W sobotę wybrałam się z mamą do kina. Co zabawne, sama z mamą w kinie chyba jeszcze nie byłam. Od trzech tygodni powtarzałyśmy, że koniecznie musimy jechać na "Ostatnią rodzinę". W końcu dzień po premierze zabrałam mamę na seans.
Historię rodziny Beksińskich znają chyba wszyscy. A jeśli nie w całości to na pewno wiedzą, że senior rodu, Zdzisław, został zamordowany w swoim własnym domu, bo o tej sprawie było głośno w mediach. Generalnie los całej rodziny był tragiczny. Najpierw zmarła Zofia Beksińska, żona Zdzisława i matka Tomasza, która miała tętniaka i oczekiwano jedynie aż "bomba zostanie zdetonowana". Następnie, po wielokrotnych próbach samobójczych życie odebrał sobie Tomasz, by na końcu jego ojciec został zamordowany przez syna sąsiadów, który wraz z rodzicami pomagał malarzowi w radzeniu sobie z domowym obowiązkami po śmierci żony i syna.
Pierwsza scena w filmie pokazuje Beksińskiego Seniora w 2005 roku, bo potem od razu cofnąć się do 1977 roku, w którym to młody Tomek wyprowadza się od rodziców do mieszkania w bloku niedaleko domu rodzinnego i tam zaczyna wieść osobne życie. Wydawać by się mogło, że wszystko ma się dobrze, jednak to tylko pozory. Zdzisław nawiązuje kontakt z zagranicznym kupcem, Tomek stara się studiować i pracować, a do tego coraz częściej podejmuje próby samobójcze, a Zofia martwi się o syna, że ten nie radzi sobie z życiem. Oprócz tego są dwie babcie, które sobie pomału żyją i nie wybierają się nigdzie z tego świata. Jednak z minuty na minutę wszystko zaczyna się zaciskać.
Ojciec jest typowym artystą. Maluje, snuje się, prowadzi dyskusje zarówno filozoficzne jak i dość ironiczne. Matka cały czas praktycznie albo siedzi w kuchni i pali papierosy albo stara się trzymać życie swojego pierworodnego w ryzach (nawet za niego zrywa z dziewczyną). Z kolei syn jest gdzieś pomiędzy całkowitemu oddaniu się pasji, a chęci jak najszybszego zwiania z tego świata. Dlaczego? Bo tak. Bo jest nieszczęśliwy. Bo wydawać by się mogło, że sam nie wie czego chce. Osobiście, po tym co zobaczyłam w filmie stwierdzam, że chciał odebrać sobie życie, bo jak na tamte czasy miał wszystko. Miał najpotężniejszą kolekcje płyt i kaset z muzyką, a także filmów. Zdzisław nawet za swoje obrazy, które sprzedawał, nie brał pieniędzy tylko chciał, żeby załatwiano mu najnowsze wydanie muzyczne dla syna.
Beksińscy w latach 70. czy 80 nie martwili się o pieniądze. Oni je po prostu mieli. W lodówce gościła Coca-Cola, Zofia zawsze miała papierosy, a malarz był fanem nowinek technicznych, więc na prywatny użytek miał najlepsze sprzęty elektroniczne jak na tamte czasy (zaczynając od magnetofonów kończąc na kamerach).
Sam film nie jest jakiś szczególnie obdarzony w akcje. Można by powiedzieć, że nie ma dokładnej fabuły. To po prostu wycinki z życia pewnej rodziny, której losy były tragiczne. Nie ma tu budowania napięcia, punktu kulminacyjnego, który wyrwie nas z butów. Tu od początku do końca wiadomo czego się spodziewać. Jednak ten obraz ma coś w sobie. Jest taki, że trzyma tego widza w całkowitym zainteresowaniu. I z zegarkiem w ręku nie czeka się na koniec. Chce się chłonąć każdą scenę.
Gra aktorska na najwyższym poziomie. Andrzej Seweryn jako Zdzisław Beksiński to czysty kunszt aktorski. Każda scena to perełka. Zaczynając od zwykłego "selfie w lustrze" z kamerą (tak, tak, on to znał zanim to było modne), poprzez epickie dialogi/monologi, które potrafiły zarówno rozśmieszyć jak i wzruszyć. Dzięki dyskusjom w tym filmie, nie była to produkcja, która przyprawiała o depresje. Była swego rodzaju czymś ciepłym, co częściej wywoływało uśmiech niż łzy smutku. Aleksandra Konieczna jako Zofia Beksińska była doskonała. Nawet zwykły monolog do syna zamieniała w coś istnie psychologicznego, ale nie narzucającego. Po prostu mówiła co myśli, a co odbiorca jej słów z tym zrobi to już jego sprawa. Z kolei z Dawidem Ogrodnikiem jako Tomaszem Beksińskim mam problem. Może nie na samym filmie, gdy go oglądałam, ale później, gdy po powrocie do domu przeglądałam wszystkie archiwalne zapiski coś mnie zaczęło uwierać. Ogrodnik wykreował młodego Beksińskiego trochę tak, jakby ten był gdzieś na pograniczu nerwicy i autyzmu. A gdy obejrzałam z nim dokument "Dziennik zapowiedzianej śmierci" dostrzegłam, że Tomek był trochę inny. Jego wypowiedzi nie były niczym skrępowane, kamery się nie obwiał, a o muzyce i filmie mówił tak, jakby nic poza tym nie było. W dokumencie także wypowiadali się jego znajomi, a film sprawił wrażenie jakby przyjaciół zupełnie nie miał. W filmie głos też miał jakby zagubiony, a na archiwalnych nagraniach nie dało się tego odczuć. Może różnica polega na tym, że pokazano to jaki był w domu, a nie jaki był pośród ludzi, z którymi mimo wszystko mało przebywał. Tylko z drugiej strony, skąd wiadomo jaki w domu był naprawdę skoro w czterech ścianach był tylko z rodzicami i babkami? No, ewentualnie z dziewczyną.
No i nie mogę zapomnieć o jeszcze jednym, bardzo istotnym aspekcie. Ścieżka dźwiękowa. Dzięki zwiastunowi przypomniałam sobie o pięknej piosence jaką jest "Night in white satin" The Moody Blues. Genialny utwór, który tak naprawdę przybiera na sile, gdy słucha się go w samotności i całkowitej ciemności. Drugim utworem, który doskonale nadał charakteru filmowi jest "Dancing with tears in my eyes" Ultravox. Pamiętam jak wiele lat temu jechaliśmy samochodem i tata puszczał ten utwór z kasety. Aż przeszły mnie w kinie dreszcze.
Film warty zobaczenia. Wbija się w pamięć i zostaje. Nie ucieka zaraz po opuszczeniu sali kinowej. I tylko żal, że nie jest to polski kandydat do Oscara. Oj bardzo żal...






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz