czwartek, 4 września 2014

Wesołe jest życie staruszka!

Będąc 6 czerwca 2014 r. w kinie na "Nocy filmowej" z moją przyjaciółką zobaczyłam interesujący slajd reklamujący film pt.: "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął". Na plakacie był przedstawiony uroczy staruszek ubrany w różowy kostium słonia, a w reku trzymał bombę wykonaną z dynamitu. Pomyślałam, że to może być całkiem zabawny film, a potem zauważyłam napis: "Bestseller, na podstawie, którego nakręcona brawurową komedię". Uśmiechnęłam się do siebie, a później jeszcze dwa razy w ciągu tej nocy widziałam tamten slajd.

Kilka dni później zbliżał się Dzień Ojca, a ja jak zwykle postanowiłam kupić mojemu tacie książkę (tak, tak, tatunio też czyta i to dla przyjemności). Ruszyłam do Empiku wraz z moją drugą przyjaciółką i moim oczom ukazała się promocja 3 za 2. Pierwsze co to rzuciłam się na nowości i kupiłam sobie najnowszego Cobena "Sześć lat później" (o tej książce i tym autorze też kiedyś wspomnę). Następnie zwinnie przeniosłam się na fantastykę i chciałam zakupić tacie jedną z książek Pilipiuka, ale nie było tytułów, które by mnie zainteresowały. Przejrzałam półkę dokładniej i zdecydowałam się na zbiór opowiadań Sapkowskiego, który jeszcze nie zagościł na tatusiowej półeczce (książka, nie autor, bo autora tatko dobrze zna). No i została mi do kupienia jeszcze jedna książka. Chciałam wziąć trzecią cześć "Piosenek dla Pauli" (temu także kiedyś poświęcę tutaj chwilkę), ale niestety nie mieli na stanie. Poszłam w stronę obyczajówki i dostałam małpiego rozumu, bo nie wiedziałam na co się zdecydować. Spośród kilkudziesięciu bądź nawet kilkuset propozycji mój wzrok spoczął na dwóch okładkach. Pierwsza mówiła coś o Nowym Jorku, a druga przedstawiała dziwnie znajomego dziadka w przebraniu różowego słonia. "O tak, biorę to!" - pomyślałam, ale przez dziesięć minut targały mną wątpliwości. Ostatecznie pomaszerowałam do kasy z Cobenem, Sapkowskim i Różowym Słoniem. Zapłaciłam i zorientowałam się, że ten ostatni wyszedł mi za darmo. Wróciłam do domu, zapakowałam tatusiny prezent, a dwie pozostałe książki odłożyłam na półkę.

Gdy nadszedł czas wypakowania się u babci (bo właśnie u niej mieszkałam podczas pracy), miałam kilka dni wolnych przed pójściem do pracy i postanowiłam, że zacznę coś czytać. Wybrałam "Stulatka, który..." i przez jedno popołudnie przeczytałam ponad sto stron, ale potem znowu odstawiłam książkę na półkę. W połowie lipca zrobiłam drugie podejście do tej książki i zakończyło się to tak samo jak za pierwszym razem, ale jak to mówią "do trzech razy sztuka" i się udało. Pod koniec sierpnia wrzuciłam książkę do plecaka i pojechałam do pracy. Przez dwa dni przeczytałam całą książkę. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak się uśmiałam czytając książkę. Jest ona podzielona na dwie części, które się przeplatają. Pierwsza to obecna akcja w okresie od 1 maja 2005 roku do 16 czerwca 2005 roku plus epilog. Natomiast druga część to retrospekcje z wcześniejszych lat życia Allana (tak ma na imię główny bohater) i przedstawia się ona w latach 1905-2005. To co zostało opisane w tej książce bardzo przypomina mi cudowny polski film  o uroczym Franku Dolasie, czyli "Jak rozpętałem II wojnę światową". Allan to taki Franek. Wszystkie jego perypetie są tak nieprawdopodobne i zabawne, że aż niemożliwe.

Dziadzio był przyjacielem Trumana, leciał samolotem z Churchillem, pił wódkę i rozwścieczył Stalina, a także poznał Mao Zedonga. Nikt zdrowy na umyśle nie uwierzyłby w to. jednak w literaturze wszystko może się zdarzyć, a książki to fikcyjny świat, więc jeśli chcecie się dobrze bawić i nie szkoda Wam 32,90 zł w Empiku (przynajmniej tyle kosztowała) to gorąco Was zachęcam do udania się w podróż przez życie uroczego Allana ze Szwecji. A ja cieszę się z tej podróży podwójnie, bo pojechałam w nią za darmo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz