czwartek, 19 stycznia 2017

Przyjaciele pozostaną przyjaciółmi, czyli "Po prostu przyjaźń"

Z polskimi filmami mam pewien problem. Jeśli to dobry dramat, obsypany nagrodami (np. "Ostatnia rodzina" czy "Bogowie") to pójdę chętnie. Gorzej z tymi lekkimi, śmiesznymi filami, które są tak szeroko reklamowane przez wszystkie stacje. Zazwyczaj kończy się na tym, że wychodzi z tego jakiś gniot, ja żałuję, że to zobaczyłam i straciłam pieniądze, a producenci się cieszą, że naciągnęli kolejnego frajera. Początkowo o "Po prostu przyjaźń" też tak pomyślałam, jednak zmieniłam zdanie, gdy poczytałam opinie i spojrzałam na obsadę. Pomyślałam, że w sumie warto, że na Stramowskiego i Zakościelnego przymknę oko i mogę iść. Potem obejrzałam zwiastun (ale ten dłuższy, nie ten z telewizji) i spadło na mnie olśnienie z nieba, bo dojrzałam pewnego aktora, którego dużo ostatnio widuję w produkcjach, które oglądam/oglądałam. A to już tylko przypieczętowało chęć pójścia na to do kina. 


Film trochę przypomina konwencję scenariusza z "To właśnie miłość" czy "Listy do M.". Szczerze? Uwielbiam takie co. Każdy z każdym jakoś się łączy i to tylko od twórców zależy jak nas zaskoczą powiązaniami. Osią filmu jest grupa przyjaciół, którzy od czasów licealnych się razem trzymają i co roku wyjeżdżają razem w góry. Do tego dostajemy dwa wątki poboczne, czyli próbę zajścia w ciążę, gdy jedynym kandydatem na ojca jest gej oraz niecodzienna przyjaźń chłopca i pewnego mężczyzny, który w ten sposób pomaga wydostać się przyjacielowi z tarapatów. 

Nie chcę się za bardzo skupiać na samym opisie tego co się wydarzy w filmie, bo po prostu nie chcę psuć przyjemności oglądania jeśli ktoś się wybiera, jednak pewne kwestie muszę poruszyć. 



Bohaterka grana przez Agnieszkę Więdłochę, Julia, jest nauczycielką polskiego w liceum i bardzo lubi swoją pracę. Zresztą dzięki swojemu profesorowi również z liceum, a obecnie koledze z pracy została polonistką. Dziewczynie przyjdzie się zmierzyć z poważnymi problemami, o których nie będzie chciała nikomu mówić, bo wie, że to zniszczyłoby zbliżający się wyjazd w góry. Oczywiście w życiu nie ma tak łatwo i prędzej czy później kłamstwo wyjdzie na jaw. Przyjaciele nie pozostaną obojętni na to co od niej usłyszą. Przyznam się szczerze, że jak przyszło do kluczowej sceny na ekranie to miałam wrażenie, że jeden z bohaterów jest po prostu mną. Dokładnie wiedziałam co czuje i jak to cholernie mocno boli, gdy ktoś kto jest najważniejszy na świecie nie mówi co o ważnych rzeczach. A jego argumenty są tak dziecinne, że masz ochotę powiedzieć mu, żeby się walił. Więdłocha z aktorki typowo serialowej w końcu pokazała, że naprawdę coś potrafi. Dźwignęła swoją rolę i nadała swojej bohaterce prawdziwości, nie przerysowując jej. 


Dla mnie bez wątpienia cały film skradł Patryk, czyli bohater grany przez Bartłomieja Topę. Aż mi się przypomniały zamierzchłe czasy, gdy Topa grał w "Złotopolskich" listonosza, który nie był zbyt ogarnięty. Tutaj dostał rolę wrażliwego, pomocnego i przecudownego geja-przyjaciela Ivanki (Magdalena Różczka). Topa ostatnimi laty grał charaktery spod ciemnej gwiazdy, a tu w końcu można było zobaczyć coś przewrotnego, innego, zabawnego. Oboje z Różczką zbudowali uroczą relację, która swoim humorem mogła odciągnąć uwagę od poważniejszych spraw w głównym wątku. 


Na uwagę także zasługują także postacie epizodyczne. Nie mogę nie wspomnieć o Panu Profesorze, w którego wcielił się Piotr Fronczewski. Mimo iż był w jednej scenie to nieświadomie doprowadził jednego z bohaterów do totalnego olśnienia co pomogło mu ułożyć sobie życie. Do tego również w tylko jednej scenie pojawił się Jan Peszek jako Dyrektor Szpitala. Wystarczy, że powiedział coś w stylu "co pan z tymi zwłokami?" i "proszę złożyć oficjalne podanie, na które odpowiem za trzy tygodnie" i cała sala płakała ze śmiechu, No i nie mogę nie wspomnieć o Panu Doktorze, w którego się wcielił Grzegorz Damięcki. Jakby każdy lekarz w polskiej służbie zdrowia tak wyglądał, to kobiety by chorowały na potęgę i już w ogóle nie szłoby się dostać na wizytę. A w ogóle to kto to wymyślił, żeby podkreślać turboniebieskie oczy bardzo gustownym niebieskim lekarskim wdziankiem? 


Generalnie film nie jest komedią jak wszędzie trąbią. Ewentualnie to film obyczajowy z elementami humorystycznymi. Naprawdę, Polacy nie potrafią nawet montować trailerów, żeby to wyszło dobrze. Albo wepchną tam wszystkie najlepsze sceny z filmu albo pokażą to tak, że człowiek ma potem wrażenie, że jest na zupełnie innym filmie niż widział w zapowiedzi. 

Jeśli chodzi o "Po prostu przyjaźń" to produkcja która jasno pokazuje, gdzie mamy się śmiać i rzeczywiście to robimy, a gdzie jesteśmy poważni, przeżywamy i wiemy, że w tym momencie nie mamy prawa się zaśmiać, bo po prostu nie ma z czego. Życzyłabym sobie, żeby polscy twórcy robili więcej takich filmów, a nie gdzie plastikowe, tępe raszple latają z tyłkami na wierzchu i śmieją się rechotem z głupich żartów. To mogliśmy nie tylko popłynąć w dobre poczucie humoru, ale zrozumieć także co jest w życiu ważne i że jeśli ma się prawdziwych przyjaciół to nie jest się samemu i wiele można zdziałać. 


P.S. W ciągu najbliższych dwóch tygodni w kinie będę jeszcze trzy razy, więc obiecuję, że na blogu zrobi się tłoczno! :D

czwartek, 12 stycznia 2017

Panie polonisto, pan się minął z powołaniem - czyli kilka słów o Belfrze

No dobrze, po pełnym napięcia głosowaniu wśród czytelników i dramatycznym rozwiązaniu, los chciał (a raczej 1 Złoty Polski), że jako pierwszy na blogu pojawi się wpis o "Belfrze". Co ciekawe, historia z tym serialem w moim przypadku nie jest taka oczywista. Owszem, czekałam na tą produkcję i śledziłam ją na bieżąco przez trzy pierwsze odcinki, by potem porzucić ją i nie móc za nic z nią ruszyć. Dlaczego? Początek to były istne flaki z olejem, serio. W życiu żaden serial nie dłużył mi się jak ten. Co odcinek dawałam mu szansę, ale że do trzech razy sztuka to powiedziałam koniec. Jednak w ten weekend (no trochę po weekendzie) pojechałam do domu i rodzice mieli do dokończenia cztery ostatnie odcinki. Stwierdziłam, że ok, skoro i tak spędzamy wieczór razem to obejrzę z nimi. Szanowny tata opowiedział mi to co nie wiedziałam (jak się okazało, wiele rzeczy mnie nie zaskoczyło i byłam w stanie się ich domyślić) i obejrzałam sezon do końca. Po drodze zapoznałam się z pozostałymi odcinkami i tak oto dotarłam do całego, pełnego sezonu.


Nie do końca wiem na czym polega mój problem z polskimi serialami. Czy to jest kwestia tego, że one naprawdę mają niski poziom i nauczyłam się tego dostrzegać czy to chodzi raczej o to, że jestem przeżarta produkcjami zachodnimi i wiem, że nic nie jest już w stanie mnie zaskoczyć? Może i jedno i drugie. Oglądając wczoraj wywiady z twórcami i aktorami (tak, tak, czasami mi się tak robi, że na temat danego serialu szukam wszystkiego czego się da), każde z nich powtarzało, że to oryginalny, autorski scenariusz i nikt wcześniej tego nie wymyślił. Ok, rozumiem. Tylko, że i tak coś mi tu nie pasowało, coś uwierało. Może powinnam obejrzeć to raz jeszcze? Z kolei zaskoczyło mnie, oglądając wywiad z Sebastianem Fabijańskim, że twórcy zastosowali ciekawy zabieg w stosunku do aktorów. Wszyscy otrzymali scenariusz do dziewiątego odcinka, a do ostatniego dopiero przed końcem zdjęć. A to wszystko dlatego, żeby nie psuć niespodzianki i żeby ktoś nie puścił pary z ust kto zabił. W końcu cała Polska żyła tym, kto jest mordercą. Wywiad polecam obejrzeć, jest na YouTube. 


Cóż, serial jest o tym, że w pewnej małej miejscowości Dobrowice, zostaje zamordowana jedna z uczennic liceum. Zbiega się to z przyjazdem nowego polonisty do tejże szkoły, Pawła Zawadzkiego (Maciej Stuhr). Oczywiście wiadomo, że to nie jest przypadek, to musi mieć drugie dno i jak się potem okaże, owszem, ma i to jakie. Ale po tym zdarzeniu (śmierci dziewczyny), sznur zaczyna się zaciskać. Na jaw wychodzi coraz więcej faktów, które należałoby ukryć. Jednak jak to w małych miasteczkach bywa, ręka rękę myję i całym syfem kręci jeden człowiek i to nie ten oficjalny tzw. burmistrz czy inny wójt. Tutaj kto ma hajs ten ma władzę. 


Bardzo rozśmieszyła mnie nierealność tego serialu. Mamy nauczyciela, polonistę, który angażuje się całkowicie w sprawę zabójstwa obcej (tylko początkowo) dziewczyny. Sam komendant (Paweł Królikowski) pyta w pewnym momencie "belfra" czy on tak za każdym uczniem biega po lesie. I coś w tym jest, bo żaden realny nauczyciel nie pcha się z butami w cudze życie. Im się zazwyczaj nie chce, oni mają za dużo roboty, szczególnie poloniści, bo wypracowania, dyktanda, kartkówki i testy same się nie sprawdzą. Do tego trzeba się przygotować do kolejnych zajęć i jeszcze zbudować sobie plan (czy jak to tam się nazywa) prowadzenia zajęć. Bez jaj, serial serialem, ale pewne rzeczy są totalnie komiczne. Na dokładkę mamy jeszcze niezaradną życiowo policję, która niby coś tam robi, ale jednak nie, bo po co? Bo to trzeba uciszyć. Jak się potem okazuje to jest działanie celowe, bo nawet policja jest skorumpowana i podlega temu co ma kasę. Wiem, że pewne rzeczy w pewnych środowiskach tak działają, ale ludzie... Albo z towarzystwa miejskich "szych" tylko dwoje na sześcioro (o ile dobrze liczę) umie mówić po angielsku, a reszta robi głupie miny i udaje światowców co to nie oni, a tak naprawdę potrzebują tłumacza do zwykłego "dzień dobry".


Ciekawi mnie czy to tylko w mojej szkole tak było, że do nauczycieli NIE mówiło się "pani/panie profesorze". Jak powiedziałam o tym tacie to był bardzo zdziwiony. Ale nie wyobrażam sobie mówić "panie profesorze" albo "pani profesor" do nauczyciela starszego ode mnie o siedem, dziewięć albo jedenaście lat. My zamiast tego chodziliśmy w kapciach. Ale cieszę się, że przynajmniej nasz wuefista (he, he, he) nie był jakimś tam zboczeńcem jak ten grany przez Łukasza Simlata. Nasz po prostu siedział na parapecie, udawał posąg Apollina czy innego greckiego myśliciela, chodził w klapkach basenowych i generalnie wszyscy mieli go gdzieś. No i w naszej szkole chyba nie handlowali prochami, a przynajmniej ja się z tym nie zetknęłam. Z kolei w Dobrowicach było to na porządku dziennym. W szatni, w toalecie, wszędzie gdzie chcesz. Byle tylko kasa się zgadzała i inni mieli pod górkę, a do tego jeszcze zwalimy winę na nauczyciela, że to przez niego. 


Dobra, nie będę się już tak znęcać i powiem, że co jak co, ale obsada im się udała. Poza tym, że ściągnęli wszystkich znanych polskich aktorów, który w jakimś stopniu liczą się na polskim rynku filmowo-serialowo-teatralnym to jeszcze udało im się odmłodzić licealistów. Młodzi aktorzy bardzo dobrze zagrali uczniów, mimo że im samym w niektórych przypadkach było bliżej do trzydziestki niż do liceum. O polskich serialach można powiedzieć wiele złych bądź neutralnych rzeczy, ale ta produkcja pokazała, że polscy twórcy umieją budować złe charaktery. Prawda jest taka, że ten serial miał dwóch takich ancymonków. Pierwszym z nich jest Adrian Kuś, czyli Sebastian Fabijański. Typowy gangster z prowincji, wszyscy się go boją i wiedzą, że lepiej mu nie wchodzić w drogę. Typowy koleś z tatuażami, zawsze z klamką przy boku i giermkami za sobą. Trzęsie wszystkim dookoła, ale ma też dobrą duszę do osób mu najbliższych. Za swoim młodszym bratem skoczyłby w ogień. Jak sam aktor zauważył w wywiadzie, jego bohater to romantyk, który po prostu ma dwie twarze. Niestety dowiedziałam się jaki będzie jego los zanim nawróciłam się na ścieżkę oglądania, bo cały internet o tym huczał. Jak to powiedział mój tata: "złego diabli nie biorą". No cóż... Drugim czarnym charakterem jest Grzegorz Molenda (Grzegorz Damięcki). Kulturalny pan w garniturku, z odpowiednim zaczesem, w okularkach, z piękną żoną u boku, dwójką dorastających dzieci i kupą siana na koncie. Oczywiście to tylko pozory. Jak on chce tak będzie, żadnych sprzeciwów, a jak coś się komuś nie podoba to można go albo zastraszyć albo przetrzymywać w domu albo po prostu przekupić. Takiego psychopaty w polskim serialu dawno, o ile w ogóle nie było. To jest ten typ, że dopóki nie masz z nim do czynienia to jest ok, ale jak się do ciebie zbliży to jest szansa, że żywy z tego nie wyjdziesz. Nie ukrywam, jego psychopatyczne spojrzenie mnie zahipnotyzowało, ale to znaczy tylko tyle, że casting się postarał i dobrego aktora dobrali do roli. 


Bonusową postacią, którą po prostu trzeba lubić i to z całym jego bagażem i anturażem jest Lesław dziennikarz (Krzysztof Pieczyński). Niby taki cichociemny, pijaczek, wszyscy go znają, coś tam sobie pisze, ale nie traktujmy go poważnie, a potem jak odpali petardę to nie ma co zbierać i ci najważniejsi wyskakują z butów. 

Generalnie polscy twórcy mają problem z wszelkimi zakończeniami i rozwiązaniami historii, które sobie wymyślą. Tutaj w miarę to wyszło. Jedna z trzech moich podejrzanych osób stała za całą sprawą. Może nie bezpośrednio, jak wymyślili sobie autorzy, ale jednak. Pod koniec można się tego domyślić. Jak to mawiał Sherlock Holmes: "Sprawca zawsze się kryje w pierwszym tomie akt". Cóż, oczywiście zawsze wszystko tak naprawdę sprowadza się do:
a) faceta
b) zazdrości
c) zabawy
d) urojenia
oraz 
e) przypadku. 
Nie ma innej opcji. Tam się każdy z każdym w pewien sposób łączy, Jedni mają bliższe (he, he), inni dalsze wzajemne relacje, ale dzięki temu serial się kręci, a widzowie mają jakąś tam niespodziankę. 

Ogólnie serial strasznie tragiczny nie jest. Poza komizmem (pewnie nieświadomym) jaki w sobie ma, trzyma jakąś tajemnice i zagadkę. W pewnym momencie człowiek dostaje kręcioły. Ostatecznie pomijając początkową nudę to jak na polskie standardy nie jest najgorzej. Jednak ja potrzebuję czegoś więcej, żeby zbierać szczękę z podłogi.


P.S. Zazwyczaj jak robię wpis o serialu to zamiast screenshootów są gify, ale weźcie znajdźcie gify do polskiego serialu... 

piątek, 6 stycznia 2017

Szukamy pluskwy w Berlinie, czyli Berlin Station

Witam Państwa w 2017 roku! Zastanawiałam się jaki wpis powinien w tym roku być pierwszy i doszłam do wniosku, że nie ma co się użalać nad 2016, każdy wie jaki ten rok był i po prostu dajmy już mu spokój. Tak naprawdę ten wpis powinnam już zrobić przed świętami, ale tak wyszło, że nie wyszło. Dziś mam wolny dzień i w końcu zabieram się do działania. Od razu zaznaczam, że będzie spam gifowy czystym, brytyjskim pięknem. :D

Na "Berlin Station" czekałam odkąd się dowiedziałam, że jest w trakcie realizacji. I nie ma co ukrywać, że jedynym powodem, dla którego zaczęłam oglądać ten serial jest Richard Armitage. Poza tym nie było nic innego co by mnie zainteresowało. Nie dość, że akcja dzieje się w Berlinie to jeszcze obsada mało znana i oczywiście było wiadome, że będą szprechać po niemiecku, a jasną sprawą jest, że ja nienawidzę tego języka. Ale mimo wszystko, Rysiu...


"Berlin..." rozpoczyna się jakby od końca. W pierwszej scenie otrzymujemy to, co zobaczymy w ostatniej ostatniego odcinka. Cały sezon to jedna wielka retrospekcja, w której poznajemy przyczyny pojawienia się głównego bohatera, Daniela Millera (Richard Armitage) w Berlinie. Stopniowo zagłębiamy się w jego przeszłość i kontakty m.in. z Hectorem DeJeanem (Rhys Ifans).  Ale w tym serialu nie chodzi o przeszłość głównego bohatera, a raczej o teraźniejszość świata, w którym żyjemy. 


Istotnym wątkiem (ale nie najważniejszym) jest pojawianie się uchodźców ze wschodu i nie koniecznie ich dobrych intencji. Wydawać by się mogło, że na główny wątek serialu ma to spory wpływ, ale to tylko pozór, dzięki któremu widz może zostać trochę wyprowadzony w pole. Tym najistotniejszym jest rozwiązanie zagadki kim jest tajemniczy Thomas Shaw. I ten wątek jest dopiero ciekawy. Już w drugim odcinku wydawać by się mogło, że Shaw jest znany i rozpoznamy jego twarz. Ale nie, my znamy tylko jego pionki, którymi skutecznie gra. Potem zbici z tropu nie potrafimy go zidentyfikować, bo trochę tu, trochę tam, nowe wątki, zdarzenia i gdy wszystko zaczyna się układać opada nam szczęka i zaraz, zaraz, to on! Moje rozumowanie było o krok przed Danielem i szybciej niż on się zorientowałam o co tak naprawdę może chodzić...


Ale nie, układanka się rozpada i znowu nie znamy prawdy. Dopiero w ostatnich minutach serialu pojawia się coś co ciężko zdefiniować. Przyznaję się, że pomimo zakończenia sezonu, jeszcze przez jakiś czas się zastanawiałam czy moja interpretacja się zgadza z tym co zaoferowali nam twórcy i czy oni przypadkiem mnie nie trollują i czy ja wszystko rozumiem. Doszłam do wniosku, że jednak chyba nie, ale cii... Bo prawda jest taka, że ten serial to kumulacja złożonych postaci, które potwierdzają tylko regułę, że nie ma nikogo naprawdę uczciwego. Tutaj każdy nadaje na każdego, każdy pod każdym kopie dołki, ale szczęście, że ci co mają prawdziwe kłopoty to zawsze wiedzą do kogo iść, żeby nie wpaść w jeszcze większe. 


Dlatego oficjalnie mogę powiedzieć, że gdyby Craig naprawdę zrezygnował z bycia Bondem to ja bardzo chętnie bym w tej roli widziała Richarda Armitage'a. Chłopak grał już krasnoluda, żołnierza, Guy'a z Gisborne, a nawet trafił do Marvela (grał w pierwszej części Kapitana Ameryki) to i Bond by mu nie zaszkodził. Wiekiem też się nadaje, więc nie widzę przeciwwskazań. No i Anglik! Do tego bardzo ładnie wygląda w białej koszuli, krawacie i garniturze i jest wysoki. 


Jednak jeśli chodzi o bohatera, który skradł cały serial i to dzięki niemu człowiek czuł, że zaraz coś może się odwalić to Hector. W tej roli naprawdę genialny Rhys Ifans. Jakby ktoś nie kojarzył tego pana to właśnie on grał współlokatora-debila Hugh Granta w "Notting Hill". Zresztą polecam zajrzeć w jego filmografię i można się nieźle zdziwić w ilu filmach grał, które na pewno wiele osób wdziało. Ale wracając do jego bohatera, kiedy pierwszy raz się go widzi od razu się wie, że z tym gościem będą same kłopoty i nie ma co, ale jemu nie wolno ufać. A mimo to, że wie się, że to on poniekąd zgarnie nagrodę za czarny charakter, lubi się go, chociaż nie powinno. Widać, że cwaniaczek, że do celu dąży po trupach, ale gdzieś w sobie ma pewną wrażliwość i jeśli ktoś zrobi mu rysę na tej wrażliwości to nie spocznie dopóki ta osoba za to nie zapłaci. Oczywiście jak każdy nienormalny człowiek ma dziwne zainteresowania i pasje (he, he, he), ale ja mu wybaczam. Bo jest jedna rzecz, która mnie w nim uwiodła - głos. Jak się odezwał, a dużo się odzywał, no to nie mam pytań. Lubię takie głosy. Trochę przepite, trochę przepalone, ale wiedzą co mówią i nie należy przestać zabraniać im mówić. 


Oczywiście jak każdy serial jest kilka niedociągnięć, ale uważam, że każdy powinien je sam znaleźć i zadecydować czy rzeczywiście uważa to za niedociągnięcie czy jednak puszcza to mimo uszu i po prostu ogląda. Dobra serial szpiegowski, na którego drugi sezon czekam z niecierpliwością, bo szczerze mówiąc myślałam, że fabuła zostanie zamknięta, a zakończenie jest bardzo otwarte. 


A! Zapomniałabym, pamiętajcie, najważniejszą rolę i tak zawsze odegrają kobiety i podczas oglądania zwróćcie na nie uwagę. Domyślicie się o kim mówię. ;)

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Top 7 OTP, czyli wolę cudze życie uczuciowe niż swoje

W kinie obecnie bieda, seriale pomału nadrabiam (dzisiaj machnęłam cztery odcinki, co by nadgonić), ale za to dużo książek czytam. Niestety na razie o żadnej nie napiszę, bo wszystkie mam rozgrzebane i żadna nie jest skończona. Rzucę się za to na uniwersalny temat, czyli seria: "Moje ulubione to...". Dziś padło na OTP-y. Dla osób, które na znają fandomowych pojęć już biegnę z pomocą i tłumaczę o co chodzi. OPT (z ang. one true parring) to jedna ulubiona para z danego serialu. Właściwie powinna to być tylko jedna jedyna, ale ja się nie potrafię zdecydować. Za dużo tego przewinęło się w moim życiu. Przedstawię siedem, które mają szczególne miejsce w moim sercu z różnych powodów. Kolejność prawdopodobnie przypadkowa :)

UWAGA! MOŻLIWE SPOILERY!

1. Danny i Lindsay - CSI:NY

Prawda jest taka, że to pierwszy OTP na punkcie, którego szalałam. CSI:NY to mój pierwszy poważny zagraniczny serial, który śledziłam z zapartym tchem. Swoją przygodę rozpoczęłam na przełomie 4/5 sezonu. Od 5 do 9 sezonu śledziłam już co tydzień na bieżąco. Najpierw odbijało mi na punkcie Danny'ego (Carmine Giovinazzo). I to nawet bardzo. A potem stwierdziłam, że z Lindsay (Anna Belknap) tak ładnie razem wyglądają i trzeba im kibicować. Na dokładkę scenarzyści zafundowali widzom piąty sezon pod znakiem zawirowań dla tej pary, więc było jak znalazł.


Teraz nawet, gdy oglądam powtórki CSI:NY z sentymentem na nich patrzę i przypominają mi się szalone czasy gimnazjum, gdy po szkole leciałam do domu, byle tylko dorwać nowe fragmenty kolejnego odcinka i z niecierpliwością czekać na napisy do świeżutkiego odcinka. Dzięki CSI:NY i tej parze trafiłam na świetne forum, na którym spędziłam prawie trzy lata (przez wiele zawirowań niestety zniknęło ono z sieci). 


2. House i Cuddy (Huddy) - House M.D. 

A tu to jest taka dosyć specyficzna sytuacja, bo odkąd zaczęłam oglądać House'a (tak jak w przypadku CSI:NY zaczęło się to na bieżąco od 5 sezonu) to tak strasznie chciałam, żeby w końcu House (Hugh Laurie) i Cuddy (Lisa Edelstein) byli ze sobą, a jak już pod koniec szóstego sezonu do tego doszło i w siódmym rozwinęli ten wątek to poczułam takie wielkie rozczarowanie. Może dlatego, że jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że House nie jest w stanie się zmienić. 


Muszę się tu oficjalnie przyznać, że do tej pory nie obejrzałam serialu do końca. Zatrzymałam się na piątym albo szóstym odcinku ostatniego sezonu i stwierdziłam, że sorry, ale dalej nie mogę. Ósmy sezon ewidentnie na siłę. Teraz, po tylko latach jestem zdania, że powinni to zakończyć po szóstym sezonie, co by wszyscy wyszli z tego z twarzą. A tak naprawdę w tym serialu był jeden słuszny OTP, czyli House i Wilson :)


Bonus w postaci House'a i Wilsona :)


3. Owen i Cristina - Grey's Anatomy

No dobrze, to są moje najukochańsze dzieciaczki w całych Chirurgach. Tak bardzo nie mogłam znieść Cristiny (Sandra Oh) z Burkiem (Isaiah Washington), a teraz nie mogę patrzeć na Owena (Kevin McKidd) z Amelią (Caterina Scorsone). Oni byli dla siebie idealni, ale oczywiście nic nie może trwać wiecznie i scenarzyści musieli wszystko zepsuć. Przyznaję się, że to tylko dla nich oglądałam Chirurgów (obecnie oglądam tylko dla Owena).


Moja przygoda z Chirurgami zaczęła się w sumie od ostatniego odcinka szóstego sezonu, ale wkręciłam się na serio od 9 szóstego sezonu (jak wszystko od tyłka strony). Oczywiście za czasów dzieciaka jak leciało na Polsacie to trochę oglądałam, ale wtedy jeszcze nie miałam świadomości, że ten serial zabierze mi tyle życia. Trwam już z nim jakieś sześć albo siedem lat, ale dzięki tej produkcji poznałam pewną osobę ;) A właściwie dzięki forum, na którym jestem, a które dotyczy Chirurgów. Dlatego do tej pory z ciężkim sercem patrzę na Owena bez Cristiny, a stare odcinki przypominają mi o tym, że Cris w pewnym momencie zniknie. 


4. Ross i Rachel - Friends

No cóż, klasyk klasyków. Fani są podzieleni albo kochają Rossa (David Schwimmer) i Rachel (Jennifer Aniston) albo twierdzą, że ich związek to jedna wielka pomyłka. Ja jestem w tej pierwszej grupie i kocham ich całym serduszkiem. Przez dziesięć lat krążyli wokół siebie (he, he, nawet wcześniej, bo Ross kochał się w Rachel już w szkole), by na końcu chyba im wyszło. Oczywiście jedno jedyne zdanie, które może podsumować tą parę to:


Z miłości do nich mam popsa Rossa i jeszcze tylko dokupić muszę Rachel i będzie komplet. Kocham ten serial miłością odwieczną i mogę go oglądać non stop, co oczywiście ułatwia mi Comedy Central, bo nawet jak zakończą puszczanie 10 sezonu to od razu wskakuje na tapetę 1. I wszystko się zgadza. 


5. Ross i Demelza - Poldark

Oczywiście nie muszę się przyznawać, że serial zaczęłam oglądać dla Rossa (Aidan Turner), bo nikt tak pięknie nie wygląda z kosą w ręku po środku pola jak on. Na szczęście do tego pięknego obrazka dołożyli mu piękną małżonkę Demelzę (Eleanor Tomlinson), której tak okropnie zazdroszczę tych pięknych włosów. Ktoś z castingiem naprawdę bardzo ładnie się postarał, bo to mistrzowski duet. Demelza może być kochana, ale też jak przywali facetowi, że nie będzie wiedział jak się nazywa to szacun. A Ross to Ross...


Bardzo się cieszę, że w przerwie od oglądania i w oczekiwaniu na trzeci sezon mogę czytać książkę, na podstawie, której to powstaje. Wczoraj w nocy zaczęłam trzeci tom, a 15 lutego wychodzi już piąty. A to oznacza, że będę miała idealny prezent na Walentynki dla siebie. Widzicie jak bardzo kocham samą siebie. Oczywiście w książce są pewne różnice, bohaterowie wyglądają inaczej niż w opisie autora, ale czytając przed oczami mam tych państwa z gifu. Jak to podkuchenna może zmienić życie człowieka. 


6. Dwight i Caroline - Poldark

Pozostajemy w Kornwalii i pośród pięknych ludzi. To moja najświeższa para do kochania. Dopiero przy końcu drugiego sezonu ich pokochałam (bo samego Dwighta to gdzieś tak w okolicy końca pierwszego sezonu). Dwight (Luke Norris) i Caroline (Gabriella Wilde) początkowo sprawiali wrażenie, że nie, że raczej nie. Właściwie to Dwight, ale potem to już poszło. A wszystko w sumie zaczęło się od jej bólu gardła i karmienia buldożka czekoladą. 


W trzecim tomie książki dopiero o Caroline jest mowa, za to Dwight jest "wyklęty" po pewnym incydencie jaki miał miejsce. Z kolei w serialu ona początkowo jej dosyć rozpieszczoną i rozkapryszoną młodą damą (nie ma jeszcze osiemnastu lat!), ale potem okaże się, że dzięki miłości do Dwighta uratuje skórę Rossa. Ech, cudownie jest mieć przyjaciół. I to zakochanych przyjaciół. 


7. Joe i Cameron - Halt and Catch Fire

Ostatnia, ale zdecydowanie najlepsza moja para. Co zabawne, żadne z nich nie przyznaje się do uczucia do drugiej osoby (no dobra, Joe przyzna się do czegoś, ale nie przed nią). Oboje to mega skomplikowane postacie. Joe (Lee Pace) niezdecydowany czy woli chłopców czy dziewczynki, a Cameron (Mackenzie Davis) wiecznie naburmuszone, stawiające na swoim dziecko. A mimo to ciągnie ich do siebie jak ćmę do ognia. 


Najlepsze w tej parze jest to, że mimo tego iż oboje byli z kimś innym w różnym czasie to zawsze ich drogi się przecinały. W drugim sezonie to Joe popłyną i niby z miłości wziął ślub (tak, tak, odcinek albo dwa później już był rozwód), z kolei w trzecim sezonie to Cameron poszalała, co tylko uświadomiło Joe co on tak naprawdę do niej czuje. Bo chyba to musi być miłość skoro od rozstania mija 7 lat, a on się w końcu przyznaje, że jest zakochany? Mam nadzieję, że scenarzyści tego nie zepsują i w czwartym, ostatnim sezonie będzie po mojej myśli, tym bardziej, że dream team z pierwszego sezonu znowu rozpoczyna wspólną pracę.


Cóż, to tylko wierzchołek góry lodowej. Oczywiście wyszło mi jak zwykle, nie do końca tak jak chciałam, ale jest jak jest. 

Chętnie poczytam jakie wy macie OTP-y :) 

P.S. To pierwszy post jak pojawił się w grudniu. Zdecydowanie mam formę spadkową. Potrzebuję motywacji do pisania. Jakieś pomysły? :)

niedziela, 27 listopada 2016

Szczęście ponad wszystko, czyli Światło między oceanami

Są takie filmy, na które się długo czeka. Są też takie filmy, na które się idzie dla aktorów i są też takie filmy, na które warto iść, bo tak. "Światło między oceanami" łączy w sobie te trzy rzeczy. Do tego po raz pierwszy w życiu szłam do kina nie dla aktora, a dla aktorki. Żeby nie było, Michaela Fassbendera uwielbiam (szczególnie po roli we "Wstydzie"), ale tutaj chciałam iść patrzeć na Alicię Vikander. Chociaż muszę się przyznać, że jak pierwszy raz obejrzałam zwiastun to stwierdziłam, że chyba jej ten film nie wyjdzie i rola będzie katastrofą. Na moje szczęście grubo się pomyliłam.


Ja się wcale nie dziwię, że po tym filmie państwo aktorzy zostali parą w prywatnym życiu. Oni są tacy piękni i bije od nich taka chemia, że wydawać by się mogło, że oni tego nie zagrali, a byli po prostu sobą. Z drugiej strony bohaterowie, których zagrali byli tak bardzo nie z obecnych czasów. Jak obserwowałam bohatera granego przez Fassbendera, gdzieś z tyłu głowy miałam obraz mojego dziadka. Małomówny, powściągliwy, zgadzający się na wszystko (trochę dla świętego spokoju), do tego przystojny, ze swego rodzaju mądrością życiową i czymś takim w zachowaniu i wychowaniu czego w obecnych czasach u mężczyzn się nie uraczy. 

W końcu akcja filmu toczy się w latach 20. XX wieku. Bohater wojenny Tom Sherbourne decyduje się przyjąć posadę latarnika na bezludnej wyspie. W międzyczasie poznaje piękną Isabel, z którą bierze ślub i razem zamieszkują w domu niedaleko latarni. Ich miłość kwitnie, a największym pragnieniem staje się dziecko. Po dwóch poronieniach Isabel się załamuje i niczym grom z jasnego nieba pojawia się okazja, by zdobyć upragnione szczęście. Do wyspy dobija łódka z martwym mężczyzną i płaczącym niemowlęciem. Isabel namawia męża, by zatrzymali dziecko, jednocześnie zmuszając go do złamania zasad, by nie zgłaszał tego w raporcie. Jednak ich szczęście nie trwa długo. Podczas chrzcin dziecka, Tom dowiaduje się, że od miesięcy matka niemowlaka bezskutecznie próbuje je odszukać. Od tego momentu rozpoczyna się walka z własną psychiką i sumieniem.


Film można podzielić na dwie części. Pierwsza, trwa mniej więcej do połowy filmu, gdzie zatapiamy się w przepięknej sielance (no poza dwoma momentami). Śledzimy początek związku Isabel i Toma, potem kibicujemy im, aby spełniło się ich największe marzenie, a kiedy mają już upragnione dziecko przyglądamy się uroczej rodzinie, która jest pełna miłości i ciepła. Rozczulające są momenty, gdy bohater grany przez Fassbendera pokazuje swojej córce świat, bawi się z nią i najzwyczajniej w świecie sprawuje nad nią opiekę. Druga część filmu to patrzenie jak ludzkie szczęście znika, bo wyrzuty sumienia są silniejsze. W pewnym momencie siedziałam na kinowym fotelu i po prostu myślałam jakim idiotą jest główny bohater. Zresztą o Isabel też tak pomyślałam i to nie raz.


Nie ukrywam, że zakończenie filmu, można by było rozszyfrować trochę wcześniej niż w połowie, ale jak się potem okaże to nie będzie taka oczywista sprawa. Początkowo obstawiałam coś zupełnie innego i jakież było moje zdziwienie, gdy twórcy wynaleźli zupełnie inne rozwiązanie. Oczywiście poryczałam się jak bóbr (ostatnio coś jest ze mną nie tak pod tym względem). Wyłam ja i wszystkie babcie emerytki obecne na sali kinowej. Nikt inny. Ech...

Jestem bardzo ciekawa w jak dużym stopniu film pokrywa się z treścią książki, bo ostatnio jakoś nie mam szczęścia do zgodności tych obu wytworów. Trzeba się jakoś w książkę zaopatrzyć, ale to w swoim czasie.


Poza doskonałą grą aktorską w tym filmie urzekła mnie jeszcze jedna rzecz. Widoki, widoki, widoki. Nie jestem pewna czy to zasługa montażu, dobrego oka operatora czy po prostu piękna australijsko-nowozelandzkich wybrzeży, ale po prostu się zakochałam. Przepiękne pejzaże, szalejący albo spokojny ocean, rybackie miasteczko, a nawet domy tamtego czasu. Wszystko proste, ale w ciepłych barwach, pokazujące, że nie tylko aktorzy grają tutaj pierwsze skrzypce. Aż zapragnęłam pojechać do Australii albo Nowej Zelandii. Może kiedyś się uda, jak już pojawi się ten bogaty mąż z Holiłudu. 

Film przepiękny, pokazujący siłę uczucia, a także to, że zdesperowany człowiek jest w stanie zrobić wiele. Do tego połączenie bezgranicznego szczęścia oraz nieszczęścia. Walki o siebie samego jak i o osoby, które się kocha najbardziej na świecie. Warto iść do kina. Jak nie dla fabuły to dla aktorstwa, a nawet żeby tylko popodziwiać widoki jakie serwuje nam operator. Aha i pamiętajcie o chusteczkach higienicznych, mogą się przydać. 


P.S. A jutro jest szansa, że pochwalę się czymś związanym z filmem na fanpage'u na Facebooku. :) 

sobota, 19 listopada 2016

Powrót Króla, czyli 10 lat oczekiwania na nową płytę Stinga

W moim życiu jest kilka popkulturalnych rzeczy albo osób, które w jakiś sposób ukształtowały to kim jestem. Między innymi to Sting i jego muzyka. Historii mojej miłości do tego artysty nie będę opisywać, bo zrobiłam to już tutaj, jednak nadszedł długo wyczekiwany moment, którego nie mogę pozostawić bez żadnego komentarza. Po 10 latach Sting nagrał płytę z zupełnie nowym materiałem, który nie jest ani staroangielskimi pastorałkami ani utworami do musicalu o jego rodzinnych stronach. To po prostu czysty, studyjny album, który jest niby czymś nowym, a jednak wydawać by się mogło, że gdzieś już to słyszeliśmy. 

Z nową płytą Stinga jest też trochę jak z naszym ukochanym wujkiem z Ameryki (niestety nie mam takiego, ale załóżmy, że mogłabym mieć). Z wujkiem się dawno nie widzieliśmy, ale jesteśmy jego ulubieńcami, wie co lubimy, a my wiemy, że zawsze przywozi nam najfajniejsze prezenty, których prawdopodobnie nikt inny nie będzie miał. Do tego zawsze, gdy wiemy, że ma przyjechać to siedzimy z nosem w oknie i czekamy, by pierwsi wybiec na ulicę i przywitać go najgłośniejszym okrzykiem radości na jaki nas stać. Ja na ten album czekałam odkąd się dowiedziałam, że Sting szykuje nowy materiał, a gdy pojawił się singiel to byłam pewna, że warto czekać, że wujek znowu nas nie zawiedzie.

Długo zastanawiałam się w jaki sposób ugryźć ten wpis i doszłam do wniosku, że najlepiej będzie przedstawić każdą piosenkę po kolei. Już w tym miejscu zachęcam do przesłuchania płyty, co po części umożliwię.


1. I Can't Stop Thinking About You
Singiel promujący płytę. Pierwszy utwór, który można było usłyszeć w radio. Kawałek porywający, bardzo energetyczny i wiadomo, że na koncertach porwie tłumy. Zdecydowanie czuć tu Stinga z czasów The Police, kiedy to wraz z kolegami z zespołu szalał na scenie i w teledyskach, a jedyne co było widać w jego oczach to obłęd i całkowite oddanie dla muzyki. Tekst może nie jest jakiś szczególnie dający do myślenia, po prostu ma się rymować i wpadać w ucho. A do tego najsłynniejsza gitara na świecie, którą usłyszę nawet jak będzie przejeżdżał TIR z czołgiem, a nad głową będzie leciał samolot. Prolog taki jaki powinien być.


2. 50,000
To utwór z pięknym, mocnym gitarowym początkiem, ale gdy tylko Sting zaczyna śpiewać, wszystko się uspokaja i po prostu opowiada historię. Tekst ewidentnie dotyczący bycia na szczycie i tego, że mimo iż tabloidy i portale plotkarskie będą na artystów wylewać wiadra pomyj to tak naprawdę dla nich najważniejsi są ich fani i to oni decydują o tym czy coś jest dobre czy nie pojawiając się na koncertach i słuchając ich muzyki. Myślę, że ten tekst jest w dużym stopniu zaczerpnięty z przeżyć samego wokalisty.



3. Down, Down, Down
Utwór, który swoim brzmieniem trochę przenosi nas na pogranicze ostatnich ballad The Police, a początków solowej kariery Stinga. Smutek w tekście to poniekąd czasy płyt gdzieś pomiędzy The Soul Cages, a Mercury Falling. A może po prostu mi się tylko tak wydaje i to piękna ballada o samotności i tęsknocie?


4. One Fine Day
Pogodny utwór, który jest w dziwny sposób odprężający i motywujący jednocześnie. Tekst daje do zrozumienia, że życie to ciągłe wybory, a my czasami po prostu potrzebujemy jednego dnia dla siebie, gdzie nie będziemy musieli o niczym decydować i najzwyczajniej w świecie pozwolić, by czas biegł swoim torem, a nawet pozwolić mu, by pozamieniał niektóre sprawy w bardziej nierealne. Może kiedyś świat będzie wolny od wszystkiego i sam będzie decydował czego chce.


5. Pretty Young Soldier
Nie wiem czemu, ale ta piosenka w wyobraźni przenosi mnie na peron dworca ze starych filmów, na którym to stoją płaczące dziewczyny żołnierzy i machają swoim pięknym chłopcom chusteczkami szlochając, a panowie, gdzieś na twarzach mają szerokie uśmiechy, a w głębi duszy cierpią, że pozostawiają ukochane. Jednak melodia jest tak pogodna, że nie sposób przy niej płakać. Raczej daje ona nadzieję. 


6. Petrol Head
Zdecydowanie czuć tu The Police i to z tych wcześniejszych płyt (gdzieś z tyłu głowy słyszę tu Next To You), gdy panowie próbowali grać punk. Tekst też raczej nie oczywisty. Niby szaleństwo i jakaś długa, zwariowana podróż, a jednak wydaje mi się, że słychać tu podtekst. A może po prostu mam już spaczone myśli. Ale na pewno będę tego głośno słuchać w samochodzie. 


7. Heading South On The Great North Road
Pierwsza z dwóch najpiękniejszych piosenek na tej płycie. Nie ukrywam, że po pierwszym przesłuchaniu miałam takie ciarki, że nie mogłam uwierzyć, że taka piosenka istnieje. Dla mnie to arcydzieło. Przepiękne połączenie inspiracji czerpanych ze staroangielskich utworów, pastorałek i kolęd, które znalazły się na płycie zimowej z 2009 roku, a także z tego co Sting napisał na The Last Ship. Zamykam oczy i przenoszę się do pięknego kościoła podczas Pasterki, gdzie jest ciemno, a wszyscy oczekują na rozpoczęcie mszy. A jako fanka serialu Poldark, uważam, że powinni zapłacić Stingowi za możliwość wykorzystania utworu i dać to do zaśpiewania Demelzie. Wtedy to by wszyscy płakali ze wzruszenia. Tekst przepięknie porywający i mam nadzieję, że nie tylko ja mam takie odczuci słuchając tego utworu. Ile ja bym dała, żeby usłyszeć to na żywo...

NIESTETY NA YOUTUBE NIE MA TEJ PIOSENKI, WIĘC MUSICIE MI UWIERZYĆ NA SŁOWO ALBO POCZEKAĆ AŻ SIĘ POJAWI (chlip, chlip)

8. If You Can't Love Me
Nie wiem dlaczego, ale ten kawałek to dla mnie klasyczny balladowy Sting. Taki miłosny, trochę nieszczęśliwy, z wyrzutem, że ja cię kocham, a ty mnie nie chcesz i postaram się zrobić wszystko, byś jednak ze mną była. To emocjonalne połączenie gdzieś z lat 90-tych i utworami z Sacred Love. Czuć w jego głosie to błaganie. Z tyłu głowy dzwoni mi gdzieś ta melodia, ale nie potrafię sobie przypomnieć co to...


9. Inshallah
Druga najpiękniejsza piosenka na płycie. Nie ukrywam, że jak przeczytałam tekst to oczy zrobiły mi się mokre. Możliwe, że Sting inspirację zaczerpnął z bieżących wydarzeń na świecie, a mianowicie chodzi tu o problem uchodźców. Inshallah po arabsku oznacza "jeśli bóg pozwoli". Tekst dla mnie to swego rodzaju wiadomość, że tak naprawdę nie wszyscy ludzie z tamtych krajów są winni temu co się dzieje i nie można skazywać na śmierć dzieci i ich matek. Do tego melodia tak bardzo kojąca, która jest doskonałym połączeniem trzech wcześniejszych utworów Stinga: Desert Rose, Stolen Car i Coming Home. Ciary, ciary i jeszcze raz ciary...


10. The Empty Chair
Odnoszę dziwne wrażenie, że ta piosenka przygotowuje Stinga na pożegnanie z fanami. Oczywiście nie chcę, żeby to była prawda, ale to brzmi trochę jak skrzyżowanie kołysanki i pożegnalnego listu. Przyznaję się, że popłakałam się jak usłyszałam ten utwór po raz pierwszy. 

Some days I'm strong, some days I'm weak,
And days I'm so broken I can barely speak,
There’s a place in my head where my thoughts still roam,
Where somehow I've come home.

Przepiękny fragment, który pokazuje, że nie ważne jak jesteśmy silni, mamy czasami gorsze dni, a wtedy potrzebujemy miejsc albo osób, które dają nam siłę i poczucie, że nie wszystko jest beznadziejne. Tak jak prolog pasował do rozpoczęcia, tak epilog idealnie zamyka ten utwór. Z kolei Sting dedykuje tą piosenkę Jimmy'emu Foley'owi, fotoreporterowi, który został ścięty przez ISIS. 


Ta płyta to powrót do korzeni. W balladach Sting z najlepszych lat z solowej kariery, natomiast w rockowych numerach zdecydowanie czasy The Police. Do tego teksty bardzo na czasie, poruszające problemy współczesnego świata. Warto było tyle czekać i liczę, że jakimś cudem uda mi się pojechać na koncert do Warszawy, który odbędzie się 27 marca 2017 roku. Liczę, że to nie jest ostatnia płyta Stinga i kolejna będzie równie fantastyczna jak tak. Każdy utwór bardzo dobry, emocjonalny, obok którego nie da się przejść obojętnie. Dziękuję, Mistrzu!


P.S. Gdyby ktoś się zastanawiał co oznacza tytuł płyty to pędzę z wyjaśnieniem. Jest to skrzyżowanie ulic, przy którym mieści się studio nagraniowe. 

wtorek, 15 listopada 2016

Może być słodko i radośnie, czyli Trolle atakują!

Wydawać by się mogło, że jestem dorosłym człowiekiem i idąc na bajkę do kina mam idealną harmonie sama ze sobą. Nie mam się czego bać, nie mam ze sobą chusteczek higienicznych, a jedyne o czym myślę to śmiać się najgłośniej ze wszystkich. Otóż... Cały misterny plan poszedł w... No właśnie. Do tej pory w swoim życiu płakałam na bajkach trzy razy (jeden z razów uświadomiła mi moja mama i trzeba to sprostować). Pierwszy raz, gdy miałam jakieś 4 lata i dostałam na kasecie VHS "Króla Lwa". Tata mi go puścił i poszedł coś robić przy naszym nowiutkim komputerze (tak, to chyba wtedy było, tak mi się wydaje, czy prehistoria). Gdy tylko na ekranie zobaczyłam pamiętną scenę, gdzie umiera Mufasa, wpadłam w taką histerię, że kazałam tacie natychmiast to wyłączyć i nigdy więcej w swoim życiu nie wróciłam do tego filmu. Drugim razem miałam jakieś 7 lat i będąc u babci, wybrałam się z tatą do kina na "Prosiaczka i przyjaciele". Wtedy pierwszy raz się popłakałam w kinie (potem płakałam jeszcze parę razy, ale już na innych filmach i o dziwo, za każdym razem działo się tak, gdy byłam w kinie z tatą). A trzecie moje uronienie łez miało miejsce... w sobotę. Kurczę, co musi być ze mną nie tak, gdy na sali pełnej dzieciaków, siedzę ja, 21-letnia dziewczyna i ryczę jak bóbr, nie umiejąc sobie poradzić z własnymi emocjami. Istotne jest to, że popłakałam się dwa razy.


Mamy tutaj do czynienia z cukierkowym światem Trolli, które tańczą, śpiewają, przytulają się i są szczęśliwe. Król ich "rodu" uratował ich przed okropnymi Bergenami, którzy sami są nieszczęśliwi, a jedynym sposobem, żeby zaznać odrobiny radości jest zjedzenie trolla. Dlatego Bergeni polują na Trolle i pragną, by one wszystkie znalazły się na ich stołach. Ale z okazji świętowania wydarzenia jakim było uratowanie Trolli przed złym gatunkiem, księżniczka Poppy postanawia zorganizować największą i najwspanialszą imprezę na świecie. Jednak nie zdoła przewidzieć tego, że przez swój czyn zdradzi kryjówkę swoich braci i Bergeni w końcu odnajdą cudowne stworzonka...


Trolle to piękna bajka, która na pozór może wydawać się, że jest o niczym. Że to tylko radość, śpiew i wszędzie obecne szczęście. Nie, to tak naprawdę film o tym, że najważniejsze jest to, by zawsze umieć odnaleźć radość życia, że pomimo tragedii i porażek nie wolno się poddawać i należy polegać na tych osobach, dla których jesteśmy ważni. Nie można się zamykać w sobie, trzeba przyjmować otwarte ramiona, a nie przed nimi uciekać. Oczywiście mamy tutaj także przyjaźń, przedstawienie nam tego, że trzeba działać w grupie i jeden za wszystkich, a wszyscy za jednego. Ten film to taki balans pomiędzy słodkimi a gorzkimi uczuciami, który każdy ma w sobie. Myślę, że mój wybuch emocji był spowodowany tym, że człowiek dorosły o pewnych rzeczach myśli inaczej niż dziecko i z czasem zaczyna doceniać to czego obecnie może już nie mieć, a w przeszłości wydawało mu się to tak oczywiste, że to nie miało prawa nigdy się skończyć.


Mamy także miłość i potwierdzenie tezy, że każda potwora znajdzie swojego amatora. Przez to wkradły się tu motywy Kopciuszka, bo przecież brzydka Bergenka też ma prawo się zakochać i to w swoim ideale. Przypominała mi trochę taką fangirl, której marzenie się spełniło i jej bóstwo na nią spojrzało. Jednak dla mnie numerem jeden w tym filmie była ścieżka dźwiękowa. Owszem, to taki animowany musical dla dzieci, ale młodzi widzowie rozpoznawali piosenki. Chłopiec, który siedział obok mnie zapytał swojej mamy jaki tytuł oryginalnie ma ta ("Can't stop the feeling") piosenka, bo tu jest po polsku, a on woli wersję angielską. Ale mistrzostwem świata dla mnie było wykonanie "Sound of silence" i "September". Piękne utwory, które przyprawiły mnie o salwę śmiechu. 


Szczerze, to nie sądziłam, że we współczesnych animacjach da się wymyślić coś nowego. Myślałam, że wszystko się skończyło po "Shreku" czy "Madagaskarze". Otóż się pomyliłam. A najlepsze jest to, że mnóstwo nowych bajek wchodzi do kina i one będą naprawdę ciekawe. Chociaż denerwuje/martwi mnie to, że w każdej z nich będzie albo sierota albo dziecię/stworzenie, któremu umrze ktoś bliski. To takie przygnębiające. Pozwólmy choć raz nie myśleć o tym dzieciom i nacieszyć się im ich beztroską. A może jestem w błędzie? Może czas na beztroskę już minął i teraz trzeba dzieciakom sprzedawać wszystko prosto z mostu?


Tak czy inaczej na film warto iść nawet jak się nie ma tych kilkudziesięciu lat, a trochę więcej. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. A i ciekawą sprawą byłoby obejrzenie bajki w oryginalnej wersji językowej, a nie z dubbingiem. W amerykańskiej ścieżce dźwiękowej mamy same doskonałe głosy, z Justinem Timberlakem na czele. Ale do kina marsz! Polecam ja, ta co wyła jak bóbr i starała się wyjść z kina z twarzą.