wtorek, 9 maja 2017

Każdy jest inny, ale razem tworzymy rodzinę, czyli Strażnicy Galaktyki 2

Och, jak ja długo czekałam na drugą część "Strażników Galaktyki". Właściwie to odkąd zobaczyłam pierwszą odsłonę. No bo moje serce skradł Groot i nic na to nie poradzę, że potrzeba mi było więcej tego małego, słodkiego pieńka. Na szczęście dostałam wszystko co chciałam i byłam przeszczęśliwa.


Wiele osób krytykuje drugą część. Że nudne, że bez sensu, że gdyby to nie powstało to i tak by nic się nie zmieniło. Kurczę, a ja właśnie uważam, że druga część jest o wiele lepsza od pierwszej. Owszem w pierwszej części było więcej akcji, ale druga miała lepsze żarty i dialogi. Czasami nawet człowiek miał wrażenie, że niektóre nie powinni w filmie się pojawić, bo przecież młodsi widzowie też zobaczą tą produkcję. W każdym razie bawiłam się przednio. W sumie dawno nie śmiałam się tak bardzo na marvelowskim filmie i stwierdzam, że to jedna z najlepszych produkcji jaka im wyszła. Może dlatego, że tak bardzo kocham muzykę lat 80.


W tej części zdecydowanie nie chodziło o to, żeby rozpętać jakąś wielką wojnę. Owszem, była walka, ale tutaj twórcy skupili się na czymś innym. Na instytucji jaką jest rodzina, w każdym znaczeniu tego słowa. Czy to ta biologiczna czy, też ta z którą krew nas nie łączy. Po prostu liczy się to, że niektórzy ludzie zawsze z nami zostaną i zrobią dla nas wszystko. Co ciekawe, każdy z bohaterów okazywał swoje uczucia w zupełnie inny sposób. Niby zgryźliwość, docinki, ale jak przyjdzie co do czego, to są w stanie dla siebie nawzajem zabić.


Największa przemiana zaszła chyba w Rockecie, który w końcu odkrył kim tak naprawdę jest i zrozumiał (dzięki innemu bohaterowi), że niektóre sytuacje sprawiają, że stajemy się podobni do innych, a nie zawsze to jest dobre. Przez to w drugiej części bardziej polubiłam Rocketa, chociaż oczywiście nie brakowało mu tego specyficznego poczucia humoru. Szczególnie jedna scena mnie rozbroiła, ale to pewnie każdy kto obejrzał/obejrzy, będzie wiedział co mam na myśli. W dwójce nabrałam też uwielbienia dla Draxa. No się chłopak wyrobił. Jego śmiech, żarty i teksty do Mantis. Po prostu uwielbiam go. Jednak mam nadzieję, że w następnej części (o ile taka powstanie) będzie więcej nawiązań do jego przeszłości. 


W tej części także nie było oczywiste kto jest czarnym charakterem. Wiadomo, że jak pojawił się nagle ojciec Star Lorda to nie było szans, że będzie miłym, starszym panem, tylko jakąś mendą. Do tego była jeszcze Nebula i Yondu, który no cóż, jak wiadomo z jedynki, milutcy nie byli. Tutaj wszystko jest przewrotne i nie można wierzyć nikomu. No dobra, tylko Grootowi. 


Właśnie, no dobra... Prawda jest taka, że w 70% chciałam iść na ten film tylko dla Groota. Już początek filmu należał do niego, a potem było już tylko lepiej. Jego "I am Groot" wyraża więcej niż tysiąc słów i niezależnie czy w danym momencie jest zły, płacze czy się śmieje to i tak się go kocha najbardziej na świecie. Jest to zdecydowanie mój ulubiony bohater Marvela (sorry, chłopaki z mojego top 5, ale to Drzewko jest bardzo, bardzo przed wami xD ). Zresztą powinien świadczyć o tym fakt, że połowa mojej garderoby to koszulki z nim. Cóż, to nie ty wybierasz fandom, to fandom wybiera ciebie. 


I tak najlepszą rzeczą z całego flmu jest soundtrack. Jeśli nie lubisz takiej muzyki to ci się nie spodoba, ale jeśli wiesz z czym to się je, to będziesz zachwycony. Za każdym razem bujałam się w fotelu i sobie trochę śpiewałam (ale tak, żeby nikt nie słyszał). W każdym razie polecam przesłuchać na Spotify, zarówno muzykę z pierwszej, jak i drugiej części. Uczta dla uszu.


No i nie mogę zapomnieć o czymś co charakteryzuje filmy Marvela - sceny na napisach końcowych. Ach, ach, ach, otrzymaliśmy aż cztery piękne fragmenty w tym (SPOILER!) nastoletniego Groota, który miał bałagan w pokoju, grał na tablecie i przedrzeźniał Star Lorda. Takie to bardzo współczesne. A żeby tego było mało to przed chwilą otrzymałam zdjęcie popsa Groota jako nastolatka. Czyli chyba zbankrutuję. 


Jeśli komuś podobała się pierwsza część to zdecydowanie powinien się wybrać do kina na dwójkę. Muzyka, humor i Groot (wiem, przyczepiłam się do niego) robią cały klimat. Polecam, polecam, polecam. A tak w ogóle to poszłabym jeszcze raz do kina. 


czwartek, 4 maja 2017

Od tajemnicy do morderstwa, czyli Wielkie Kłamstewka

Niektóre seriale jeszcze zanim trafią na antenę są skazane na sukces. Przynajmniej tak by się mogło wydawać. Doskonała reklama, produkcja napakowana gwiazdami, scenariusz na podstawie książki, która na świecie jest bestsellerem. Cudownie? Oczywiście. Tylko czy ktoś, kto już wcześniej w podobnym gatunku siedział nie będzie niezaskoczony? No właśnie. "Big little lies" albo jak ktoś woli polski tytuł "Wielkie kłamstewka" to serial, który zawiera w sobie te wszystkie składniki wyżej wymienione. Tylko co się stało, że mi czegoś zabrakło?


Serial opowiada losach kilku kobiet. Każda jest ze sobą w jakiś sposób powiązana i każda skrywa swoje tajemnice, jedne większe, a drugie mniejsze. W miasteczku pojawia się Jane (Shailene Woodley), która jako nowa w mieście trafia pod skrzydła Madeline (Reese Witherspoon) oraz Celeste (Nicole Kidman). Kiedy dochodzi w szkole do bezpodstawnego oskarżenia syna Jane o atakowanie jednej z dziewczynek, kobiety postanawiają połączyć siły i starają się wyjaśnić co tak naprawdę się dzieje. Do tego w mieście dochodzi do morderstwa...


Cała historia jest retrospekcją. Na samym początku otrzymujemy jakieś dziwne urywki z balu, na którym doszło do morderstwa, przesłuchania mieszkańców miasta (a raczej najbogatszej śmietanki), ale poza tym nie wiemy nic więcej. Dopiero z każdą kolejną sceną i kolejnym odcinkiem kolejne karty zostają odsłonięte. Wszystko wydawać by się mogło, że jest jakąś ogromną zagadką i tajemnicą, ale prawda jest taka, że jeśli ktoś jest uważnym widzem i zna się trochę na gatunku to nie będzie miał problemu z rozszyfrowaniem całej intrygi. Ja już przy trzecim odcinku zorientowałam się o co chodzi, kto, z kim, dlaczego, na co i po co. Jedyne co mnie zaskoczyło przy rozwiązaniu sprawy to sposób morderstwa. No i może trochę kto przypadkowo się do tego przyłożył. 


W serialu bardzo dobrze pokazano, że świat dzieci i dorosłych to dwie zupełnie różne kwestie. Dzieciaki po prostu kierują się tym kto z kim się dobrze bawi i dogaduje, kto potrafi dochować wzajemnych tajemnic i sojuszy. A dorośli nie zwracają uwagi czy dzieci się dobrze czują w swoim towarzystwie tylko ślepo wierzą w jakieś przypadkowe osądy, które nie zawsze są dobre i bardzo często prowadzą do okropnych, a nawet tragicznych rzeczy. Dzieci biją się dla żartów, a dorośli walą po pyskach nie zwracając uwagi na nic. Niestety taka jest prawda i nie trzeba oglądać filmów i seriali żeby to zobaczyć. 


Jednym z głównych problemów jakie ludzie ukrywają przed światem jest przemoc domowa. Ten wątek był tak dobry, że czasami miałam wrażenie, że od samego patrzenia na maltretowaną bohaterkę można stracić przytomność. Tutaj wszystko szło klasycznym schematem: nie, nic się nie dzieje, on się zmieni, ja wierzę w niego, pomogę mu, on się musi przecież jakoś rozładować, on to robi z miłości. Tylko w pewnym momencie jakaś granica zostaje przekroczona i później może nie być ratunku. Owszem, jest terapia, próba ucieczki, ale i tak wszystko jakoś staje w miejscu i wraca do punktu wyjścia, bo przecież są dzieci, tyle nas łączy, kochamy się. Potrzeba ogromnej siły, żeby się z tym wszystkim zmierzyć, a w pojedynkę jest to praktycznie niemożliwe. 


Nie da się ukryć, że w serialu ktoś się bardzo postarał z castingiem i obsadą aktorską. Dawno nie było pod tym względem tak dobrej produkcji. Poza trójką głównych bohaterek na ekranie pojawili się m.in. Alexander Skarsgard, Zoe Kravitz, Adam Scott, Laura Dern czy James Tupper. Każdy zbudował swoją postać w taki sposób, że oczywiste było komu kibicujemy, a komu nie. Kogo chociaż trochę lubimy, a kogo by się chciało utopić nad brzegiem morza. 


Jednak mnie najbardziej w całej produkcji urzekła ścieżka dźwiękowa. Na szczęście na Spotify jest cały soundtrack i można słuchać do woli. Jest przepiękny przekrój od Elvisa po Sade. Za serduszko chwycił mnie najmocniej cover "You can't always get what you want". Od zawsze ta piosenka kojarzyła mi się z Hugh Lauriem i jego wykonaniem, które w gimnazjum maltretowałam tygodniami. Tutaj z tego utworu zrobili bardzo nastrojowy kawałek, który w pewien sposób podsumowuje całą historię serialu (dlatego pewnie nie na darmo jest to ostatnia piosenka w ostatnim odcinku). 


Generalnie produkcja nie jest zła. Jak na coś co powstało na podstawie książki (chyba jednak książki nie przeczytam, bo ostatnio nie mam szczęścia do książek, z których zrobiono ekranizacje) to tragedii nie ma. Dla mnie to jest ten rodzaj produkcji, którą możesz sobie obejrzeć podczas prasowania, jeśli jesteś panią domu, która ogląda coś lepszego niż polskie tasiemce. Owszem, oglądało się lekko (poza epizodami z przemocą domową), ale nic więcej. Szczególnego zaskoczenia nie było, ale pewnie tak miało być. 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Morderstwo na klifie i grumpy detektyw, czyli Broadchurch

Znacie to uczucie, gdy z nudów albo w celu wypróbowania nowej strony (czytaj Netflix) włączacie serial, który wyświetla się w proponowanych i po pierwszym odcinku wpadacie po uszy do tego stopnia, że zarywacie noce? Oj tak, przeżyłam to ostatnio i nawet tego nie żałuję. "Broadchurch" było moim królikiem doświadczalnym na Netflixie i jestem zachwycona, że trafiłam na tą produkcję. Poza tym, że dostarczył mi doskonałej rozrywki, to jeszcze przyniósł mi nowe trofeum na mojej fangirlowej półeczce. Mam tu na myśli oczywiście Davida Tennanta (tak, tak, kolejny, który zrujnował mi życie).


Obejrzenie dwóch pierwszych sezonów zajęło mi trzy wieczory (a właściwie noce). A potem się okazało, że tydzień później premierę miał trzeci sezon i byłam skazana na co tygodniowe męki jakimi jest czekanie na kolejny odcinek. Wiecie, to ten rodzaj serialu, gdzie odcinek zawsze kończy się w takim miejscu, że ma się ochotę zabić twórców, że mają czelność coś takiego robić. Jednak jakoś potrafiłam im to wybaczyć, bo to co dostawałam podczas 45-minutowego seansu było warte wszystkiego. 


Sezon 1

W pierwszym sezonie poznajemy Aleca Hardy'ego (David Tennant), który przybywa do niewielkiego miasteczka Broadchurch, by rozwiązać sprawę zabójstwa 11-letniego chłopca. Przy okazji dowiadujemy się, że zgarnął sprzed nosa posadę miejscowej policjantce Ellie Miller (Olivia Colman), która po powrocie z urlopu miała otrzymać awans. Początki ich znajomości nie należą do najłatwiejszych. On jest zrzędliwym, ponurym gliniarzem, który wszędzie widzi podejrzanych, a wszyscy widzą w nim dupka. Ona to typowa "mamuśka", która wszystkich traktuje przyjaźnie i nie może pogodzić się z tym, że to w jej miasteczku doszło do tak okropnego czynu. I jak tych dwoje może ze sobą współpracować? No cóż, przeciwieństwa się przyciągają. 



Jeśli chodzi o samą sprawę, czyli zabójstwo, to nie ukrywam, że to chyba jedna z lepszych spraw i rozwiązanie jej jakie kiedykolwiek wymyślono. Chociaż ja jako już spaczony człowiek serialami, zorientowałam się kto zabił na przełomie piątego i szóstego odcinka, to w sumie dla laika w tym gatunku rozwiązanie sprawy może być wielkim szokiem. Po prostu geniusz to wymyślił. Jak to Hardy powtarzał od pierwszego odcinka: "Nie ufaj nikomu". Nie chcę za dużo zdradzać, bo to naprawdę warty obejrzenia serial, ale mogę powiedzieć, że lista podejrzanych do najkrótszej nie należy, a w pewnym momencie wszyscy zaczęli wpadać w taki obłęd, że każdy podejrzewał każdego. I jeśli chodzi o pierwszy sezon to polecam także książkę, która została napisana na podstawie właśnie pierwszego sezonu. Czyta się ją bardzo szybko (tak, kupiłam i przeczytałam), a dzięki opisom zostało przekazane to czego w serialu bohaterowie nie mówili. 



Sezon 2

W drugim sezonie mamy pokazany proces zabójcy. Oczywiście nic nie jest takie łatwe jakby mogło się wydawać i zabawa musi trwać. Równocześnie z procesem mamy nawiązanie do przeszłości Hardy'ego. Bo jak wiadomo, każdy szanujący się serial o policjantach/detektywach/lekarzach, musi mieć bohatera/bohaterów, którzy mają swoje mroczne tajemnice, ukrytą przeszłość i problemy, przed którymi uciekają. Naturalnie tym razem nie jest inaczej. Do Broadchurch trafił, ponieważ nie wyszło mu z poprzednią sprawą i musiał gdzieś uciec. Ale przeszłość wraca i musi stawić jej czoła. Będzie mu to wychodziło raz lepiej, a raz gorzej, ale przynajmniej pewne rzeczy zostaną wyjaśnione. 


Wracając jeszcze do procesu, to zabawne, ale część oskarżeń jakie padła były niesamowicie absurdalne. Do tego proces obnażył wiele tajemnic i zadawano bardzo niewygodne pytania. Genialnie pokazali psychikę bohaterów i to, kto z nich jest najsilniejszy. Bo jak wiadomo, najsilniejsi przetrwają. A może to tylko pozory? W każdym razie brytyjskie prawo funkcjonuje trochę inaczej niż u nas i tam o wyroku decyduje ława przysięgłych. A jak wiadomo, bardzo często to zwyczajni ludzie, którzy nie mają doświadczenia w sprawach karnych. Mówi się, że są bezstronni i kierują się tylko tym co otrzymają podczas rozpraw. Niezupełnie się z tym zgadzam, no ale cóż, to tylko serial w tym przypadku.


Sezon 3

W sezonie trzecim mamy pewien przeskok w czasie, proces został już dawno zamknięty, każdy żyje swoim życiem i... wraca Alec. I to nie sam. Pojawia się także kolejna sprawa. Tym razem nie jest to morderstwo, a gwałt. Momentami wydawało mi się to gorsze niż poprzednia sprawa. Mogę zdradzić, że przy ostatnim odcinku, gdy złapali sprawcę i go przesłuchiwali rozbiło mi się niedobrze i miałam ochotę wejść tam do serialu i zrobić mu krzywdę. Zresztą nie tylko ja... 


Trzeci sezon rozwija bardziej wątki spraw osobistych naszych głównych bohaterów. Dzieci dorastają, sprawiają coraz większe problemy i ładują się w okropne kłopoty. Niektórzy próbują ułożyć sobie życie w dziwny sposób, a inni staczają się na dno nie widząc dla siebie nadziei. Ktoś mógłby powiedzieć, że trzeci sezon jest zrobiony trochę na siłę, byle tylko jakoś domknąć nierozwiązane wątki. To nieprawda. Tego serialu po prostu chce się więcej i więcej. To smutne, że ten sezon był ostatni, ale mimo wszystko w głębi mojego fangirlowego serduszka wierzę, że może kiedyś powstanie ten czwarty sezon (i pięć kolejnych).



Oprócz tego, że ten serial dostarczył niesamowitych emocji związanych ze sprawami to jeszcze sprezentował najcudowniejszy bromance jaki w życiu widziałam. Ellie i Alec to mistrzostwo świata. Od nienawiści do przyjaźni. Może nie takiej oczywistej i prostej, ale widać, że to coś wyjątkowego. Co ciekawe fandom jest podzielony, bo część uważa, że oni powinni być parą, a część, że jednak nie. Naturalnie jestem w tej drugiej grupie, bo ja ich sobie razem po prostu nie wyobrażam. Zresztą sami zainteresowani uważają, że to by było dziwne (polecam obejrzeć jeden z odcinków Grahama Nortona z nimi). Chociaż odczuwam wielkie rozczarowanie, że z racji wielokrotnych okazji Alec nigdy nie przytulił Ellie (nie sugerujcie się tym gifem tam gdzieś u góry). A MÓGŁ TO ZROBIĆ! I nie chodzi tu o żadną relację romantyczną tylko po prostu po przyjacielsku. Wiecie, taki ludzki odruch, ale nie, bo to przecież grumpy cat... Ale wydaję mi się, że też trochę w tym winy Ellie. Zresztą każdy powinien ocenić sam, jak już obejrzy. 


Ale na przestrzeni trzech sezonów widać kolosalną różnicę w zmianie naszej uroczej pary detektywów. Ellie stała się policjantką z krwi i kości z naczelną dewizą "nie ufaj nikomu" (tak, tak, nauczyła się czegoś od Hardy'ego), poświęciła się pracy i nauczyła się rządzić Aleckiem. Z kolei on zrobił się trochę delikatniejszy, ale nadal w nim pełno sarkazmu i złośliwości. Do tego dopadły go pewne obowiązki, którym musiał stawić czoło i nie miał wyjścia, ale musiał się radzić w tej sprawie Ellie. To naprawdę uroczę, że oni tak doskonale się uzupełniają (są chyba nawet lepsi niż Sherlock i Watson xD ). 


Na pewno ten serial by nie był taki jaki jest, gdyby nie pewna rzecz: akcent, z jakim mówi Alec. Jakby ktoś nie wiedział to Tennant jest Szkotem i tutaj zdecydowanie to wykorzystano, nawet Ellie mu to kiedyś wypominała. On tu tak zabawnie fafluni, że niestety, ale bez napisów to ja go nie rozumiem. Trzy najzabawniejsze słowa jakie mówi z tym swoim uroczym akcentem to: Milla (Miller), bladi (bloody - w połączeniu z Twitterem otrzymujemy: bladi Tłita) oraz szori (sorry). Tak czy inaczej mogę go słuchać godzinami. Cóż, tak już mam...


W tym roku postanowiłam sobie, że będę sobie robić wycieczki szlakiem moich ulubionych seriali i "Broadchurch" ma to szczęście, że znalazło się na mojej mapie. To miasteczko oczywiście nie istnieje, ale zdjęcia do plenerów kręcono w West Bay w Dorset. Jest tam naprawdę przepięknie i aż żal tam nie pojechać. Na moje szczęście będę niedaleko tego miejsca, więc nie odpuszczę i pojadę, choćby miał być tam huragan czy inne tsunami. Muszę, po prostu muszę.



No i oczywiście jak to ja i moja obsesja, nie mogło się nie obejść bez innych zarażonych. Dzięki mnie i mojemu ciągłemu gadaniu o "Broadchurch" trzy kolejne osoby zaczęły to oglądać. Jedna dzieli ze mną smutek, żal i rozpacz, że to już koniec i lubi rozdrapywać moje rany ciągłym przypominaniem mi, że to już koniec. Dlatego jedyną nadzieją dla mnie jest ponowne obejrzenie tego. Ja z całego serduszka gorąco polecam. Chciałam napisać tutaj trochę więcej, ale nie chcę robić spoilerów, bo może ktoś się skusi na oglądanie. Jedyne co napiszę to OGLĄDAJCIE! xD



BONUS:

(nie, nie łudźcie się, nie zrobi tego) 

środa, 12 kwietnia 2017

Zbrodnia to niesłychana, mąż chce zabić żonę i wzywa rosyjskiego mordercę, czyli Małżeńskie porachunki

Jak ja dawno nie byłam w kinie... Tak, ok. 3 tygodni to dużo. Wiecie, mówią, że teraz podobno jest martwy sezon i nic ciekawego nie grają. Jednak po sprawdzeniu repertuaru stwierdziłam, że w sumie można dać szansę duńskiej komedii "Małżeńskie porachunki". Liczyłam, że może coś mnie zaskoczy, a wyszło jak zwykle.

Ale żeby nie było, że bardzo narzekam to najpierw się pozachwycam zwiastunami. Oczywiście puścili "Strażników galaktyki" i za każdym razem, gdy na ekranie pojawiał się Baby Groot był jęk zachwytu i szybka kalkulacja ile dni zostało do premiery. Już nie mogę się doczekać. Zaintrygował mnie także zwiastun "Lady M.". Jak zobaczyłam, że to koprodukcja BBC to no wiadomo, wypadałoby zobaczyć. Jednak najbardziej chwycił mnie za serce trailer "Jutro będziemy szczęśliwi". To naprawdę będzie warto zobaczyć (rzućcie okiem na zwiastun!).

A teraz wracając do filmu. Mogłabym tak naprawdę wszystko napisać w jednym zdaniu i każdy by zadecydował czy chce to zobaczyć czy nie. Jednak tego nie zrobię i trochę się rozwinę, ale tylko trochę. W filmie poznajemy dwa małżeństwa: Iba i Gritt oraz Edwarda i Ingrid. Między nimi nie jest najlepiej, a to wszystko przez jedną sprawę: brak pożycia. Panie jakoś szczególnie nie widzą w tym problemu, natomiast panowie i owszem. Po grubo zakrapianym alkoholem wieczoru, Edward wynajmuje rosyjskiego płatnego mordercę Igora (w tej roli Marcin Dorociński), by ten zabił ich żony.


No cóż... Nie ukrywam, że poszłam do kina tylko i wyłącznie dla Dorocińskiego. Dopiero potem pomyślałam, że w sumie fajnie zobaczyć coś europejskiego, co może będzie lepsze od polskich produkcji. Dodatkowo wszyscy się zachwycali, że to taki super film, że w końcu coś innego no i polski akcent, bla, bla, bla. Niby komedia, a ja może śmiałam się tylko w dwóch, góra trzech momentach. Niektóre teksty czy sytuacje po prostu sprawiły, że czułam coś pomiędzy zażenowaniem, a ubogim żartem wujka Stefana na weselu, którego nie widziało się piętnaście lat. 


Standardowo stereotypy wysypywały w każdej scenie. Rosjanin to oczywiście alkoholik i płatny morderca i na pewno każdy tam taki jest. O Polakach mówili jak o nierobach, który tylko przyjeżdżają żerować i się lamić. Z niepełnoprawnego koniecznie trzeba się nabijać, a gej jak to gej, nadaje się tylko na tancerza. Do tego angielska babcia morderczyni, która zabije cię na sto sposobów bez mrugnięcia oka i jeszcze odwoła się do brytyjskiej lojalności. Może taki był zamysł, może miała to być forma żartu, z którego każdy miał się głośno śmiać, ale przyznam szczerze, że mnie to nie bawiło. 


Film tak naprawdę trochę ratuje Dorociński, który rzeczywiście idealnie pasuje do roli. No, może jest trochę za przystojny jak na Rosjanina. Jego dialogi były zabawne, czasem nawet pouczające no i akcent z jakim mówił - rozwalający. Fajnie, że polscy aktorzy trafiają do zagranicznych produkcji i ich role im wychodzą. Zresztą kto chociaż trochę śledzi karierę Dorocińskiego to wie, że zagrał w wielu produkcjach europejskich. 


Generalnie pieniądze na bilet do kina trochę zmarnowane, ale na szczęście były tanie wtorki, więc wielkiego płaczu nie ma. Jeśli ktoś lubi ciągłe rozmowy i żarty o nieudanym życiu erotycznym i docinki odnośnie stereotypów to proszę bardzo, będzie się świetnie bawił. A reszta niech poczeka na film w sieci  albo na DVD. Ewentualnie czekajcie dwa lata aż któraś z telewizji zdecyduje się to puścić. 


czwartek, 16 marca 2017

Sztuka opętania, czyli Jessica Jones

Przez bardzo długi okres zapierałam się raciczkami, kopytkami i wszystkimi moimi kończynami, że nie, nie ma opcji i nie będę oglądać seriali o komiksowych superbohaterach. Całkowicie wypierałam się produkcji Marvela, o DC już nawet nie wspominając. Ale nastał taki dzień w moim życiu, że postanowiłam to zmienić. Moim pierwszym obiektem stał się "Iron Fist", którego premiera dopiero przede mną (ale recenzje już nie są zbyt optymistyczne). Jednak ostatnio coś mi się stało w mózgu i moja fangirl upolowała sobie kolejny obiekt w postaci Davida Tennanta. Jak to ja mam w zwyczaju, każdą swoją ofiarę lustruję na Filmwebie i sprawdzam co mogę sobie obejrzeć z jego filmografii. A że słynę ze słabości do czarnych charakterów to nie było wyjścia, żeby nie obejrzeć "Jessici Jones", gdzie owy pan gra taką właśnie paskudę.


Serial opowiada o Jessice Jones (Krysten Ritter), która prowadzi swoje własne biuro detektywistyczne i dzięki swoim ponadprzeciętnym mocą jest w stanie poradzić sobie ze wszystkim zleceniami, które otrzymuje. Jednak, gdy otrzymuje kolejne zlecenie, wraz z nim pojawiają się demony przeszłości, a właściwie jeden - Kilgrave (David Tennant). Jessica wraz ze swoimi przyjaciółmi będzie próbowała dopaść swojego największego wroga i udowodnić mu, że już dawno stracił nad nią kontrolę.


Jessica Jones, jak to mają w zwyczaju superbohaterowie, jest sierotą, która trafiła pod opiekę okropnej kobiety, gdzie była traktowana jak piąte koło u wozu. Jedyne co zyskała dzięki tej badziewnej sytuacji to przyjaźń (a nawet siostrzaną miłość) nijakiej Trish "Patsy" Walker (Rachel Taylor), która jako nastolatka była idolką wszystkich młodych ludzi, a obecnie jest dziennikarką i pracuje w radio. Wie o całej sprawie z Kilgravem i za wszelką cenę stara się pomóc Jessice. Nie chcę za bardzo zdradzac, bo to po prostu warto obejrzeć.


Jessica Jones jest dość specyficzną postacią. Dużo pije, chodzi cały czas w tych samych ciuchach, zna ludzi spod ciemnej gwiazdy, wiele rzeczy wymusza siłą albo tzw. "jesteś mi to dłużny/dłużna", a do tego pije jak rasowy alkoholik. Serio, non stop. I to nie byle co. Whisky albo bourbon. Po mieszkaniu, które wygląda jak melina, po której przeszło tornado, walają się butelki i prędzej znajdzie się tam szkło ze złocistym trunkiem niż normalny mebel albo coś do jedzenia. Ale przecież takich bohaterów kochamy najbardziej. Skomplikowanych, pokręconych, o nieoczywistej urodzie. Jaka właśnie jest Jessica. A do tego nienawidzi jak coś jej się narzuca, jak musi na coś czekać i musi wyznawać swoje uczucia. 


Do tego otacza się dosyć specyficznymi ludźmi: znajomą prawnik-lesbijką, która często korzysta z pomocy Jessici, ciemnoskórego sąsiada narkomana czy zakochanego w niej po uszy ciamajdowatego sąsiada, który ma psychiczną siostrę bliźniaczkę. Co zabawne, jej przyjaciółka Trish także na swojej drodze spotyka niezbyt normalne osoby, m.in. matka-tyranka czy niskobudżetowy Chris Evans (uwielbiam porównania mojej kuzynki), który chce być jej chłopakiem, ale potem wychodzi jak zwykle. 


Produkcja stała się także furtką do wprowadzenia kolejnego bohatera z rodziny Universum - Luke'a Cage'a. Owszem, dostanie (właściwie już można to obejrzeć) swój własny serial, ale tutaj mamy okazję go poznać. Spotykę Jessicę w dość przypadkowy sposób, ale jak się potem okaże nic nie dzieje się bez powodu. Między nimi wytworzy się pewna więź, która zostanie wystawiona na ogromną próbę. Cage nie jest zwyczajnym człowiekiem, on również jest "zmutowany" i szczerze, zazdroszczę mu tej jego mocy. Gościu ma megatwardą skórę, której nie jest w stanie przebić nawet najostrzejszy nóż. Jest zabawna scena, gdy w szpitalu próbują pobrać mu krew, a wszystkie igły zginają się w pół. 


No i został jeszcze Kilgrave. Serio, gościu trafił na szczyt listy najlepszych złoczyńców. Loki przy nim to słodka cynamonowa bułeczka. Jego superokropna moc polega na tym, że to co powie ludziom oni po prostu robią. Powie, że mają się powiesić - robią to, powie, że mają wbić sobie nóż w serce - zrobią to, powie, że mają się nawzajem pozabijać - zrobią to. Ale zanim stał się okropną mendą, był po prostu zakochany w Jessice. Potrafił dać jej wszystko, byle tylko go kochała. Oczywiście wykorzystywał do tego swoje zdolności, jednak pewne wydarzenie sprawiło, że ona go porzuciła, a on zapragnął zemsty na niej. 


Naturalnie jak to przystało na czarny charakter, jak bardzo chce to jest czarujący (cóż, dziewczyny na niego leciały i wcale się nie dziwie, he, he), ma dar przekonywania czy ludzie tego chcą czy nie, no i ma doskonały styl. Och, te jego garnitury, koszule i skarpetki. Bardzo łatwo zauważyć, że jego ulubionym kolorem jest fioletowy, w którym mu do twarzy. Ale przecież mendowatość nie bierze się  powietrza. Wszystko ma swoje korzenie w dzieciństwie, które nie było kolorowe. Jak łatwo przypuścić pojawią się dwie wersje prawdy i dwie strony tego sporu, który obnaży psychopatyczną naturę Kilgrave'a. Aha i przy okazji, to nie jest jego prawdziwe imię. 


Ale żeby nie było, że się tylko zachwycam. Prawda jest taka, że cały serial polega na ciągłej pogoni Jessici za Kilgravem i Kilgrave'a za Jessicą. Pierwszy raz spotykają się bardzo szybko i oboje w tym momencie mają szansę na zabicie tego drugiego. Jednak jak wiadomo, serial się musi jakoś kręcić przez te trzynaście odcinków i nie mogą się już powybijać przy szóstym. Dlatego otrzymujemy tu kilka rozciągniętych sytuacji, trochę udawania, że jest dobrze i uroczo, a także mylne zagrywki odnośnie tego kto jest z kim i przeciwko komu. Momentami ci okropni bohaterowie okazują serce i są milutcy, a ci kochani pokazują rogi i stają się bestiami. Ale dzięki temu nie ma nudy i z odcinka na odcinek rośnie napięcie. Oczywiście można się domyślać jak się skończy cała zabawa. 


Bardzo się cieszę, że powstanie drugi sezon i jednocześnie ciekawi mnie co oni tam wymyślą i jaka będzie obsada. Pewne jest to, że powrócą trzy kluczowe żeńskie postacie. Tajemnicą też nie jest, że w komiksowej wersji Luke jest mężem Jessici, ale nie wiadomo czy w serialu to nastąpi. Pewne jest także to, że Jessica, Cage, Iron Fist i Daredevil pojawią się we wspólnym serialu "Defenders". Cóż, zapowiada się bardzo ciekawie i pozostaje cierpliwie czekać na to co otrzymamy. Ja serial gorąco polecam, choćby ze względu na genialne momenty, które można uchwycić w gifach. Tak, tak, kilka tu pozostawię:







P.S. Jutro lecę, pędzę do kina na Trainspotting 2. Zobaczymy co z tego będzie. Pierwszą, genialną część, oglądałam dawno temu, gdzieś na przełomie gimnazjum i liceum, książkę przeczytałam też gdzieś mniej więcej w tym czasie. Nie spodziewam się jakiegoś szaleństwa, ale wy spodziewajcie się wpisu.

P.S. 2. Zaspamiłam gifami, wiem. Ale uwielbiam te gify...