czwartek, 19 stycznia 2017

Przyjaciele pozostaną przyjaciółmi, czyli "Po prostu przyjaźń"

Z polskimi filmami mam pewien problem. Jeśli to dobry dramat, obsypany nagrodami (np. "Ostatnia rodzina" czy "Bogowie") to pójdę chętnie. Gorzej z tymi lekkimi, śmiesznymi filami, które są tak szeroko reklamowane przez wszystkie stacje. Zazwyczaj kończy się na tym, że wychodzi z tego jakiś gniot, ja żałuję, że to zobaczyłam i straciłam pieniądze, a producenci się cieszą, że naciągnęli kolejnego frajera. Początkowo o "Po prostu przyjaźń" też tak pomyślałam, jednak zmieniłam zdanie, gdy poczytałam opinie i spojrzałam na obsadę. Pomyślałam, że w sumie warto, że na Stramowskiego i Zakościelnego przymknę oko i mogę iść. Potem obejrzałam zwiastun (ale ten dłuższy, nie ten z telewizji) i spadło na mnie olśnienie z nieba, bo dojrzałam pewnego aktora, którego dużo ostatnio widuję w produkcjach, które oglądam/oglądałam. A to już tylko przypieczętowało chęć pójścia na to do kina. 


Film trochę przypomina konwencję scenariusza z "To właśnie miłość" czy "Listy do M.". Szczerze? Uwielbiam takie co. Każdy z każdym jakoś się łączy i to tylko od twórców zależy jak nas zaskoczą powiązaniami. Osią filmu jest grupa przyjaciół, którzy od czasów licealnych się razem trzymają i co roku wyjeżdżają razem w góry. Do tego dostajemy dwa wątki poboczne, czyli próbę zajścia w ciążę, gdy jedynym kandydatem na ojca jest gej oraz niecodzienna przyjaźń chłopca i pewnego mężczyzny, który w ten sposób pomaga wydostać się przyjacielowi z tarapatów. 

Nie chcę się za bardzo skupiać na samym opisie tego co się wydarzy w filmie, bo po prostu nie chcę psuć przyjemności oglądania jeśli ktoś się wybiera, jednak pewne kwestie muszę poruszyć. 



Bohaterka grana przez Agnieszkę Więdłochę, Julia, jest nauczycielką polskiego w liceum i bardzo lubi swoją pracę. Zresztą dzięki swojemu profesorowi również z liceum, a obecnie koledze z pracy została polonistką. Dziewczynie przyjdzie się zmierzyć z poważnymi problemami, o których nie będzie chciała nikomu mówić, bo wie, że to zniszczyłoby zbliżający się wyjazd w góry. Oczywiście w życiu nie ma tak łatwo i prędzej czy później kłamstwo wyjdzie na jaw. Przyjaciele nie pozostaną obojętni na to co od niej usłyszą. Przyznam się szczerze, że jak przyszło do kluczowej sceny na ekranie to miałam wrażenie, że jeden z bohaterów jest po prostu mną. Dokładnie wiedziałam co czuje i jak to cholernie mocno boli, gdy ktoś kto jest najważniejszy na świecie nie mówi co o ważnych rzeczach. A jego argumenty są tak dziecinne, że masz ochotę powiedzieć mu, żeby się walił. Więdłocha z aktorki typowo serialowej w końcu pokazała, że naprawdę coś potrafi. Dźwignęła swoją rolę i nadała swojej bohaterce prawdziwości, nie przerysowując jej. 


Dla mnie bez wątpienia cały film skradł Patryk, czyli bohater grany przez Bartłomieja Topę. Aż mi się przypomniały zamierzchłe czasy, gdy Topa grał w "Złotopolskich" listonosza, który nie był zbyt ogarnięty. Tutaj dostał rolę wrażliwego, pomocnego i przecudownego geja-przyjaciela Ivanki (Magdalena Różczka). Topa ostatnimi laty grał charaktery spod ciemnej gwiazdy, a tu w końcu można było zobaczyć coś przewrotnego, innego, zabawnego. Oboje z Różczką zbudowali uroczą relację, która swoim humorem mogła odciągnąć uwagę od poważniejszych spraw w głównym wątku. 


Na uwagę także zasługują także postacie epizodyczne. Nie mogę nie wspomnieć o Panu Profesorze, w którego wcielił się Piotr Fronczewski. Mimo iż był w jednej scenie to nieświadomie doprowadził jednego z bohaterów do totalnego olśnienia co pomogło mu ułożyć sobie życie. Do tego również w tylko jednej scenie pojawił się Jan Peszek jako Dyrektor Szpitala. Wystarczy, że powiedział coś w stylu "co pan z tymi zwłokami?" i "proszę złożyć oficjalne podanie, na które odpowiem za trzy tygodnie" i cała sala płakała ze śmiechu, No i nie mogę nie wspomnieć o Panu Doktorze, w którego się wcielił Grzegorz Damięcki. Jakby każdy lekarz w polskiej służbie zdrowia tak wyglądał, to kobiety by chorowały na potęgę i już w ogóle nie szłoby się dostać na wizytę. A w ogóle to kto to wymyślił, żeby podkreślać turboniebieskie oczy bardzo gustownym niebieskim lekarskim wdziankiem? 


Generalnie film nie jest komedią jak wszędzie trąbią. Ewentualnie to film obyczajowy z elementami humorystycznymi. Naprawdę, Polacy nie potrafią nawet montować trailerów, żeby to wyszło dobrze. Albo wepchną tam wszystkie najlepsze sceny z filmu albo pokażą to tak, że człowiek ma potem wrażenie, że jest na zupełnie innym filmie niż widział w zapowiedzi. 

Jeśli chodzi o "Po prostu przyjaźń" to produkcja która jasno pokazuje, gdzie mamy się śmiać i rzeczywiście to robimy, a gdzie jesteśmy poważni, przeżywamy i wiemy, że w tym momencie nie mamy prawa się zaśmiać, bo po prostu nie ma z czego. Życzyłabym sobie, żeby polscy twórcy robili więcej takich filmów, a nie gdzie plastikowe, tępe raszple latają z tyłkami na wierzchu i śmieją się rechotem z głupich żartów. To mogliśmy nie tylko popłynąć w dobre poczucie humoru, ale zrozumieć także co jest w życiu ważne i że jeśli ma się prawdziwych przyjaciół to nie jest się samemu i wiele można zdziałać. 


P.S. W ciągu najbliższych dwóch tygodni w kinie będę jeszcze trzy razy, więc obiecuję, że na blogu zrobi się tłoczno! :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz