czwartek, 31 marca 2016

Zwierzę to też człowiek!

Przez dłuższy czas nie oglądałam bajek. Nie wiem w sumie dlaczego. Dopiero w poprzednie wakacje jakoś się to ruszyło. Byłam w kinie na „Minionkach”, a potem trafiłam na „W głowie się nie mieści”. Z kolei parę miesięcy temu moja kuzynka podesłała mi zwiastun „Zwierzogrodu” i stwierdziła, że musi obejrzeć tę bajkę. Ja niestety zapomniałam o tym na parę miesięcy, aż do ostatniej niedzieli. Wtedy postanowiłam, że fajnie by było wybrać się na coś do kina. Po drodze się okazało, że premiera „Mojego wielkiego greckiego wesela” jest dopiero jutro, więc trzeba było szukać na szybko jakiegoś substytutu dobrej rozrywki. No i padło na animację...

Kulturalnie zaproponowałam wypad do kina mojemu Wilsonkowi i poszłyśmy poczuć się jak dzieci. Ale w kinie mój pogląd „dziecinności” został mocno zweryfikowany. Okazało się, że na seans przyszło więcej osób powyżej 16. roku życia. Od razu uświadomiłam sobie, że za mało do kina chodzę właśnie na bajki. Pamiętam jak kiedyś poszłam na „Mikołajka” (miałam wtedy chyba z 17 lat), a na sali średnia wieku to było 11 lat i żadnego dorosłego w pobliżu. Teraz już bym z tym nie miała problemu, ale wtedy poczułam się jakbym uciekła z psychiatryka i trafiła do brutalnej rzeczywistości.

Jeszcze dobrze się nie zaczął film, a ja już zbierałam szczękę z podłogi. A to za sprawą czołówki Walta Disney’a. Kiedyś to było zrobione jedną, prostą kreską, bez zbędnych fajerwerków. To co zobaczyłam wczoraj było małym arcydziełem. Piękny obraz, jakby malutki film krótkometrażowy, który sprawił, że zapragnęłam znaleźć się w samym centrum tej animacji. Aż Wilson do mnie szepnął, że chce pojechać do Disneylandu. JA TEŻ!

A potem ogarnął mnie nagły smutek, aż poczułam, że w kącikach moich oczu mogą się pojawić łzy. Wszystko dzięki zwiastunowi „Gdzie jest Dory?”. Uświadomiłam sobie, że gdy do kin wchodził „Gdzie jest Nemo?” ja miałam 8 lat, a na drzwiach od mojego pokoju wisiały plakaty z bohaterami tego filmu. Od tej pory mięło 13 lat. Wiele rzeczy się zmieniło, ale jedno jest wciąż takie same: Na dobre rzeczy należy czekać latami.

Zainteresował nas jeszcze jeden zwiastun. „Księga dżungli”, która przyprawiła mnie o gęsią skórkę. Przepiękne zwierzęta naniesione na żywy plan. Nie żadna bajka w 3D. Po prostu jakby National Geografic. Do tego polski dubbing z najwyższej półki, dla którego chociażby warto iść na tę produkcję.

Potem zatarłam rączki i zaczął się film. A o czym „Zwierzogród”? Poznajemy śliczną króliczkę (a może królika dziewczynę?), Judy Hops, która odkąd pamięta postanowiła sobie, że choćby niewiadomo co zostanie najlepszą policjantką. Poprzez pewny incydent w dzieciństwie zapragnęła tego jeszcze bardziej i ze wszystkich swoich sił dążyła do upragnionego celu. Hops przeprowadza się ze swojej rodzinnej wioski do dużego, pięknego miasta, który zwie się Zwierzogrodem. Każde zwierze żyje tam ze sobą w symbiozie i harmonii i nic tego nie zmieni. Jednak upragnione łapanie bandytów przez Judy nie będzie takim szybkim zadaniem. Jej szef nie jest do końca milutki i sprawia, że jej początki są trudne. Przez przypadek poznajemy też Nick’a Wilde’a, małego cwanego lisa, który zna wszystkich i robi doskonałe lewe interesy. Splot wydarzeń połączy naszych bohaterów i oboje będą musieli rozwiązać zagadkę zaginięcia Pana Wydralskiego.

Zdecydowanie jest to bardziej bajka dla dorosłych niż dla dzieci. Owszem, maluchy widzą piękne zwierzątka, przyjaźń i prostą rozrywkę, że je rodzice zabrali do kina. Jednak starsza część publiczności bardziej doceni to co autorzy nam podają. Mnóstwo odniesień do współczesnej popkultury m.in. do „Ojca chrzestnego”, „Breaking bad” i poprzednich produkcji Disney’a. Chyba byłam jedną z osób, które najgłośniej się śmiały i wcale się z tym nie kryłam.

Gdyby spojrzeć na film pod zupełnie innym kątem to dostaliśmy piękną historię o dorastaniu, opuszczaniu domu rodzinnego, spełnianiu marzeń, dążeniu do celu mimo przeciwności losu, a do tego że nie zawsze jest kolorowo, ale jak się trafi odpowiednia szansa to należy ją wykorzystać i na nikogo się nie oglądać. Po prostu robić to co serce podpowiada. Gdzie niegdzie można dostrzec wątek walki o równouprawnienie i o tym, że trzeba być jakim się jest i pod żadnym pozorem nie zmieniać. No i oczywista oczywistość (jak mówi klasyk) z odpowiednim przyjacielem u swego boku można robić wszystko na co ma się ochotę.

Bajka świetna. Powinna walczyć o przyszłoroczną nominację do Oscara, o ile akademia o niej nie zapomni, a ja liczę, że tak się nie stanie. Zdecydowanie polecam wybrać się do kina i nie zastanawiać się jakie cyferki ma się wpisane w metrykę. Zabawa przednia i oby więcej takich filmów.

niedziela, 27 marca 2016

Wypuść mnie z hotelu, a poznasz co to piekło, czyli The Night Manager

Przyznam szczerze, że na „The Night Manager” czekałam od momentu, gdy tylko się dowiedziałam, że taka produkcja ma ujrzeć światło dzienne. Po pierwsze lubię historie szpiegowsko-sensacyjne, a po drugie obsada. Jeśli dwoje głównych bohaterów mają zagrać Hugh Laurie i Tom Hiddleston to po prostu to musi się udać.

Poznajemy Jonathana Pine’a (Tom Hiddleston), który jest nocnym recepcjonistą w kairskim hotelu. Prowadzi spokojne, ustabilizowane i nudny życie. Jak sam mówi, żyje z dnia na dzień. Pewnej nocy zostaje zamordowana kobieta, która skradła mu serce, a on nie mogąc się pogodzić ze stratą przenosi się do innego hotelu w centralnej Europie. Tam poznaje Angelę Burr (Olivia Colman), która proponuje mu współpracę. Pine ma wziąć udział w tajnej akcji służb specjalnych, która będzie skierowana przeciwko potężnemu handlarzowi bronią, Roperowi (Hugh Laurie).


Pine oczywiście przyjmuje propozycje i za pomocą postępu przedostaje się do środowiska Ropera. Początkowo nie jest wcale tak łatwo, jednak z czasem Jonathan wtapia się w towarzystwo bez najmniejszego problemu.

Tak naprawdę pierwsze minuty serialu decydują czy się pozostanie z tą produkcją czy porzuci się ją w kąt z przekonaniem, że to jedna nie tędy droga. Osobiście postanowiłam sobie, że nawet jeśli to będzie dno i pięć metrów mułu to i tak to obejrzę. Z odcinka na odcinek akcja robi się coraz lepsza. Napięcie nie znika ani na moment, a bohaterowie depczą sobie nawzajem po piętach. Z kolei widzowie jedynie mogą się zastanawiać, w którym momencie Roper nakryje Pine’a.


Aktorsko serial jest naprawdę bardzo dobry. Tom Hiddleston przechodzi niezłą przemianę z grzecznego chłopca, który kiedyś był żołnierzem, ale porzucił to na rzecz bycia recepcjonistą, w tajnego agenta, który nie zawaha się zabić człowieka. Chociaż ja z tą przemianą miałam jeden mały problem. Ona wydarzyła się za szybko. Wiem, że jak na sześć odcinków serii to nie mogli z tym za długo czekać, ale najpierw w jednej scenie Jonathan jest milutki, a za chwile w drugiej już ma krew ludzi na swoich rękach. Poza tym, doskonale. Do tego ewidentnie kamerzysta zakochał się w Tomie, bo na jedno ujęcie ogólnego planu było pięć zbliżeń na twarz Hiddlestona. Ale ja się temu wcale nie dziwię. Tom jest bardzo przystojnym aktorem, jednak jak dla mnie na Bonda jest za delikatny (krążą plotki, że aktor mógłby być brany pod uwagę do roli 007 po tym serialu).


Z kolei Hugh Laurie to klasa sama w sobie. Zdążyłam go pokochać za House’a i ojca rodziny w „Fortysomething” (jego syna gra tam Cumberbatch!), a tutaj dostajemy prawdziwego badassa. Bezwzględny, działający pod przykrywką i nikogo się nie bojący „przedsiębiorca”. Nie można też nie wspomnieć o rolach żeńskich. Zarówno Elizabeth Debicki, która wciela się w postać kobiety (oczywiście można się domyślać jaki to jest układ) Ropera jak i Olivia Colman, która werbuje Pine’a do współpracy, spisały się doskonale. A na dokładkę jest jeszcze Tom Hollander, który gra wiernego przydupasa Ropera i który domyśla się podstępu od samego początku. Jeszcze jego zachowania a’la kryptogej sprawiają, że z jednej strony chcemy go polubić, ale z drugiej wiemy, że to nawet gorsza menda niż jego szef.


Generalnie serial wciągający, pełen pięknych krajobrazów (zaczynając od Egiptu kończąc na Majorce), z interesującą fabułą i precyzją aktorską. Krążą plotki, że ma powstać sezon drugi, ponieważ tak naprawdę zakończenie pozostało otwarte. Jednak obecny sezon powstał na podstawie książki (jak ja bym chciała przeczytać tę książkę, jednak jak wiadomo, nie mam czasu), która nie ma swojej kontynuacji. Więc kolejna transza powstała by z wyłącznej konwencji twórczej scenarzystów. Mimo iż serial bardzo mi się podoba to nie jestem do końca przekonana czy kontynuacja jest dobrym pomysłem.


P.S. Jeśli miałabym jeszcze zobaczyć Hugh Laurie i Toma Hiddlestona w jakiejkolwiek innej produkcji to w jakieś, gdzie będzie po między nimi relacja ojciec - syn, bo oni wydają mi się do siebie bardzo podobni.

P.S.2. Jutro po raz drugi idę na Hamleta do Multikina. Czy jest sens raz jeszcze tworzyć wpis na ten temat? 

piątek, 25 marca 2016

Od Dziewczyny Żołnierza po Króla Elfów, czyli Happy Birthday Lee Pace!

Marzec to taki interesujący miesiąc. Zaczyna się wiosna, są Święta Wielkanocne (chociaż nie zawsze), kilka osób ma urodziny (w tym moi rodzice!). No właśnie, urodziny. W dniu dzisiejszym mój fangirlizm może trochę bardziej poszaleć, a to dlatego, że kolejny rok życia ziemskiego mija jednemu z moich ulubionych aktorów.

Tak właściwie to co mnie to powinno obchodzić? Jakiś facet, którego nie znam (tym bardziej on nie zna mnie), żyje po drugiej stronie kuli ziemskiej i co z tego? A no właśnie... To jakieś takie dziwne coś. Nie potrafię odpowiedzieć sobie na to w racjonalny sposób. Ale o kogo właściwie chodzi?

Odpowiedź jest prosta: dziś swoje urodziny obchodzi Lee Pace. Jeśli ktoś nie jest zorientowany kto to jest, to już spieszę wytłumaczyć, że to amerykański aktor filmowy i serialowy (także teatralny), który nie tylko jest zdolny, ale także przystojny. Jakiś czas temu, gdy moja obsesja na jego punkcie sięgała zenitu, został on okrzyknięty przez jedną z moich kumpelek „moim mężem”. Wszystko by było pięknie i ładnie, gdyby po pierwsze: wiedział o moim istnieniu (zawsze sobie obiecuję, że napiszę do niego na Twietterze i poinformuj go o tym radosnym fakcie bycia moim wybrankiem serca), a po drugie: nie krążyła plotka, że jednak woli panów niż panie. Ale tak naprawdę życie osobiste to jego sprawa. Prawdziwy fan powinien skupiać się wyłącznie na jego dokonaniach artystycznych (chociaż uwielbiam kiedy wrzuca swoje selfie na Twittera). Dlatego z tej okazji chciałabym w tym wpisie skupić się na jego rolach filmowych i telewizyjnych, z którymi miałam styczność.

Zaczęłam się zastanawiać w jaki sposób ułożyć przedstawiane produkcje. Czy w kolejności chronologicznej w jakich Pace brał udział czy może w jakim czasie za się za to zabrałam. Padło na to drugie.

Hobbit: Niezwykła Podróż, Pustkowie Smauga, Bitwa Pięciu Armii

To właśnie dzięki Hobbitowi uświadomiłam sobie, że taki człowiek istnieje. I żeby było śmieszniej, dopiero po miesiącu od obejrzenia maratonu w kinie naprawdę mocno mnie „ścięło” na jego punkcie. Było to 20 stycznia (zapamiętałam tą datę tylko dlatego, że równo rok wcześniej odbiło mi na punkcie Benedicta Cumberbatcha).


Lee w „Hobbicie” wciela się postać króla Elfów, Thranduila. Jest niezwykle dostojny, pogardliwy, świetnie ubrany i ma idealne blond włosy. Do tego nienawidzi krasnoludów i ma jakieś 6000 lat, a mimo to wygląda doskonale. Zabawną rzeczą jest także, że w filmie w rolę syna Thranduila, Legolasa, wciela się Orlando Bloom, który prywatnie jest starszy od Pace’a o dwa lata. Na YouTube są fragmenty wywiadów, gdy obaj panowie o tym wspominają i są tym faktem rozbawieni.


Potem zaczęłam węszyć i szukać co by tu jeszcze obejrzeć. Wystarczyło wejść na stronę Filmwebu i po zajęciach na uczelni marnować swój wolny czas na oglądanie nowych produkcji.

Uroczystość

Generalnie jest to jeden z tych głupich filmów, który w niektórych momentach śmieszy, ale w niektórych jest tak żenujący, że ma się ochotę go wyłączyć, zakopać i zapomnieć, że w ogóle istnieje (zresztą to nie jeden taki film w dorobku Lee). Jednak obiecałam sobie, że skoro już włączyłam go to wypadałoby obejrzeć do końca.

Tutaj Pace gra Whita Coutella, który jest filmowcem i bierze ślub ze swoją narzeczoną, która parę lat temu była związana z głównym bohaterem. Whit sprawia wrażenie kompletnego idioty, dla którego najważniejszy jest on sam i to on zawsze musi być w centrum uwagi. Poza tym, że ładnie tu wygląda i się uśmiecha, to chyba bym tego w ogóle nie obejrzała.


Marmaduke - pies na fali

Założyłam sobie, że najpierw obejrzę z nim wszystkie tzw. komediowe produkcje. Marmaduke się do nich zalicza. Film nie jest najwyższych lotów. Generalnie nie jest dobrych lotów, ale czasami się pośmiać można. Czasem ciszej, czasem głośniej.

Poznajemy tutaj Phila Winslowa, który jest głową rodziny, przykładnym mężem, ojcem trójki (!) dzieci i panem wielkiego psa, który się zwie Marmaduke. Oczywiście pies przysparza rodzinie samych kłopotów, ale mimo to Phil skoczy za psem nawet do rwącej rzeki i to dosłownie. Oczywiście bohater Lee jest tutaj znowu przystojny, idealny i generalnie och i ach. Szkoda mi go tylko było jak pies go przeciągnął parę razy po ziemi z turboprędkością. To musiało boleć.


Niezwykły dzień Panny Pettigrew

Film, którego się trochę naszukałam w sieci, a później jak już znalazłam to był problem z odpaleniem go na jednej ze stron, bo ciągle się pokazywało, że przekroczyłam limit (a wcale go nie przekroczyłam!). Może to był znak, żeby nie oglądać tego filmu. Chociaż byłby to błąd.

Lee gra tutaj Michaela, młodego muzyka, który jest zakochany w głównej bohaterce. Do tego broni ją przed okrutnym właścicielem klubu, Nickiem (przy okazji jedna z ładniejszych scen, gdy Pace dostaje po twarzy od Marka Stronga, a potem mu oddaje). Lee znowu jest tu ładnym chłopcem. Nie dość, że dobrze wygląda w smokingu (gdyby nie to, że jest Amerykaninem to powinien zagrać Bonda) to jeszcze ładnie śpiewa. Raz jeszcze: ideał.


Zdecydowałam, że od filmów trzeba trochę odpocząć (głupia ja) i czas zabrać się za seriale.

Halt and Catch Fire

Wcześniej na blogu pojawił się wpis o tym serialu (zainteresowanych odsyłam w czeluści wpisów). W pierwszym sezonie było 10 odcinków, które pochłonęłam w dwa i pół dnia (gdyby nie to, że musiałam chodzić na zajęcia zrobiłabym to w jeden dzień). Serial spodobał mi się na tyle mocno, że na drugi sezon oczekiwałam jak małe dziecko na Gwiazdkę.

Poznajemy tutaj Joe MacMillana, który za cel życiowy stawia sobie zbudowanie pierwszego laptopa, który ma ważyć mniej niż 7 kilogramów. Dąży do tego po trupach, za wszelką cenę, wystawiając nawet do wiatru swoich współpracowników. Jest typową świnią, nie liczącą się z nikim. Wpływ na to ma m.in. jego przeszłość, która okazuje się nie być kolorowa. Moim skromnym zdaniem jest to jego najlepsza rola i niesamowicie się cieszę, że trzeci sezon wychodzi już niedługo (chociaż podobno premiera ma zostać przesunięta z początku czerwca na sierpień). I oby był lepszy niż druga transza.


Gdzie pachną stokrotki

Pamiętam, że kiedy byłam w gimnazjum siedziałam u mojej kumpelki w domu i oglądałyśmy telewizję. Usłyszałyśmy ten tytuł i wywiązał się taki dialog:

- Wiesz, gdzie pachną stokrotki?
- No gdzie?
- W kiblu.

Cóż, nie było to, jakby to nazwać, najwyższych lotów, ale utkwiło mi to w pamięci. Gdy przeglądałam po latach filmografię Lee i zobaczyłam, że grał w tym serialu, wybuchnęłam śmiechem i stwierdziłam, że koniecznie muszę to obejrzeć.

Generalnie myślałam, że produkcja ma ok. 6 sezonów, ale jak się potem okazało ma tylko dwa. Całość obejrzałam w tydzień i było mi niezwykle smutno, że to już koniec. Lee gra tutaj uroczego cukiernika, który ma dziwną, nadprzyrodzoną moc. Potrafi wskrzeszać ludzi, ale potem nigdy więcej nie może ich dotknąć, bo to spowodowałoby ich śmierć bez możliwości powrotu do życia. Trudno opowiedzieć o co tu chodzi, dlatego najlepiej samemu to obejrzeć. A naprawdę warto. Tym bardziej, że ostatnio pojawiła się informacja, że stacja ABC daje zielone światło na powrót tego serialu, jeśli tylko twórcy i aktorzy będą tego chcieli.


30 beats

Ten film to naprawdę dziwny twór. Składa się z kilkudziesięciu sekwencji, w której każdy z bohaterów łączy się w jakiś sposób z tymi z poprzednich fragmentów. Niestety produkcja jest bardzo męcząca i w sumie bezsensu.

Pace pojawia się tu jako Matt, który jest masażystą. Zaleca się do niego jedna z jego klientek, ale on woli inną, która ma na niego wyrąbane. Poza tym, że z wyglądu przypomina Ryana Gosilinga, stoi pod prysznicem i jedzie samochodem to nie ma tu nic ciekawego. Szczerze nie polecam, zakopać ten film.


Polarbearman

Filmik ma tylko pięć minut i przedstawia człowieka, który styka się z globalnym ociepleniem do tego stopnia, że Ziemia zostaje zalana przez wodę, a on swój żywot musi spędzić na dachu swojego domu. Do zobaczenia na YouTube jakby ktoś był zainteresowany. Całkiem ciekawa wizja przyszłego świata.


Opętany

Tutaj mamy do czynienia z całkiem dobrym thrillerem, przynajmniej według mnie (oglądałam ten filmu już chyba z sześć razy). Mamy tutaj dwóch braci. Jeden jest ułożony, wykształcony, ma żonę i jest generalnie szczęśliwy. A drugi to margines. Wychodzi z więzienia, mieszka pokątnie u swojego brata i ma wszystko gdzieś. Pewnego dnia dochodzi do kłótni między braćmi i jeden ucieka przed drugim. Dochodzi do wypadku, po którym obaj zapadają w śpiączkę. Po pewnym czasie ten zły budzi się i wydaje mu się, że jest swoim bratem.

Lee gra tutaj Romana, tego złego. Początkowo jest totalnym zerem, ale z czasem, gdy staje się swoim bratem zmienia się zupełnie. Zakończenie jest zaskakujące i co ciekawsze, jest jego alternatywna wersja na YouTube. Film można podsumować: od badassa do milusiego, troskliwego faceta.


Samotny mężczyzna

Pewnej niedzieli, późno wieczorem trafiłam na ten film w telewizji. Na drugi dzień miałam pociąg na 6.40 i wiedziałam, że nie mogę go obejrzeć całego. Stwierdziłam, że obejrzę do pierwszego momentu aż pojawi się Lee. Nastąpiło to po czterdziestu pięciu minutach. Szedł z głównym bohaterem (w tej roli fantastyczny Colin Firth) i krótko rozmawiali. Po tej scenie wyłączyłam tv i poszłam spać. Na drugi dzień po zajęciach dokończyłam oglądania i jakież było moje rozczarowanie, gdy się okazało, że to była jedyna scena, w której pojawił się Lee.

Zagrał profesora akademickiego, który pojawił się tylko raz. Ale nie ma tego złego, bo film naprawdę dobry i warty obejrzenia. Mam nadzieję, że będę też miała czas na przeczytanie książki, na podstawie której produkcja powstała. 


Rezydent 

Po tym filmie bałam się iść ciemnym korytarzem do łazienki w moim akademiku. Trochę strasznie, trochę obsesyjnie, ale możliwe, że to tylko moje dziwne odczucia, bo nie mam zwyczaju oglądać takich filmów. Poznajemy tutaj młodą lekarkę, która po zerwaniu ze swoim chłopakiem przeprowadza się do mieszkania, w którym po czasie ma wrażenie, że ktoś ją ciągle obserwuje.

Pace gra tu byłego chłopaka owej bohaterki, który stara się odbudować relację z ukochaną. No cóż, po raz kolejny jest ładny i to chyba na tyle. Film sam w sobie nie jest nie wiadomo jakim arcydziełem, ale jakby komuś się nudziło wieczorem to do poduszki może obejrzeć.


Strażnicy galaktyki

W obecnych czasach chyba nie ma aktora, który by nie zagrał albo nie miał w planach zagrania w produkcjach Marvela. Spotkało to też oczywiście Pace’a, któremy zagrał czarny charakter, czyli mrocznego Ronana. Wielki, niebieski stwór, który chce zabrać tajemniczy artefakt z rąk Petera Quilla, awanturnika i przywódcy grupy oudsiderów.

Obejrzałam ten film dla Lee i niestety muszę się przyznać, że nijaki Groot skradł moje serce i Ronan musiał pójść w odstawkę. Od tego też się zaczęła moja miłość do Marvela, która pomału powiększa się.


Magia uczuć

Obejrzałam ten film z kumpelką zza ściany z akademika. Początkowo nie mogłam w ogóle zrozumieć tego filmu. Nie wiedziałam o co w nim naprawdę chodzi. Zachwycały mnie tylko piękne kadry i widoki w tle. Jednak pod koniec zdałam sobie sprawę jakie jest przesłanie.

Lee gra tutaj Roy’a Walkera, który jest kaskaderem filmowym. W szpitalu do chodzi do zdrowia po wypadku i tam poznaje małą dziewczynkę, z którą się zaprzyjaźnia i postanawia jej opowiedzieć pewną historię. Produkcja wielopłaszczyznowa, inspirująca i godna polecenia.


Saga Zmierzch: Przed Świtem

No tak... No cóż... Rachunki za coś trzeba płacić. Nie muszę chyba nikomu przestawiać tego filmu. Wampiry, wilkołaki, drewniana Bella, blady Edward... Ale żeby nie być taką świętą to obejrzałam (właściwie przespałam w kinie) pierwszą cześć „Zmierzchu”, a właśnie tą ostatnią aż... trzy razy. I wszystkie trzy razy były w Anglii, w angielskiej telewizji, gdzie głos w tle opisuje wszystko co dzieje się na ekranie.

Lee gra tutaj najprzystojniejszego wampira Garretta, który się z nikim nie patyczkuje i jak go ktoś z denerwuje no to cóż... Nie będę ukrywać, że obejrzałam to tylko dla niego i chyba więcej tego nie zrobię. Trzy razy to i tak za dużo.


Strategia Mistrza

Na ten film czekałam odkąd się dowiedziałam, że Lee w nim będzie grał. Film opowiada historię Lance’a Armstronga, mistrza kolarskiego, który dzięki niedozwolonym środkom stał się maszyną do odnoszenia kolejnych sukcesów. Wybrałam się na to do kina z moim Wilsonkiem i szczerze tego nie żałowałam. Jednym z większych plusów tej produkcji jest ścieżka dźwiękowa, która jest naprawdę genialna.

Lee gra tutaj menagera Armstronga, który pilnuje za równo jego kontraktów jak i tego, by afera dopingowa nie wymknęła się spod kontroli. Lee pojawił się w około dziewięciu scenach w całym filmie. To i tak niezły rezultat. 


To nie są wszystkie filmy, które Lee Pace ma w swoim dorobku. Chociaż kiedyś obiecałam sobie, że obejrzę wszystkie, jednak niestety póki co tak się nie stało. Za to pozostał jeszcze jeden film, do którego podchodzę jak pies do jeża i jakoś dziwnie nie potrafię się do niego zabrać. Mam tu na myśli Dziewczynę żołnierza. Jest to debiut filmowy Lee, który jako młody aktor, tuż po szkole otrzymuje niesamowitą okazję zagrania głównej roli. Pace gra tam transwestytę, w którym zakochuje się żołnierz z pobliskiej dywizji, która stacjonuje w okolicy. Jakoś mam dziwną obawę przed tą produkcją i nie potrafię powiedzieć dlaczego. Może za bardzo przytłacza mnie myśl, że Lee jest o wiele ładniejszą dziewczyną niż połowa kobiet na ziemi w tym ja. 


Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak życzyć temu wielkoludowi (ma prawie dwa metry wzrostu) wszystkiego najlepszego, świetnych ról filmowych i większej ilość filmów z jego udziałem w naszych kinach, żebym miała na co chodzić w Środy z Orange! :)


sobota, 20 lutego 2016

Skieruj na to reflektor

W środę miałam przyjemność iść z moim Wilsonkiem do kina. Pomijając fakt, że znowu było tam pełno ludzi i niektózy naprawdę nie potrafią się zachować to było bardzo przyjemnie. Po raz kolejny po obejrzeniu nowych zwiastunów (kurczę, Helios puszcza zupełnie inne zapowiedzi) mój portfel odczuje smutek, rozpacz i pustkę. Na mojej liście pojawiły się co najmniej cztery nowe filmy. I nasuwa się tu pytanie: po co się uczyć skoro można oglądać filmy?

Tym razem trafiłyśmy na Spotlight. Obie chciałyśmy zobaczyć ten film i w sumie dogadałyśmy się, że pójdziemy na niego, totalnie przez przypadek. Od słowa do słowa i tak wyszło. A o czym film? Do Bostonu, który jest bardzo hermetycznym miastem, przyjeżdża nowy redaktor naczelny (Liev Schreiber) lokalnej gazety. Specjalny dział gazety, który nazywa się "Spotlight" wpada na trop wielkiego, pedofilskiego skandalu w Kościele Rzymskokatolickim.

Nie jest to typowy film, w którym akcja wbija widza od pierwszych minut. Jest to raczej pokazanie mozolnej, dziennikarskiej pracy, która nie ma nic wspólnego codziennym pisaniem nowych informacji. Tutaj praca trwa kilkanaście miesięcy i codziennie, krok po kroku, rozmowa po rozmowie, dochodzi się do rozplątania nowej nitki w tej poplątanej włóczce. Każdy z dziennikarzy godzinami przygląda się archiwalnym zapiskom, spędza wieczory w bibliotekach i odbywa tysiące rozmów, które czasami nie idą zupełnie po ich myśli. Jeśli ktoś ich wyrzuca drzwiami to oni wchodzą oknem. Pracują tak długo, aż w końcu odkryją coś nowego.

Nie ma tu strzelanin, pościgów samochodowych czy też wielkich eksplozji, a mimo to produkcje ogląda się z zapartym tchem i wraz z bohaterami chcemy poszukiwać prawdy. Zaczynamy pałać nienawiścią do tych wszystkich złych ludzi i wierzymy, że zagadka jest już bliżej końca i więcej złych występków nie będzie.

Twórcy bardzo dobrze przedstawili wyparcie prawy przez drugą stronę. Przez lata wszelkie krzywdy były zamiatane pod dywan, mimo że najwyższe władze kościoła o wszystkim doskonale wiedziały. Z minuty na minutę tajemnica poliszynela staje się tematem, na który wpływ będzie miała opinia publiczna. Dzień po publikacji artykułu w redakcji zaczynają rozdzwaniać się telefony, a do dziennikarzy zgłasza się coraz więcej ofiar.

Film jest historią opartą na faktach. W 2002 roku sprawa zbulwersowała opinię publiczną, jednak to był dopiero początek odkrywania mrocznych sekretów Kościoła. Przypadek z Bostonu rzucił światło na cały świat. Pod koniec filmu na ekranie pojawia się lista miast, w których wykryto wszelkie nieprawidłowości. Początkowo są to miasta w okolicach Bostonu, a potem otrzymujemy kilometrową rozpiskę miast z całego świata (na oko może być ich nawet około 200). Niestety na liście nie zabrakło Polski. Pośród niechlubnych miast pojawił się Poznań, ale to chyba znana wszystkim historia.

Ogromnym plusem jest obsada. Świetną kreację stworzył Mark Ruffalo, który wcielił się w specyficznego, porywczego, dziennikarza. Do tego Michael Keaton jako przywódca niewielkiej grupy "Spotlight" oraz Stanley Tucci jako adwokat pomagający ofiarom (w końcu zagrał rolę, w której mógł w pełni pokazać swoje aktorstwo).

Siedząc w kinie, po raz pierwszy zapragnęłam zostać właśnie takim dziennikarzem. Pracującym dokładnie, z całkowitym poświęceniem nad jedną sprawą przez dłuższy okres czasu. Mogłabym siedzieć w bibliotece, szukać wszystkich informacji i nie zastanawiać się ciągle jaki następny szybki temat mogłabym opisać. Wiem, że to nie jest taka łatwa sprawa, a w dobie internetu nie ma już nawet "papierowych" archiwum. Może nie zarabiają oni kokosów, ale właśnie taki rodzaj dziennikarstwa daje największe spełnienie i utwierdzenie się w przekonaniu, że to co się robi jest naprawdę ważne.

Film naprawdę bardzo dobry, jednak taki rodzaj produkcji może nużyć. Za dużo się nie dzieje, wszystko odbywa się pomału, ale jak już nastąpi kulminacja informacji to wszystko wybucha. Psychicznie może zniszczyć, szczególnie jeśli jest się bardzo związanym z Kościołem.


środa, 17 lutego 2016

Jestem singlem i dobrze mi z tym!

Wczoraj z okazji spóźnionych Walentynek (a może bardziej Dnia Singla) wybrałam się z dwiema uroczymi paniami do kina na "Jak to robią single". Jako że wczorajszy dzień był dziwnie paskudny i odezwał się mój Elf Pogardy, potrzebowałam czegoś, co mnie rozweseli (było ze mną naprawdę źle, bo już hejtowałam nawet Stinga). Do kina szłam z pełnym przekonaniem, że będzie świetnie, ale z tyłu głowy jakiś wredny głos wciąż mi powtarzał: "To znowu głupia komedia, będzie żenująco". Jak dobrze, że ten pesymista szybko został zgładzony.

"Jak to robią single" to komedia, która opowiada o grupce ludzi (w zasadzie każde z nich w jakiś sposób jest ze sobą połączone) z Nowego Jorku, którzy starają się za wszelką cenę zdobyć swoją drugą połówkę. Brzmi znajomo? A no właśnie. Można by powiedzieć, że to kolejna idiotyczna opowiastka, na której wszyscy zarobią grube miliony, bo desperatki (może i desperaci) polecą szukać w filmie nierealnego poradnika, na podstawie którego zdobędą szczęście.

Wbrew pozorom to nieprawda. Okazuje się, że można żyć bez faceta (kobiety w sumie też, bo panowie również występują w tej produkcji) i udowadniają to bohaterowie filmu. Wydawać by się mogło, że skoro Nowy Jork to nieograniczone możliwości, całonocne imprezy, ludzie na każdym kroku i generalnie raj na ziemi. Samotni tam też są.

Tak naprawdę główną bohaterką filmu jest Alice (Dakota Johnson), która pojawia się w Nowym Jorku, po tym jak "robi sobie przerwę" ze swoim chłopakiem Joshem (Nicholas Braun). Postanawia się wyszaleć i wrócić do ukochanego. Jednak gdy jest już na to gotowa, on oznajmia jej, że nie ma takiej opcji, że on ma już i czas minął. Załamana dziewczyna początkowo za wszelką cenę stara się, by Josh do niej wrócił, ale gdy wie, że nie może na to liczyć, zaczyna się umawiać z innymi. Cały czas przy swoim boku ma przyjaciółkę Robin (Rebel Wilson), którą poznaje w pracy i razem tworzą zabawny, imprezowy duet. Do tego z boku jest siostra Alice, Meg (Leslie Mann), która jest ginekologiem i w pewnym momencie swojego życia pragnie mieć dziecko.

Jeśli chodzi o obsadę, to nie ukrywam, że jak tylko w zwiastunie zobaczyłam Dakotę Johnson, to stwierdziłam, że nie zniosę tego. Cóż, nie było tak źle, jednak zapewne inna aktorka zagrałaby tą rolę lepiej. Pani Johnson jest dla mnie nadal zbyt drewniana. Za to cały film skradła Rebel Wilson, którą uwielbiam. Tak jak wymiatała w Pitch Perfect, tak tutaj też daje zdrowo do pieca. Dodatkowo fajnie było zobaczy w jednej z ról Damona Wayansa Jr.

Produkcja inna niż wszystkie, ale momentami podobna do pozostałych jakie już widzieliśmy. Jednak można było płakać zarówno ze śmiechu jak i ze wzruszenia. Co do śmiechu, to przez moment wydawało mi się, że śmiałam się najgłośniej ze wszystkich na sali.

A co do tego jak to robią single to sprawa jest bardzo prosta. Jeśli uświadomisz sobie, że jesteś zadowolony ze swojego życia i nie zależy ci na tym, żeby jakiś drugi ktoś wchodził w twoją przestrzeń osobistą, manipulował tobą, mówił co masz robić, a co nie, a do tego ciągle sprowadzał cię do kompromisów, to olej to. Bądź wolny! Rób to co chcesz i co sprawia ci największą przyjemność. Nie potrzebujesz ograniczeń. Podążaj własnymi ścieżkami, popełniaj swoje błędy i nie przejmuj się, że jesteś sam. Jedyne co będzie ci potrzebne to prawdziwy i wspierający przyjaciel u twego boku, który zostanie z tobą na dobre i na złe. No chyba, że gdzieś po drodze trafi ci się ktoś kto pokocha cię takim jakim jesteś i nie będzie z tego powodu żadnych dziwnych sytuacji. Na siłę nie warto niczego szukać. Trzeba się pogodzić z tym co się ma i nie słuchać wszystkich tych, którzy chcieliby układać ci życie.


P.S. Dzisiaj już nie będzie śmieszkowania w kinie. Dzisiaj będzie poważnie.

poniedziałek, 8 lutego 2016

40 rzeczy, które chcę zrobić do śmierci

W moim tajnym kajeciku mam spisanych siedem innych tematów, z których mogłyby powstać wpisy. Jednak wczorajsza noc utwierdziła mnie w przekonaniu, że może czas trochę odpocząć od filmów i luźno pobujać się po świecie marzeń. Przez jakieś 22 godziny w mojej głowie rodziły się pomysły i marzenia, które w mniejszym lub większym (no dobrze, niektóre są niemożliwe) stopniu są do zrealizowania.

1. Zamieszkać zagranicą dłużej niż trzy miesiące
W sumie sztuka zamieszkania poza Polską już raz mi się udała, ale trwała ona niecałe dwa miesiące. To był fantastyczny czas w moim życiu, mimo iż pojechałam tam do pracy. Samo zderzenie z obcą kulturą i innymi ludźmi było świetnym doświadczeniem, które powinien przeżyć każdy. Pozwala to otworzyć oczy i spojrzeć na świat z zupełnie innej strony.

2. Kupić samochód marzeń
Obecnie samochód jaki podoba mi się najbardziej na świecie to BMW X1 w kolorze czarnym albo wiśniowym. Swego czasu Audi, BMW czy Mercedesy traktowałam jako samochody, które są zarezerwowane dla mafii (tak, głupia ja). Ale odkąd skończyłam 15 lat i moim głównym celem życiowym stało się zdobycie prawa jazdy, zmieniłam swój pogląd. Obecnie mam przyjemność (rzadko, bo rzadko, ale nie ma innego wyjścia) jeździć bardzo komfortowym autem i nie ukrywam, że uwielbiam je. A nie jest to wcale BMW.

3. Pojechać do Norwegii
W swojej głowie roztaczam piękną wizję: wschód słońca, parująca herbata z miodem, łosoś na stole na śniadanie i ja podziwiająca widoki w swetrze w skandynawskie wzory. Piękne marzenie, ale prawdopodobnie jest jedna przeszkoda, aby się spełniło. Ja nigdy w życiu nie wstanę na wschód słońca z własnej nieprzymuszonej woli. Ale cóż, kto wie, może kiedyś...

4. Skoczyć na bungee
Czasem potrzebuję adrenaliny. A to doskonała rozrywka. Podobno. Żeby tylko mi kręgosłup nie pękł w połowie.

5. Zrobić wielki maraton serialowy (filmowy)
Po prostu, najzwyczajniej w świecie, przez tydzień nie robić nic tylko oglądać filmy i seriale. Do tego mieć pełną lodówkę, wychodzić czasami za potrzebą i to tyle. Nic więcej. Po prostu siedzieć i gapić się w ekran komputera/telewizora. No i oczywiście robić sobie przerwę na sen, bo bez tego to ja nie mogę.

6. Wydać książkę
Jestem w trakcie pisania. Czy z tego coś będzie? Nie mam zielonego pojęcia. Ale jeśli by się udało to byłabym przeszczęśliwa. I nawet jeśli sprzedałabym tylko jeden egzemplarz i to mojej mamie to i tak byłabym zadowolona. W końcu każdego dnia w mojej głowie rodzą się dziwne pomysły, więc mogłoby powstać ze sto książek. Tylko, żebym miała motywację do pisania...

7. Spełnić marzenia moich rodziców
W sumie to nie za dużo wiadomo mi na ten temat, ale są dwie takie rzeczy. Moja mama chciałaby polecieć balonem i prawdopodobnie uda mi się to zrealizować. I to nawet nie długo. A jeśli chodzi o tatę to powiedział mi kiedyś, że jeśli miałby jechać w jakąś podróż to chciałby zobaczyć Nową Zelandię. Jeśli uda mi się kiedyś sprzedać moją książkę i odnieść niesamowity sukces finansowy to tata ma to jak w banku. A jeśli nie no to cóż... Będziemy musieli poczekać na tego mojego bogatego męża i od niego wziąć hajs na podróż.

8. Zakochać się na zabój
Czy to wymaga dodatkowego komentarza?

9. Poranny spacer po Gdańsku
Niby mam taką możliwość, ale powtórzę to co napisałam w punkcie 3: jestem leniwą bułą. A jak widzę ten spacer? O 6 rano przejść się po ul. Długiej, skręcić nad Motławę, a potem wskoczyć w tramwaj nr 8 i pojechać na plaże na Stogi. Ciekawe czy do końca studiów uda mi się tego dokonać?

10. Jechać na koncert The Police
Na koncercie Stinga już byłam i uważam, że był to najlepszy prezent jaki do tej pory dostałam. Nigdy nie zapomnę tego dnia i cieszę się, że mogłam usłyszeć i zobaczyć swojego największego muzycznego idola na żywo. Jednak The Police to trochę inna para kaloszy. Niby też Sting, ale nie do końca. Muzyka The Police daje inną energię. Wystarczy włączyć sobie koncert z 1984 roku z trasy Synchroronicity i trafia się do zupełnie innego świata. Ale to chyba niestety jedno z tych marzeń, które nigdy się nie spełni. Nie zapowiada się na reaktywację zespołu, a do 1984 roku się przecież nie przeniosę...

11. Znaleźć się na planie ulubionego serialu
To jest zdecydowanie jedno z tych większych marzeń. Obecnie miałabym wielki problem, żeby zdecydować się na ulubiony serial. Wahałabym się między trzema: Sherlock, Poldark i Halt and Catch Fire. Zdecydowanie wystarczyłoby mi stanie gdzieś koło barierki i zwyczajne obserwowanie jak powstają pojedyncze sceny. Nie więcej. No może jeszcze zdjęcia z aktorami też by były czaderskie.

12. Zagrać epizod w filmie/serialu
Jeszcze niedawno szczytem moich marzeń było zagranie twarzą do podłogi. Ale teraz mogłabym być jakimś statystą. Na przykład wypatrywać sardynek stojąc na klifie albo być umierającym pacjentem na stole operacyjnym. No chyba, że jakiś gwiazdor z Hollywood poprosiłby mnie, żeby mu partnerować w filmie. To wtedy lecę, pędzę i się nie zastanawiam nad niczym.

13. Zrobić zakupy życia w Empiku
Empik mógłby być moim trzecim domem. Tam jest tyle pięknych rzeczy, która aż wołają, żeby zabrać je do domu. Moje największe zakupy jakie zrobiłam tam do tej pory kosztowały ok. 200 zł, ale byłam wtedy bardzo szczęśliwa. Przepraszam, ma ktoś na zbyciu kartę kredytową z niekończącym się limitem?! Albo może jest na sali mój mąż z Hollywood?!

14. Pojechać do Nowego Jorku
To moje marzenie od 13. roku życia. Odkąd zobaczyłam pierwszy odcinek CSI NY. Piękne, wielkie miasto z ogromnymi możliwościami. Albo się wybijesz albo pójdziesz na dno. Dlatego pojechałabym tam tylko na dwa tygodnie, zwiedzić wszystkie miejsca warte uwagi, a potem latami bym to wspominała. Przecież nie chcę umrzeć w ciemnym zaułku.

15. Porozmawiać ze Stingiem
Zapytałabym go o tak dużo rzeczy, że teraz nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnej. A tak naprawdę, gdyby się do mnie odezwał to prawdopodobnie nie odpowiedziałabym nic, bo bym zemdlała z wrażenia.

16. Kupić czerwone buty na obcasie
Nie tam żadne Gucci czy inny Armani. Po prostu, zwykłe, czerwone, zamszowe, na ok. 10 centymetrowym obcasie, żebym się nie zabiła na najbliższym zakręcie. Raz w swoim życiu miałam okazję kupić takie buty i już szłam z nimi do kasy (nawet miałam sponsora!), ale padło podstawowe pytanie: A gdzie ty będziesz w nich chodzić? No i czar prysł, a buty zostały w sklepie.

17. Mieć w domu bibliotekę
Póki co mam regał wypchany po brzegi i szafkę od telewizora, z której wysypują się książki. Za rok kupię sobie regał, który zajmie mi pół ściany, a w przyszłości kto wie. Może będę miała tak wielkie mieszkanie/dom, że będę mogła poświęcić temu cały pokój...

18. Zamieszkać w apartamentowcu/lofcie
Apartament na 20. piętrze z widokiem na panoramę miasta albo loft, który jest jedną wielką przestrzenią, w której nic mi nie grozi. Najlepiej, żeby to było w jakimś fantastycznym mieście, które ma niesamowite możliwości do rozwoju. A potem pewnie wyprowadzę się na wieś, bo zwariuję i będą chcieli mnie zamknąć w psychiatryku.

19. Wrócić do czasów dzieciństwa
Tęsknie za czasami, gdy wracało się ze szkoły, odrabiało lekcje, zjadało obiad i pędziło na podwórko, bo już wszyscy czekali, a potem punkt 19 meldowało się w domu, bo zaczynała się wieczorynka. W po kolacji zostawał jeszcze czas, żeby poczytać książkę albo porobić cokolwiek innego. A teraz? Teraz oglądam seriale do nocy. Damn, gdzie popełniliśmy błąd?

20. Zostać żoną Hollywood
Zdecydowanie moje największe marzenie. No dobrze, mam już męża z tamtych kręgów, jednak jest z tym mały problem. To bardzo skomplikowana relacja, a poza tym on jeszcze nie wie, że jest moim mężem. Ciągle się zbieram, żebym mu to napisać na Twitterze i jakoś nie mogę tego zrobić. A w ogóle to jest jeszcze kilku innych kandydatów na mojego męża. Tylko, żeby oni się zdecydowali...

21. Zdobyć popularność na blogu
No dobrze, jestem wdzięczna WSZYSTKIM moim obecnym czytelnikom. Każdy z Was jest naprawdę cenny i cieszę się, że moje teksty są gdzieś tam czytane. Ale jak to każdy pazerny "twórca" chcę więcej i więcej. Ot, niespokojna ambicja. Ale i tak Wam dziękuję! Dzięki, że jesteście.

22. Udać się na spontaniczny wyjazd
Ostatnio z moją współlokatorką stwierdziłyśmy, że chciałybyśmy pojechać do Paryża. Paryż ładne miasto, tylko że my nie mamy kasy. No i po spontaniczności. Ale jeśli tylko trafią mi się jakieś tanie bilety np. do Norwegii albo nawet do Warszawy to jadę. Koniecznie!

23. Pójść na strzelnice
W poprzednim wpisie pisałam, że swego czasu interesowałam się bronią i wszystkim co z tym związane. Pamiętam jak maltretowałam tatę, żeby zabrał mnie kiedyś na strzelnice. Niestety nie chciał tego zrobić, więc jak znajdę towarzystwo i trochę więcej czasu (i pieniędzy) to się tam wybiorę. No chyba, że jakimś cudem zostanę policjantem albo żołnierzem, w co wątpię.

24. Mieć dziecko
Zostałam ostatnio zapytana czy chcę mieć dziecko. Chcę, pewnie. To świetna sprawa. Ale jeszcze nie teraz. Poza tym trzeba je jeszcze mieć z kim mieć. Także sobie jeszcze trochę poczekam, ale może w końcu się doczekam.

25. Jeść dużo i nie przytyć
To chyba marzenie każdego, prawda? Pączki, ciastka, pizza, kebab i wszystkie inne dobrocie jakie widział ten świat. Omomomom...

26. Nie utracić tych, których mam
Rodziny, przyjaciół, wszystkich istotnych. Jest dobrze jak jest i niech się to nie zmienia.

27. Przywalić tym, którzy mnie wkurzają
Zepnę się kiedyś w sobie i cały ten tłumiony gniew (a jest on ogromny jak widzę niektóre osoby) wypuszczę z siebie w najmniej oczekiwanym momencie. Tylko, żeby to się dla mnie źle nie skończyło... Ja nie chcę iść siedzieć.

28. Dostać darmowy karnet do kina do końca życia
Ostatnio kino i filmy stały się moją pasją numer 1. Potrafię być w kinie dwa razy w tygodniu i to dzień po dniu. Oczywiście najbardziej obstawiam wtorki i środy, bo w Heliosie są tanie wtorki, a w środy w Multikinie są "Środy z Orange", czyli dwa bilety w cenie dwóch, jeśli ma się kod z Orange. A ja mam to szczęście, że moi towarzysze, którzy chodzą ze mną do kina mają telefony w Orange. Czego chcieć więcej?

29. Mieć zawsze pieniądze na koszulki z othertees.com
Na tej stornie, za niewielkie pieniądze (jak na koszulki bardzo dobrej jakości) można kupić małe dzieła sztuki. Są to najlepsze fanowskie koszulki jakie świat widział. Obecnie jestem w posiadaniu sześciu takich koszulek i nadal poluję na kolejne wzory. Właśnie dzisiaj przepadł mi bardzo ładny wzór z Deadpoolem. Ale przecież moje konto nie jest bez dna. Haaaaalo, mężu z Hollywood, gdzie jesteś?!

30. Mieć kanały BBC w swoim telewizorze
Kiedyś miałam BBC Entertaiment, ale szanowna sieć kablowa postanowiła się pozbyć tego brytyjskiego daru i zostałam na lodzie. Na szczęście będąc w Anglii mogłam sobie oglądać BBC do woli. Nawet ich parlament, który miał osobny kanał. Jednak dla mnie największym szczęściem była możliwość obejrzenia mojego ukochanego odcinka Sherlocka w oryginale, bez żadnego słabego lektora. Tylko po prostu, tak jak go Pan Bóg (a raczej duet Gatiss&Moffat stworzył).

31. Nie być już nigdy więcej zranionym
Tak zwyczajnie, żeby nie płakać pół nocy w poduszkę, bo ludzie nagle znikają i nie tłumaczą dlaczego. Zakładam, że to niewykonalne, bo dużo takich sytuacji jeszcze przede mną. Ale marzeniem może być.

32. Mieć gramofon i płyty winylowe
Tata mi kiedyś obiecał, że jak zniknie pewna sterta pudeł w moim pokoju to naprawi nasz stary adapter i wstawi go do mnie do pokoju. Pudła zniknęły dawno temu, a obiecanego sprzętu jak nie było tak nie ma. A moje dwie pierwsze płyty winylowe kupiłam kilka lat temu z przekonaniem, że już nie długo będę mogła ich posłuchać. I co? Wiadro...

33. Zatańczyć na barze
Niesamowicie idiotyczny pomysł, ale bardzo mi się podoba. Jednak żebym to robiła musiałabym się porządnie upić i do tego trafić do baru, gdzie nikt mnie nie zna i nigdy tam nie wrócę. Toruń odpada, a Gdańsk tym bardziej. Może jak w końcu pojadę do tego Nowego Jorku to tak zrobię. W końcu żyje się tylko raz.

34. Mieć zwariowane wakacje
Myślę, że czas takich wakacji już minął, a właściwie nigdy się nie pojawił. Oczywiście kilkudniowe wyjazdy się zdarzały, ale mi się marzy takie totalne szaleństwo przez przynajmniej miesiąc. Robisz co chcesz, jesz co chcesz, śpisz gdzie chcesz i nie martwisz się o nic. Oczywiście pewnie rzeczy w granicach rozsądku, a pewne... Lećmy na całego!

35. Wyjść za mąż
Ślub to świetna sprawa. Może i pokazówka dla rodziny, ale przeżycie niesamowite. Nie raz śniło mi się fantastyczne wesele i zabawa do samego rana. Na razie w swoim życiu byłam tylko na jednym i to jako gość. Ale zaraz... Czy ja przypadkiem nie mam męża? Ach tak, on o tym nie wie.

36. Zostać elfem
Chciałabym być królową elfów, mieć dostojnego męża króla elfów i strzelać twarz pogardy kiedy tylko mi się podoba. A tak naprawdę to biegać ze strzałą i atakować krasnoludy. O kurczę, chyba za dużo Hobbita...

37. Mieć telefon, w którym bateria jest niezniszczalna
Kiedyś turboniezniszczalna Nokia wytrzymywała dwa tygodnie i uciekała jej tylko jedna kreska. A teraz, pół godziny posiedzisz na Internecie, zagrasz w Candy Cruch, posłuchasz muzyki i ups, zostało 20% baterii. Dlaczego tak się dzieje? To takie niesprawiedliwe.

38. Nauczyć się porządnie gotować
Nie mam na myśli tutaj ugotowania makaronu i usmażenia kurczaka. To już opanowałam. Ale chciałabym w przyszłości umieć gotować choć odrobinę tak dobrze jak Gordon Ramsay. Chciałabym te jego pół gwiazdki Michelin. A potem tworzyłabym wątróbkę w pomarańczach albo królika ze śliwkami. A może lepiej nie?

39. Pojechać do Kornwalii
Odkąd zobaczyłam po raz pierwszy Poldark to nie miałam wątpliwości, że się zakochałam (nie, nie mówię tu o Aidanie Turnerze). Klify, wzgórza, kopalnie, piękne wioski. W najgorsze w tym wszystkim jest to, że byłam blisko, aby tam trafić. Niestety, coś gdzieś po drodze nie wyszło. Ale żeby mnie dobić, nasłuchałam się o tym miejscu w pracy. Że to idealna miejscówka na wakacje albo nawet na weekend. To czyją podkuchenną mogę tam zostać?

40. Być szczęśliwym
Czy to aż takie nadzwyczajne? Czy to aż takie trudne? Cóż, się okaże.


Zapewne kiedyś stworzę dwa razy dłuższą listę i dodam pewne kwestie, o których teraz zapomniałam. Chyba, że coś z tej listy się spełni i będę mogła uzupełnić nim spis rzeczy, które już dokonałam.

P.S. 41 punktem mogłoby być to, że chcę zamieszkać w Bath, bo zakochałam się w tym mieście od pierwszego wejrzenia, ale nie lubię rzeczy nieparzystych, więc zaburzyłoby mi to koncepcję. :P

piątek, 5 lutego 2016

Bóg, honor i rodzina, czyli strzelanie jest najważniejsze

Jakiś czas temu do rodziców przyszli znajomi i powiedzieli, że oglądali świetny film. Okazało się, że mówili o "Snajperze". Wtedy jeszcze mi nie padło na mózg z Bradley'em Cooperem, ale wiedziałam co to za film, bo był nominowany do Oscara, a wcześniej jedna z moich koleżanek była na nim w kinie. Dopiero nie dawno tata zapytał mnie o ten film i poprosił mnie o zdobycie go, bo chciałby obejrzeć. Dzisiaj rano (w sumie w południe), gdy zwlekłam się z łózka powiedział, że jeśli ogarnę swój żywot w przeciągu dwudziestu minut to możemy obejrzeć "Snajpera". No to ja nogi za pas, dziesięć minut i byłam gotowa.

"Snajper" to historia życia oraz kariery wojskowej najlepszego strzelca na świecie, Chrisa Kyle'a (w tej roli Bradley Cooper, a jakże by inaczej). Początkowo w filmie pokazano jego dzieciństwo i wartości jakie rodzice (właściwie to ojciec) mu wpajali. Potem pojawia się jego szkolenie w wojsku, rodzące się uczucie do jego przyszłej żony Tayi (Sienna Miller) i misje na wojnie. Wszystkie te wątki prywatne przeplatane są momentami z życia osobistego, co czasem może wydawać się nieco denerwujące.

O ile fajnie podejrzeć czyjeś życie prywatne, to tym razem bardziej mnie interesowało i fascynowało to co się działo na wojnie. Idealnie został pokazany sposób w jaki żołnierze amerykańscy mają wkładane do głowy, że najważniejsza jest ojczyzna i obrona jej za wszelką cenę. Niby rodzina też ważna, ale patrząc na głównego bohatera widać, że póki nie zabije to nie może wrócić do domu. Jego pierwsze "zdobycze"strzeleckie trochę go przerażały, jednak z czasem nie sprawiało mu to większego problemu. Zabijanie pochłonęło go. Nawet podczas pobytu w domu był nieobecny i jedyne o czym myślał to to, żeby wrócić na wojnę i likwidować cele.

Przez pół filmu zastanawiałam się kto jest reżyserem. Oczywiście siedemdziesiąt razy czytałam o tej produkcji, ale jakoś reżyseria umknęła mi na dobre. Ubzdurałam sobie, że za kamerą stał Spielberg, natomiast tata stale utrzymywał, że to chyba jednak Eastwood i oczywiście miał rację. Może po prostu pomyliło mi się z "Szeregowcem Ryanem". Ale teraz posiadam już właściwe informacje.

Fajnie było też zobaczyć Jake McDormana, któego jak tylko zobaczyłam to zaczęłam krzyczeć: "Brian!". Oczywiście tata spojrzał się na mnie jak na czubka, ale że nie zadawał zbędnych pytań to nie miałam zamiaru mu tłumaczyć mojego nadmiernego entuzjazmu. Do tego przez cały film miałam zagwostkę, że znam jednego aktora, ale nie mogę sobie przypomnieć, gdzie ja już go kiedyś widziałam. Jak tylko na ekranie pojawiły się napisy końcowe, złapałam za telefon i dzięki Filmwebowi odkryłam, że chodziło mi o Kyle'a Gallnera, którego wcześniej widziałam głównie w czwartym sezonie CSI: Kryminalne zagadki Nowego Jorku, gdzie grał tam młodego dziennikarza.

Jednocześnie patrząc na Siennę Miller i Bradley'a Coopera jako parę to miałam powtórkę z rozrywki. Z tej okazji, że "Ugotowany" stał się jednym z moich ulubionych filmów i mogę go oglądać na okrągło to często widuję ich razem. Oczywiście "Snajper" powstał jako pierwszy, ale pozytywnie było ich zobaczyć raz jeszcze, jednak w trochę innych okolicznościach.

Ale co by nie było to element komediowy w tym filmie też się pojawił. Może i dotyczył on bardziej strony technicznej niż samej fabuły, to nie mogłam się przestać śmiać. Oglądając wcześniej program Ellen DeGeneres, gdzie gościem był Cooper, puszczono fragment "Snajpera", w którym Kyle trzyma swoją córkę na rękach. Tylko, że zamiast prawdziwego dziecka była tam lalka i żeby atrapa sprawiała wrażenie bardzo realistycznej to Cooper ukrył kciuk pod ręką "dziecka", żeby mógł nią delikatnie poruszać, imitując jednocześnie oznaki życia. Sam aktora nawet z tego się śmiał i mówił, że miał świadomość, że to było widać. Polecam obejrzeć zarówno scenę (generalnie film) jak i fragment tego wywiadu, który można znaleźć na YouTube.

Co do oglądania filmu z moim tatą. Generalnie jest to jedna z fajniejszych rzeczy jakie razem robimy Niby nic, a jednak. Przy okazji "Snajpera" dowiedziałam się trochę istotnych faktów o broni jakiej używali do ostrzału czy też o zasadach łączności i działaniu pewnych mechanizmów na wojnie. Tata (i całe szczęście!) nigdy nie był na żadnej misji, ale jako były żołnierz ma ogromną wiedzę na ten temat, a jeśli chodzi o broń to w szczególności. Swego czasu sama się dosyć mocno interesowałam wszelkiego rodzaju amunicją i mam nawet na ścianie rozkład z częściami WIST-a 94.

Film dobry i jeżeli ktoś lubi tematykę wojenną to śmiało może obejrzeć. Powinien być usatysfakcjonowany, a sceny batalistyczne wynagaradzają pozostałe niedociągnięcia.