Czasami zdarza się tak, że szczęście się do nas uśmiechnie i
przez przypadek bierzemy udział w konkursie, a potem wygrywamy. Tak też było i
tym razem, gdy wysłałam maila na konkurs, a w odpowiedzi dostałam, że czekają
na mnie bilety do kina Helios na dowolny seans w tym tygodniu. Ja i moja
przebiegłość, a także zimna kalkulacja, stwierdziłyśmy, że przecież w piątek,
15 kwietnia jest premiera „High Rise” i będzie jak znalazł. Otóż NIE! Wszystkie
kina w mojej okolicy zmówiły się i pokazały mi środkowy palec w tej kwestii.
Ani Helios ani Multikino nie mają tego filmu w swoim repertuarze, a najbliższe
Cinema City, które to wyświetla jest w... Toruniu. Stwierdziłam, że aż taka
szurnięta nie jestem i najwyżej poczekam aż będzie gdzieś poza kinem (ku mojej
radości jedno z niewielkich kin w mojej okolicy będzie miało „High Rise” i nie
mam zamiaru odpuścić). Więc pozostała kwestia co zrobić z biletami, jeśli nie
idę na to, na co planowałam.
Weszłam na stronę kina i rzuciło mi się trzech kandydatów.
„Hardcore Henry”, „50 twarzy Blacka” i „Cień”. Pierwszy film po obejrzeniu
zwiastunu odrzuciłam, ponieważ jest on kręcony z perspektywy bohatera. Jeśli
chodzi o taki obraz w grze to jestem jak najbardziej za, ale po obejrzeniu
dwuminutowego trailera miałam dość i czułam, że po wyjściu z kina mogłabym
zwymiotować. „50 twarzy Blacka” wydawało mi się czymś lepszym niż historia z
Grey’em, ale nie na tyle, żebym koniecznie chciała to obejrzeć. No i na końcu
został mi „Cień”. Przeczytałam opis i wydał mi się całkiem ok. Do tego fajny
plakat i ładny pan na nim. Weszłam na Filmweb, zobaczyłam obsadę i mnie
zamurowało (cóż, nie mogę zacytować tego co wtedy powiedziałam, bo to
niecenzuralne). Pamiętacie taki film jak „Dziewczyna z portretu” (jak nie
pamiętacie filmu to może chociaż wpis, który popełniłam po obejrzeniu tej
produkcji?)? Był tam sobie taki aktor co wyglądał jak Putin. Wręcz deska w
deskę. No i właśnie. Okazało się, że ten przystojny pan z plakatu i Putin z
„Dziewczyny...” i jeden i ten sam człowiek. I w tym momencie zapadła decyzja co
będę oglądać.
Zabrałam moją kumpelkę do kina, ta zaopatrzyła nas w
prowiant i można było się wyluzować. Oczywiście o bilety musiałam się upomnieć,
bo panie w kasie nie do końca ogarnęły sprawę (w Multikinie było nawet gorzej,
więc nie powinnam narzekać). Po wejściu na salę puścili standardowo reklamy i
zwiastuny i po raz kolejny moja lista produkcji do obejrzenia powiększyła się.
Z jednym małym wyjątkiem jakim jest film „Smoleńsk” (dobrze, że już nie chodzę
do liceum, bo pewnie ktoś wpadłby na wspaniały pomysł zorganizowania wyjścia do
kina na ten twór i przyświecałoby nam stwierdzenie „historię Polski trzeba
znać”).
W filmie poznajemy żołnierza, Vincenta Loreau (Matthias
Schoenaerts), który po powrocie z misji, ze względu na stan zdrowia
fizyczny, jak i psychiczny, zostaje odsunięty od służby i zostaje ochroniarzem
u bogatego biznesmana Imada Whalida (Percy Kemp). Owy biznesmen posiada piękną
żonę, Jessie (Diane Kruger) i syna Ali’ego (Zaïd
Errougui-Demonsant). Gdy Whalid wyjeżdża w sprawie interesów do
opieki nad żoną i synem zostaje poproszony Vincent. Loreau z minuty na minutę
coraz bardziej zakochuje się w Jessie, a do tego przez cały czas ma wrażenie,
że ktoś śledzi jego podopiecznych. Od tej pory zaczyna się walka z tym co
istnieje naprawdę, a co jest tylko w jego głowie.
Bardzo dobrze został pokazany motyw psychiki Vincenta. Z
jednej strony taki twardziel, z tatuażami, z wojenną przeszłością, który nie
boi się niczego i jest skłonny zaryzykować życie, a z drugiej na widok pięknej
kobiety odpływa myślami i zaczyna się pocić (jakkolwiek to brzmi). Z każdą
kolejną sceną walczy sam ze sobą, tym bardziej, że Jessie początkowo traktuje
go jak powietrze i w pewnym momencie wydaje się, że go nie toleruje.
Można znaleźć wiele opinii, że film trzyma napięcie niczym
najlepsze produkcje Hitchcocka. Czy to prawda? No cóż... Jednego nie można nie powiedzieć.
Kiedy spodziewamy się, że coś się wydarzy to się nie dzieje nic, ale jeśli
zaczynamy się zastanawiać czy coś tu może nas zaskoczyć to nagle dostajemy w
twarz i się budzimy, bo akcja nabiera rozpędu. Jeśli ktoś uwielbia thrillery to
zapewne powie, że ten jest zbudowany na tej samej kanwie co pozostałe, ale mnie
osobiście przypadł do gustu, chociaż pośladków nie urwał. Jedyne co spowodował
to dziwny sen dziś w nocy i tornado w moim fangirlowskim życiu, bo Matthias
Schoenaerts (czemu ja zawsze muszę trafiać na takich aktorów, który
zapamiętanie nazwiska zajmuje mi lata świetlne?) dołączył do mojego Wesołego
Fandomowego Autobusu.
Film warty obejrzenia, ale na raz. Potem się już raczej do
niego nie wraca. Mimo wszystko emocje utrzymuje na poziomie.
P.S. Jeśli ktoś nie chce spoilera to proponuję opuścić ten wpis w tym miejscu i dziękuję za uwagę!
A jeżeli nie to muszę się podzielić krótkim stwierdzeniem tuż po ostatniej scenie w filmie i zakończeniu seansu.
"Ty, patrz, to miał być thriller, od początku do końca, a oni mi tu wyjeżdżają z komedią romantyczną".

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz