyś powstanie ten czwarty sezon (i pięć kolejnych).



Oprócz tego, że ten serial dostarczył niesamowitych emocji związanych ze sprawami to jeszcze sprezentował najcudowniejszy bromance jaki w życiu widziałam. Ellie i Alec to mistrzostwo świata. Od nienawiści do przyjaźni. Może nie takiej oczywistej i prostej, ale widać, że to coś wyjątkowego. Co ciekawe fandom jest podzielony, bo część uważa, że oni powinni być parą, a część, że jednak nie. Naturalnie jestem w tej drugiej grupie, bo ja ich sobie razem po prostu nie wyobrażam. Zresztą sami zainteresowani uważają, że to by było dziwne (polecam obejrzeć jeden z odcinków Grahama Nortona z nimi). Chociaż odczuwam wielkie rozczarowanie, że z racji wielokrotnych okazji Alec nigdy nie przytulił Ellie (nie sugerujcie się tym gifem tam gdzieś u góry). A MÓGŁ TO ZROBIĆ! I nie chodzi tu o żadną relację romantyczną tylko po prostu po przyjacielsku. Wiecie, taki ludzki odruch, ale nie, bo to przecież grumpy cat... Ale wydaję mi się, że też trochę w tym winy Ellie. Zresztą każdy powinien ocenić sam, jak już obejrzy. 


Ale na przestrzeni trzech sezonów widać kolosalną różnicę w zmianie naszej uroczej pary detektywów. Ellie stała się policjantką z krwi i kości z naczelną dewizą "nie ufaj nikomu" (tak, tak, nauczyła się czegoś od Hardy'ego), poświęciła się pracy i nauczyła się rządzić Aleckiem. Z kolei on zrobił się trochę delikatniejszy, ale nadal w nim pełno sarkazmu i złośliwości. Do tego dopadły go pewne obowiązki, którym musiał stawić czoło i nie miał wyjścia, ale musiał się radzić w tej sprawie Ellie. To naprawdę uroczę, że oni tak doskonale się uzupełniają (są chyba nawet lepsi niż Sherlock i Watson xD ). 


Na pewno ten serial by nie był taki jaki jest, gdyby nie pewna rzecz: akcent, z jakim mówi Alec. Jakby ktoś nie wiedział to Tennant jest Szkotem i tutaj zdecydowanie to wykorzystano, nawet Ellie mu to kiedyś wypominała. On tu tak zabawnie fafluni, że niestety, ale bez napisów to ja go nie rozumiem. Trzy najzabawniejsze słowa jakie mówi z tym swoim uroczym akcentem to: Milla (Miller), bladi (bloody - w połączeniu z Twitterem otrzymujemy: bladi Tłita) oraz szori (sorry). Tak czy inaczej mogę go słuchać godzinami. Cóż, tak już mam...


W tym roku postanowiłam sobie, że będę sobie robić wycieczki szlakiem moich ulubionych seriali i "Broadchurch" ma to szczęście, że znalazło się na mojej mapie. To miasteczko oczywiście nie istnieje, ale zdjęcia do plenerów kręcono w West Bay w Dorset. Jest tam naprawdę przepięknie i aż żal tam nie pojechać. Na moje szczęście będę niedaleko tego miejsca, więc nie odpuszczę i pojadę, choćby miał być tam huragan czy inne tsunami. Muszę, po prostu muszę.



No i oczywiście jak to ja i moja obsesja, nie mogło się nie obejść bez innych zarażonych. Dzięki mnie i mojemu ciągłemu gadaniu o "Broadchurch" trzy kolejne osoby zaczęły to oglądać. Jedna dzieli ze mną smutek, żal i rozpacz, że to już koniec i lubi rozdrapywać moje rany ciągłym przypominaniem mi, że to już koniec. Dlatego jedyną nadzieją dla mnie jest ponowne obejrzenie tego. Ja z całego serduszka gorąco polecam. Chciałam napisać tutaj trochę więcej, ale nie chcę robić spoilerów, bo może ktoś się skusi na oglądanie. Jedyne co napiszę to OGLĄDAJCIE! xD



BONUS:

(nie, nie łudźcie się, nie zrobi tego) 

środa, 12 kwietnia 2017

Zbrodnia to niesłychana, mąż chce zabić żonę i wzywa rosyjskiego mordercę, czyli Małżeńskie porachunki

Jak ja dawno nie byłam w kinie... Tak, ok. 3 tygodni to dużo. Wiecie, mówią, że teraz podobno jest martwy sezon i nic ciekawego nie grają. Jednak po sprawdzeniu repertuaru stwierdziłam, że w sumie można dać szansę duńskiej komedii "Małżeńskie porachunki". Liczyłam, że może coś mnie zaskoczy, a wyszło jak zwykle.

Ale żeby nie było, że bardzo narzekam to najpierw się pozachwycam zwiastunami. Oczywiście puścili "Strażników galaktyki" i za każdym razem, gdy na ekranie pojawiał się Baby Groot był jęk zachwytu i szybka kalkulacja ile dni zostało do premiery. Już nie mogę się doczekać. Zaintrygował mnie także zwiastun "Lady M.". Jak zobaczyłam, że to koprodukcja BBC to no wiadomo, wypadałoby zobaczyć. Jednak najbardziej chwycił mnie za serce trailer "Jutro będziemy szczęśliwi". To naprawdę będzie warto zobaczyć (rzućcie okiem na zwiastun!).

A teraz wracając do filmu. Mogłabym tak naprawdę wszystko napisać w jednym zdaniu i każdy by zadecydował czy chce to zobaczyć czy nie. Jednak tego nie zrobię i trochę się rozwinę, ale tylko trochę. W filmie poznajemy dwa małżeństwa: Iba i Gritt oraz Edwarda i Ingrid. Między nimi nie jest najlepiej, a to wszystko przez jedną sprawę: brak pożycia. Panie jakoś szczególnie nie widzą w tym problemu, natomiast panowie i owszem. Po grubo zakrapianym alkoholem wieczoru, Edward wynajmuje rosyjskiego płatnego mordercę Igora (w tej roli Marcin Dorociński), by ten zabił ich żony.


No cóż... Nie ukrywam, że poszłam do kina tylko i wyłącznie dla Dorocińskiego. Dopiero potem pomyślałam, że w sumie fajnie zobaczyć coś europejskiego, co może będzie lepsze od polskich produkcji. Dodatkowo wszyscy się zachwycali, że to taki super film, że w końcu coś innego no i polski akcent, bla, bla, bla. Niby komedia, a ja może śmiałam się tylko w dwóch, góra trzech momentach. Niektóre teksty czy sytuacje po prostu sprawiły, że czułam coś pomiędzy zażenowaniem, a ubogim żartem wujka Stefana na weselu, którego nie widziało się piętnaście lat. 


Standardowo stereotypy wysypywały w każdej scenie. Rosjanin to oczywiście alkoholik i płatny morderca i na pewno każdy tam taki jest. O Polakach mówili jak o nierobach, który tylko przyjeżdżają żerować i się lamić. Z niepełnoprawnego koniecznie trzeba się nabijać, a gej jak to gej, nadaje się tylko na tancerza. Do tego angielska babcia morderczyni, która zabije cię na sto sposobów bez mrugnięcia oka i jeszcze odwoła się do brytyjskiej lojalności. Może taki był zamysł, może miała to być forma żartu, z którego każdy miał się głośno śmiać, ale przyznam szczerze, że mnie to nie bawiło. 


Film tak naprawdę trochę ratuje Dorociński, który rzeczywiście idealnie pasuje do roli. No, może jest trochę za przystojny jak na Rosjanina. Jego dialogi były zabawne, czasem nawet pouczające no i akcent z jakim mówił - rozwalający. Fajnie, że polscy aktorzy trafiają do zagranicznych produkcji i ich role im wychodzą. Zresztą kto chociaż trochę śledzi karierę Dorocińskiego to wie, że zagrał w wielu produkcjach europejskich. 


Generalnie pieniądze na bilet do kina trochę zmarnowane, ale na szczęście były tanie wtorki, więc wielkiego płaczu nie ma. Jeśli ktoś lubi ciągłe rozmowy i żarty o nieudanym życiu erotycznym i docinki odnośnie stereotypów to proszę bardzo, będzie się świetnie bawił. A reszta niech poczeka na film w sieci  albo na DVD. Ewentualnie czekajcie dwa lata aż któraś z telewizji zdecyduje się to puścić. 


czwartek, 16 marca 2017

Sztuka opętania, czyli Jessica Jones

Przez bardzo długi okres zapierałam się raciczkami, kopytkami i wszystkimi moimi kończynami, że nie, nie ma opcji i nie będę oglądać seriali o komiksowych superbohaterach. Całkowicie wypierałam się produkcji Marvela, o DC już nawet nie wspominając. Ale nastał taki dzień w moim życiu, że postanowiłam to zmienić. Moim pierwszym obiektem stał się "Iron Fist", którego premiera dopiero przede mną (ale recenzje już nie są zbyt optymistyczne). Jednak ostatnio coś mi się stało w mózgu i moja fangirl upolowała sobie kolejny obiekt w postaci Davida Tennanta. Jak to ja mam w zwyczaju, każdą swoją ofiarę lustruję na Filmwebie i sprawdzam co mogę sobie obejrzeć z jego filmografii. A że słynę ze słabości do czarnych charakterów to nie było wyjścia, żeby nie obejrzeć "Jessici Jones", gdzie owy pan gra taką właśnie paskudę.


Serial opowiada o Jessice Jones (Krysten Ritter), która prowadzi swoje własne biuro detektywistyczne i dzięki swoim ponadprzeciętnym mocą jest w stanie poradzić sobie ze wszystkim zleceniami, które otrzymuje. Jednak, gdy otrzymuje kolejne zlecenie, wraz z nim pojawiają się demony przeszłości, a właściwie jeden - Kilgrave (David Tennant). Jessica wraz ze swoimi przyjaciółmi będzie próbowała dopaść swojego największego wroga i udowodnić mu, że już dawno stracił nad nią kontrolę.


Jessica Jones, jak to mają w zwyczaju superbohaterowie, jest sierotą, która trafiła pod opiekę okropnej kobiety, gdzie była traktowana jak piąte koło u wozu. Jedyne co zyskała dzięki tej badziewnej sytuacji to przyjaźń (a nawet siostrzaną miłość) nijakiej Trish "Patsy" Walker (Rachel Taylor), która jako nastolatka była idolką wszystkich młodych ludzi, a obecnie jest dziennikarką i pracuje w radio. Wie o całej sprawie z Kilgravem i za wszelką cenę stara się pomóc Jessice. Nie chcę za bardzo zdradzac, bo to po prostu warto obejrzeć.


Jessica Jones jest dość specyficzną postacią. Dużo pije, chodzi cały czas w tych samych ciuchach, zna ludzi spod ciemnej gwiazdy, wiele rzeczy wymusza siłą albo tzw. "jesteś mi to dłużny/dłużna", a do tego pije jak rasowy alkoholik. Serio, non stop. I to nie byle co. Whisky albo bourbon. Po mieszkaniu, które wygląda jak melina, po której przeszło tornado, walają się butelki i prędzej znajdzie się tam szkło ze złocistym trunkiem niż normalny mebel albo coś do jedzenia. Ale przecież takich bohaterów kochamy najbardziej. Skomplikowanych, pokręconych, o nieoczywistej urodzie. Jaka właśnie jest Jessica. A do tego nienawidzi jak coś jej się narzuca, jak musi na coś czekać i musi wyznawać swoje uczucia. 


Do tego otacza się dosyć specyficznymi ludźmi: znajomą prawnik-lesbijką, która często korzysta z pomocy Jessici, ciemnoskórego sąsiada narkomana czy zakochanego w niej po uszy ciamajdowatego sąsiada, który ma psychiczną siostrę bliźniaczkę. Co zabawne, jej przyjaciółka Trish także na swojej drodze spotyka niezbyt normalne osoby, m.in. matka-tyranka czy niskobudżetowy Chris Evans (uwielbiam porównania mojej kuzynki), który chce być jej chłopakiem, ale potem wychodzi jak zwykle. 


Produkcja stała się także furtką do wprowadzenia kolejnego bohatera z rodziny Universum - Luke'a Cage'a. Owszem, dostanie (właściwie już można to obejrzeć) swój własny serial, ale tutaj mamy okazję go poznać. Spotykę Jessicę w dość przypadkowy sposób, ale jak się potem okaże nic nie dzieje się bez powodu. Między nimi wytworzy się pewna więź, która zostanie wystawiona na ogromną próbę. Cage nie jest zwyczajnym człowiekiem, on również jest "zmutowany" i szczerze, zazdroszczę mu tej jego mocy. Gościu ma megatwardą skórę, której nie jest w stanie przebić nawet najostrzejszy nóż. Jest zabawna scena, gdy w szpitalu próbują pobrać mu krew, a wszystkie igły zginają się w pół. 


No i został jeszcze Kilgrave. Serio, gościu trafił na szczyt listy najlepszych złoczyńców. Loki przy nim to słodka cynamonowa bułeczka. Jego superokropna moc polega na tym, że to co powie ludziom oni po prostu robią. Powie, że mają się powiesić - robią to, powie, że mają wbić sobie nóż w serce - zrobią to, powie, że mają się nawzajem pozabijać - zrobią to. Ale zanim stał się okropną mendą, był po prostu zakochany w Jessice. Potrafił dać jej wszystko, byle tylko go kochała. Oczywiście wykorzystywał do tego swoje zdolności, jednak pewne wydarzenie sprawiło, że ona go porzuciła, a on zapragnął zemsty na niej. 


Naturalnie jak to przystało na czarny charakter, jak bardzo chce to jest czarujący (cóż, dziewczyny na niego leciały i wcale się nie dziwie, he, he), ma dar przekonywania czy ludzie tego chcą czy nie, no i ma doskonały styl. Och, te jego garnitury, koszule i skarpetki. Bardzo łatwo zauważyć, że jego ulubionym kolorem jest fioletowy, w którym mu do twarzy. Ale przecież mendowatość nie bierze się  powietrza. Wszystko ma swoje korzenie w dzieciństwie, które nie było kolorowe. Jak łatwo przypuścić pojawią się dwie wersje prawdy i dwie strony tego sporu, który obnaży psychopatyczną naturę Kilgrave'a. Aha i przy okazji, to nie jest jego prawdziwe imię. 


Ale żeby nie było, że się tylko zachwycam. Prawda jest taka, że cały serial polega na ciągłej pogoni Jessici za Kilgravem i Kilgrave'a za Jessicą. Pierwszy raz spotykają się bardzo szybko i oboje w tym momencie mają szansę na zabicie tego drugiego. Jednak jak wiadomo, serial się musi jakoś kręcić przez te trzynaście odcinków i nie mogą się już powybijać przy szóstym. Dlatego otrzymujemy tu kilka rozciągniętych sytuacji, trochę udawania, że jest dobrze i uroczo, a także mylne zagrywki odnośnie tego kto jest z kim i przeciwko komu. Momentami ci okropni bohaterowie okazują serce i są milutcy, a ci kochani pokazują rogi i stają się bestiami. Ale dzięki temu nie ma nudy i z odcinka na odcinek rośnie napięcie. Oczywiście można się domyślać jak się skończy cała zabawa. 


Bardzo się cieszę, że powstanie drugi sezon i jednocześnie ciekawi mnie co oni tam wymyślą i jaka będzie obsada. Pewne jest to, że powrócą trzy kluczowe żeńskie postacie. Tajemnicą też nie jest, że w komiksowej wersji Luke jest mężem Jessici, ale nie wiadomo czy w serialu to nastąpi. Pewne jest także to, że Jessica, Cage, Iron Fist i Daredevil pojawią się we wspólnym serialu "Defenders". Cóż, zapowiada się bardzo ciekawie i pozostaje cierpliwie czekać na to co otrzymamy. Ja serial gorąco polecam, choćby ze względu na genialne momenty, które można uchwycić w gifach. Tak, tak, kilka tu pozostawię:







P.S. Jutro lecę, pędzę do kina na Trainspotting 2. Zobaczymy co z tego będzie. Pierwszą, genialną część, oglądałam dawno temu, gdzieś na przełomie gimnazjum i liceum, książkę przeczytałam też gdzieś mniej więcej w tym czasie. Nie spodziewam się jakiegoś szaleństwa, ale wy spodziewajcie się wpisu.

P.S. 2. Zaspamiłam gifami, wiem. Ale uwielbiam te gify... 

piątek, 24 lutego 2017

Demony nie znikają, czyli Manchester by the sea

"Manchester by the sea" to ten film, którego dobrze się w domu nie ogląda. I nie chodzi mi tu o to, że jest nudny czy zbyt głupi. To raczej kwestia tego, że wymaga całkowitego skupienia. A w domu to wiadomo, a to kanapkę, a to po herbatę, a to do toalety, a to ktoś zadzwoni. Nie, on po prostu wymaga całkowitego poświęcenia, dlatego kino to najlepsze miejsce na seans. Tylko ty, ekran i własne emocje. No, może jeszcze emocje bohaterów.


W filmie poznajemy Lee (Casey Affleck), który wiedzie monotonne życie w Bostonie jako dozorca. Wrzuca śmieci, naprawia lokatorom drobne usterki w ich domach, odśnieża wejście, a w wolnych chwilach wieczorami wychodzi do baru na piwo, a jak mu się tam zbytnio nudzi to wszczyna bójki. Jednak wszystko się zmienia, gdy otrzymuje telefon od bliskiego przyjaciela jego brata z informacją, że ten po raz kolejny miał zawał, a gdy dociera do szpitala okazuje się, że brat już nie żyje. Na barki Lee spada obowiązek opieki nad młodym Patrickiem (Lucas Hedges). Panowie muszą się nauczyć wspólnie żyć i nie zawsze będzie im to wychodziło.


Wydawać by się mogło, że to poważny film o poważnej tematyce. Owszem, temat nie jest za wesoły, ale dialogi czy sytuacje, w których znajdują się bohaterowie są tak rozbrajające, że momentami cała sala wyła ze śmiechu. Łezka też się mogła zakręcić, szczególnie gdy poznajemy przeszłość Lee i to co doprowadziło go do tego kim teraz jest. A nie jest za kolorowo w jego życiu. Początkowo kiedy poznajemy go mogłoby się nam wydawać, że cierpi na coś w rodzaju autyzmu albo na jakiś brak przystosowania do społeczeństwa. Może się to wydawać trochę przerażające, że taki człowiek jest w miarę normalnie funkcjonuje, ale widocznie tak musi być i tak też jest.


Początkowo dziwiła mnie reakcja Patricka na to jak zniósł informację o śmierci ojca i jak przeżywał cały ten czas. Wydawać by się mogło, że nic go nie ruszyło, że skoro tak jest to niech tak będzie. Dopiero potem, gdy pewna codzienna sytuacja wywołała u niego atak paniki zdałam sobie sprawę, że każdy na zewnątrz potrafi być twardy tak długo jak tylko się da, ale w środku wszyscy są pokaleczeni tragedią i jedni pokażą to szybciej a inni później.


Fajnym punktem filmu jest to, że dzieje się on jakby na dwóch płaszczyznach. Niby mamy akcję dotyczącą śmierci brata Lee, ale pomiędzy to są wplatane retrospekcje z dawnych czasów, gdy m.in. Patrick był małym chłopcem, a Lee nie stał się tym kim jest obecnie. Wiążą się z tym wszystkim emocje, które nie są obojętne. Rozrywają, od początku do końca. Oprócz emocji istotną rolę gra cisza. Nie ma zbędnych dialogów, a bohaterowie nie muszą wszystkiego mówić. Wystarczy, że rozmowa zawiśnie, a oni wymienią się tylko spojrzeniami. To ten rodzaj wymiany uczuć, który wyraźnie pokazuje, że rozumiesz wszystko chociaż nie padło ani jedno słowo. 


Bardzo spodobał mi się wątek byłej żony głównego bohatera, Randi (Michelle Williams). Została ona przedstawiona w retrospekcjach jako żona Lee, a w czasie teraźniejszym już jako jego była. Wydarzenie, które sprawiło, że oboje się zmienili, wyryło w nich ogromne piętno, które nie musiało nawet zostać nazwane. Wystarczy, że spojrzeli na siebie i było wiadomo, że coś w nich umarło i już nigdy tego nie odzyskają. W "Manchester..." potwierdzono poniekąd tezę, że kobiety zawsze się podniosą po ogromnej traumie i jakoś będą próbowały żyć, budować szczęście na nowo. Niesamowitym plusem było też to, że mimo iż rozeszli się to Randi bijąc się z myślami przyznała się byłemu mężowi, że nadal go kocha i przeprasza go za to wszystko co mu kiedyś mówiła. Nie ma w niej nienawiści jak to zazwyczaj jest. Raczej bohaterka cierpi, ale nie wini nikogo za swoją mękę.


Film fantastyczny. Warty obejrzenia i będę trzymać kciuki na Oscarach, żeby im się udało zdobyć jak najwięcej statuetek. Zdecydowanie mój faworyt, który zostanie ze mną na długo, bo jest to produkcja, która pokazuje, że każdy ma jakieś demony przeszłości i bardzo często nie potrafi sobie z nimi poradzić i nie jest w stanie ich przeskoczyć. Jesteśmy tylko ludźmi, a nie cyborgami, które są w stanie o wszystkim po prostu zapomnieć. 


sobota, 18 lutego 2017

Pan mnie nie fascynuje, panie Grey... Po raz drugi

Dwa lata temu oglądałam "Pięćdziesiąt twarzy Grey'a" o czym możecie przeczytać TUTAJ . Nie śmiejcie się z ziemniakowatości tamtego wpisu, bo to było dawno temu, a ja jeszcze nie do końca umiałam pisać. Dobra, dobra, już się nie tłumaczę. Na pójście na "Ciemniejszą stronę Grey'a" byłam namawiana od października co najmniej. Najpierw się zapierałam, że nie pójdę, a potem powiedziałam, że ewentualnie, jeśli dostanę bilet i butelkę wina. Owszem bilet dostałam, a zamiast wina było piwo i popcorn, który bardzo uratował mi życie.

Nie bardzo wiem na czym mam się skupić w tym wpisie, więc jak wyjdzie chaotycznie to wybaczcie, ale ten film po prostu sprawił, że straciłam wiarę w instytucję "aktor" i "reżyser". Dakota Johnson jest drewniana w swojej grze i to wiem nie od dzisiaj, bo ona dla mnie w każdym filmie pokazuje to samo, ale w Jamiego Dornana trochę wierzyłam, tym bardziej, że podobno (bo jeszcze nie oglądałam i nie sprawdziłam) zagrał rewelacyjnie psychopatycznego mordercę w serialu "The Fall" produkcji BBC. BBC, ludzie, więc to byle co nie jest. Wiara wiarą, ale cóż, w drugiej części jego Grey to po prostu ciapa nie facet. Słodko-pierdząca bułeczka, która jak się uśmiechała to wyglądała jak mała słodziuchna przytulanka. W głębi duszy nawet na czarny charakter liczyłam, pana Hyde'a (Eric Johnson) a wyszło jak zwykle. Może się chłopina rozwinie w ostatniej części. Za to zabłysnęłam, że na dziesięć minut przed końcem skapnęłam się, która to Rita Ora. Znam ją tylko stąd, że podobno miała romans z Jay'em-Z i zagrała w reklamie Samsunga Galaxy S7 z szybkim ładowaniem. Wiem, wiem, jestem lamusem. Jeśli chodzi o reżyserię to po prostu kończyny opadają, bo jak ten film może wyreżyserować ta sama osoba co robiła m.in. "House of cards", "Hannibala" czy "Miasteczko Twin Peaks"? Nie mam pytań to nie pytam. (Pan reżyser to James Foley)


Nie wiem czy w ogóle jest sens pisać o czym była ta część Grey'a. No dobra, generalnie to Ana wróciła do Kriszcziana (he, he, he). I to by było na tyle. Serio. Bezsensowne rozmowy, oni niby tu radośni, kiss kiss, love love, bang bang. I tak w kółko. Ona zaczęła nową pracę, on wykupił tą firmę i stał się szefem jej szefa. Do tego ciągle ją kontrolował, bez jego pozwolenia nigdzie nie mogła jechać no i generalnie tam gdzie on tam i ona. Jak to usłyszałam w jednej recenzji, że gdyby wyciąć ostatnie dziesięć minut "Ciemniejszej..." i wkleić je do "Pięćdziesięciu..." to mogłoby się obejść bez tej części. No ale hajs się musi zgadzać.


Za to ścieżka dźwiękowa z tej części podobała mi się bardziej. Coś w sobie miała takiego bardziej pasującego. Jednak muzyka w tym filmie też mnie potrafiła zaskoczyć. A właściwie piosenka, której się tam ZUPEŁNIE nie spodziewałam. Mianowicie jest sobie scena: Ana budzi się, szuka Kriszcziana, odnajduje go w pokoju, gdzie ten podciąga się na drążku, a w tle leci co? "So lonely" The Police. Moja mina - bezcenna. Nie dość, że przez pół filmu siedziałam z miną WTF to tu miałam potrójne WTF, potem zaczęłam się śmiać, a na końcu bujać się w fotelu do rytmu. To taka piękna piosenka, jedna z moich ulubionych, a oni to tak sponiewierali. Mam nadzieję, że Sting za prawo wykorzystania utworu w filmie zgarnął grube pieniądze.


Jeśli chodzi o śmieszkowanie w moim wykonaniu. To jak wiecie ze zdania powyżej, pół filmu miałam WTF, a drugie pół śmiałam się. Autentycznie, dopadały mnie ataki śmiechu i dzięki temu, że miałam popcorn na swoich kolanach od pewnego momentu filmu i mogłam go jeść, to nie wyszłam na debila i nie wyłam w niebogłosy. Dwa najbardziej epickie momenty, gdzie mój towarzysz tej wycieczki myślał, że zejdę tam jak siedzę to:

1. Grey oświadcza się Anie. Pac, na kolana, mina z serii "proszę, proszę, kochaj mnie, nie mogę bez ciebie żyć" i smutne oczy psa bez miłości. Myślałam, że tam nie wyrobię. To było tak sztuczne, tak płaskie, że aż zaczęłam się zastanawiać czy oni odgrywając tą scenę nie czuli się zażenowani.

2. Grey ulega wypadkowi, jego śmigłowiec się rozbija, cała rodzina i znajomi siedzą z Aną u niego w apartamencie, zalewają się łzami, pani z TV mówi, że nie wiadomo co się z nimi dzieję, trzydzieści sekund później ta sama pani mówi, że pan Grey jest w drodze do Seattle, a on w tym samym czasie, trochę brudny wysiada z windy w swojej chałupie i tadam! żyje. Nic mu nie jest poza tym, że ma trochę kurzu na twarzy. No ludzie! Epickość tej sceny - level master. Tak, mało nie spadłam z fotela ze śmiechu.

A wracając jeszcze do sceny z oświadczynami, to gdy Grey się oświadczał, jakiś pan z przodu sali, na cały głos wyjechał z tekstem w stylu: "bez jaj, serio?!". Pół sali ryknęło śmiechem.


Film wybitny nie jest. Naprawdę. Możecie iść dla beki, pośmiać się, ale nic więcej. Nie marnujcie kasy. Jakby co to poczekajcie, aż będzie w Internetach. A ja się po filmie dowiedziałam, że czy chcę czy nie chcę to i tak idę na trzecią cześć. Już się nastawiam na to psychicznie i obiecuję, że jakoś to zniosę. 


P.S. Po napisach był ukryty trailer trzeciej części, połowa cebulaków wyszła z kina jeszcze zanim zapalili światło (włączyli je dopiero po owym zwiastunie). Czy to tak trudno zrozumieć, że jeśli jeszcze nie ma światła na sali to oznacza, że film się jeszcze nie skończył i coś tam będzie? #DziękiMarvelZaNauczenieMnieŻeSięCzekaNaUkryteSceny 

niedziela, 12 lutego 2017

Mrożony jogurt to jest to, czyli The Good Place

Czasem są takie seriale, których w ogóle człowiek nie planuje oglądać. Coś tam gdzieś o nich słyszał, ale stwierdził, że nie, że po co, że są inne, że skoro nikt nic o nich głośno nie mówi to może nie warto. A potem gdy dostaje się taką produkcje w swoje ręce człowiek żałuje, że nie zwrócił na nią wcześniej uwagi. Mam tu na myśli serial "The Good Place", który w ostatnim czasie sprawił, że uwierzyłam iż jakiś serial jest jeszcze w stanie mnie zaskoczyć.

Byłam ostatnio u mojej kuzynki i jak powszechnie wiadomo (albo i nie) za każdym razem, gdy do niej jadę wracam z jakimś nowym serialem. Tak też było i tym razem. Powiedziała, że fajne, lekkie i przyjemne, a do tego zaskakujące. I miała rację. Dodatkowo niezmiernie cieszy mnie fakt, że serial dostał zielone światło dla drugiego sezonu, ale patrząc po zakończeniu nie mogło być innej opcji.


"The Good Place" opowiada o Eleanor (Kristen Bell), która ginie w wypadku i w związku z tym trafia do owego The Good Place, w którym wszyscy po śmierci są szczęśliwi, jedzą mrożony jogurt, mają swoją idealnie dopasowaną bratnią duszę i generalnie niczym się nie przejmują. Trafiają tam tylko porządni i dobrzy ludzie, ale po pewnym czasie nasza bohaterka orientuje się, że nie powinna tu być, a w zamian za to powinna znaleźć się w The Bad Place. Nie chce jednak do niczego się przyznawać i stara się dopasować do otoczenia. Jednak seria niefortunnych wypadków sprawia, że kłopoty tylko rosną.


Główna bohaterka nie jest typowym dobrym człowiekiem. Podczas swojego ziemskiego życia robiła naprawdę złe rzeczy. Jednak trafiając do The Good Place, dzięki swojej bratniej duszy Chidiemu (William Jackson Harper) pragnie stać się dobrą osobą, dzięki czemu zaczyna poznawać filozofię i etykę. Ale nie tylko główna bohaterka ma swoje za uszami, bo po drodze okazuje się, że nie jest ona jedynym błędem w mieście. 

Ale nie mogę pominąć jeszcze jednego bohatera, a właściwie bohaterki. W The Good Place funkcjonuje wszechwiedzący robot Janet (D'Arcy Carden), która jest na każde zawołanie wszystkich, posiada ogromną wiedzę i nie ma żadnych uczuć. Jednak do czasu...


Widać, że produkcja to czysta komedia. Już po scenografii i otoczeniu widać, że wszystko jest przerysowane. Ale jednocześnie jest to tak urocze, że ciężko przejść obok serialu obojętnie. 12 odcinków (z czego pierwszy i ostatni jest czterdziestominutowy, a pozostałe mają po ok dwadzieścia jeden minut) pochłonęłam w dwa dni, bo pewne obowiązki wzywały, ale poza tym nie mogłam się powstrzymać by włączyć kolejny i kolejny. Aż było szkoda, że pierwszy sezon ma tak mało odcinków. Jednak wierzę, że drugi sezon nie utraci tego ciepłego uroku i poziom się utrzyma. 


Nic tylko zakopać się pod kocem/kołdrą, zrobić sobie kakałko albo herbatę i dać się porwać w kolorowy i przyjemny świat, który z każdym kolejnym odcinkiem funduje doskonałą zabawę i nowe zaskoczenia. Do tego polubiłam Kristen Bell i doceniłam jej umiejętność śmiania się z samej siebie, bo ta rola tego od niej wymaga. Jak najbardziej na plus i hop, hop, zapraszam przed ekrany! 

wtorek, 7 lutego 2017

Dziennikarstwo śledcze po polsku, czyli Pakt

Tak się zbierałam, zbierałam i zebrać nie mogłam, ale w końcu się udało. To, że mamy dobrych aktorów to już wiadomo jakiś czas temu. Ale mam na myśli aktorów, takich z prawdziwego zdarzenia, a nie z przypadku. Więc skoro mamy tych aktorów to i przydałoby się ich umieścić w jakiejś dobrej produkcji. I w końcu się udało. "Pakt" to taki serial, który się albo kocha albo nienawidzi. Albo siadasz jednego wieczoru i pochłaniasz za jednym razem cały sezon albo obejrzysz odcinek i stwierdzisz: "nie, beznadzieja". Cóż, nie spotkałam się z żadnymi negatywnymi komentarzami poza jednym: "za dużo przekleństw i seksu". Serio? Przecież nie oszukujmy się, że ludzie na co dzień tak funkcjonują.


Póki co twórcy wypuścili dwa sezony, po sześć odcinków każdy. Nie ukrywam, że liczę na kolejne odcinki, bo to naprawdę bardzo dobrze się ogląda. Nie jest to pusty serial, który może sobie lecieć w tle. Tutaj trzeba trochę pomyśleć. Zastanowić się kto, gdzie, z kim i dlaczego. 

Sezon 1

W pierwszym sezonie poznajemy dziennikarza śledczego Piotra Grodeckiego (Marcin Dorociński), który tworzy materiał dotyczący korupcji w wielkiej firmie. Jak się potem okazuje, cała sprawa dotyczy jego brata, Daniela (Jacek Poniedziałek). Cała sprawa zaczyna się komplikować, giną kolejni ludzie, a nasz główny bohater nie ma pojęcia w co wdepnął. Do tego na światło dzienne zaczynają wychodzić rodzinne tajemnice i nikt nie jest już bezpieczny. 


Pierwszy sezon jest naprawdę dobrym thrillerem, podczas którego podążamy za różnymi tropami, staramy się spojrzeć na wszystkie wskazówki pod różnymi kątami. Podobno "Pakt" jest wzorowany na jednej ze skandynawskich produkcji. Szczerzę przyznaję, że nie nie oglądałam "Układu", ale może powinnam nadrobić. Chociażby ze względu na to, by zobaczyć komu sprawa wyszła mroczniej. 


Obejrzenie pierwszego sezonu zajęło mi jeden wieczór. Właściwie nam, bo oglądałam z rodzicami i muszę powiedzieć, że zaczynam doceniać wspólne oglądanie, bo to takie fajne, gdy możesz podyskutować na temat tego co może się wydarzyć, a potem się okazuje, że jednak źle myślałaś i to nie do końca jest to. Śmieszną rzeczą w tym serialu jest to, że gdzie by się nie pojawił Grodecki, bo poszedł z kimś rozmawiać od danej sprawie czy kwestii to ta osoba na pewno zginie. Jeśli sama się nie zabije to ktoś inny to dla niej zrobi. W pewnym momencie już nawet rozmawialiśmy podczas oglądania, że ten czy tamten zaraz zginie i potem niespodzianka, umarło mu się. 


Co ciekawe rozwiązanie całej zagadki z pierwszego sezonu było trochę łatwiejsze do zrozumienia niż to z drugiego. Ale z drugiej strony wiele kwestii nie zostało wyjaśnionych, co mogło sprawiać wrażenie, że twórcy po prostu zapomnieli o kilku istotnych rzeczach, które w rzeczywistości nie uszłyby głównemu bohaterowi na sucho. Miałam też problem ze śmiercią jednego bohatera, a wcześniej z jego zachowaniem. Trochę to było tak dziwnie zbudowane, bo ani nie wyjaśniono dlaczego taki jest i tak się zachowuje, ani dlaczego znalazł się w tym miejscu, w którym się znalazł. Zresztą sam Grodecki przyznał, że to było zupełnie bez sensu i nie powinno tak wyglądać. 


Sezon 2

Złośliwi (albo i nie) mogliby powiedzieć, że drugi sezon to takie polskie "House of cards". Drugi sezon miał jakieś kiełkowanie już w pierwszej transzy. Trochę się nie spodziewałam, że to pójdzie w stronę polityki i z detektywistycznej produkcji przekształci się to intrygę polityczną. Z jednej strony wyszło to na dobre, ale osobiście uważam, że pierwszy sezon był lepszy. 


W drugim sezonie twórcy przedstawili to, co się może wydarzyć przed wyborami, a w szczególności, gdy na scenę wchodzi nowa partia. Może i byłoby to w jakiś sposób śmieszne, gdyby nie fakt, że takie rzeczy naprawdę się dzieją. No, może w naszej Cebulandii nie na taką skalę, ale zawsze jakieś afery wyjdą na jaw. Bardzo dobrze przedstawiono, że polityka to brudny sport i trzeba mieć twarde łokcie i giętki kark, a także mocną psychikę, bo ludzie jeśli potrafią to mogą komuś w łatwy sposób zniszczyć życie za równo publiczne jak i osobiste. 


Prawda jest taka, że dopóki ktoś trzyma władzę to może wszystko i pociąga za każdy sznurek, nawet ten niewidzialny. A ci co chcą się dostać na sam szczyt mogą być zepchnięci za pomocą niewielkiego wiaterku. Do tego ręka rękę myje i mamy mieszankę wybuchową, w której zaczynamy się gubić. W drugim sezonie miałam ogromny problem, żeby zrozumieć kto za wszystkim stał i toczyłam dyskusje zarówno z rodzicami jaki i ze współlokatorkami (tak, tak, wszystkich wciągam w seriale... jeszcze ktoś chętny?). 


Zarówno w pierwszym jak i w drugim sezonie ludzie od castingu się bardzo postarali. Zaczynając od samego Dorocińskiego w głównej roli (moja współlokatorki stwierdziły, że w tym domu to się go bardzo szanuje i to nie jest, że byle jaki dziennikarz w serialu, to po prostu Dorociński). Ja Dorocińskiego bardzo lubię i szanuję, do tego stopnia, że nawet potrafi mi się w nocy śnić. a tak poważnie to poza Szycem, którego nie toleruję, każdy idealnie pasował do swojej roli i głęboko wierzę, że z każdym kolejnym polskim serialem będzie równie dobrze jak z "Paktem". 


Trzymam kciuki za powstanie trzeciego sezonu i mam nadzieję, że poziom nie poleci na łeb na szyję. Szkoda by było, gdyby potencjał i prym dwóch poprzednich sezonów został zmarnowany. 

P.S. Wpis jest ze specjalnymi pozdrowieniami dla mojej koleżanki Marty, która terroryzowała mnie o niego już od dłuższego czasu :)