piątek, 9 stycznia 2015

Little man in Gdańsk - Czyli historia pewnej miłości...

Moja metryka w urzędzie w jednej z rubryk ogłasza: "Miejsce urodzenia - Gdańsk". Czy się z tego cieszę? Owszem. Czy jestem z tego dumna? Jak najbardziej. Od zawsze miałam miłe skojarzenia z tym miastem, a w moim sercu są piękne wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to człowiek przyjeżdżał do dziadków przy każdej możliwej okazji. Dzielnica, którą najlepiej znam to zdecydowanie Przymorze. Narobiło się tam mnóstwo kilometrów spacerując, jeżdżąc na rowerze, bawiąc się na placu zabaw. Za każdym razem, gdy przejeżdżam tam tramwajem lub samochodem to łezka się kręci w oku, więc naturalnym wyborem uczelni do studiowania był Gdańsk. Ale tak naprawdę w tym mieście zakochałam się dzisiaj i to dzięki banalnym doświadczeniom. Zajęcia na uniwersytecie skończyłam dziś o 9:15 (pan doktor wypuścił nas szybciej) i radośnie stwierdziłam, że do pociągu do domu zostało mi prawie dwie godziny. Wsiadłam w najbliższy tramwaj i udałam się do centrum po ciepłe pączki, które są przepyszne. Tym samym chciałam zrobić rodzince niespodziankę i przywieść coś na osłodę po całym trudnym tygodniu. A gdy miałam już pączki w plecaku i czekałam na przystanku na tramwaj, który miał mnie zabrać na dworzec w Gdańsku Wrzeszczu, doznałam olśnienia. Dookoła mnie ludzie się spieszyli, samochody pędziły, a ja po prostu stałam i gapiłam się na drzewa, przez które przebijało się słońce. Poczułam się jakby była wiosna. Odpłynęłam gdzieś myślami. W uszach sączyło się ukochane The Police, a potem sam Sting, już solo. Wsiadłam do tramwaju, przejechałam z pięć przystanków i ruszyłam dzielnie w stronę dworca. Przez cały czas rozglądałam się.  Niby byłam tu już wcześniej, ale wszystko wydawało mi się jakieś inne, nowe. Mijali mnie dziwni ludzie, a ja mijałam dziwne budynki. W głowie zakiełkowała mi myśl: "A może by tak opisać to miasto? Wymyślić bohatera, umieścić go w tych ulicach i pozwolić mu ożyć?". Jednak potem mi się przypomniało: "Po co? Przecież to już jest. Czytałaś to". No właśnie czytałam...

Otóż, Moi Drodzy, mam niezwykłe szczęście, że znam osobiście (no dobra, widziałam ją tylko raz i zamieniłam z nią dwa zdania) pewną gdańską pisarkę, Katarzynę Rogińską. Ale największym szczęściem jest to, że jest ona koleżanką z podstawówki (z klasy) mojego taty. 26 maja 2011 roku dostaliśmy zaproszenie do oliwskiej biblioteki na spotkanie autorskie. Cieszyłam się jak dziecko. Ale wróćmy do początku. Pierwsza książka, a raczej opowiadanie pani Kasi wpadło w moje ręce latem 2009 roku, gdy tata przywiózł do domu malutki tomik "Tajemnica Neptuna", który otrzymał od współautorki książeczki podczas spotkania po latach. Podprowadziłam książkę i zatopiłam się w opowiadanie pt.: "Kocim szlakiem". Nawet nie wiedziałam kiedy, a skończyłam lekturę. I wtedy pomyślałam: "Ja chyba też bym chciała pisać". Akcja opowiadania rozpoczyna się od uroczego opisu nawiązującego do kotów (autorka uwielbia koty i w każdej książce jest o nich bardzo dużo), jednak potem mamy do czynienia z obciętą głową znalezioną na pętli w Oliwie. I wtedy zaczyna się zabawa...

Rok później w 2010 roku ukazała się książka "Jeśli czegoś pragnę" i tym razem pani Kasia jest jedyną autorką. W tej powieści mamy do czynienia z tajemniczymi zgonami w domach pomocy społecznej. Wszędzie niby jest ta sama przyczyna zgonu, ale to tylko napędza coraz więcej podejrzeń. Rozpoczyna się śledztwo, a my poznajemy biegłą sądową Grażynę Król i sierżanta Szolca, który jej pomaga. Jak dla mnie jest to dobry, zaskakujący kryminał. Jeśli ktoś lubi ten gatunek to będzie się świetnie bawił.

Ale wróćmy do 26 maja 2011 roku. Wraz z rodzicami zajęłam miejsce w bibliotece i słuchałam co autorka ma do powiedzenia na temat swojej najnowszej książki "Wieża sokoła". Po zapoznaniu z fragmentami powieści można było zakupić przedmiot owego spotkania i porozmawiać chwilę z autorką oraz zdobyć autograf. Byłam nieco zawstydzona, ale tata zgarnął mnie z krzesła i poszliśmy do pani Kasi. Zostałam przedstawiona jako córka mojego taty i porozmawiałyśmy trochę, ale z tego stresu niestety nie pamiętam o czym. Poprosiłam o autografy na książkach (mam imienne i do tego przy każdym podpisie jest pyszczek kotka) i pożegnaliśmy się. Zadowolona, że będę miała nową książkę do czytania, wróciłam do domu. Tylko, że pojawił się mały problem. Zaczęłam czytać i... się rozczarowałam. Wiem, że jest napisane na okładce, że to mroczny thriller, ale nie spodziewałam się, że aż tak. W książce poznajemy młodą Greczynkę o imieniu Dymitra, która na swojej drodze spotyka przystojnego Edwarda i jego matkę, Polaków. Zakochana dziewczyna przyjeżdża z nim do Polski i zaczyna się dla niej prawdziwe piekło. Facet jest tak obrzydliwy, zboczony i nienormalny, że wymiękłam. Książka ma 296 stron, a ja ją porzuciłam już na 102. Po prostu dalej nie mogłam i póki co nie mogę się zmusić do lektury. Wierzę, że to się kiedyś zmieni, ale jeszcze nie jestem na to gotowa.

Jednak ktoś lubi koty, greckie krajobrazy i dreszczyk emocji to gorąco polecam książki pani Kasi. Za "Wieżę..." nie ręczę, ale dwie pozostałe to świetna zabawa. Ale głównym powodem, dla których warto sięgnąć po te powieści (i opowiadanie) to dokładne i piękne opisy Gdańska, a szczególnie Oliwy.



czwartek, 1 stycznia 2015

Cwaniaczku, chodź tu do mnie! - Czyli miło być ciągle dzieckiem.

Mamy Nowy Rok (najlepszego, Kochani!), a ja właśnie piję herbatę i jem kruche ciasteczka, które upiekła mama przed Bożym Narodzeniem. W zasadzie to powinnam czytać jakąś filozofię albo lektury na kolokwium, ale mi się nie chce. Pewnie potem będę tego żałować, ale trudno. Nie chce mi się o tym myśleć. Wolę patrzeć na regał z książkami, które już przeczytałam albo dopiero przeczytam, ale dla przyjemności. Zastanawiam się o czym mogłabym napisać tym razem. Podczas świąt siedziałam do trzeciej albo do czwartej nad ranem i czytałam kolejną książkę Moniki Szwai, ale o tym nie będę już pisać, bo kiedyś to zrobiłam. Zdecydowałam się na coś innego...

Zapewne każdy z nas miał kiedyś w swoich rękach albo komiks albo pamiętnik, o ile sam go nie pisał. A co jeśli połączymy te formy? Cóż, powstaje coś uroczego i zabawnego. A zatem przedstawiam Wam... "Dziennik Cwaniaczka". Pierwszy raz spotkałam się z tą serią w gimnazjum. Byliśmy wtedy na jakiejś wycieczce szkolnej w Gdańsku i podczas czasu wolnego poleciałam do Empiku (w moim wspaniałym mieście jeszcze tego cudownego sklepu nie było). Koniecznie chciałam kupić jakąś książkę, którą mogłabym zacząć czytać w pociągu do domu. Długo wahałam się między "Dziennikiem Cwaniaczka", a pierwszą częścią książki "Bracia Hardy". Padło na Cwaniaczka, jednak był mały problem. Na półce była tylko druga część, a pierwszej brak. Stwierdziłam, że trudno, ale biorę to. Wydałam całe 24,90 zł i zadowolona wróciłam do domu. Książka była tak wciągająca i zabawna, że przeczytałam ją w 30 minut.

A teraz najlepsze... Tej cudownej serii nie przeczytałam w odpowiedniej kolejności, jednak jej zaletą jest to, że od obojętnie jakiej części by się zaczęło lekturę, człowiek zawsze odnajdzie wątek. Na chwilę obecną seria w Polsce doczekała się ośmiu części i jednego tworu, który jest czymś w stylu Do It Yourself, czyli płacisz 25 zł za coś po czym samemu możesz sobie pobazgrać i stworzyć to. Egzemplarz DIY sobie podarowałam, ale reszta gości na moim regale. Jak mówiłam, rozpoczęłam czytanie od części drugiej. Potem sięgnęłam po trzecią, czwartą, pierwszą, siódmą, piątą, szóstą i ósmą. Trochę to pokręcone, ale zależało to od dostępności serii w sklepie. Przykładowo cześć siódmą kupiłam w Lidlu za 17,99 zł. Ucieszyło mnie to bardzo.

Sama książka to forma pamiętnika, który pisze główny bohater Greg Heffley. W każdym tomie opisuje on swoje zabawne przygody, w których pojawia się jego zwariowana rodzina, najlepszy przyjaciel i ludzie ze szkoły, których nie darzy zbyt wielką sympatią. Do każdej strony pamiętnika są dołączone urocze obrazki stworzone prze Grega.

Seria jest generalnie przeznaczona dla dzieci, którym się nie chce czytać. Podkreślam, przeznaczona dla dzieci, ale ja się z tym nie zgodzę. W książce jestem zakochana od jakiś 6 lat. Ale śmieszniejszą rzeczą jest to, że moja kuzynka, która jest ode mnie starsza o osiem lat również uwielbia Grega i jego zapiski. Dlatego uważam, że książek nie powinno się kategoryzować ze względu na wiek. Tę książkę będę polecać zarówno ośmioletnim dzieciakom, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę ze światem literatury, jaki i trzydziestoletniej dziewczynie, która ma po prostu ochotę się pośmiać i zrelaksować.


Dodam jeszcze tylko to, że czekam na kolejną część przygód Cwaniaczka, bo jedną książkę połyka się dosłownie w trzydzieści minut. Siadasz, otwierasz "Dziennik..." na pierwszej stronie i nim się zorientujesz dolatujesz do końca i z ogromną niecierpliwością czekasz aż na półce w sklepie pojawi się kolejny tom. Jeśli macie pod ręką wolne 24, 90 zł (na empik.com jak zawsze będzie trochę tańsze) i nie wiecie na co je wydać to śmiało zdecydujcie się na zakup. 

piątek, 26 grudnia 2014

Jak się dowiedzieć, by się dowiedzieć i nie być bezczelnym? Czyli coś o biografii idola...

Wiem, że tegoroczne Święta Bożego Narodzenia dobiegają już do końca, ale chciałabym złożyć Wam spóźnione życzenia. Wszystkiego najlepszego, zdrowia, szczęścia, pomyślności i spełnienia marzeń w nadchodzącym 2015 roku! A jako prezent mam dla Was parę słów o pewnej książce, którą skończyłam wczoraj czytać...

Z biografiami, bo o tym dziś mowa, mam pewien problem. Jak można się brać za napisanie biografii osoby, która jeszcze żyje i dodatkowo nadal jest aktywna zawodowo (mam tu na myśli aktorów, piosenkarzy, pisarzy, sportowców, itp.)? A jeszcze większą porażką jest tworzenie takiej książki, gdy artysta nawet nie osiągnął pełnoletności (patrz: Justin Bieber)? Cóż, na usta się ciśnie tylko jedno: kasa, kasa, kasa... Generalnie rzadko sięgam po biografie (mam na tu na myśli te naprawdę dobre i wartościowe) i sama nie wiem czemu. W końcu lubimy się zagłębiać w życie innych osób. Ale odkąd mam obsesję na punkcie pewnych osób to dorobiłam się dwóch, a właściwie trzech takich książek i na pewno kiedyś o nich coś napiszę.

Gdy we wrześniu na stronie Empiku dowiedziałam się, że w Polce ukaże się biografia Benedicta Cumberbatcha (to ten pan grający Sherlocka w serialu BBC) stwierdziłam, że co by się nie działo i jak bardzo bym nie miała pieniędzy muszę kupić tą książkę. Gdy zbliżał się dzień premiery, postanowiłam zamówić książkę (w paczce znalazły się jeszcze trzy sezony Sherlocka na DVD i jednocześnie moja świnka skarbonka straciła swoja całą zawartość) i w spokoju oczekiwałam na nadejście paczki. Zakupy odebrałam po trzech dniach i od tej pory książka wędrowała ze mną wszędzie. Czytałam w każdym możliwym miejscu z samochodem włącznie. Jednak po dwóch dniach musiałam książkę odłożyć na półkę na całe trzy miesiące ze względu na studia. I tak stała sobie na półce w akademiku i czekała aż do niej powrócę. W końcu na dzień przed wyjazdem do domu na święta bardzo mi się nudziło i wróciłam do lektury. Kiedy kończyłam sobie jeden z rozdziałów pomyślałam: "Po jaką cholerę ktoś napisał tą książkę? Żeby kasę trzepać?". Najwyraźniej tak. Otóż z początkiem listopada książka straciła na aktualności, gdyż Benedict Cumberbatch ogłosił swoje zaręczyny. Dodatkowo pojawiły się informacje o nowych filmach w jakich aktor weźmie udział. Fakt, na końcu książki jest kilkadziesiąt stron o jego dotychczasowej filmografii i pojawiają się tam zapowiedzi, ale nie są one całkiem aktualne. Rozumiem, że książka powstała jakiś czas temu i nie o wszystkim autor wiedział lub został poinformowany, ale jaki jest wtedy sens pisać taką książkę?

Za to jeśli chodzi o informacje zawarte w tej pozycji to autor nie odkrył niczego nowego. Oczywiście, jeśli nikt wcześniej nie miał do czynienia z Cumberbatchem to dla niego będzie to nowość i zapewne interesująca lektura, jednak ja się przyznaję do tego, że jestem Cumberbitch (obsesyjna fanka, pozdrawiam) albo Cumbercollective (to określenie dla swoich fanów woli sam Benedict) i wszystko co zostało opisane było mi wcześniej znane. Czasami miałam wrażenie, że autor po prostu przeczytał jakieś notki na Wikipedii albo stronach, gdzie opisuje się sylwetki aktorów, do tego zagłębił się w wywiady, które udzielił aktor i twórcy filmów, przy których pracował, a na koniec skopiował to wszystko do Worda i zaniósł do wydawcy. Ale jeśli ktoś jest zwykłym laikiem w tej kwestii to książka jest godna polecenia.

Jest też druga książka o Cumberbatchu, ale jeszcze się jej nie dorobiłam i nie wiem czy się dorobię, bo jeśli ma ona wyglądać tak samo i ma zawierać te same informacje co ta to raczej sobie podaruję. Wygląda na to, że w dobie Internetu pisanie i kupowanie tego typu książek nie ma sensu. Chyba, że zostałaby ona stworzona przez jakiegoś bliskiego biografa artysty, który przebywał z nim przez większość każdego dnia. Taką osobą mogłaby być np. żona, matka, ojciec albo siostra.


Generalnie w książce nie zabrakło niczego co możemy znaleźć w Internecie, jednak ja myślałam, że skoro ktoś zabiera się za pisanie takiego utworu to zdradzi czytelnikowi coś więcej niż jest wiadomo. Ale to nie jest nawet autoryzowane, więc nie ma na co liczyć. A książka została dokończona przeze mnie wczoraj i postawię ja na półce na regale w honorowym miejscu, ale tylko z jednego powodu... Na okładce jest Benedict. 

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Poskromić smoka! - Czyli poznajmy Hobbita...

Przez całe moje jakże krótkie i nudne życie przysięgałam sobie, że nigdy, przenigdy nie przeczytam książki fantazy. Zrobiłam to tego lata. Właściwie nosiłam się z tym zamiarem od marca, gdy odkryłam, że w filmowej adaptacji „Hobbita” zgrał Martin Freeman (uwielbiam tego faceta!). Ale przysięgłam sobie, że najpierw przeczytam książkę, a dopiero potem obejrzę film, bo nie ma nic gorszego niż w pierwszej kolejności zabrać się za ekranizację.

W lipcu tego roku siedziałam u mojej kuzynki i zauważyłam, że na regale stoi owa interesująca mnie powieść, czyli „Hobbit”. Kilka dni później napisałam do niej SMS czy nie zechciałaby mi pożyczyć książki. Zgodziła się i na drugi dzień miałam ją w swoim posiadaniu. Połknęłam ją w trzy dni siedząc w pracy i byłam bardzo zaskoczona. Po pierwsze zakochałam się w tej książce, mimo iż 3/4 jej treści to opis wędrówki i czasami bywało nudno. Po drugie dopadło mnie zdziwienie: w jaki sposób z jednego, trzynastostronicowego rozdziału można zrobić prawie trzygodzinny film? Okazało się, że można (ale nie mogę się na ten temat  wypowiadać, bo drugiej części filmu, czyli „Hobbit: Pustkowie Smauga” jeszcze nie widziałam. Wiem, wiem, co za fan ze mnie?). Smaug, który na całą książkę wypowiada może z pięć zdań jest głównym obiektem drugiej części filmowej trylogii. Cóż, albo reżyser i scenarzyści popłynęli albo dokonał się cud.

Ale w tej chwili chodzi mi raczej o książkę. Oczywiście czytając miałam przed oczami Martina Freemana jako Bilbo Bagginsa (tak to jest jak w Internecie się człowiek naogląda gifów i grafik). Uroczy mały Hobbit z owłosionymi stopami. Kiedy skończyłam czytać zrobiło mi się smutno, że to już koniec i moim priorytetem stało się to, żeby jak najszybciej zakupić swój własny egzemplarz i przeczytać to jeszcze raz. Chciałam tego dokonać jak tylko we wrześniu wrócę do domu, ale stało się coś co ku mojej radości pokrzyżowało mi plany…

Pod koniec sierpnia miałam przyjemność obchodzić urodziny. A dzień przed tą datą moja kuzynka robiła mi podchody w postaci pytań o to, o której kończę pracę w urodziny, co będę wtedy robić, itp. Wiedziałam, że coś kombinuje tylko nie wiedziałam co (pozdrawiam Cię, Kasieńko!). Gdy przyszłam już do swojego pokoju trzeźwieć po małej imprezie przygotowanej przez babcię i oglądać „Młodych gniewnych”, usłyszałam, że pod bramą ktoś zaparkował samochód. Wyleciałam na schody, a zza domu wyszły moje dwie kuzynki i ciocia. Złożyły mi życzenia i wręczyły kwiaty oraz prezent. Zajrzałam do środka i ucieszyłam się jak dziecko, bo dostałam mój własny, ślicznie wydany (okładka wyglądała jak stara księga) egzemplarz „Hobbita”. Uściskałam raz jeszcze moją kuzynkę, a przez resztę wieczoru nie mogłam się napatrzeć i nawąchać (mam takie zboczenie, wącham książki) mojego prezentu. Po czym stwierdziłam, że jest tak ładnie wydana, że szkoda jej czytać. Póki co stoi na jednej z półek na regale (w towarzystwie Sherlocka Holemsa, a jakżeby inaczej!) i czeka na powtórne przeczytanie.

Sama książka to opis przygód spokojnego hobbita Bilbo Bagginsa. Żyje on sobie w swojej norce, uwielbia dobrze zjeść i generalnie nie przejmować się niczym. Jednak wszystko się zmienia, gdy do jego drzwi puka czarodziej Gandalf i oznajmia mu, że wybrał go do odbycia wraz z krasnoludami podróży w celu odzyskania skarbu, który ukradł i nad którym piecze trzyma Smaug. Początkowo Baggins zdecydowanie odrzuca propozycję, aby potem się zgodzić i rozpocząć przygodę życia…
Ale jeszcze na moment wrócę do filmu. 28 listopada na TVN-ie została wyemitowana pierwsza część filmu. Jak tylko pojawił się zwiastun w telewizji (chyba na miesiąc przed) to zadzwoniła do mnie moja mama i radośnie oznajmiła: „Hobbit będzie na TVN-ie”. Po tych słowach zaczęłam piszczeć jak psychofanka, aby po chwili usłyszeć: „Wiedziałam, że się będziesz cieszyć”. Od razu zaznaczyłam, że tego dnia zajmuję telewizor, porywam pilota i odbędzie się seans. Automatycznie oznaczało to, że moi rodzice będą skazani na oglądanie tego razem ze mną. I tak też się stało. Początkowo nie sądziłam, że mama również będzie to oglądać, ale obejrzała. Oczywiście powiedziała (muszę zacytować!), że: „Czy my naprawdę musimy oglądać tych potwornickich?”. Cóż, musieliśmy. Co do mojego taty to jest on wielkim fanem Sapkowskiego i Pilipiuka (nie wiem czy o tym pisałam), więc stwierdził, że może obejrzeć, czemu nie? I tak wspólnie przebrnęliśmy przez trzy i pół godzinny seans (podziękujmy TVN-owi za łączne czterdzieści minut reklam). Natomiast w najbliższy piątek w większości polskich kin odbędzie się maraton z „Hobbitem”, ponieważ 25 grudnia w naszym kraju nastąpi premiera trzeciej i ostatniej części filmu. Podczas maratonu będzie prapremiera i będziemy mogli obejrzeć „Bitwę pięciu armii” o tydzień wcześniej. Także już nie mogę się doczekać, by spędzić dziewięć godzin w kinie na nocnym pokazie filmowym. Trzymajcie kciuki, żeby udało mi się zwędzić plakat z Bilbem!

A Wam gorąco polecam zapoznanie się z książką (z filmem też). Sięgajcie po książki fantazy i nie martwicie się, że może być nudno. Może być wręcz przeciwnie. Watro się przełamać, bo może to być nasza nowa miłość…


P.S. Jak będziecie czytać książkę (może ktoś się skusi?) to zwróćcie uwagę, że w powieści nie ma ani jednej osobniczki płci pięknej, a z kolei w filmie na tak ową trafimy. Cóż, kto reżyserowi zabroni wprowadzania zmian? 

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Wróćmy do czasów, gdy wszyscy byliśmy dziećmi! Czyli idealny prezent na Mikołajki!

Z czym nam się kojarzy Francja? Z Wieżą Eiffla? Z Champs-Élysées? A może z jadalnymi kasztanami i bagietką? Otóż, Moi Drodzy, w moim przypadku jest zupełnie inaczej. Z tej okazji, że w sobotę obchodziliśmy Mikołajki mi przychodzi do głowy tylko jedno: René Goscinny i Jean-Jacques Sempé, czyli ojcowie pewnego uroczego chłopca o imieniu Mikołaj. Moje dzieciństwo bez tego uroczego rozrabiaki byłoby bardzo nudne. Pierwszą książkę zatytułowaną po prostu „Mikołajek” poleciła mi pani z biblioteki w podstawówce, a potem to już się zakochałam i samo poszło. Kolejne tomy chłonęłam jak gąbka. A najgorszą rzeczą wtedy było dla mnie to, że na całą szkołę był tylko jeden egzemplarz „Wakacji Mikołajka” i trzeba było czekać w długiej kolejce, żeby móc ją przeczytać. Mi na szczęście posiadanie jej przypadło na ferie zimowe, więc byłam bardzo szczęśliwa, bo nie zostałam skazana na nudę.

Pamiętam, gdy pojawiły się w księgarniach „Nowe przygody Mikołajka”. Potężny tom, który zawierał w sobie jeszcze więcej interesujących historyjek. Spędziłam cały tydzień nad jeziorem czytając i czytając. Wolałam siedzieć w namiocie i wertować książkę niż iść popływać albo łowić ryby (tak, tak, swego czasu uwielbiałam to robić!). Jednak jest najstraszniejsze wspomnienie związane z Mikołajkiem. Drugi tom „Nowych Przygód Mikołajka” wychodził właśnie na Mikołajki, gdy byłam w szóstej klasie podstawówki. Od miesiąca prosiłam Mikołaja, a właściwie rodziców o tą książkę na 6 grudnia. Niestety moi rodzice nie spełnili mojej prośby i byłam mocno rozczarowana. Dodatkowo zrobiło mi się przykro, gdy okazało się, że moja najlepsza przyjaciółka ową książkę dostała właśnie w prezencie. Szczerze mówiąc popłakałam się wtedy. Ale że miałam (i nadal mam!) wspaniałą przyjaciółkę oznajmiła mi, że podzieli się nią ze mną i będziemy ją razem czytać. Poszłyśmy do pana od historii i poprosiłyśmy go o zgodę na czytanie na jego lekcji. Zgodził się pod warunkiem, że będziemy cicho. Rozradowane usiadłyśmy w ostatniej ławce i czytałyśmy całe czterdzieści pięć minut. Za to moi rodzice zrehabilitowali się i dostałam książkę pod choinkę.

A o czym jest sama książka? Jak sugeruje tytuł o Mikołajku, który jest jednocześnie narratorem wszystkich opowiadań. To uroczy chłopiec, który mieszka wraz z rodzicami we Francji. Chodzi do jednej z męskich szkół i ma mnóstwo przygód. Jego najlepszym przyjacielem jest Alcest, który ciągle je i jest gruby, a ukochaną, do której wzdycha (oczywiście nie przyznaje się do tego publicznie) jest jego sąsiadka Jadwinia. Ma też kilku kolegów, m.in. Kleofasa, który jest najgorszym uczniem w klasie, ale jako jedyny ma telewizor w domu, Euzebiusza, który jest najsilniejszy i lubi dawać fangi w nos, Gotfryda, którego tata jest bardzo bogaty, dzięki czemu chłopiec ma wszystko czego tylko zapragnie. Jest także Rufus, którego tata jest policjantem, Maksencjusz, który szybko biega i ma ciągle brudne kolana oraz Joachim, który świetnie gra w kulki. W klasie jest również Ananiasz, którego nikt nie lubi, bo jest pupilkiem wychowawczyni i ma najlepsze oceny w klasie, a do tego nosi okulary i nie można go bić. W opowiadaniach pojawia się jeszcze kilku innych bohaterów np. Rosół (opiekun w szkole), Bunia (babcia Mikołaja), Pan Blédurt (sąsiad chłopca, który lubi się przekomarzać z jego tatą).

Kilka lat temu (niestety dokładnie nie pamiętam kiedy, ale to chyba było na początku mojej edukacji w liceum) została wydana książka pt.: „Nieznane przygody Mikołajka”. Jest to zbiór dziesięciu opowiadań opatrzonych kolorowymi akwarelami (o ile się nie mylę). Niestety ze smutkiem muszę stwierdzić, że przedstawienie obrazków z książki w kolorze nie trafiło do mnie. Wolałam, gdy były one klasyczne, czarno-białe poprowadzone jakby jedną, grubą, czarną kreską. Może i jestem starodawna, ale wolę to co klasyczne i sprawdzone.

Ostatnio byłam w Empiku i w dziale z prezentami znalazłam cudowne wydanie wszystkich opowiadań z tomu pierwszego i drugiego „Nowych przygód Mikołajka” i gdyby nie to, że mam każdy tom osobno to nie wahałabym się i zakupiłabym tą książkę. Ale mam zamiar w najbliższym czasie zarazić mojego młodszego kuzyna opowiadaniami o Mikołajku, to może będę miała gest i kupię mu to wielkie tomisko. A co mi tam!

Na dowód tego, że Mikołajek stał się kultowy można obejrzeć przygody małego bohatera na ekranach kinowych. Powstały już dwa filmy o francuskim łobuziaku. Na pierwszym filmie byłam w kinie i przytrafiła mi się zabawna sytuacja, bo na seans wybrałam się sama, ja człowiek 16-letni (to było parę lat temu), a dookoła mnie same 11-latki i młodsze dzieci. Cóż, taki tam komizm. Ale śmiałam się równie głośno co oni. A drugą część niestety nie było mi dane iść do kina, bo wyszła ona w tym roku w wakacje, a ja w tym czasie pracowałam, a do najbliższego kina, w którym grano film miałam ok. 40 km. Ale od czego jest wydanie DVD? Obiecuję nadrobić.


Ja ze swojej strony gorąco polecam historyjki o Mikołajku i to nie tylko dzieciom, ale i dorosłym. Każdy w nich znajdzie coś dla siebie i będzie się śmiał z czegoś innego. Książki jak najbardziej idealne na prezent pod choinkę albo na Mikołajki. 

czwartek, 13 listopada 2014

Czy Ten Drugi naprawdę istnieje? - Czyli dajcie na scenę dwóch pisarzy i czekajcie na efekt!

W zasadzie powinnam zamieszczać tu wpisy tylko o książkach albo o autorach, ale chcę się podzielić z Wami czymś co może mieć jednak związek z literaturą. W poniedziałek miałam okazję rozmawiać ze znajomymi mojego taty i padło hasło, że idę do teatru, na co jeden z nich mi odpowiedział: „Ja to tam nigdy nie byłem w teatrze, nic ciekawego”. Cóż, ile osób tyle opinii, ale może nie warto oceniać książki po okładce jak to mawiają. Może czasem jest to coś interesującego?

W owym teatrze miałam przyjemność być 11 listopada na spektaklu wystawianym przez Teatr Narodowy z Warszawy pt.: „Dowód na istnienie drugiego”. Mimo iż była to końcówka tzw. długiego weekendu i nie chciało mi się wracać do akademika z domu to wiedziałam, że czeka mnie tego dnia niesamowite przeżycie. Początkowo byłam zestresowana faktem, że nie zdążę na spektakl albo coś będzie nie tak z biletem. Na szczęście takiego się nie stało. Za to przytłoczył mnie ogrom pięknego gmachu Teatru Szekspirowskiego, w którym odbywał się spektakl. Sala ze sceną w całości wyłożona drewnem i fotele jakby żywcem wyjęte z salonu w bogatym domu nic a nic nie przypominają ziejącego nudą i niezbyt przyjemnym zapachem miejsca. Kulturalnie zajęłam miejsce i usiadłam, pisząc sms-y z moją Dobrą Duszyczką (pozdrawiam Cię :* ), gdy nagle zauważyłam, że stoi sobie urocza pani z jakimiś książeczkami i otacza ją tłum ludzi. Zebrałam się z fotela i poszłam do niej. Okazało się, że sprzedaje (hmm… jakby to nazwać?) broszury dotyczące spektaklu, w których znajdują się m.in. opis spektaklu, scenariusz, słowo od reżysera i sylwetki aktorów biorących udział w przedstawieniu. Po krótkim zastanowieniu stwierdziłam, że kupię sobie to cudeńko (tak, tak, za to się płaci i to jeszcze 12 zł). Niestety owa pani nie miała drobnych i musiałam iść z nią do wyjścia do drugiej pani. Tamta pani dała mi moje należności i byłam już wolna trzymając w ręku książeczkę. Jednak zanim wróciłam na miejsce znalazłam na stoliku koło wejścia pocztówki reklamujące inne spektakle TN. Niestety udało mi się dorwać tylko dwie, bo starsze kobiety się pchały jakby to było złoto albo co najmniej darmowe bilety. Jednak swoje wywalczone karteczki z reklamą (czy to właściwe słowo?) „W mrocznym mrocznym domu” i „Fortepian pijany” schowałam do broszury i wróciłam skąd przyszłam. Nim zdążyłam się dobrze wkręcić w czytanie zgasły światła i… The show must go on!

W oficjalnej wersji poszłam na spektakl, żeby zażyć trochę poważnej kultury, ale tak naprawdę chciałam się pogapić na ładnych i zdolnych ludzi, których się widuje w kinie albo telewizji. No bo kto by nie chciał zobaczyć na żywo Jana Englerta albo Kamilli Baar? Poszłam też na to z innego powodu, ale to już pozostawię dla siebie. W końcu trzeba mieć jakieś sekrety.

„Dowód na istnienie drugiego” to zderzenie ze sobą dwóch wielkich autorów: Sławomira Mrożka i Witolda Gombrowicza. Kto z nas nie zna takich tytułów jak  „Tango”, „Ferdydurke” czy „Trans-Atlantyk”? Maciej Wojtyszko (reżyser spektaklu) pokazuje dwóch zupełnie różnych pisarzy. Mrożek – małomówny (co świetnie pokazane jest w pierwszym akcie), trochę jakby obok wszystkiego oraz Gombrowicz –  egoistyczny, uważający się za lepszego od innych. W tych rolach pojawili się genialni aktorzy, Cezary Kosiński i Jan Englert. Na scenie towarzyszyli im Kamilla Baar jako Rita Labrosse, Monika Dryl jako Maria Paczowska, Patrycja Soliman jako Mara Obremba, Marcin Przybylski jako Kazimierz Głaz oraz Grzegorz Kwiecień jako Bohdan Paczowski. Cała akcja toczy się głównie wokół Mrożka i Gombrowicza, ale gdyby nie bohaterowie drugoplanowi (choćby Rita, która przez cały czas mówiła po francusku, a po polsku powiedziała może jedno słowo albo Głaz, który przez większość pierwszego aktu się śmiał i sprawiał wrażenie jakby nie do końca wszystko było z nim w porządku) to spektakl nie bawiłby tak bardzo. Oczywiście w ostatniej scenie już nie było zabawnie, ponieważ pojawia się wątek śmierci Gombrowicza, a opowiada o tym Mrożek. Generalnie drugi akt był mniej zabawny niż pierwszy, ale chyba taki był zamysł reżysera. W każdym razie podczas owej sceny pani siedząca obok mnie zaczęła płakać. Ogólnie spektakl bardzo mi się podobał i jeśli będę miała okazję (albo i Wy, Moi Czytelnicy) to pójdę jeszcze raz! Tylko trzeba będzie się bić o bilety, bo jak tylko się dowiedziałam o sprzedaży biletów (czyli dzień po owym wydarzeniu) to 3/4 miejsc było już wyprzedanych.

Muszę powiedzieć, a raczej napisać, że pewne fragmenty bardzo się wyróżniały. Szczególną perełką, która zasługuje na uwagę jest scena, w której Mrożek mieli mięso, stojący obok niego Głaz kroi pietruszkę (tak to przynajmniej wyglądało z mojej perspektywy), a siedzący na krześle Gombrowicz rozprawia o tym , czy jak umrze to pochowają go na Wawelu i czy Mrożek wygłosi mowę (co jest bardzo znaczące i w tym momencie cały teatr wybucha śmiechem, bo Mrożek przez cały spektakl powiedział może z dziesięć zdań). W międzyczasie Kazimierz ucina sobie palec nożem, rozpoczyna poszukiwania  opatrunku, a Mrożek wypowiada jedno z najważniejszych zdań  całej sztuki: „Najlepiej by się było nie urodzić. Tylko kto ma tyle szczęścia?”. Ech, wszechobecny dekadentyzm...


Nie chcę tu streszczać całego spektaklu, bo może ktoś będzie miał okazję zobaczyć go na żywo, dlatego pozostawię ten wpis taki jakim jest. Ja bawiłam się świetnie, pieniędzy jakie zapłaciłam za bilet nie żałuję, a jak jeszcze kiedyś Teatr Narodowy przyjedzie ze spektaklami (w tym miesiącu będą wystawiać jeszcze dwa, ale z tego co wiem to biletów już raczej nie ma) to na pewno się wybiorę. 

piątek, 3 października 2014

Gdzie z tym fanfickiem do ludzi?

Pisanie powieści to prawdziwa frajda, jednak co się dzieje, jeśli bohater bądź bohaterowie zaczynają żyć własnym życiem poza kartami książki autora? Otóż wtedy to się zaczyna prawdziwy popis fanów. Powstaje coś co jest nazywane fanfickiem. Dla tych co nie do końca orientują się co to takiego to pokrótce wyjaśnie. Fanfick to opowiadanie, w którym fani wykorzystują bohaterów filmu, książki lub serialu do tego, by osadzić go w zupełnie innej rzeczywistości niż został stworzony. Bardzo często jest to spotykane na wszelkiego rodzaju forach lub blogach internetowych. Muszę się przyznać, ale również zdarzyło mi się popełnić kilka takich opowiadań. Z zasady nie można wydawać tego typu książek, ponieważ jest to nielegalne korzystanie z praw autorskich. Tak gdzieś kiedyś przeczytałam, ale skoro jest to blog o książkach, a takich książek się nie wydaję to czemu o tym piszę? A no właśnie...

Kilka tygodni temu w moje ręce (oczywiście będąc w Empiku, bo gdzie indziej?) wpadła pewna książka, która miała bardzo interesujący tytuł "Pusty dom Sherlocka". Podczas gdy powinnam pomóc mojej mamie szukać książki na prezent dla jej znajomej (a mama nie znosi tego sklepu) ruszyłam na mój ulubiony dział z sensacją i natrafiłam na ten projekt. Jak wskazuje tytuł wiąże się ona z wspaniałym detektywem-konsultantem, jednak nie jest to jakieś nieznane opowiadanie Sir Conan Doyle'a. Jest to zbiór najciekawszych opowiadań napisanych przez fanów. Gdy przeczytamy informacje z okładki to dowiemy się, że całe przedsięwzięcie powstało w bardzo ważnym celu. Fundusze ze sprzedaży książki zostają przeznaczone na rzecz domu, w którym mieszkał autor opowiadań o Sherlocku. W obecnym stanie dom jest ruiną i fundacja, która powstała, aby ratować posiadłość zdecydowała, żeby zaangażować fanów i stworzyć coś wspaniałego. Udało się powstrzymać pewnego dewelopera przed wyburzeniem budynki, ale potrzeba wsparcia finansowego jest ogromna do tego, bo odrestaurować dom. Jednym z najbardziej przejętych losem Undershaw jest Mark Gatiss, czyli pomysłodawca i scenarzysta serialu BBC "Sherlock", a także odtwórca roli brata detektywa, Mycrofta. Napisał on kilka słów przedmowy do "Pustego domu...". To samo uczyniły inne znane osobistości, które w jakiś sposób mają związek z Holmesem.

Opowiadania to zbiór przeróżnych pomysłów fanów z całego świata, zaczynając od Stanów Zjednoczonych, poprzez Australię, Rosję i Europę. Akcja fanficków toczy się za równo w XIX wieku jak i współcześnie, a także podczas wojny. Głównym narratorem zazwyczaj jest Watson, ale zdarzają się rozdziały, gdzie nigdy nie pada ani nazwisko Johna ani Sherlocka i musimy się domyślać o kogo może chodzić. Pod koniec książki jest również opowiadanie, w którym Holmes i Watson stają twarzą w twarz z... Sir Conan Doylem.

Szczerze mówiąc (a raczej pisząc) trudno mi by było wybrać jedno jedyne opowiadanie, które podoba mi się najbardziej. Wszystkie osoby, które przyczyniły się do powstania tej książki mają prawdziwy dar pisania. Czasami miałam wrażenie, że sam twórca Holmesa mógł napisać któreś z opowiadań. Muszę też wspomnieć o dwóch ważnych rzeczach w tej książce. Po pierwsze wciąga do tego stopnia, że czytałam ją w każdym możliwym miejscu i gdy tylko miałam czas. Potrafiłam ją czytać o trzeciej w nocy w samochodzie stojąc w kolejce do przejazdu, w łazience podczas kąpieli, a nawet teraz w akademiku, w którym egzystuję, gdy za drzwiami była impreza. Otwierając pierwszą stronę rozpoczyna się piękna i zupełnie nowa podróż, która trwa aż do ostatniego słowa. Drugą sprawą jest cena książki. Gdy tylko wzięłam ją do ręki byłam przekonana, że będzie kosztować więcej niż 30 zł. Ku mojej radości jej wartość to 19,90, a na empik.com (mówiłam już, że kocham ten sklep? :D) tylko 16,49 zł, więc po powrocie z miasta szybko zamówiłam książkę i dwa dni później leżała już na moim biurku.

Także jeżeli macie wielką ochotę poznać trochę innego Sherlocka albo zobaczyć jak widzą go inni to śmiało szukajcie książki w sklepach lub Internecie. Ja się zakochałam na nowo po raz setny i na pewno wrócę jeszcze do tej książki nie raz. A może jeśli bardziej dorosnę to sama się skuszę na napisanie czegoś o Holmesie, bo póki co kryminały to nie moja dziedzina twórczości.


P.S. Przepraszam za tak długą zwłokę, ale cóż... Nie miałam czasu, a teraz będę mieć go jeszcze mniej, bo studia filologiczne to czytanie książek, ale zupełnie innych niż tutaj mogłabym opisać. ;) Jednak obiecuję, że w miarę możliwości będę wrzucać coś nowego. ;)